Prof. Kazimierz Dąbrowski – Posłanie do Nadwrażliwych

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą czułość w nieczułości świata,
za niepewność – wśród jego pewności
za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych,
zarażając się każdym bólem,
za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna,
za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi,
bądźcie pozdrowieni.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za wasz lęk przed absurdem istnienia
i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie,
za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością,
za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego co być powinno,
za to co nieskończone – nieznane – niewypowiedziane, ukryte w was.

Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
za waszą twórczość i ekstazę
za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk,
że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.

Bądźcie pozdrowieni za wasze uzdolnienia – nigdy nie wykorzystane –
(niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli poznać wielkości tych, co przyjdą po was),
za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować,
że jesteście leczeni zamiast leczyć świat,
za waszą Boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę,
za niezwykłość i samotność waszych dróg,
bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

Życie bez facebooka – refleksje {Life with no facebook – reflections}

Facebooka nie mam od sierpnia. Jestem uzależniona od internetu, fascynuje mnie jego społeczny charakter a także teoria wyszukiwania i psychologia użytkowników. Przez lata studiów byłam całkiem aktywna na portalach społecznościowych. Miałam konto na studentixie (ktoś pamięta teraz takie starocie?) i nawet paradowałam dumnie po uczelni w studentixowej koszulce.  Z nk zaczęłam korzystać bardzo wcześnie, w zasadzie zaraz po powstaniu. Potem życie towarzyskie przeniosło się na facebooka, a ja wraz z nim.

Konto skasowałam w sierpniu. Szczerze, to nie pamiętam jak długo je miałam – myślę, że pewnie z trzy lata lub więcej. W tym czasie dorobiłam się coś koło 300 znajomych. Jako, że byłam na erasmusie, mam znajomych z całego świata. Dzisiaj studiuję w usa, gdzie nie mieć facebooka to nie istnieć. Z tym, że facebook ma to do siebie, że z 300 wirtualnymi znajomymi człowiek ma poczucie, że ma tyyyyyylu przyjaciół i jest prawie-że duszą towarzystwa (siedząc wieczorem samotnie z laptopem na kolanach rzecz jasna). Problem w tym, że to poczucie niewiele ma wspólnego z rzeczywistością.

Brak facebooka zmusił mnie do wyjścia do prawdziwych ludzi. Do zyskiwania i utraty znajomych. Do wyrażania emocji inaczej, niż przez statusy. Do pisania maili i dzwonienia do przyjaciół, których widuję dwa razy do roku. Do powrotu do gg i google-talka. Do takiej ogólnej troski o to, co w okół.

Nie jestem jakaś antyspołecznościowa. Mam konto na nk, mam na linkedinie, goldenlinie i tych wszystkich nudnych, niszowych stronach na które i tak nikt nie zagląda. Czasem brakuje mi tego chaosu, tej plątaniny statusów, zdjęć i grup, natłoku informacji o eventach i imprezach, które generował facebook. I tych tajemniczych zaproszeń od ludzi, których nie znam, tych bezwzględnych, uparcie wysyłanych próśb o dołączenie do farmville czy innego fishville. Z drugiej jednak strony, mam teraz więcej spokoju. Wróciłam do pisania. Oczywiście, że dalej marnuję czas, ale marnuję go chociaż bardziej kreatywnie 🙂 Zrozumiałam, że jeśli nie wiem, która moja koleżanka ze szkoły podstawowej smaży teraz odwłok na plaży w Egipcie albo jeździ nowym audi nie jestem przez to uboższa, mniej wartościowa albo gorzej poinformowana, bo i tak mnie to nie obchodzi. To, że nie mam jak stalkować na byłych miłościach to też w sumie plus, bo zdaję sobie sprawę, ile może to generować bólu. O tym, co ważne  prędzej czy później powiedzą mi przyjaciele.

Poza tym nauczyłam się nie oszukiwac na leechblocku. To, czym się zajmuję wymaga siedzenia przed komputerem, i wiadomo, że internet sam w sobie to jedna wielka pokusa. Leechblock – jakby ktoś nie wiedział – to dodatek do firefoxa, który blokuje „nieodpowiednie” strony. Znaczy się, jest on perfekcyjnie konfigurowalny, można blokowac od-do, można poustawiać, ile minut na godzinę etc. Wykasowałam operę i safari i zablokowałam ich ściąganie.

Tak ogólnie, podsumowując – bo wiem, że kupa osób wchodzi na tego bloga przez frazę „nie mam facebooka”: niemanie facebooka jest pozytywnym doświadczeniem. Wymaga to jednak dojrzałości i czasem nieugięcia się pod naciskami i szantażami. Uświadamia zarówno własną samotność i słabość przelotnych facebookowych relacji, jak i siłę prawdziwych przyjaźni. Pozwala żyć z jednej strony bardziej do siebie, nie chwaląc się każdym zdjęciem z alkoholowej imprezy, z drugiej zaś strony bardziej do ludzi, bo żeby dowiedzieć się, co u znajomego trzeba się do niego odezwać, a nie przeczytać najświeższy status. Poza tym nieposiadanie facebooka uspokaja. Odcina od strumienia chaotycznych informacji o nowych rybkach, znalezionych na farmie kotkach, rekordzie w grze, piątym związku w ciągu miesiąca, „zajebistych” seksalkoholowych przygodach i podobnych, i w sumie, po jakimś czasie po prostu już tego tak bardzo nie brakuje. Wydaje się, że będzie bolało, ale w gruncie rzeczy najwyżej szczypie. Mnie nie bolało w każdym razie.

Zaryzykujcie najpierw na dwa tygodnie, potem na dłużej. Co Wam szkodzi…

 

Jak zostać poczytnym autorem książek fantastycznych – poradnik dla początkujących {How to become a popular sci-fi writer – the guide for beginners}

Nienajświeższe (miesięczne mniej więcej), trochę nudne i do tego kontrowersyjne. Najczęściej komentowany artykuł  w dziale publicystyka na fantastyka.pl

Wklejam ku uciesze 🙂

Jak zostać poczytnym autorem książek fantastycznych – poradnik dla początkujących

===

Po pierwsze, musisz zostać ateistą. Jeśli jakimś cudem chodzisz jeszcze do kościoła i nie stać cię na tak radykalny krok, przyjmij chociażby postawę agnostyka. Wiara w moralność przeszkadza przy pisaniu. Musisz też trochę zmienić poglądy, i nawet jeśli daleko ci do moherów, od teraz, jako autor, zacznij wierzyć w eugenikę różnej maści (bo to dobrze pasuje do autora SF), ekologię (ach, te elfy!) lub cokolwiek, co aktualnie jest trendi.

Po drugie, musisz rozwinąć wyobraźnię erotyczną. Jeśli po nocach nie gnębią cię sukkuby z pejczami, a wizje nagich koleżanek nie przeszkadzają ci w drodze do pracy, pora pogłębić wiedzę w temacie najlepiej przy pomocy niemieckich filmów erotycznych i redtube’a. Siermiężność stosunkowo dobrze się sprzedaje, co za różnica, czy to kobieta czy koza? Pamiętaj, by wszędzie wciskać dosadne określenia swoich przeżyć, jak na przykład to, że główny bohater „posuwał ją we wszystkie trzy dziurki” (cytat) albo „jednym ruchem zdarł je stringi i wszedł w nią” (cytat). Po co czytelnik ma się czegoś domyślać lub coś spekulować lub sobie coś – o zgrozo – wyobrażać?

Po trzecie, nie myśl. Twoi czytelnicy, uczniowie gimnazjum i liceum oraz niezbyt rozgarnięci studenci nie lubią za bardzo dłużyzn w postaci przemyśleń albo nietypowych poglądów. Serwuj im dokładnie to, czego oczekują: wartką akcję, seks-przygody, wampiry, upitalanie głów, wściekłe mohery, pijaństwo i te klimaty. Oglądaj Wiadomości, a jeśli cię nudzą, przestaw się na Fakty (w ogóle, tvn jest twoim sprzymierzeńcem). Z portali szczególnie polecany jest onet. Dzięki temu wyrobisz sobie pogląd na popkulturę, oczekiwania czytelników i ich poziom. Zresztą, onet niech się stanie niewyczerpanym źródłem twojej inspiracji. Jeśli aktualnie wypada obrażać mohery – rób to! Jeśli wypada naśmiewać się z jakiegoś polityka – stwórz jego alter ego na planecie XXX i baw czytelników! By nabyć nieco wiedzy o społeczeństwie czytaj blogi podlinkowane na głównej stronie. Z nich dowiesz się różnych ciekawych rzeczy, szczególnie o seksie i związkach (wieczorem) oraz problemach społecznych (w innych porach dnia). Jeśli potrzebujesz sensacji, zajrzyj na stronę Faktu. Poza serialowymi nowinami kto kogo poślubi, na pewno znajdziesz tam jakieś ciekawe informacje… Jeśli syn bijący matkę kiełbasą krakowską nie wystarcza ci na kanwę dla opowiadania… idź i wypij piwo! Poza tym godnymi uwagi portalami są komixxy a także bash. Na obu bije niewyczerpane źródło humoru. Używaj ich nie tylko po to, by zrobić sobie przerwę, ale też by wiedzieć, z czego i w jaki sposób się śmiać. Wyszukane kawały o masturbacji śmieszą przecież do łez!

Po czwarte, czytaj tylko niektóre książki. Szczególnie nowości z Fabryki Słów, ale nie tylko. Niekończące się sagi fantasy dobrze wpłyną na twoją karierę i wyobraźnię, analogicznie zresztą jak Dan Brown i jego rewelacje. Podobnie jak stare SF, pełne statków kosmicznych i robotów z analogowymi lampami (tylko nie Lem!). Przeczytaj trochę klasyki, ale nie za dużo, bo po co masz się frustrować że ktoś przed tobą wpadł już na TWÓJ pomysł? Możesz zajrzeć do Tolkiena, Gry Endera, do Silverberga, do Sapkowskiego (o ile nie okaże się za trudny), do czegokolwiek o Wędrowyczu (byle któryś z ostatnich tomów), ale Brzezińską omijaj, podobnie jak Bułyczowa i Braci Strugackich (i tak są za trudni). Nie wolno ci zaglądać do klasyki literatury pięknej. Takie dzieła jak Lalka, Nad Niemnem albo Faust to śmiertelnie nudne szkolne lektury i na dodatek stare ramoty, do których nikt normalny nie zagląda. Przyjmij do wiadomości, że Dostojewski, Tołstoj i Pasternak dawno nie żyją i nie ma potrzeby wskrzeszania ich spuścizny.

Jeśli naprawdę, ale to naprawdę musisz czytać, i nie zaspokajają cię Wędrowycze, Hondelyki i Zmierzch, czytaj to, co aktualnie poleca Gazeta Wyborcza. Masłowska, która zresztą dawno powinna stać się twoją idolką, Pilch, niepokojące dzieła Grossa, iberoamerykańscy lewicujący autorzy i ich książki o sypianiu z własną ciotką – w to właśnie zaopatrz się w jakimś empiku. A jeśli cię nie stać, albo nie chcesz wydawać pieniędzy, poszukaj w bibliotece książek z szarymi lub niebieskimi obwolutami, wydanych w serii polecanych przez GW.

Po piąte, żeby pisać obrazami trzeba oglądać obrazy. Więc musisz oglądać filmy. Najlepiej amerykańskie, ale europejskie kino też nie jest złe. Z amerykańskich filmów łatwo się dowiesz jak mają działać twoi bohaterowie (ach, te filmy akcji i niekończące się magazynki!) a z europejskich – jak mają myśleć i rozmawiać. Poświęć filmom ze dwa wieczory w tygodniu. Poza tym wybierz sobie jakiś serial (może niekoniecznie „M jak miłość” czy „doktora House’a”), najlepiej fantasy (może byź Xena). Tam zobaczysz na własne oczy, jak wygląda wojowniczka, jak buduje się karczmę i jak się jeździ na koniu. Poza tym, da ci to pogląd jak prowadzić historię, by się nigdy nie kończyła, a do tego nie zanudziła czytelnika na śmierć.

Po szóste, gry. Gry są w twoim pokoleniu ważne, więc jeśli chcesz pisać językiem pokolenia, musisz grać. I najlepiej, żeby były to gry z zabijaniem, takie, które nie wymagają za dużo myślenia (daruj sobie world of goo, osmos i cokolwiek, co angażuje umysł). Możesz zacząć od Counter Strike’a albo Tibii, albo czegoś, w co grają twoi koledzy. Gry, poza pisaniem, powinny stać się twoim najważniejszym zajęciem.

Załóżmy, że masz już grafik czytania, grania i oglądania filmów. Teraz pora przystąpić do najważniejszego etapu, czyli pisania właściwego. Najpierw bohater. Najlepiej, żeby był młody (bo kto lubi czytać o staruchach, no, może poza Wędrowyczem), taki w wieku gimazjum-studia, i żeby miał jakieś nadnaturalne moce (słyszy głosy, posiada magiczną energię, umie czarować, jest wampirem). Bohatera umieszczasz w świecie. Albo jest to świat fantasy (wtedy dobrze, żeby bohater był wojownikiem, miał młodszego giermka, był rosły i umięśniony) albo świat przyszłości (wtedy bohater to kapitan statku kosmicznego, ktoś wykonujący dziwny zawód, ktoś uciśniony w alternatywnej rzeczywistości) albo też świat współczesny (co jest ostatnio najmodniejsze). I potem wymyślasz bohaterowi przygody. Mogą być różne (to już twoja, autorze, wyobraźnia – poradnik niewiele pomoże), grunt, żeby chociaż 10 procent miało charakter seksualny. Ortografią się nie ma co martwić (bo word z anielską cierpliwością sam poprawi błędy), stylem też raczej nie (bo jakaś przemiła pani Hania czy inna Krysia z wydawnictwa zna się na tym i tak lepiej).

Załóżmy teraz, drogi autorze, że panie Krysie i Hanie wykonały już swoją pracę, i wykonały ją nawet maszyny poligraficzne. Twoja książka sprzedaje się jak świeże bułeczki. Więc oto nastąpiła pora na założenie bloga. Ważne, by go wysoko wypozycjonować w przeglądarce. Na blogu pisz to, co ślina ci na język przyniesie, o swoim życiu osobistym (zwłaszcza, jeśli jest skomplikowane, ale bez szczegółów jak w niemieckim pornolu i twoich własnych książkach), o przemyśleniach zainspirowanych onetem, polityką i tvnem, o przeczytanych książkach i komiksach, o grach. Pamiętaj, by za żadne skarby świata nie silić się na zbytnia oryginalność! Musisz pisać dokładnie to, czego oczekuje od ciebie osiemdziesiąt procent twoich czytelników. Żadnych obciachów w stylu, że byłeś w kościele albo, że popierasz jednomandatowe okręgi wyborcze! Jeśli masz zacięcie polityczne promuj chociaż słuszne idee, takie jak in vitro i wychowanie seksualne w szkołach.

I na koniec (o ile znudzony kandydacie na autora zdołałeś do niego dobrnąć) zapamiętaj zasadę: twój czytelnik ma czuć się wyjątkowy i pewnie się tak czuje, a ty masz go w tym utwierdzić! Bądź tak unikalny, by trafić w gust milionów, bądź tak unikalny, jak gust milionów (jeśli chcesz zrozumieć lepiej, o co chodzi odsyłam do książki Christiana Landera „Stuff White People Like”)!

A teraz odpal worda i do dzieła! Powodzenia, adepcie na pisarza, świetlana przyszłość przed tobą!

Wypaleni – ciąg dalszy {burned out – continuation}

Mój poprzedni post [link] o wypalonych na starcie dwudziestoparolatkach był jednym z najliczniej odwiedzanych postów na tym blogu (bije go chyba tylko wpis o nieposiadaniu konta na facebooku). W tamtym poście postawiłam mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Tego posta piszę, bo do pewnego stopnia przemyślałam sprawę i myślę, że znam już odpowiedzi.

Temat wypalenia dręczył mnie przez ostatnie parę miesięcy. Dyskutowałam go z każdym, kto chciał o tym rozmawiać (z niektórymi, którzy nie chcieli także)- z M., z Markiem, z przyjaciółmi, rodziną, znajomymi, nieznajomymi, i nawet z własnym promotorem; ale odpowiedź nie przyszła przez dyskusje.

Wydaje mi się, że pierwszy z istotnych powodów wypalenia to polski system edukacji wyższej zwany potocznie „studiami“. Zwracał mi na to uwagę Marek, ale nie sformułował tego w sposób, w jaki zamierzam to zrobić.

Otóż studia mają to do siebie, że odzwyczajają od regularnej pracy. Z tego, co pamiętam w szkole średniej codziennie odrabiało się lekcje, raz na dwa-trzy tygodnie były sprawdziany, siedziało się w szkole (albo powinno się było siedzieć) od ósmej do piętnastej-szesnastej i nikt też specjalnie nie kwękał, że zadają na weekend.

Prawda jest taka, że na studiach można się było uczyć przez cztery – pięć tygodni w roku (dwa razy na kolokwia w środku semestru i po półtorej tygodnia na każdą z sesji egzaminacyjnych). Widziałam nieraz, jak względnie bystrym studentom trzy dni (a czasem jedna noc) przed egzaminem w zupełności wystarczały, by opanować materiał i dostać 5, jeśli nie mityczny „celujący“. Systematyczność nie była w żaden sposób nagradzana. Od kogoś, kto chodził na wykłady tydzień w tydzień inni zwyczajnie kserowali notatki bez słowa dziękuję. Nad większością projektowych czy długoterminowych przedmiotów można było przysiąść przez tydzień, góra dwa (to chyba do Super-Poważnego-Projektu z piątego roku informatyki) i zaliczyć je naprawdę przyzwoicie. Po pięciu latach, zwłaszcza idąc na doktorat można łatwo nabawić się przekonania, że już zawsze tak będzie: cztery, może sześć tygodni ciężkiej pracy w roku i laba przez resztę czasu. Po drugie na studiach wydaje się, że paskudny, długofalowy projekt o nazwie „praca magisterska“ to wyczyn jednorazowy i po przysłowiowych „piętnastu minutach wstydu i dyplomie na całe życie“ nie będzie więcej redagowania poprawek do poprawek, stresu, męczenia się nad czymś przez wiele miesięcy. Potem okazuje się często, że praca mgr to dopiero pierwszy z serii dojrzałych, długich, stresujących projektów wymagających odpowiedzialności.

Wobec tego pierwsza praca (lub doktorat) to trochę jak upadek z dużej wysokości na beton.

Następna sprawa to to, że żeby cokolwiek w życiu osiągnąć trzeba ciężko pracować (a nie tylko systematycznie przychodzić do biura, by przegladac internet). Wiadomo, zdarzają się wyróżnieni z przypadku celebryci, ale większość ludzi musi jednak na sukces zarobić. Sukces jest wynikiem talentu, ale też pasji, dyscypliny i ciężkiej pracy.

Mi się na studiach wydawało, zwłaszcza w semestrach, gdy ciągnęłam po 9 przedmiotów, że już nigdy nie będzie tak trudno. Że w końcu odpocznę Tymczasem okazało się, że praca zaczyna się a nie kończy na doktoracie. Myślę, że jak ktoś idzie do tak zwanej „normalnej pracy“ musi go to jeszcze bardziej szokować.

Trzecia istotna przyczyna to sama atmosfera studiów doktoranckich (to o wypaleniu u doktorantów). Jeszcze jako studentka wyższych lat miałam sporo zajęć z doktorantami i nieraz zastanawiałam się, dlaczego doktoranci jako grupa sprawiają wrażenie szarej, bezwładnej masy bez życia; indywidualne przypadki nie były takie złe, za to wrażenie przy spojrzeniu na całość było raczej ponure. Brakowało też ludzi z pasją (albo z widoczną pasją). A przecież to do ludzi, którzy opowiadają z drżeniem w głosie o transformacie Fouriera lgną studenci, i to oni sprawiają, że ani studia ani doktorat nie są nudne. Do tego entuzjazm jest zaraźliwy.

Doktorat jest powołaniem i misją a nie zawodem. Dość często wydawało mi się, że wiele jest osób idzie na studia doktoranckie, bo boi się życia, boi się pracy, boi się dorosłości, bo nie ma lepszego pomysłu. To nie znaczy, że radzą sobie źle; ale jednak widać brak zaangażowania, intensywne lokowanie zainteresowań w innym niż nauka miejscu, szukanie pracy zarobkowej (to jeszcze zrozumiem), albo ogólny brak głębszego zainteresowania przedmiotem badań, i taki swoisty marazmo-olew. Jesli takich osób jest kilka procent to można to uznać za statystykę, ale jeśli takich jest większość to nadają ton całej społeczności.

Dawniej doktorat wiązał się chyba bardziej z wyróżnieniem. W dobie bezwartościowych magisterek doktorat chce mieć każdy. Problem w tym, że masowość doktoratu sprawia, że i atmosfera się zmieniła.

Poza tym, na studiach, a już tym bardziej w szkole nagroda jest szybka i dość dobrze zdefiniowana. Dostaniesz przyzwoite oceny przez dwa semestry (na niektórych uczelniach przez jeden) – masz stypendium naukowe. Utrzymasz przez całe studia – masz dyplom z wyróżnieniem. Tymczasem ani na doktoracie ani w pracy tak nie jest. Nagroda jest zdefiniowana bardzo nieprecyzyjnie (obronić się? Opublikować przyzwoitą pracę w przyzwoitym piśmie? Dostać podwyżkę po pół roku i prezent od szefa na święta?) i jest raczej odległa.

Ponoć najmniej wypalają się ci, którzy prowadzą własną działalność gospodarczą. Chociażby pracowali 14-16h na dobę, nic im nie będzie. Dlaczego? Pracują dla siebie, pracują mając przed sobą wizje lepszej przyszłości, przyszłości w ogóle.

Żeby nie było, że kogoś oskarżam, większość z tych opisanych tu rzeczy mnie także dotyczy. Przez wiele miesięcy nie chciałam się sama przed sobą przyznać. Wam wszystkim, moi wypaleni przyjaciele, ogłaszam, że uświadomienie sobie wszystkich tych spraw jest pierwszym krokiem do poprawy sytuacji.

Słowa

Są słowa, które nie powinny paść a padają, a jeśli padną zmieniają bieg życia.

Paradoksalnie, to nie zawsze są słowa krytyki i nie zawsze zmieniają życie na gorsze.

Po prostu są takie słowa.

Pływałam dziś w tę i nazad, w tę i nazad, i patrzyłam jak na dnie basenu przesączone przez wodę światło odbarwia posadzkę, jasny cień na jasnych kafelkach, nadzieja mieszająca się z rozpaczą.