Eugenia Ginzburg „Stroma ściana” – recenzja {Yevgenia Ginzburg „Journey into the Whirlwind” – review }

Tak w polskiej jak i w rosyjskiej literaturze jest wiele zesłańczych wspomnień. Represje roku trzydziestego siódmego i w ogóle cały okres stalinizmu i drugiej wojny światowej spowodowały, że zesłania stały się zarówno cięższe jak i powszechniejsze. Zsyłano przede wszystkim ludzi wykształconych, wrogów ludu wykrytych na uniwersytetach, w szpitalach i w redakcjach gazet. Przy tak dużej ilości pisarzy i poetów (lub po prostu: ludzi wrażliwych) przymusowo osiadłych na nieludzkiej ziemi, gatunek doczekał się swoich klasyków (jak Sołżenicyn czy Herling-Grudziński) i swoich arcydzieł (z całym szacunkiem dla cierpienia skazańców, nie wszystkie wspomnienia z łagrów są czysto faktograficznymi relacjami). Autorami większości tych wspomnień i relacji byli jednak … mężczyźni.

Książka Eugenii Ginzburg otwiera nowy świat. Autorka opisuje bowiem to samo, co przechodził Warłam Szałamow i inni, ale opisuje to jako kobieta, z perspektywy kobiety, z wrażliwością kobiety. Co ciekawe, autorka zauważa, że tam gdzie mężczyźni umierali (na suchoty, niedożywienie, awitaminozę), kobiety trzymały się względnie dobrze. „Biedni nasi współtowarzysze! Słaba płeć… Umierali tam, gdzie myśmy jedynie gięły się, nie dając się złamać. Byli górą, gdy trzeba się było natrudzić przy siekierze, kilofie lub taczce, byli przegrani, kiedy chodziło o wytrzymałość na męki”.

Eugenia Ginzburg pracowała na uniwersytecie w Kazaniu i była gorliwą komunistką żydowskiego pochodzenia. Jak wiele innych osób z jej pokolenia, szczerze wierzyła w komunizm („Byliśmy dziećmi swojego czasu, czasu wielkich złudzeń”). Jej mąż, Paweł, należał do rządu republiki kazańskiej. Eugenia była też matką dwóch synów. Aresztowano ją z dnia na dzień, pod pretekstem spisku i uczestnictwa w organizacji terrorystycznej. Po długim śledztwie (jeszcze bez tortur fizycznych, poza „taśmą”) osadzono ją w izolatce. To co wstrząsa najbardziej, to chyba cierpienie matki oddzielonej od dzieci, osadzonej w zbiorowej, przeludnionej celi wśród innych kobiet, które dokładnie tak samo boją się o własne dzieci i które za wszelką cenę usiłują być dzielne. Wstrząsa też konfrontacja naiwnej komunistki (kobiety, która szczerze chce, by ludziom, żyło się lepiej i komunizm uważa za metodę realizacji tychże ideałów), żyjącej dotąd we względnym dobrobycie, w akademickim środowisku ze światem realnym: więzieniem, nieprawdziwymi oskarżeniami i żelazną podłoga w karcerze. „Nie, bynajmniej nie byliśmy piastunami mądrości. Przeciwnie, nasza obciążona dogmatami myśl z tak wielkim trudem torowała sobie drogę do prawdziwie żywego światła”.

Brzmi to pewnie nieprawdopodobnie, ale Eugenię przed zdziczeniem i zobojętnieniem w więzieniu (i potem, na Kołymie) ratuje poezja. Poezja i wrażliwość. Wiersze czytane, powtarzane, wymyślane, przypomniane. Książki, które jak sama stwierdza, nauczyła się czytać dogłębnie dopiero w pojedynczej celi, gdy nie było nic innego do roboty. Więźniarki, jadące w bydlęcym wagonie na Kołymę, głównie byłe profesorki, nauczycielki, artystki, zbliży właśnie to uwielbienie dla poezji.

Ta książka jest szczególna. Po pierwsze dlatego, że jest szczegółowa. Autorka zaznacza, że jej głównym celem w ciągu 18 lat pozbawienia wolności było właśnie zapamiętanie ludzi, miejsc i dat (ich liczba naprawdę robi wrażenie) by spisać wspomnienia Po drugie w jakimś sensie widać, że jest to kolejna, pocięta wersja (z wielu), wyprana z tego co zbyt osobiste (jak wiadomość o śmierci syna w trakcie oblężenia Stalingradu) i zbyt bolesne. Mimo to, książka jest spójna całością, opowieścią o ludziach, cierpieniu, katach, ofiarach, a przede wszystkim o kobietach – często matkach i żonach postawionych w ekstremalnej sytuacji.

W „Stromej ścianie”, wśród przeglądu zdrajców, donosicieli, służbistów, katów, ludzi słabych pojawiają się dwie postacie jednoznacznie czyste moralnie. Co ciekawe, obie to katolicy. Pierwszą z nich jest głuchy pomywacz w kopalnianej stołówce, drugą drugi mąż autorki, lekarz Walter. Łagry to miejsce pozbawione moralności („ty umrzesz dziś a ja – jutro”). Co dało tym ludziom taką siłę? Co sprawiło, że nadal, mimo zimna i głodu, są w stanie odróżniać dobro od zła, postępować szlachetnie (tak jak doktor Walter, który oddaje choremu swoje własne skarpetki, towar deficytowy)? Czy była to tylko kwestia religii, czy też zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości?

Nie nazwałabym tej książki przejmującą. Nie dlatego, że taka nie jest. Wydaje mi się, że autorka by sobie tego nie życzyła i że nie o to jej chodziło. Tym, co przebija z tej książki jest kontrast estetyczny, jest przeraźliwa brzydota łagrowego życia (przez 20 lat byłam mieszkanką ponurych jaskiń o ohydnych nazwach) skontrastowana z życiem wewnętrznym, z poezją, ze wspomnieniami, ze światem, w którym autorka wyrastała i który jej obiecywano. Ponadto, najbardziej dominującym uczuciem, jakie nurtowało autorkę, co zaznacza na wstępie, było zdumienie – „jak to możliwe?”. Zamiast uśmiechu „złotego słońca komunizmu” były złote wyrobiska przy 40-stopniowym mrozie, brudne waciaki, rozpadające się czunie, była nędza, strach i cierpienie.

Uważam, że warto sięgnąć po tą książkę, unikalne, straszne świadectwo kobiety, która przeszła najgorsze, i choć los dał jej solidnie w twarz, nigdy jej nie złamał. By zrozumieć, że siła, jaka tkwi w kobiecie niekoniecznie przeczy jej wrażliwości.

Eugenia Ginzburg, Stroma Ściana, Czytelnik, Warszawa 2009

Reklamy

Owal świętego Grala {the oval of the Holy Graal}

Jest taka piosenka Kaczmarskiego, „Aleksander Wat”. Treścią piosenki są dzieje Aleksanda Wata, ale chyba nie tylko o to w niej chodzi. Jak wielokrotnie zaznaczałam, interpretację wierszy (słów śpiewanych wierszy także) uważam za barbarzyństwo. Więc ta piosenka jest o Aleksandrze Wacie, ale jest też o całym pokoleniu romansujących z Heglem, których łagry skutecznie leczą z tej miłości. W piosence są też prawdy uniwersalne. Myślę, że Kaczmarski, jako człowiek o dużej wrażliwości, mimo swojego trudnego stosunku do religii katolickiej, rozumiał, a raczej przeczuwał ją dużo lepiej niż wielu „niedzielnych katolików”. Ta piosenka nie jest jednak katolicka jako taka, i też nie o to w niej chodzi.

„I wszystkie śmierci były mu dane,
Ciało drążyła mu każda z kul?
Sól czasu sypał w otwartą ranę
Apostoł wszystkich wiar świata – Ból.”

śpiewa Kaczmarski

„Ciała przyjaciół – warstewka ziemi,
Pod którą mrowi się trupi ul.
I śni się wielki Sen o Kamieniu,
I zrywa ze snu prawdziwy Ból.

Miłość. Tak, Miłość. Sztuka. Tak, Sztuka,
Lecz Ból, co na pół przecina twarz.
Nikt już Świętego Graala nie szuka
I nikt nie broni Wyniosłych Baszt.”

[…]

„Zmęczony Piorun – wzrok Parsifala
– Światło gasnące z dwóch białych kul –
Ogląda owal Świętego Graala –
I Ból zamienia się w Moc. ”

Czy Ból może zamienić się w Moc?