Zabezpieczony: Czy…?

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Reklamy

Pismo Święte o małżeństwie

bynajmniej nie w kontekście „żony bądźcie poddane mężom”:P

Usłyszałam to dziś na ślubie kolegi i byłam zachwycona:

Mądrość Syracha 26, 13-16

13 Wdzięk żony rozwesela jej męża, a mądrość jej orzeźwia jego kości.

14 Dar Pana – żona spokojna i za osobę dobrze wychowaną nie ma odpłaty.

15 Wdzięk nad wdziękami skromna kobieta i nie masz nic równego osobie powściągliwej.

16 Jak słońce wschodzące na wysokościach Pana, tak piękność dobrej kobiety między ozdobami jej domu.

Wino truskawkowe

Chciałam iść na co innego, może na jakąś super-produkcję, ale w kinach aktualnie po prostu nic nie ma. W czasie, gdy normalny człowiek ma czas i chęć by wybrać się do kina (czyli po południu lub wieczorem) w multipleksach grają głównie denne komedie i „Anioły i Demony”. Całe szczęście niektóre kina – poza multipleksami – pokazują mniej lub bardziej niszowe produkcje. Tym sposobem trafiłam na „Wino truskawkowe”.

Przywitała nas w kinie wystraszona pani z pytaniem, czy my na ten film, bo ona też, i jak się nie zbierze kworum to nici z projekcji (kworum wynosiło 4 osoby). Ale kworum się zebrało i w ogromnej sali na ponad 200 osób zasiedliśmy chyba w szóstkę i oto odsłoniła się kurtyna (niszowe kina miewają tę magię…).

Ogólnie „wino truskawkowe” to film, który rozgrywa się w nieprawdziwym świecie, ale za to opowiada prawdziwą historię (np „Tatarak” dzieje się co prawda w prawdziwym świecie, ale historię opowiada sztuczną i w sztuczny sposób). Miejscem akcji jest niby wioska w Beskidzie Niskim (okolice Dukli) i niby jest to opowieść o polskiej wsi. Mam drugi dom w tamtej części Polski i wiem przecież, że zaprezentowana w tym filmie atmosfera, duch tej ziemi, jest fałszywa. Może odpowiada ona w jakimś sensie klimatowi opowiadań Stasiuka, ale na pewno nie atmoferze wiosek, z których wygnano Łemków, które zmieniło 50 lat pegeerów, koło których śpią na wojennych cmentarzach młodzi chłopcy rozmaitych narodowości. Ci ludzie – bohaterowie filmu – nie mogliby pić wina truskawkowego. Co najwyżej bimber – i to własnej produkcji. Nie piliby z butelki ani ze szklanek – piliby z jednego kieliszka podając go sobie. I wiele szczegółów, które czynią z tego filmu raczej baśń albo też produkcję na pograniczu baśni i dziecięcej zabawy, gdzie realność nie jest wcale taka ważna.

Jednakże historia w filmie – o miłości, śmierci, zemście, winie i karze – wydaje dość prawdziwa (modulo ogólna surrealistyczna oprawa). Jest to zręczne zagranie archetypami (jak piękna, zagubiona w rzeczywistości kobieta, która nie zna swego pochodzenia, jak niekochana, niedoceniona żona, jak mężczyzna usiłujący pogodzić się ze stratą etc ) a więc jest to uniwersalna historia złożona z uniwersalnych motywów i ta konstrukcja sprawia, że to nie może się nie podobać.

Film jest miejscami śmieszno-rozbrajający (gigantyczna truskawa na nalepce na winie, ksiądz z poduszką w konfesjonale, pijacy śpiewający w wigilię „Beatę”, gospodarz chrapiący głośno przy filmie pornograficznym), miejscami liryczno-tragiczny (ścieżka przez potok zrobiona z macew czyli żydowskich nagrobków, zdjęcia zmarłej córki głównego bohatera), miejscami bajkowo-satyryczny (jak powrót jednego z bohaterów z tamtego świata).

Ogólne wrażenie jest … dobre. Nie wykluczam, że dlatego, że ostatnim filmem jaki widziałam był „Tatarak” (a recenzja Ziemkiewicza niestety dobrze go podsumowuje).
Może „wino truskawkowe” nie zachwyca. Nie wbija w fotel. Nie wywraca świata do góry nogami. Ale jest to przyjemny film, taki do oglądania, do posmiania, niepozbawiony refleksji, niegłupi. Może nie nowatorski. Ale jakiś taki „do oglądania”, inny.

Wspomnienia z Genui – part 1

Poniższy tekst napisałam na długo przedtem zanim założyłam tego bloga.
Długo nie wiedziałam co z tym tekstem zrobić. i do teraz nie mam pewności czy wrzucanie go tutaj jest najlepszym pomysłem.
– – –

Wspomnienia z Genui

Wspominam ten czas, kiedy we włoskim autobusie słuchałam Kaczmarskiego. Najczęściej był to autobus linii 17, bo to nim jeździłam na zajęcia. Słuchałam „Kosmopolaka” albo „Murów w muzeum raju”. Didżejskie słuchawki skutecznie izolowały mnie od wszystkich innych dźwięków, i czułam się jak ktoś przeniesiony w czasie i przestrzeni, przeniesiony także w sferze uczuć i emocji w zupełnie obce miejsce.

Włoski autobus był chyba lepszym miejscem do słuchania muzyki niż autobus krajowy. Oczywiście, pod warunkiem, że wybrało się właściwe miejsce. Na siedzące nie było co liczyć, bo obowiązywało ustępowanie starszym signorom, a starszych signor w autobusie nigdy nie brakowało. Ponadto, obowiązywał w nim system uscita-entrata. Oznaczało to, że są wyznaczone drzwi, z reguły skrajne z przodu i z tyłu, którymi się wyłącznie WCHODZI, i takie, którymi się wyłącznie WYCHODZI. Nietrudno sobie wyobrazić przepychające się bezustannie tłumy pasażerów. Mówiąc „scusa” lub „permesso”, czyli używając słów-wytrychów oznaczających plus minus tyle co polskie „przepraszam”, Włosi nie oczekiwali, że współpasażer się odsunie, ponieważ odsunąć nie było się gdzie. Włosi informowali po prostu, z bardzo włoską nonszalancką, że zaraz będą się pchać.

Włoski autobus był więc dobrym miejscem do słuchania muzyki: nie musiałam się nigdzie przesuwać, a i strzępki rozmów i gwaru w obcym języku nie rozpraszają. Ukryta w ciepłym tłumie, wśród kobiet otulonych w futra, mimo, że na północy Włoch temperatura rzadko spada poniżej dziesięciu stopni, słuchałam muzyki, myślałam i tęskniłam.

Wspominam ten czas, wspominam to, czego wtedy słuchałam i co pozwalało mi przetrwać, emocje, których nikt poza mną w tym autobusie nie rozumiał i których nikt ze mną nie dzielił. Autobusem jeździli czasem Polacy – a szczególnie Polki – i rozmawiały po polsku, w błogim poczuciu, że nikt ich nie usłyszy, więc ja również udawałam, że te rozmowy nie mają miejsca, i myślę, że tak było lepiej, i dla mnie, i dla nich.

Wspominam, ponieważ pora rozliczyć Genuę, uporządkować wspomnienia, nazwać rzeczy po imieniu. Nie, nie zapomnieć – rozliczyć.
Włoski autobus wiózł włoskich ludzi, przede wszystkim licealistów i emerytów, jechał włoską ulicą, mijając domy z ostatniego wieku i domy z lat czterdziestych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, mijając kościoły, place i urzędy, sklepy i szpitale, mijając coś, co można określić jako codzienną historię, rodzaj tradycji, która odcisnęła się na ulicach, na kształcie budynków, która widoczna jest w sposobie budowania domów i robienia zakupów. Nie znałam tych ludzi, nie znałam ich języka, nie wiem, o czym pisały smsy włoskie nastolatki ubrane w markowe, drogie ciuchy. Nie wiem, o czym myśleli dobrze sytuowani panowie, po których widać było pięćdziesiąt lat dostatku. Nie miałam pojęcia, dokąd jadą wszyscy ci ludzie. A Karczmarski sączący się do uszu przez szczelne słuchawki nie ułatwiał mi zadania. Nie rozumiałam tych ludzi i jedyne, co mnie z nimi łączyło to autobus linii 17, nie rozumiałam tych ludzi, i gorzej, myślałam czasem, że nie zrozumiem ich nigdy.

Przyjechałam do Genui na wariackich papierach. W walizce miałam losowe rzeczy i nie znałam języka. Nie wiedziałam za wiele o kulturze kraju. Właściwie – nie wiedziałam nic. Może to sprawiło, że wszystko, co mnie spotkało, że wszystko, co przeżyłam, było czyste, nieobciążone wyobrażeniami, przewodnikami i opowieściami znajomych. Przyjechałam ot, tak, tak jak się wchodzi w świat gry komputerowej albo książki, totalnie bez przygotowania, bez wiedzy, bez niczego. I ponieważ nie miałam innego wyjścia, to, co mnie spotkało widziałam takim, jakim było – cokolwiek to znaczy.

Przyjechałam sama, tak, jak samotny może być człowiek, samotna dziewczyna z wielką walizką, bagażem doświadczeń, nieznajomością języka, lękiem o przyszłość, z całą galerią lęków, z backgroundem katolickiego wychowania i polskiej historii. W sumie samotność nie minęła, została, i chociaż miałam i mam tam przyjaciół, i chociaż emocje jest mi łatwiej wyrażać w obcych językach, mogę spokojnie powiedzieć, że byłam samotna, ponieważ nie odnalazłam i nie spotkałam nikogo, kto byłby w stanie dzielić ze mną wszystkie te rzeczy. Nie, nie chodzi mi o zwierzanie się czy o przyjaźń – ponieważ język bardzo nas ogranicza, no i zwierzać można się komu i czemukolwiek. Dzielenie wymaga czegoś więcej – po prostu milczącego porozumienia, zrozumienia bez słów i wyjaśnień, czucia tego samego.

Ale nikt taki się nie pojawił.

Na wydziale Inżynierii, gdzie studiowałam, nie było za wielu studentów z wymiany. Byłam tam dziwnym zjawiskiem, ewenementem, kimś, kto budził powszechne zainteresowanie. Ubierałam się inaczej, nie na czarno jak Włoszki, miałam polski windows i dziwnego laptopa. Byłam ambitna i według włoskich studentów wiele umiałam. Lubili patrzeć co robię na komputerze, a mnie to krępowało. Ale czy tego pragnęłam czy nie, już po miesiącu stałam się częścią ich społeczności, stałam się jedną z nich, zostałam zaakceptowana – o czym marzyli wszyscy studenci erasmusa poza mną – przez miejscowych studentów i traktowali mnie trochę jak młodszą siostrę. Nie pragnęłam tej akceptacji, pragnęłam być sobą, i nie zmieniać się tak, jak zmieniali się inni, by się dopasować.

Tak więc stałam się częścią społeczności. Wychowana niby w tym samym kręgu kulturowym, w podobnej, katolickiej tradycji, wciąż napotykałam na róznice w myśleniu i postrzeganiu, i w tym, co robiłam. Byłam egzotyczna, coś w rodzaju Englishmana In New York, kogoś, kto rozumie kulturę jako taką, ale jest do niej niedopasowany na poziomie nawet najprostszych przyzwyczajeń i nawyków. Egotyczna była moja goretexowa kurtka. Egzotyczne były moje spódnice, egzotyczne były kolorowe ubrania. Egzotyczny piórnik, plecak, pomarańczowe buty. I może dlatego, że nie starałam się zatuszować tych różnic, zmienić ich, może właśnie dlatego inni studenci mnie zaakceptowali.

Poszukiwałam drogi, która pozwoliłaby mi rozładować emocje. Wypożyczałam z biblioteki angielskie książki – głównie stara klasykę, bo nie było nic innego, ale siostry Bronte i Stevenson nie zaspokajali mojej potrzeby odreagowania, odpoczynku. Nie rozumiałam tych książek tak, jak nie zrozumiałam nigdy do końca włoskiej kultury. Nie rozumiałam nie tylko języka, ale i pewnego doświadczenia kulturowego, którego mi zabrakło. Więc czułam się obca, i wtedy zaczęłam rozumieć emigracyjne wiersze Zagajewskiego i wszystkie inne książki emigrantów, jakie mi się przypomniały.

Chodziłam na imprezy, w ogóle nie szło usiedzieć w sobotę wieczorem w domu. Całe miasto wylegało na ulicę by się weselić. O 23 szło spotkać spacerujące tłumy z wózkami, dziećmi, mężczyzn i kobiety, starych i młodych, choć oczywiście przeważała młodzież.

Chodziłam na imprezy i wreszcie doceniłam wartość tego typu rozrywek. Kultura imprezowa mojego miasta jest bardzo niemiecka. Po nocy spędzonej na piciu piwa siedząc przy stoliku mówi się, że było świetnie. Ja nigdy tak nie uważałam.

Ale w Genui na imprezie, wtulona w tłum, bo miejsca było na ogół mało a ludzi bardzo dużo, wtulona w tłum, w błogim poczuciu bezpieczeństwa i bliskości, takiej, że aż budziła wstręt, tańczyłam i emocje opadały. Dość często zwierzałam się w myślach panu T,, opowiadałam mu o tym, co przeszłam, i co jest zadziwiające i niezwykłe, przerażające i smutne. Opowiadałam o włoskiej kulturze i o samotności, o programistach od siedmiu boleści, o open lab i o wielu innych sprawach, i pan T. – a raczej jego awatar – słuchał, nie rozumiał i nie zadawał pytań. Po nocy spędzonej w ten sposób, schodziłam z parkietu i emocji nie było. Rano wlekłam się do kościoła i modliłam się o lepsze jutro, o jeszcze jeden spokojny tydzień, modliłam się, i czasem coś rozumiałam a czasem nie, ale pocieszenie nie przychodzi przecież przez język.

gdy w niedzielę budzi mnie dźwięk kosiarki…

… zwłaszcza o ósmej rano lub przed ósmą, to po prostu zaczynam się złościć.

Przez większą część roku śpię przy otwartym oknie i oczywiście kosiarka mnie budzi.

Mieszkam na osiedlu domków jednorodzinnych (a raczej na kompleksie takich osiedli) i obserwuję ostatnio nowe – alternatywne w stosunku do dotychczasowych – sposoby spędzania niedzieli.

Poza kosiarką obserwuję też rozrywki typu piła + siekiera (bo przecież modnie jest mieć kominek, i trzeba czymś w nim palić), wszelkiego typu prace w ogrodzie w tym odchwaszczanie, sadzenie, kopanie dołów, stawianie altanek zakupionych w Praktikerze etc. Widziałam tez dzisiaj gościa który ze specjalnym sekatorem w dłoniach stojąc na drabinie strzygł pnącą się po domu – widocznie nazbyt bujną – roślinność.

Dotąd wydawało mi się, że niedziela to dzień rodzinny i dzień odpoczynku. Niech sąsiedzi robią w domach i przed nimi co chcą (choć obserwowanie pracy w niedzielę jest dla katolika raczej gorszące) – ale przeszkadzanie innym w tym odpoczynku wydaje się zdecydowanie nie fair.

Smutna refleksja, jaka mnie naszła jest taka, że niedziela nie różni się już od innych dni. A skoro można pracować w ogrodzie, będzie można i w firmie, w biurze, gdziekolwiek indziej. Został zburzony jakiś święty, Boży porządek – i jest to niedobre i dla tych dla których niedziela to święty dzień z powodów religijnych i dla tych, dla których jest to zwyczajnie ostatni dzień weekendu.
Ale być może to tylko ja mam takie dziwne poczucie?