O filmie „Afonia i Pszczoły”

Kolski jest specyficzny i to wiedziałam. Rozumiałam także to, że nie o realnośc chodzi w jego filmach. Poszłam raczej z negatywnym nastawieniem. Zastanawiałam się, co mnie zezłości, albo znudzi, albo zdegustuje – nawet nie czy, tylko co.

Ale o dziwo, film choć może i był miejscami nudny (kolega obudził mnie w pewnym momencie wskazując na kwiatki i mówiąc „o, zobacz, one też śpią”), opowiadał w jakimś sensie prawdziwą historię o emocjach. Miejscami dziwaczny, miejscami oniryczny, tworzy w gruncie rzeczy przemyślaną całość. Gorzej niestety z tym, że Kolski pragnie chyba aby film mówił sam za siebie i nie wyjaśnia widzowi za wiele, a widzowie bywają dość niedomyślni (jak ja na przykład).

Długo zastanawiałam się po co w tym filmie motyw pszczół. W jednej ze scen Afonia wyciąga z ula plaster, patrzy na niego krytycznie i mówi: o królowa stara, mało miodu, zobacz, same trutnie. I rzeczywiście w tym filmie nie ma ani jednej pozytywnej postaci męskiej. Dostajemy zniedołężniałego Rafała, którego Afonia strzyże i karmi, dzikiego Rosjanina Sierę, z którego wyłazi w końcu ktoś okrutny, bezwzględny i cyniczny, oraz parę postaci epizodycznych – są to głównie zapaśnicy a ich głównym zajęciem jest bicie siebie nawzajem. Afonia umiejscowiona jest w tym świecie niczym królowa pszczół. To ona rządzi, karmi, decyduje, daje życie, daje miłość i kiedy widzi jak Siera współżyje z jej córką, po prostu wali go w twarz.

Myślę, że historia opowiedziana w filmie jest nie tyle wielowarstwowa, co wielotorowa. Z jednej strony jest to opowieść o kobiecie żyjącej w emocjonalnej (i także dosłownej) pustce, która rozpaczliwie pragnie miłości, uczuć, fizycznego spełnienia, i która wzorem wielu innych kobiet zakochuje się w pierwszym lepszym facecie, który jest po prostu w jej życiu nowy. Ta gwałtowna, zrodzona z rozpaczy miłość nie ma dobrych skutków – Afonia ukara się za nią odgryzając sobie język. Z kolei z drugiej strony film można traktować jak film o męskości i kalectwie, o sile fizycznej, która pozwala przezwyciężyć zły los lub która okazuje się niszczycielska. Można również myśleć o tym filmie jak o moralnej przypowieści, co w życiu powinno się i co trzeba. Afonia w pewnym momencie mówi do swojego męża kaleki: „no co, jestem ja, jest on, jesteś ty i nie ma się co buntować”, lecz zostanie za te słowa ukarana.

Jest to wreszcie film o radości życia i tym, w jaki sposób emocje przeżywają kobiety. Kamera Afonii, która filmuje wszystko wokół jest tego dobrą metaforą. Kamera pozwala na odtwarzanie wspomnień, nie raz, a tysiąc razy, i nie zmityzowanych, zmienionych przez tęsknotę, ale takich, jakimi były. Kiedy Siera znika, Afonia wraca do lepszych dni dzięki filmom. I upija się przy tym, i śmieje do rozpuku z własnej głupoty, a mąż to widzi, i nic nie mówi, bo nie może, ale jest w jego spojrzeniu milczący wyrzut. I podejrzewam, że Afonia to doskonale wie.

Późniejsze filmy, gdzie Afonia maszeruje przez zamarznięty potok, albo gdy stoi goła i rozpamiętuje, bo jej ciało pamięta jeszcze ręce Siery obrazują to, jak przeżywa zakochanie i tęsknotę kobieta. Afonia wspomnina, wspomina bez końca to, co się stało i nadaje temu mistyczne znaczenia. To nie jest moim zdaniem film o kontraście między fizycznie sprawnym, silnym Sierą a niepełnosprawnym Rafałem. I nie o to w nim chodzi. Wydaje mi się, że owszem, ten film może się wydawać facetom nudny i długawy ale… ale opowiada prawdę o kobietach i o tym, jak one patrzą na pewne sprawy, i jak je przeżywają.

Zakończenie odgadłam dosyć szybko. I choć dobrze podsumowuje film w warstwie symbolicznej, to trudno się go było nie domyślić i to nieco rozczarowuje.

Polecam ten film kobietom. Mężczyznom odradzam, chyba, że mają kobiecą wrażliwość albo lubią spac w kinie.

Bajka o śpiącym królewiczu i dzielnej rycerce

Dawno dawno temu, za górami za lasami w pewnym królestwie stary mędrzec przed śmiercią wyjawił królowi przyszłość. Wymruczał na łożu śmierci, że syn króla – królewicz – w wieku 19 lat skaleczy sie mieczem i zaśnie i nikt nie będzie go mógł dobudzić.

Król trzymał więc wego potomka z dala od wszystkich ostrych narzędzi. Królewicz ćwiczył zawsze używając drewnianych mieczy, a król za wszelką cenę starał się zainteresować królewicza studiowaniem ksiąg.

W 19 urodziny królewicza wyprawiono wielkie przyjęcie, i w ogólnym harmiderze ktoś – mimo długiego procesu i tortur nie udało się ustalić kto – zostawił otwartą zbrojownię. Gdy na dziedzińcu trwały tańce w najlepsze, królewicz wymknął się z zabawy i zobaczył, że otwarte jest pomieszczenie w którym nigdy jeszcze nie był i oczywiście wszedł tam.

Pod ścianą stały miecze- całe rzędy wspaniałych błyszczących mieczy, albowiem ukrywano ich istnienie przed królewiczem. Królewicz postanowił spróbować jak to jest walczyć prawdziwym mieczem, wziął więc pierwszy lepszy ze stojących po ścianą, ale ten okazał się za ciężki i spadł mu na nogę. Królewicz nie zdąrzył krzyknąć z bólu – po prostu osunął się na podłogę i zasnął i nikt nie mógł go dobudzić.

Załamany, stary król szukał w księgach jak odczynić czar, i sam stał się królem-mędrcem, a królestwo podupadało z braku troski i baczenia.

***

Parę lat po zaśnięciu królewicza do królestwa przybyła dzielna rycerka. Była to młoda, mądra dziewczyna wsławiona odwagą i sprytem. Nie wiadomo czy był to zbieg okoliczności czy dar losu – poprzedzającej przybycie rycerki nocy król wyczytał w czarodziejskiej księdze, że obudzić królewicza może napar z ziela rosnącego w jednej z górskich jaskiń. Niestety, jaskinia cieszyła się złą sławą. Drogi do niej strzegł niedźwiedź, wejścia do środka – wielki wąż-dusiciel a samym zielem ponoć opiekował się smok. Król po latach czytania podobnych treści nie miał za wiele nadziei, ale skorzystał z okazji i zaoferował dzielnej rycerce skrzynię złota i rękę królewicza jeśli uda jej się zdobyć ziele.

Rycerka nie była strachliwa. Zapakowała prowiant na drogę, przygotowała liny, narzędzia, naostrzyła miecz, wskoczyła na konika i pojechała w góry.

Pod koniec trzeciego dnia wędrówki zagrodził jej drogę niedźwiedź. Miał białe futro i był wysoki jak dwóch mężczyzn, ponieważ stał na dwóch łapach. – Nie przejdziesz, naiwa dziewczyno – powiedział. Rycerka nie wdawała się w dyskusje. Rozpłatała mu mieczem brzuch, a potem dobiła ciosem w serce.

Potem rycerka ugotowała sobie kolację, przespała się i ruszyła w dalszą drogę.

U wrót jaskini spał wąż. Rycerka zdziwiła się trochę, że wąż śpi i że nie obudziły go jej kroki, niemniej nie zastanawiała się wiele – zręcznie odcięła mu głowę.

Wspinaczka w samej jaskini nie była wcale prosta. Rycerka musiała założyć system uchwytów i przymocować liny. Zajęło jej to cały dzień.

Poszło łatwo, myślała, dalej może już tak nie być. Zapaliła kaganek, spuściła się wąską studnią w dół i poszła głównym korytarzem w stronę, która wydawała jej się właściwa. Trudno powiedzieć jak długo szła ponieważ w jaskini jest ciemno i trudno mierzyć czas według Słońca. Ostatecznie drogę zagrodził jej smok. Był to niewielki, stary smok, pachnący sadzą i popiołem.

– Nie przejdziesz – powiedział

Na rycerce nie zrobiło to wrażenia.

– Odsuń się, chyba że chcesz bym ci odcięła głowę – rzekła spokojnie – idę po ratunek dla królewicza – no, sio

Smok odsunął się.

Dalej rosło ziele – wątła roślinka z czerwonawymi liśćmi. Rycerka zerwała trzy sztuki, wsadziła je za pazuchę i zawróciła.
***

Nikt nie wierzył, że napar z ziela pomoże, ale już po pierwszym łyku, wlanym przemocą do gardła królewicz otworzył oczy, po kolejnych dwóch zapytał przytomnie gdzie jest, po czym wypił resztę kubka i wstał. W zamku zapanowała nieopisana radość. Niestety o roli rycerki jakoś zapomniano. Ostatecznie po miesiącu od przebudzenia w trakcie wieczornej audiencji król wraz z królewiczem postanowili ją przyjąć.

– Dzielna rycerko – powiedział królewicz – chciałem ci bardzo podziękować za uratowanie, ale nie ożenię się z Tobą. Nie dostaje ci urody a ponadto zachowujesz i ubierasz się jak mężczyzna. Do tego jesteś brutalna. Nie chcę takiej żony.

Co miała zrobić biedna rycerka? Obróciła się na pięcie, wyszła z sali, odszukała w stajniach swego konika i tak, jak zwykła to czynić dosiadła go po męsku i odjechała w siną dal…

Andrzej Pilipiuk – Rzeźnik Drzew – recenzja

Szczerze powiedziwszy, książka ta napawała mnie lękiem.

Po ostatnim tomie „Norweskiego Dziennika” zaczęłam wątpić, czy Pilipiukowi przychodzą jeszcze do głowy oryginalne pomysły trzymające się kupy. Bo poziom bzdrurności w Norweskim Dzienniku był taki, że lektura ta wymagała wyłączenia funkcji „myślenie”.

„Rzeźnik drzew” zawiera dwanaście nowych opowiadań (bezjakubowych = bez Wędrowycza). Na okładce napisane jest „zwala z nóg”, co okazuje się absolutną nieprawdą. W każdym razie mnie nie zwaliło. Po pierwszym opowiadaniu, gdzie zarówno humor jak i poziom dążyły – zdanie za zdaniem – coraz bardziej do Terry’ego Pratcheta, pomyślałam: „oto nowy Pilipiuk, poczytny autor nonsensownych czytadeł dla gimnazjalistów”. Drugie, tytułowe też niestety nie zwala z nóg. Ok, jest w nim pomysł, nie ma za to klimatu. Brnęłąm jednak dalej przez tę lekturę, zniechęcona i znudzona. Zastanawiałam się, czy znajdzie się tekst, który uratuje cały tom, coś takiego jak „Wujaszek Igor” z „Czerwonej gorączki”, do którego to tekstu często wracam.

Te opowiadania są inne. Są inne od tych z „Czerwonej gorączki” i są też inne od tych z Jakubem W. Sama książka nie jest też jednorodna. Poza opowiadaniami dla gimnazjalistów, jajcarską historyjką o Połozie (moim zdaniem jedyny tekst, gdzie dobry pomysł został wykorzystany od początku do końca), paroma opowiadaniami quasi-historycznymi na dawną modłę można też znaleźć w tym tomie poważne opowiadania w niewystępującym dotąd u Pilipiuka stylu.

Kilka z nich zachwyca pomysłem i rozczarowuje zakończeniem, do bólu schematycznym i w zasadzie przewidywalnym. Broni się „Bunt szewców” – ma nastrój inny niż wszystkie dotychczasowe twory Pilipiuka. Poza tym, broni się też „serce kamienia”. Także „Poddasze” należałoby uznać za niezłe – spodziewałam się jednak jakiegoś odwrócenia porządku na końcu, czegoś, co po angielsku nazywa się „twistem” fabuły, czegoś zaskakującego.

Wydaje mi się, że w tych opowiadaniach można znaleźć nowy, nieznany dotąd u Pilipiuka rys – trochę życiową dojrzałość, trochę mroczny klimat ale nie w rodzaju słowiańskich opowieści o cmentarnych hienach, a dziki, przerażający klimat niedopowiedzenia, porównywalny z opowiadaniami Janusza Cyrana. O dziwo, nie występuje w tych tekstach polityczna propaganda, która dotąd raczej się pojawiała, czasem mniej, czasem bardziej nahalnie, ale za to można ją było często łatwo wyczuć.

Ogólne wrażanie to bałagan. Trochę dość tandetnej mieszanki słów Ochrana, rewolucja, krew, upitolić, UB, nowa broń etc gdzie autor nie próbuje nawet brać najbardziej ogranych schematów i bawić się w ich odwracanie, lecz bierze je, jakimi są, i trochę lepszych, poważniejszych tekstów, z których wyłania się w jakimś sensie nowy Pilipiuk, dojrzalszy życiowo, potrafiący budować nastrój, gęstą atmosferę, rozumiejący psychologię bohaterów.

Mam podejrzenia, że może być to książka przełomowa. Tak więc szczerze życzę Pilipiukowi by nie rezygnował ze swoich pomysłów na pograniczu kpiny z czytelnika, ale też, by nie rezygnował z pisania dojrzalszych tekstów, bo są tego warte.

Prezentacje multimedialne

Niemal w każdym tygodniu muszę zrobić jakąś prezentację.
Prezentację multimedialną.
Oto nowy wspaniały świat edukacji, gdzie wszystko jest takie cudowne, nowoczesne i multimedialne, cokolwiek oznacza ostatnie słowo.
Ale „prezentacja multimedialna” – to brzmi dumnie.

Te permanentne prezentacje zmieniły moje życie. Zaprzyjaźniłam się z wydziałowymi rzutnikami – wiem jak się je podłącza i obsługuje. Naczytałam się o psychologii odbiorców i o tym, jaka postawa jest w trakcie prezentacji najbardziej korzystna, i co powinnam mówić, i jak rozłożyć napięcie w trakcie wystąpienia. Dorobiłam się własnej teorii na temat prezentacji multimedialnych. Na przykład proste prawa psychologii mówią, że słuchacze uważają głównie przez pierwsze dwie-trzy minuty i podczas dwóch ostatnich minut, więc wiem, że w środku moge mówić bzdury lub przynudzać. Korzystam jeszcze z paru innych obserwacji tego typu. Oczywiście nauczyłam się też obsługiwać power pointa oraz beamera.

W sumie dzisiejsza refleksja dojrzewała we mnie od dawna. Mam dziwne wrażenie, że żyjemy w świecie przeładowanym informacjami. Dawno temu czytało się newsa w gazecie – sam tekst – i już to budziło emocje. Dzisiaj wchodzi się na stronę, do newsa dołączone są obrazki i filmy. Można przyjrzeć się opisanej w newsie sytuacji z różnych stron. Nie dostajemy sprecyzowanej informacji-notatki, tylko mnóstwo niepotrzebnych szczegółów (ja jestem z oldscholowego pokolenia, z zasady nie oglądam serwisów typu tv w internecie). Dawnie szło skupić uwagę na notatce w gazecie, zapamiętać ją i rozważyć.

I podobnie jest z prezentacjami. Dawniej nauczyciel/wykładowca mówił o czymś, powiedzmy o twierdzeniu albo o zjawiskach geologicznych i uczniów nie rozpraczały nie pasujące do niczego obrazki (bo nie może być slajdów z samym tekstem co nie?), tandetna grafika typu clip-art i parę innych rzeczy. Po prostu nauczyciel mógł się skupić NA temacie. O ile są dziedziny, gdzie prezentacje się przydają (trudno wykładać informatykę bez komputera, trudno w inny sposób pokazać kod) to są dziedziny gdzie prezentacje wykorzystuje się BO TAK. Bo to jest fajne i nowoczesne. Bo można czytać slajdy a nie wykładać wiedzę (a slajdy przepisać z książek).

Moim prywatnym zdaniem prezentacje wcale nie pomagają w nauce. Wcale jej nie przyspieszają. Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie – rozpraszają uwagę. Jeśli ja – jako kobieta o syntetycznym umyśle i o uwadze na tyle podzielnej, że mogę gotować na 4 gazy i pisać program w tym samym czasie – uważam, że to jest rozpraszające i utrudnia koncentrację (zwłaszcza nadmiar kolorów, obrazków, filmów i animacji) to co ma powiedzieć dziecko z ADHD albo ktoś, kto podzielnej uwagi nie posiada?

Tak więc prezentacja multimedialna to moim zdaniem przereklamowane oszustwo.

Pogadanki kryzysowe

Dwie scenki z życia.

Scenka numer jeden:

Dzwoni do mnie pan z plusa. Właścicielem telefonu formalnie jest Tata, więc tłumaczę mu, że co prawda nie jestem Tatą, ale używam tego numeru:

On: Dzień dobry, ma pani czas?

ja:  Właściwie, to NIE…

On: No dobrze, ale to naprawdę zajmnie tylko chwilkę…

(idę więc środkiem ulicy i gadam do komórki)

On: No dobrze, czy słyszała pani o umowie minutowej?

Ja: Tak, słyszałam, nie opłaca mi się to.

(po jakiego grzyba mam nie dość, że rezygnować z korzystnej umowy, dzięki której mam pięć numerów gratis bez limitów, to jeszcze pakować się w coś, czego celem jest zachęcenie mnie do generowania dużych rachunków?)

On: Jest pani pewna? Przecież można częściej telefon wymieniać.

Ja: No ale po co ja mam wymieniać telefon skoro stary nadal działa?

On: Można przecież kogoś obdarować, np. z rodziny

Ja: To niech pan spróbuje zadzwonić na któryś z czterech innych numerów mojej rodziny….

Rozłącza się. Trafiony – zatopiony,

Scenka numer dwa:

Jadę tramwajem. tramwaj, jak wiadomo miejsce publiczne i w ogóle, świetnie się w nim rozmawia, w szczególności na tematy religijne, polityczne i finansowe. Dzwoni pani z banku:

Pani: Dzień dobry, czy mam przyjemność z panią Katarzyną?

Ja: Tak, właśnie ze mną.

Pani: Bo widzi pani, dzwonię z banku i tutaj mamy dla pani taką propozycję…

(czuję co się święci… kocham banki po prostu… zadziałam przez zaskoczenie, myślę)

Ja: Ale ja naprawdę NIE CHCĘ KREDYTU.

Pani: No dobrze, ale tutaj przygotowaliśmy też dla pani ofertę karty kredytowej

Ja: Karty też nie chcę.

(normalnie trzeba mieć niedobrze w głowie żeby być studentem i chcieć kartę KREDYTOWĄ)

Pani: A to dziękuję.

Trzask.

Oto, jak kochają mnie firmy, z którymi związałam się długimi umowami. Oto recepta na kryzys po prostu.