Kanały:
Wpisy
Komentarze

Jak {How}

Jak budować dom bez drzewa i bez fundamentów, jak posadzić drzewo na gruncie piaszczystym i nieurodzajnym, jak palić w piecu, kiedy ma się tylko plastik i trociny, jak cokolwiek zmienić, kiedy świat zmienia się tak szybko, że własna zmiana pozostaje niezauważona, jaką podjąć decyzję, jak pracować, kiedy serce obolałe jest od wspomnień i od niepewnej przyszłości, jak nazwać przyjaciółmi ludzi, w oczach których odnajduję jedynie zdumienie, jak pisać, kiedy się nie czyta, jak znaleźć odpowiedzi, kiedy nie rozumie się pytań, jak zagłuszyć ból, jak odnaleźć bliskość, jak przemienić ból w moc, kiedy ból sam zamienia się w ucieczkę, jak nie zatracić własnego dziedzictwa, jak dorosnąć, jak przestać w końcu płakać, jak znaleźć bezpieczną przystań, jak odnaleźć wsparcie wśród obcych ludzi, jak się modlić, kiedy każda modlitwa zamienia się w karykaturalne zawodzenie, co wybrać, kiedy świat jest wbrew moim wyborom, kim się stać, czy jest sens walczyć o to, co zawsze było jądrem i trzonem, fundamentem i podstawą i co jest przeciwko mnie, kim się stać, kiedy każda możliwość jest w jakiś sposób zła, jak długo można słuchać wariacji Goldbergowskich i poezji śpiewanej tylko po to by w brudnym bólu dostrzec czyste piękno, o czym pisać, gdy tematy w okół są banalne albo porażająco głupie, jak znaleźć siłę, by zintelektualizować to, co wydaje się nieintelektualizowalne, jak wybaczyć te wszystkie przepłakane noce i dni, jak zaufać, jak pozwolić się nieść, jak wyhodować skrzydła, kiedy ma się ciężkie buciory i wielki plecak, jak pisać o czymś innym niż strach, i ból, i niepokój, jak powiedzieć nie, jak powiedzieć tak, jakiej muzyki słuchać, za którym marzeniem podążyć, gdzie szukać odpowiedzi.

Translation – done be me, please forgive me the quality…

How to build a house without wood and without foundation, and plant a tree on the ground sandy and barren, how to stoke, when you have only plastic and sawdust, how to change anything when the world is changing so quickly that self-change remains unnoticed, what decision to make, how to work when your heart is aching from the memories and from the uncertain future, how to call friends the people in whose eyes I find only wonder, how to write when you do not read, how to find answers when you do not understand the questions, how to drown out the pain, how to find intimacy, how to transform pain into strength when the pain by itself turns into flight, how not to lose the heritage, how to grow up, how to finally stop crying, how to find a safe haven, how to find support among strangers, how to pray, when every prayer turns into a ridiculous wailing, what to choose, when the world is against my choices, whom to become, whether it makes sense to fight for which has always been the core and the heart, the foundation and basis, and what is against me now, whom to become when every possibility is somehow bad, how long can you listen to Goldberg Variations and poetry only to see in the dirty pain a sheer beauty, about what to write when the topics around are trivial or devastatingly stupid, how to find the strength to intellectualize, what seems to be un-intellectualizable, how to forgive all those nights and days filled with weeping, how to trust, and how to allow to be carried, how to grow wings, when you have big, heavy boots and a backpack, how to write about something other than fear, and pain, and anxiety, how to say no, how to say yes, what music to listen to, which dream to follow, where to look for the answers.

Dwie Siły {The Two Forces}

Są we mnie dwie siły.

Jedna ma włosy jasne, prawie popielate. Jest krucha, delikatna, ledwo zauważalna, prawie przezroczysta, i tylko jej ciężkie, robocze trzewiki wydają się istnieć naprawdę.

Ta siła patrzy zazwyczaj w tył albo w dół, jakby nie bardzo mogła się zdecydować, jakby to, co powinno być kamieniem węgielnym, fundamentem, danym na drogę węzełkiem, jakby to, co powinno być kotwicą okazało się kamieniem młyńskim przytwierdzonym do szyi. Ta siła lubi wiersze i książki, lubi spadające gwiazdy, męczące majowe wieczory i zapach błota świeżo po deszczu. Ta siła – co nie jest specjalnie miłe – lubi również bawić się w kotka i myszkę z samą sobą. Szczerze mówiąc, tę siłę znam nieco lepiej.

Bo jest we mnie również druga siła. Ta druga siła jest porywcza i gwałtowna. Ta druga siła to siła przemian. Jest nowa i – jak zauważyłam – czasem pcha mnie do niebezpiecznych kroków. Ta siła jest jak kołowrót albo jak Błędne Koło z obrazów Malczewskiego, jak jazda rozpędzoną do stu kilometrów na godzinę górską kolejką, jak pierwszy pocałunek, jak kroki w ciemnościach, w nieznanym mieście. Ta siła patrzy w przód. Ta siła jest odważna, czasem bezrefleksyjna, w tej sile dużo jest zaufania i nie ma w niej ani trochę lęku. Ta siła lubi podróże, rzeczy nowe i niebezpieczne, lubi życie jako takie, lubi się bawić, i śmiać, i całować z całej siły, aż do krwi.

Ta siła ma niebieskie, niewinne, jasne dziecięce oczy i tą prostą odwagę, z którą mówi się “tak” patrząc prosto w oczy.

Te siły ciągną mnie w przeciwnych kierunkach, lub mówiąc poprawnie, mają przeciwne zwroty.

Żadnej nie oddałam do tej pory kierownictwa.

Stoję na rozdrożu a każdy krok w którąkolwiek stronę będzie oznaczał oddanie się pod kuratelę.

Sile numer 1.

Sile numer 2.

Sile numer 1.

Sile numer 2.

Sile numer 1.

Albo sile numer 2.

Sile numer 1 albo sile numer 2.

Sile numer 2 lub sile numer 1.

Sile numer 1.

Sile numer 2.

Szukam, błądzę na oślep, zanoszę ciężkie, karykaturalne modlitwy, siła-pytanie jest jak plecak, noszę go codziennie ze sobą, i tylko ciężar jest bardziej przytłaczający niż komputer i książka do genetyki.

Są dni, będą dni, były dni, a ty, a ty, zaufaj sobie, zaufaj własnej mądrości, będziesz wiedzieć, będziesz, będziesz, … tak, będziesz.

 

Ściana

Zawsze na nią napotykam, choćbym nie wiem jak się starała. Ta ściana wyrasta nagle, ni stąd ni z zowąd. Pojawia się szczególnie wtedy, gdy myślę, że wszystkie kryzysy dawno zażegnane, że mogę zacząć od nowa, i że od nowa – to znaczy lepiej. Ściana niezrozumienia, innej wrażliwości, ściana mojej własnej nad-wrażliwości. Małe gesty budują przepaść. Małe gesty pchają mnie w tył albo w dół. Słowa bolą.

Płakałam nieraz, bo bólu było tak dużo, że nie potrafiłam go unieść. Ból zresztą proporcjonalny był do miłości. Żeby coś wyjąć, trzeba coś włożyć, czasem jednak wkłada się zaangażowanie a dostaje w zamian coś, czego się nie rozumie i nie chce.

“- to wszystko // Czego nie chcę , czego mi nie trzeba” – śpiewa Krystyna Świątecka. I co z tego, że kiedy mnie całujesz, że kiedy ja całuję ciebie, lepka rozkosz eksploduje w żołądku i rozchodzi się po całym ciele, jeśli wiem, że niezależnie od tego co zrobię, że niezależnie od tego co wybiorę ta ściana wyrośnie, że rozbiję o nią głowę?

Tandeta

Zebrało mi się na słuchanie tandety. Proszę, nie obraźcie się, SDM jest jednak tandetne. Może nie tak jak niejaki Rubik, ale nie jest to muzyka wysokich lotów.

Z tym, że dotąd nie wiedziałam, że ta tandeta jest taka erotyczna.

Długi czas słuchałam tego na okrągło, co nieodmiennie wkurzało moją rodzinę.

“Ty się pochyl róża – bóg
ty się do mnie pochyl
i na ucho jak kolczyk róża – bóg

Moje ucho ma dzban
z niego pić tylko tobie nikomu
a twój kolczyk jak ucho na dzban

O modlitwę mnie wabisz o, wabisz
że błysk noża
w najpiękniejsze serce kozy

Z tobą czystość zachować to gorzej
każdy lew by się spalił już dawno
las popiołu z jego grzywy nic więcej

Ty się pochyl róża – bóg
ty się do mnie pochyl we mnie
wytryśniemy jak słońce wytryśnie “

Jako że google translator przerabia to na maksymalną sieczkę, i chociaż jest to jakby trochę nieprzetłumaczalne (a mój angielski równie paskudny jak … mój polski) spróbuję uchronić was przed pokusą tłumaczenia tego – niewątpliwego – cudu polskiej poezji śpiewanej. Sens tego porównać można tylko do Zegarmistrza  Swiatlo. Swoja droga, ciekawe jak google translator radzi sobie z sarkazmem?

You lean, you rose-god
You lean on me
and on the ear like an earring, you rose-god

My ear has a pitcher
Only you can drink from it, but noone else
your earring like a pitcher’s ear handle

For prayers you decoy me, oh, decoy
like a flash of a knife
in the most beautiful heart of goat

To save chastity with you – it’s worse
every lion would long have been burned
Forest of ash from his mane, nothing more

You lean, you rose-god
to me you lean, inside me
We will gush as the sun will gush

Przed interpretacją trochę chroni mnie przyzwoitość, ale te wszystkie wytryskania, pochylania się “we mnie” i inne takie, zwłaszcza wobec wzmianki o czystości nie sugerują niczego niewinnego. Nie wiem jednakże czemu znalazłam kiedyś w domu kasetę z między innymi tą piosenką, podpisaną krzywym, pięcioletnim (może sześcioletnim?) dziecinnym pismem mojej przyjaciółki z lat dziecinnych, pochodzącej z ulta-konserwatywnej rodziny :)

Cukiernia Pod Aniołem – recezja

Kupiłam tę książkę (a raczej kupili mi Rodzice) przez przypadek. Po prostu księgarnia na lotnisku nie była najlepiej zaopatrzona i nie było tam najnowszej Grocholi (chciałam Grocholę!). Pierwszy tom skończyłam jeszcze w trakcie lotu nad Atlantykiem, drugi zaczęłam na lotnisku w Waszygtonie. Wciągnęło mnie.

Książka pani Gutowskiej-Adamczyk to raczej czytadło niż wielka literatura, ale jak na czytadło jest raczej nietypowa. Po pierwsze, nie zawiera jakże powszechnej w babskich czytadłach historii o “zwykłej kobiecie”, która pod wpływem rozwodu (odejścia męża/kochanka) zmienia się w kobietę niezwykłą. Po drugie, ludzie i ich emocje wydają się w tej książce jacyś tacy normalni (a nawet względnie przyzwoici). Wybory bohaterów mają swoje też konsekwencje. Romanse zazwyczaj kończą się ciążą. Nierozważne śluby prowadzą do skandali i nieszczęść. Bywa, że czasem los staje się przewrotny, ale to już inna sprawa.

Książka opisuje rodzinną historię, gdzie losy szlachty (Zajezierskich) plączą się z losami chłopów i amerykańskich emigrantów, ale historia ta nie jest chronologiczna, śledzimy bowiem jednocześnie losy Zajezierskich pod koniec XIX wieku i Hryciów-cukierników w roku 1995. Na wykopaliskach archeologicznych znalezione zostają zwłoki kobiety, zmarłej prawdopodobnie w trakcie drugiej wojny światowej. Kobieta ma ze sobą pierścień, który – jak się okaże później – z różnych względów ma wielkie znaczenie dla kilku różnych rodzin. Oba wątki – i ten współczesny, i ten historyczny – prowadzą powoli do rozwiązania zagadki. Ale większość powieści nie jest wcale jakaś specjalnie sensacyjna.

Jest w tej książce naprawdę dużo opisów codzienności bohaterów: co jedzą, jak wyglądają święta, jak zmieniają się obyczaje. Wielka historia, ta znana z podręczników, przechodzi czasem bokiem, a czasem idzie dokładnie przez środek Zajezierzyc, jakkolwiek prawie zawsze wpływa na atmosferę i na życie codzienne. Patrząc na patronaty możnaby spodziewać się książki o wiele mniej anty-niemieckim i anty-rosyjskim wydźwięku, ale niektóre fragmenty naprawdę w wymowie przyćmiewają różnych autorów pretendujących do ultra-patriotyzmu… Nie jest to jednak pokazane całkowicie jednoznacznie. Moi zdaniem jednym z najlepszych wątków w tej książce, najlepiej wymyślonym (?) i opisanym jest krótki fragment, w którym Toroszyn, Rosjanin, wymusza na hrabinie,  która ośmieliła się popatrzeć na niego z pogardą i nazwać okupantem, by mu się oddała, i jest to jedyny raz w życiu hrabiny, gdy przeżywa ona przyjemność seksualną. Jest w tym wątku coś mocno niepokojącego, głęboko ludzkiego, poplątanego, tak jak poplątane są nasze uczucia – ból rzadko jest wyłącznie bólem i radość rzadko wyłącznie radością.

Poza tym książka ma w sobie coś ze zrozumienia ducha czasów i, o dziwo, raczej antykomunistyczny wydźwięk. Autorka nie stara się piętnować kasty “panów”, a raczej zrozumieć ich racje. Nie stara się też potępiać nowoczesnego stylu życia Giny, która ku niezadowoleniu rodziców zostaje aktorką. Ale nawet Gina, romansująca, żyjąca bez ślubu, i lubiąca luksus okazuje się tak czy siak patriotką, i bardzo porządną kobietą, taką trochę w stylu Hanki Ordonówny.

Dialogi nie są siłą tej książki. Dialog nie jest i nie powinien być dosłownym zapisem rozmowy (kto usiłował zapisywać nagrane rozmowy łatwo to zrozumie), ale nie powinien też być przesadnie napuszony. Nie umiem określić, co tu zgrzytało, ale chyba jedni autorzy mają ucho do dialogów a inni nie.

Generalnie ta książka mnie zaskoczyła. Przesłaniem, bohaterami, i w jakimś sensie wejściem w chyba niespecjalnie wyeksplorowany obszar podobnych historii rodzinnych, pełnych romansów, zakochań, tęsknot, powrotów…. opisanych ze zrozumieniem dla ludzkich słabości i w świetle jakiegoś tam systemu wartości (może autorka wcale tego nie chciała?), gdzie honor to honor a podłość to podłość. Nie nazwałabym “cukierni pod Amorem” dziełem patriotycznym, ale i takie wnioski wysnuć można z lektury.

Rozpad {Disintegration}

Szklanka z drinkiem rozpada się w rękach na tysiąc kawałków.

Kawałki lecą na wszystkie strony raniąc moje ręce, ale powoli, jak w zwolnionym filmie. Przecząc prawom fizyki, lecą jednocześnie w górę, w dół, na boki.

Nie boli, przynajmniej nie fizycznie.

Modlę się, żeby stracić przytomność, przestać czuć, zapomnieć.

Modlę się o sen.

Ale kombinacja alkoholu i leków sprawia, że przybiegają dławione uczucia, przybiegają myśli. Najpierw pojedyńczo a potem strumieniem, wezbraną rzeką. Płaczę cicho, skulona w ciemności na fotelu, w obcym mieszkaniu, w obcym mieście, w obcym kraju.

Szklanka rozpada się.

Uderzenie.

Głos Veljanova.

Najtrudniejsze ze wszystkich wspomnień, cichy dom w nocy.

Łzy.

Obojętność.

Miarowe ruchy ramion przy pływaniu kraulem.

Niebo po zachodzie słońca, jasna łuna, oświetlone księżycem chmury.

Będzie dobrze, mówi S.

Pierwszy od tygodnia normalny posiłek o mało mnie nie zabija.

Zachrypnięty głos ojca Johna i smutna pieśń o radości.

Naboje do shotguna ustawione w rządek na kuchennym blacie.

Nie rozumiem pytania kelnerki, bo nie rozróżniam słów.

Czujniki w lusteku tamtego samochodu powodują, że lusterko samo się składa gdy podjeżdżamy za blisko.

Sen, który nie przychodzi.

Głos Veljanova.

Spacer w stanie absolutnego wykończenia.

Świat wiruje, wiruje.

Karuzela skrajnych i sprzecznych emocji.

Ból taki, że przecina twarz na pół.

Pierwszy raz w życiu nie potrafię się modlić.

Szklanka rozpada się.

Translation – that’s for you, Ani:

A glass with a drink breaks in the hands into thousands of pieces.

Chunks are flying towards all the sides, hurting my hands, but slowly, as in slow motion. Contradicting the laws of physics, they fly up, down, sideways.

It does not hurt, at least not physically.

I pray to lose consciousness, to stop feeling, to forget.

I pray for sleep.

But the combination of alcohol and drugs causes suppressed feelings to hasten, and thoughts to hasten. First they come individually and then they come as a stream, as a swollen river. I am crying softly, crouched in the darkness on a chair, in a foreign apartment, in a foreign city, in a foreign country.

Glass breaks down.

Strike.

Veljanov’s voice.

The hardest of all memories, a quiet home at the night.

Tears.

Indifference.

Regular arm movements while swimming freestyle.

The sky after sunset, bright glow, moon-lit clouds.

It will be good, says S.

First normal meal from a week almost kills me.

Hoarse voice of father John and the sad song of joy.

Shotgun cartridges arranged in a row on the kitchen counter.

I don’t understand waitresses questions because I can’t distinguish the words.

Sensors in the mirror of that car causes it to fold when we drive up too close.

Sleep did not come.

Veljanov’s voice.

Walking in the state of complete exhaustion.

The world is spinning, spinning.

Carousel of extreme and conflicting emotions.

Pain that tears my face in half.

First time in my life I can not pray.

Glass breaks down.

Podsumowanie {Summary}

Przepraszam, że nie pisałam przez ostatnie miesiące, ale ostatnie miesiące nie obfitowały w przemyślenia; ten semestr okazał się gorączkowy, popędliwy, zwierzęcy. Czytałam mało, a przecież by myśleć, trzeba czytać, i to nie papko-sieczkę na poziomie onetu.

Normalnie pisałabym takie rzeczy w pamiętniku, ale jeśli miałoby to komuś pomóc, to czemu nie tutaj. W ogóle dojrzałam mocno przez ostatnie pół roku i niestety było to dojrzewanie zainicjowane mocnym kopniakiem w część ciała poniżej pleców. Kopniak – po jakichś trzech tygodniach płaczów i krzyków i jednej niedokonanej próbie samobójczej – stał się -  nie wiem właściwie,  czy intencjonalnie czy też nie – początkiem przyspieszonego dorastania. Nagle zrobiłam prawo jazdy, zrozumiałam po co żyć i takie tam rzeczy.

Bo życie jest czasem jak rozpędzony samochód jadący przez burzę. Nie, nie chodzi mi o klatkę Faradaya. Może banalne i głupie porównanie, ale kto nie prowadził samochodu w ścianach deszczu, we mgle i przy widoczności na dziesięć metrów ten pewnie nie pojmie istoty rzeczy.

Bo czasem po prostu trzeba poprowadzić ten samochód, i nie można ani spanikować, ani krzyczeć ze strachu, ani nawet się rozpłakać, ponieważ ma się w rękach nie tylko swoje życie. Czasem trzeba jechać te sto kilometrów na godzinę, trzymać się drogi, patrzeć na migające światła innych samochodów i z wzrokiem przyklejonym do szyby żyć i być TU i TERAZ.

Czasem trzeba podjąć wyzwanie i wziąć odpowiedzialność; tak, to był pierwszy dzień po tym, jak zdałam prawo jazdy. W ścianach deszczu jechałam 9 godzin. Tak, płakałam ze strachu – ale nie wtedy, nie w samochodzie.

 

 

 

 

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.