Wypaleni – ciąg dalszy {burned out – continuation}

Mój poprzedni post [link] o wypalonych na starcie dwudziestoparolatkach był jednym z najliczniej odwiedzanych postów na tym blogu (bije go chyba tylko wpis o nieposiadaniu konta na facebooku). W tamtym poście postawiłam mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Tego posta piszę, bo do pewnego stopnia przemyślałam sprawę i myślę, że znam już odpowiedzi.

Temat wypalenia dręczył mnie przez ostatnie parę miesięcy. Dyskutowałam go z każdym, kto chciał o tym rozmawiać (z niektórymi, którzy nie chcieli także)- z M., z Markiem, z przyjaciółmi, rodziną, znajomymi, nieznajomymi, i nawet z własnym promotorem; ale odpowiedź nie przyszła przez dyskusje.

Wydaje mi się, że pierwszy z istotnych powodów wypalenia to polski system edukacji wyższej zwany potocznie „studiami“. Zwracał mi na to uwagę Marek, ale nie sformułował tego w sposób, w jaki zamierzam to zrobić.

Otóż studia mają to do siebie, że odzwyczajają od regularnej pracy. Z tego, co pamiętam w szkole średniej codziennie odrabiało się lekcje, raz na dwa-trzy tygodnie były sprawdziany, siedziało się w szkole (albo powinno się było siedzieć) od ósmej do piętnastej-szesnastej i nikt też specjalnie nie kwękał, że zadają na weekend.

Prawda jest taka, że na studiach można się było uczyć przez cztery – pięć tygodni w roku (dwa razy na kolokwia w środku semestru i po półtorej tygodnia na każdą z sesji egzaminacyjnych). Widziałam nieraz, jak względnie bystrym studentom trzy dni (a czasem jedna noc) przed egzaminem w zupełności wystarczały, by opanować materiał i dostać 5, jeśli nie mityczny „celujący“. Systematyczność nie była w żaden sposób nagradzana. Od kogoś, kto chodził na wykłady tydzień w tydzień inni zwyczajnie kserowali notatki bez słowa dziękuję. Nad większością projektowych czy długoterminowych przedmiotów można było przysiąść przez tydzień, góra dwa (to chyba do Super-Poważnego-Projektu z piątego roku informatyki) i zaliczyć je naprawdę przyzwoicie. Po pięciu latach, zwłaszcza idąc na doktorat można łatwo nabawić się przekonania, że już zawsze tak będzie: cztery, może sześć tygodni ciężkiej pracy w roku i laba przez resztę czasu. Po drugie na studiach wydaje się, że paskudny, długofalowy projekt o nazwie „praca magisterska“ to wyczyn jednorazowy i po przysłowiowych „piętnastu minutach wstydu i dyplomie na całe życie“ nie będzie więcej redagowania poprawek do poprawek, stresu, męczenia się nad czymś przez wiele miesięcy. Potem okazuje się często, że praca mgr to dopiero pierwszy z serii dojrzałych, długich, stresujących projektów wymagających odpowiedzialności.

Wobec tego pierwsza praca (lub doktorat) to trochę jak upadek z dużej wysokości na beton.

Następna sprawa to to, że żeby cokolwiek w życiu osiągnąć trzeba ciężko pracować (a nie tylko systematycznie przychodzić do biura, by przegladac internet). Wiadomo, zdarzają się wyróżnieni z przypadku celebryci, ale większość ludzi musi jednak na sukces zarobić. Sukces jest wynikiem talentu, ale też pasji, dyscypliny i ciężkiej pracy.

Mi się na studiach wydawało, zwłaszcza w semestrach, gdy ciągnęłam po 9 przedmiotów, że już nigdy nie będzie tak trudno. Że w końcu odpocznę Tymczasem okazało się, że praca zaczyna się a nie kończy na doktoracie. Myślę, że jak ktoś idzie do tak zwanej „normalnej pracy“ musi go to jeszcze bardziej szokować.

Trzecia istotna przyczyna to sama atmosfera studiów doktoranckich (to o wypaleniu u doktorantów). Jeszcze jako studentka wyższych lat miałam sporo zajęć z doktorantami i nieraz zastanawiałam się, dlaczego doktoranci jako grupa sprawiają wrażenie szarej, bezwładnej masy bez życia; indywidualne przypadki nie były takie złe, za to wrażenie przy spojrzeniu na całość było raczej ponure. Brakowało też ludzi z pasją (albo z widoczną pasją). A przecież to do ludzi, którzy opowiadają z drżeniem w głosie o transformacie Fouriera lgną studenci, i to oni sprawiają, że ani studia ani doktorat nie są nudne. Do tego entuzjazm jest zaraźliwy.

Doktorat jest powołaniem i misją a nie zawodem. Dość często wydawało mi się, że wiele jest osób idzie na studia doktoranckie, bo boi się życia, boi się pracy, boi się dorosłości, bo nie ma lepszego pomysłu. To nie znaczy, że radzą sobie źle; ale jednak widać brak zaangażowania, intensywne lokowanie zainteresowań w innym niż nauka miejscu, szukanie pracy zarobkowej (to jeszcze zrozumiem), albo ogólny brak głębszego zainteresowania przedmiotem badań, i taki swoisty marazmo-olew. Jesli takich osób jest kilka procent to można to uznać za statystykę, ale jeśli takich jest większość to nadają ton całej społeczności.

Dawniej doktorat wiązał się chyba bardziej z wyróżnieniem. W dobie bezwartościowych magisterek doktorat chce mieć każdy. Problem w tym, że masowość doktoratu sprawia, że i atmosfera się zmieniła.

Poza tym, na studiach, a już tym bardziej w szkole nagroda jest szybka i dość dobrze zdefiniowana. Dostaniesz przyzwoite oceny przez dwa semestry (na niektórych uczelniach przez jeden) – masz stypendium naukowe. Utrzymasz przez całe studia – masz dyplom z wyróżnieniem. Tymczasem ani na doktoracie ani w pracy tak nie jest. Nagroda jest zdefiniowana bardzo nieprecyzyjnie (obronić się? Opublikować przyzwoitą pracę w przyzwoitym piśmie? Dostać podwyżkę po pół roku i prezent od szefa na święta?) i jest raczej odległa.

Ponoć najmniej wypalają się ci, którzy prowadzą własną działalność gospodarczą. Chociażby pracowali 14-16h na dobę, nic im nie będzie. Dlaczego? Pracują dla siebie, pracują mając przed sobą wizje lepszej przyszłości, przyszłości w ogóle.

Żeby nie było, że kogoś oskarżam, większość z tych opisanych tu rzeczy mnie także dotyczy. Przez wiele miesięcy nie chciałam się sama przed sobą przyznać. Wam wszystkim, moi wypaleni przyjaciele, ogłaszam, że uświadomienie sobie wszystkich tych spraw jest pierwszym krokiem do poprawy sytuacji.

Reklamy

8 thoughts on “Wypaleni – ciąg dalszy {burned out – continuation}

  1. Jeśli chodzi o pracę i odpoczynek, to wiedz że z nauk buddyjskich wynika bardzo jasno że ciężko pracując można osiągnąć taki punkt że energia nieprzerwanie będzie pojawiać się w umyśle sama.

    To jest paradoks – im więcej pracujesz tym więcej masz tej energii – jednak gdy odpuścisz i zaczniesz się lenić to ta energia ucieka. Jednak istnieje taki punkt graniczny po przekroczeniu którego energia w umyśle nie cofa się i lenistwo nigdy się nie pojawia – wymaga to jednak naprawdę ogromnego wysiłku i właściwej motywacji.

    Wiedz że „wakacje” i lenienie się są złudne i prowadzą do cierpienia. Zaś zdyscyplinowany umysł prowadzi do szczęścia.

    Od razu rzucę link do dhammapady (cytaty buddy):
    http://mahajana.net/mb3s/publikacje/dhammapada/dhammapada.html

    Proponuję poczytać sobie trochę i zacząć od pierwszego cytatu w pierwszym rozdziale („Pary”)

  2. Tak sobie myślę, że w zasadzie to dlaczego to co nazywasz wypaleniem jest złe?
    Czy rzeczywiście wszyscy muszą robić doktoraty, piąć się po szczytach kariery, zarabiać miliony? A może trzeba zwolnić. Czas lenistwa przeznaczyć na wgłębianie się w siebie, poznawanie świata, skupiania się na innych ludziach.
    To, że pisanie doktoratu nie daje tak szybkich rezultatów jakie miały być z założenia systemu nie oznacza, że nic nie robię. Przede wszystkim się rozwijam. JA, a nie mój doktorat, moja kariera, sława, konto bankowe czy co tam jeszcze.
    W tym momencie przypomniał mi się dr K. Na pewno pamiętasz jego opinie. Czy on jest wypalony?

  3. Wypalenie o którym piszesz to nic innego jak cierpienie. To rosnące cierpienie, gdy osiągnie odpowiednio wysoki poziom, zmusi cię to poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania:

    Jaki jest sens życia?
    Dlaczego pojawia się cierpienie?
    Jak wyzwolić się od cierpienia?

    To są bardzo ważne pytania i do póki nie znajdziesz prawdziwej odpowiedzi na nie – cierpienie będzie rosło. A odpowiedzi istnieją lecz są ukryte i nietrywialne. Dlatego jeśli chcesz zrobić coś z tym cierpieniem zacznij szukać.

  4. Anonimie mógłbyś wytłumaczyć mi jaki związek ma wypalenie, takie o jakim piszemy, z sensem życia. Skąd wiesz, że osoba, która pisze ten post nie zadała sobie już dawno pytań, które podajesz?

    Skąd wniosek, że „odpowiedzi istnieją lecz są ukryte i nietrywialne”? Może są trywialne do bólu i jawne. „Zacznij szukać” – gdzie na Twojej stronie?

    <>
    Chyba nie rozumiesz czym są wakacje i co to jest „zdyscyplinowany umysł”. Przedstawiasz poglądy szkoły, która ma za cel zniewolenie umysłu człowieka i wypranie go do końca.

    Wnioskuję bezpodstawnie jak Ty, że jesteś leniwy i sobie z tym nie radzisz, a proponujesz jakieś rozwiązania, które Ci nie pomagają podając jako 100% pewne i sprawdzone. Zgadłem?

  5. Wypalenie(oraz inne stany psychowizyczne) powoduje że odczuwamy w umyśle cierpienie. Cierpienie powoduje że człowiek zaczyna odczuwać brak sensu życia i zadawać pytania o jego sens.

    Spójrzmy na człowieka, który jest w pełni szczęśliwy usatysfakcjonowany i zadowolony. Dla takiego człowieka pytanie o sens życia staje się kompletnie nie istotne – zamiast tego taka osoba odczuwa głęboki sens życia i beztrosko cieszy się szczęściem które ją spotkało.

    Zatem cierpienie powoduje że człowiek czuje bezsens egzystencji zaś wielkie szczęście powoduje że człowiek czuje głęboki sens istnienia.

    Więc sens życia sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: co jest prawdziwą przyczyną cierpienia i jaka jest prawdziwa droga do wyzwolenia od wszelkiego cierpienia.

    więcej informacji można znaleźć na… wikipedii:
    http://pl.wikipedia.org/wiki/Sens_%C5%BCycia

    • Po pierwsze, głęboki sens istnienia można czuć także cierpiąc. Czy np Maryja widząc jak jej syna przybijają do Krzyża nie cierpiała? Oczywiście, że cierpiała. Czy widziała w tym sens? Myślę, że tak.
      Podobnie z ludźmi, którzy wiele przeszli. Pewnie, ze znajdzie się iluś, którzy pragną eutanazji, ale porozmawiaj z chorymi – cierpią, a jednak życie ma dla nich sens. Niekiedy większy nawet w cierpieniu niż bez niego.
      Po drugie, co jeśli źródłem cierpienia jest grzech pierworodny (lub grzech w ogóle)? A co, jeśli tak, jak wierzą Żydzi, kara Boża np w postaci chorób czy nieszczęść to wynik grzechów przodków z poprzednich pokoleń (lub z przyszłych pokoleń)? Gdyby Twoje pogańskie metody niepasujące do naszej kultury były skuteczne, cierpienia by nie było.
      Poza tym, jak usprawiedliwisz/wyzwolisz od cierpienia np dzieci z białaczką albo mukowiscydozą? Albo chorych psychicznie, np schizofreników?

      • Zgadza się – w trakcie cierpienia można odczuwać głęboki sens – ale trzeba mieć właściwą wiedzę. Każdy kto nie ma właściwej wiedzy i nie rozumie sensu cierpienia (ale prawdziwego sensu a nie społecznie zindoktrynowanego!), a doświadcza od życia bardzo bolesnych ciosów (np. ma raka i z bólu nie może wytrzymać i do tego wie ze umrze) traci sens życia.

        Czy Maryja w trakcie, gdy cierpiała widząc umierającego jedynego syna zatracała sens życia – nie wiem – gdyż nic na ten temat nie ma w biblii wiec trudno powiedzieć co czuła w umyśle w tym momencie. Bardzo wielu ludzi w momencie straty najbliższych (zwłaszcza dzieci, i w pewnym czasie po tym wydarzeniu) gubi sens. Co nie oznacza, że gdy cierpienie mija to brak sensu pozostaje – nie – brak sensu też mija. A idąc w drugą skrajność gdy człowiek jest prawdziwie w pełni zadowolony to nie odczuwa braku sensu – życie i odczuwanie szczęścia ma sens samo w sobie.

        Jeśli chodzi o metody – to nie podałem żadnych metod. Jedyne co powiedziałem to tyle że, cierpienie gdy osiągnie dostateczny poziom, to zmusi człowieka do poszukiwania odpowiedzi na ważne pytania.

        Jeśli chodzi o cierpienie – dlaczego się pojawia i jakie jest jego sens, i co najważniejsze – jak z niego się wyzwolić – różne religie traktują ten temat w różnoraki sposób. Ale istotne jest pytanie – jaka jest właściwa, prawdziwa droga, która rzeczywiście działa i pozwala w pełni uwolnić się od cierpienia. Pytanie czy taka droga w ogóle istnieje? Myślę że trzeba to dobrze zbadać a nie przyjmować na wiarę pojawiających się odpowiedzi.

        Na koniec podam cytat pewnego mędrca:
        „Nie wierzcie w jakiekolwiek przekazy tylko, dlatego, że przez długi czas obowiązywały w wielu krajach. Nie wierzcie w coś tylko, dlatego, że wielu ludzi od dawna to powtarza. Nie akceptujcie niczego tylko z tego powodu, że ktoś inny to powiedział, że popiera to swym autorytetem jakiś mędrzec albo kapłan, lub, że jest to napisane w jakimś świętym piśmie. Nie wierzcie w coś tylko, dlatego, że brzmi prawdopodobnie. Nie wierzcie w wizje lub wyobrażenia, które uważacie za zesłane przez Boga. Miejcie zaufanie do tego, co uznaliście za prawdziwe po długim sprawdzaniu, do tego, co przynosi powodzenie wam i innym”

  6. widzę, że dyskusja podążyła w zupełnie innym kierunku niż post…
    Najpierw jakiś nawiedzony pseudo-buddysta dowodzi, że praca ponad siły nie otępia (polecam Lorda Jima do poczytania), i próbuje wmówić, że można twórczo i kreatywnie podchodzić do pracy naukowej zajmując się nią non-stop. Pan (Pani?) raczy żartować. Następnie mamy udać się w poszukiwaniu sensu życia na … stronę wikipedii….to jakiś odcinek MontyPythona??

    Ze swoimi prostymi odpowiedziami (rodem ze Strażnicy (The Watchtower) radzę się zapoznać z następującym materiałem:(nie, nie jest na mojej stronie)

    ps. po co w ogóle to napisałem? aha — dzięki za kredyt Katy. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s