Wspomnienia z Genui – part 1

Poniższy tekst napisałam na długo przedtem zanim założyłam tego bloga.
Długo nie wiedziałam co z tym tekstem zrobić. i do teraz nie mam pewności czy wrzucanie go tutaj jest najlepszym pomysłem.
– – –

Wspomnienia z Genui

Wspominam ten czas, kiedy we włoskim autobusie słuchałam Kaczmarskiego. Najczęściej był to autobus linii 17, bo to nim jeździłam na zajęcia. Słuchałam „Kosmopolaka” albo „Murów w muzeum raju”. Didżejskie słuchawki skutecznie izolowały mnie od wszystkich innych dźwięków, i czułam się jak ktoś przeniesiony w czasie i przestrzeni, przeniesiony także w sferze uczuć i emocji w zupełnie obce miejsce.

Włoski autobus był chyba lepszym miejscem do słuchania muzyki niż autobus krajowy. Oczywiście, pod warunkiem, że wybrało się właściwe miejsce. Na siedzące nie było co liczyć, bo obowiązywało ustępowanie starszym signorom, a starszych signor w autobusie nigdy nie brakowało. Ponadto, obowiązywał w nim system uscita-entrata. Oznaczało to, że są wyznaczone drzwi, z reguły skrajne z przodu i z tyłu, którymi się wyłącznie WCHODZI, i takie, którymi się wyłącznie WYCHODZI. Nietrudno sobie wyobrazić przepychające się bezustannie tłumy pasażerów. Mówiąc „scusa” lub „permesso”, czyli używając słów-wytrychów oznaczających plus minus tyle co polskie „przepraszam”, Włosi nie oczekiwali, że współpasażer się odsunie, ponieważ odsunąć nie było się gdzie. Włosi informowali po prostu, z bardzo włoską nonszalancką, że zaraz będą się pchać.

Włoski autobus był więc dobrym miejscem do słuchania muzyki: nie musiałam się nigdzie przesuwać, a i strzępki rozmów i gwaru w obcym języku nie rozpraszają. Ukryta w ciepłym tłumie, wśród kobiet otulonych w futra, mimo, że na północy Włoch temperatura rzadko spada poniżej dziesięciu stopni, słuchałam muzyki, myślałam i tęskniłam.

Wspominam ten czas, wspominam to, czego wtedy słuchałam i co pozwalało mi przetrwać, emocje, których nikt poza mną w tym autobusie nie rozumiał i których nikt ze mną nie dzielił. Autobusem jeździli czasem Polacy – a szczególnie Polki – i rozmawiały po polsku, w błogim poczuciu, że nikt ich nie usłyszy, więc ja również udawałam, że te rozmowy nie mają miejsca, i myślę, że tak było lepiej, i dla mnie, i dla nich.

Wspominam, ponieważ pora rozliczyć Genuę, uporządkować wspomnienia, nazwać rzeczy po imieniu. Nie, nie zapomnieć – rozliczyć.
Włoski autobus wiózł włoskich ludzi, przede wszystkim licealistów i emerytów, jechał włoską ulicą, mijając domy z ostatniego wieku i domy z lat czterdziestych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, mijając kościoły, place i urzędy, sklepy i szpitale, mijając coś, co można określić jako codzienną historię, rodzaj tradycji, która odcisnęła się na ulicach, na kształcie budynków, która widoczna jest w sposobie budowania domów i robienia zakupów. Nie znałam tych ludzi, nie znałam ich języka, nie wiem, o czym pisały smsy włoskie nastolatki ubrane w markowe, drogie ciuchy. Nie wiem, o czym myśleli dobrze sytuowani panowie, po których widać było pięćdziesiąt lat dostatku. Nie miałam pojęcia, dokąd jadą wszyscy ci ludzie. A Karczmarski sączący się do uszu przez szczelne słuchawki nie ułatwiał mi zadania. Nie rozumiałam tych ludzi i jedyne, co mnie z nimi łączyło to autobus linii 17, nie rozumiałam tych ludzi, i gorzej, myślałam czasem, że nie zrozumiem ich nigdy.

Przyjechałam do Genui na wariackich papierach. W walizce miałam losowe rzeczy i nie znałam języka. Nie wiedziałam za wiele o kulturze kraju. Właściwie – nie wiedziałam nic. Może to sprawiło, że wszystko, co mnie spotkało, że wszystko, co przeżyłam, było czyste, nieobciążone wyobrażeniami, przewodnikami i opowieściami znajomych. Przyjechałam ot, tak, tak jak się wchodzi w świat gry komputerowej albo książki, totalnie bez przygotowania, bez wiedzy, bez niczego. I ponieważ nie miałam innego wyjścia, to, co mnie spotkało widziałam takim, jakim było – cokolwiek to znaczy.

Przyjechałam sama, tak, jak samotny może być człowiek, samotna dziewczyna z wielką walizką, bagażem doświadczeń, nieznajomością języka, lękiem o przyszłość, z całą galerią lęków, z backgroundem katolickiego wychowania i polskiej historii. W sumie samotność nie minęła, została, i chociaż miałam i mam tam przyjaciół, i chociaż emocje jest mi łatwiej wyrażać w obcych językach, mogę spokojnie powiedzieć, że byłam samotna, ponieważ nie odnalazłam i nie spotkałam nikogo, kto byłby w stanie dzielić ze mną wszystkie te rzeczy. Nie, nie chodzi mi o zwierzanie się czy o przyjaźń – ponieważ język bardzo nas ogranicza, no i zwierzać można się komu i czemukolwiek. Dzielenie wymaga czegoś więcej – po prostu milczącego porozumienia, zrozumienia bez słów i wyjaśnień, czucia tego samego.

Ale nikt taki się nie pojawił.

Na wydziale Inżynierii, gdzie studiowałam, nie było za wielu studentów z wymiany. Byłam tam dziwnym zjawiskiem, ewenementem, kimś, kto budził powszechne zainteresowanie. Ubierałam się inaczej, nie na czarno jak Włoszki, miałam polski windows i dziwnego laptopa. Byłam ambitna i według włoskich studentów wiele umiałam. Lubili patrzeć co robię na komputerze, a mnie to krępowało. Ale czy tego pragnęłam czy nie, już po miesiącu stałam się częścią ich społeczności, stałam się jedną z nich, zostałam zaakceptowana – o czym marzyli wszyscy studenci erasmusa poza mną – przez miejscowych studentów i traktowali mnie trochę jak młodszą siostrę. Nie pragnęłam tej akceptacji, pragnęłam być sobą, i nie zmieniać się tak, jak zmieniali się inni, by się dopasować.

Tak więc stałam się częścią społeczności. Wychowana niby w tym samym kręgu kulturowym, w podobnej, katolickiej tradycji, wciąż napotykałam na róznice w myśleniu i postrzeganiu, i w tym, co robiłam. Byłam egzotyczna, coś w rodzaju Englishmana In New York, kogoś, kto rozumie kulturę jako taką, ale jest do niej niedopasowany na poziomie nawet najprostszych przyzwyczajeń i nawyków. Egotyczna była moja goretexowa kurtka. Egzotyczne były moje spódnice, egzotyczne były kolorowe ubrania. Egzotyczny piórnik, plecak, pomarańczowe buty. I może dlatego, że nie starałam się zatuszować tych różnic, zmienić ich, może właśnie dlatego inni studenci mnie zaakceptowali.

Poszukiwałam drogi, która pozwoliłaby mi rozładować emocje. Wypożyczałam z biblioteki angielskie książki – głównie stara klasykę, bo nie było nic innego, ale siostry Bronte i Stevenson nie zaspokajali mojej potrzeby odreagowania, odpoczynku. Nie rozumiałam tych książek tak, jak nie zrozumiałam nigdy do końca włoskiej kultury. Nie rozumiałam nie tylko języka, ale i pewnego doświadczenia kulturowego, którego mi zabrakło. Więc czułam się obca, i wtedy zaczęłam rozumieć emigracyjne wiersze Zagajewskiego i wszystkie inne książki emigrantów, jakie mi się przypomniały.

Chodziłam na imprezy, w ogóle nie szło usiedzieć w sobotę wieczorem w domu. Całe miasto wylegało na ulicę by się weselić. O 23 szło spotkać spacerujące tłumy z wózkami, dziećmi, mężczyzn i kobiety, starych i młodych, choć oczywiście przeważała młodzież.

Chodziłam na imprezy i wreszcie doceniłam wartość tego typu rozrywek. Kultura imprezowa mojego miasta jest bardzo niemiecka. Po nocy spędzonej na piciu piwa siedząc przy stoliku mówi się, że było świetnie. Ja nigdy tak nie uważałam.

Ale w Genui na imprezie, wtulona w tłum, bo miejsca było na ogół mało a ludzi bardzo dużo, wtulona w tłum, w błogim poczuciu bezpieczeństwa i bliskości, takiej, że aż budziła wstręt, tańczyłam i emocje opadały. Dość często zwierzałam się w myślach panu T,, opowiadałam mu o tym, co przeszłam, i co jest zadziwiające i niezwykłe, przerażające i smutne. Opowiadałam o włoskiej kulturze i o samotności, o programistach od siedmiu boleści, o open lab i o wielu innych sprawach, i pan T. – a raczej jego awatar – słuchał, nie rozumiał i nie zadawał pytań. Po nocy spędzonej w ten sposób, schodziłam z parkietu i emocji nie było. Rano wlekłam się do kościoła i modliłam się o lepsze jutro, o jeszcze jeden spokojny tydzień, modliłam się, i czasem coś rozumiałam a czasem nie, ale pocieszenie nie przychodzi przecież przez język.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s