Misguided

Myślałam nad tym od dłuższego czasu, i dyskutowałam, zarówno ze znajomymi deklarującymi skrajną religijność jak i z tymi, którzy odeszli od Kościoła. Wspominam o tym, gdyż nie chciałabym, żebyście posądzali mnie o pochopność.

Z okresu dojrzewania nie pamiętam za bardzo tematów, na które się nie rozmawiało. Owszem, były tematy o których nie rozmawiało się z rodzicami, i takie, które omawiałyśmy w szkole ukryte w łazience na trzecim piętrze, ale pojęcie kompletnego tabu było nam chyba obce. W katolickiej skądinąd szkole odebrałam rzetelną edukację, i nauczyłam się nazywać rzeczy po imieniu, bez buraka na twarzy. Ponoć miałam szczęście, bo edukacja ta prowadzona była rzetelnie, ale z dużym wyczuciem i wrażliwością.

W efekcie działalności na forach, ale także rozmów z ludźmi zrozumiałam, że mój stosunek do tematu jest bardziej niż dziwny. Otóż, okazało się że są tematy na które się nie rozmawia. Żeby było ciekawiej, nie dotyczy to tylko ultra-religijnych, polskich, ciemnogrodzkich katolików, ale też ludzi którzy w laickim kraju i laickiej szkole odebrali laicką edukację o kondomach, pigułkach i pozycjach. No ale przyznajmy szczerze – katolików dotyczy to przede wszystkim, niezależnie zresztą od stopnia religijności. Na forach pierwszy raz w życiu spotkałam się z postawą wypierania własnej płciowości, tak, jakby każda, ale to każda myśl o płci przeciwnej i o czymś innym niż wspólna modlitwa niosła ze sobą piętno zła i grzechu. Najciekawsze w wypieraniu jest to, że prowadzi ono do hipokryzji. Wielu orędowników skromności w ubiorze i pocałunków najlepiej dopiero po ślubie (co wydaje się szalone, no ale mniejsza z tym) spowiada się siedem razy w tygodniu, i to wcale nie ze względu na szczególną wrażliwość sumienia. Naprawdę osobliwa jest postawa udawania, że są sfery życia, które nie istnieją lub które mają magiczny włącznik i zaczynają istnieć dopiero po ślubie, bo przed ślubem po prostu ich nie ma. Czy tego chcemy czy nie, rodzimy się kobietami i mężczyznami, i nie ma nic dziwnego w tym, że towarzystwo kobiety (wcale niekoniecznie w rozumieniu „pani do towarzystwa”) sprawia większości mężczyzn przyjemność i na odwrót. Pożądanie też jest raczej procesem i nie włącza się na pięć minut, wtedy, gdy pobożny katolik pragnie dziecka, i zresztą, dziwne by było gdyby tak było. Warto przed mitycznym ślubem wiedzieć, czego się chce i czego się oczekuje, no i ta straszliwa sprawa: porozmawiać o tym szczerze i ze spokojem.

Po drugie, najwyraźniej istnieją słowa zakazane, słowa, które nie powinny w ogóle istnieć w języku. Naprawdę daleko mi do feministek, ale odkłamywanie słów i nazywanie rzeczy po imieniu nie jest wcale najdurniejszą z ich akcji. Moje koleżanki, nawet w stricte kobiecym gronie, i nawet te zamężne, nie potrafią rozmawiać o sprawach kobiet bez pąsów na twarzy, bez skrępowania, i nie muszą to wcale  być kwestie dotyczące szczegółów życia intymnego. Te, z którymi normalna dziewczyna zmaga się każdego dnia też mogą się okazać za trudne.  Moim zdaniem rzetelna wiedza na temat tego, jak funkcjonuje ciało kobiety, na temat zmienności hormonów i cyklu nie powinna być czymś tajemnym i dorosłym, lub, o zgrozo, czymś, co poznaje się na kursie przedmałżeńskim lub nawet po ślubie, gdy dziecka nie ma mimo starań. Tego powinno się uczyć 12-14 latki, bo pozwala im to lepiej zrozumieć własne ciało i proces dojrzewania a także zmienność nastrojów i samopoczucia. No, ale nauczenie czegokolwiek w tym względzie wymaga rozmawiania, rozmawiania na zakazane tematy, rozmawiania bez zahamowań, a także rzetelności… dla niektórych to chyba ponad siły.

Moim zdaniem chrześcijańska (nie tylko katolicka) etyka seksualna jest często myląca. Wcale nie ze względu na to, co głosi KK, ale raczej z uwagi na to, JAK się tego naucza. Rozumiem, że grzechy ciężkie, rozumiem, że skromność jest wartością, że dekolt na dwa palce i te sprawy. Ale lepiej, i to tysiąc razy lepiej, żeby o pewnych tematach opowiedział nauczyciel (lub ktokolwiek, kto ma wystarczająco dużo autorytetu) i żeby po prostu wytłumaczył, kompetentnie, nie czerwieniąc się, co do czego (z katolickiej szkoły dobrze pamiętam lekcję o homoseksualizmie i transwestytach) niż żeby się o nich dowiedzieć z internetu lub od znajomych. W czasach gdy Melchior Wańkowicz był młody, jego żona dopiero po ślubie dowiedziała się o szczegółach aktu płciowego. Dzisiaj, w przesiąkniętej na wskroś pornografią kulturze, mniej więcej 100 lat po ślubie Wańkowicza (1916)  trudno by było uzyskać taki efekt. Co więcej, rozwinęła się medycyna i nauka, i menstruacja dawno przestała być tajemniczym zjawiskiem regulowanym kwadrami Księżyca. Skoro już trzeba koniecznie wiedzieć, lepiej jest rozmawiać niż pozostawić te sprawy internetowi i wyobrażeniom, nie sądzicie?

Kontroluj, kontroluj

Kontroluj, kontroluj.

Zdjęcie, metryka, cv.

Kontroluj, kontroluj.

Google prawdę ci powie, w końcu nie ma rzeczy nieznajdowalnych.

Kontroluj, kontroluj, kontroluj, kontroluj.

Za głupi, za mądry, za niski, za wysoki, kocha nie kocha.

Kontroluj, kontroluj.

Obserwuj, obserwuj.

Kontroluj, kontroluj.

„My silne kobiety musimy mieć kontrolę”, mówi S.

Więc kontroluję, kontroluję.

Nie takie ręce, nie taki wzrost, włosy w złym kolorze, beznadziejny gust.

Kontroluj, kontroluj…

A co jesli intuicja mówi nie? Ale jak mówi nie to sprawa jest jasna, gorzej jak intuicja sama nie wie.

Na wszelki wypadek: kontroluj, kontroluj.

I nie zapomnij: zdjęcie, metryka, cv.

Polski wordpress

Nie wiem jak wy, ale ja tam nie lubię polskiego wordpressa.

Od kiedy blog to „dziennik”?

I co to za pomysł z „wpisem” i „wypisem”?

W ogóle to trochę się gubię bez dashbordu.

No ale żeby nie przedłużać jęków i stękań dodam na koniec, że mam nadzieję, że mój „świeży wpis” doczeka się odzewu.

and left unsaid

1.

Białe ściany w pokoju bez firanki.

Coś, co wisiało w powietrzu i czego nigdy nie pojęłam tak do końca.

Co przeczułam.

I co pozostało niewypowiedziane.

2.

Rozmowa o nowym laptopie nie dotyczyła laptopa.

Tamta wiosna, tysiąc dni.

Cienka nitka wspomnienia wyciągnięta delikatnie z kłębka innych nitek.

Losowa.

Prawie przezroczysta, lekka.

Jak coś, co pozostało niewypowiedziane.

3.

Umarłe kwiaty w pokoju bez firanki.

Przyczajone za drzwiami powietrze,

i korytarz, i winda, i schody.

Natarczywa intensywność tajemnicy,

obecność czegoś, co pozostało niewypowiedziane.

Autolans część dalsza

Moje dwa nowe opowiadania:

Igor, poeta blokowiska (to w sumie wysłałam tez na konkurs, bo reguły nie wykluczają tekstów publikowanych w sieci): LINK

oraz

Ataman, który spotkał się z ogólnym niezrozumieniem i sprzecznym odbiorem, od zachwytu do komentarzy w rodzaju „przynudzanie”: LINK

Adam Zagajewski „Jak wygląda człowiek który ma rację” {Adam Zagajewski „What does the man who is right look like?”}

Jak wygląda człowiek który ma rację

jaki krawat nosi ten człowiek

czy mówi całymi zdaniami

czy jest w zniszczonym ubraniu

czy wyszedł z morza krwi czy wyszedł

z morza niepamięci czy na jego ubraniu

są jeszcze ślady ostrej w smaku soli

z jakiej epoki jest ten człowiek

czy cera jego jest ziemista

czy płacze przez sen co mu się śni

czy ciągle ten sam pokój

z wyjętym sercem ściany czy mówi sam

do siebie czy mieszka w wynajętym ciele

starego człowieka jak wysoki czynsz niepokoju

płaci za tę klitkę czy jest wygnańcem

z jakiego miasta czy to ciekawaość

tak go pędzi czy to mu się opłaca

kto za to odpowiada skąd jest ta plama

na jego płaszczu kto za nim stoi

czy umiałbyś mu powiedzieć że wszystko jest

względne zależy jak na to spojrzeć

nie wiadomo jak jest naprawdę

sprawdź czy potrafisz go poznać

kiedy przechodzi przez ulicę

zgarbiony pod ciężarem mózgu

Nad przepaścią

Idę po linie, nad przepaścią.

Sypiam źle, bo ciężko się śpi trzymając się liny.

Budzę się często, skostniała i przerażona.

Nad ranem świat jest intensywny, wyraźny i ostry, jak po deszczu.

Mam ciężki plecak, a w plecaku komputer i książki.

Co jakiś czas dostaję kijem w plecy albo w nogi, z całej siły.

Nie pomaga mi to w ryzykownej drodze nad przepaścią.

Wieczory są długie, światło staje się łagodne i jasne.

Wysyłam wtedy listy, papierowe kule, jedna za drugą, jedna za drugą, a wszystkie lecą w przepaść.

Przyjaciele odeszli albo pozdradzali, została lina, i kij nadzorcy, i ryzykowna droga, gdzie jest jeden jedyny kierunek: w przód.

Deine Lakaien

Jest takie pytanie, którego szczerze nienawidzę.

To pytanie brzmi: a czego ty słuchasz?

Wiem, wiem, stereotypowe wyobrażenie o fanie rapu/hiphopu to luzak i przypalacz, metal i got musi być satanistą, Rihanna jest dla imprezowych lasek a doktorantowi przystoi głównie muzyka poważna.

No i właśnie problem w tym, że nie moge powiedzieć, czego słucham, bo na moim dysku jest dokładnie wszystko, od „crappy popu” (specjalny rodzaj popu z tekstami na poziomie „shake it, shake it”) do Emilie Autumn, dark elektro, dark metalu, Kaczmarskiego (pełnej dyskografii), poezji śpiewanej, kolekcji typu „w górach jest wszystko co kocham”, mam też Elvisa, Muddy’ego Watersa i jakiś dziwny hip-hop sprzed paru lat (dużo, nie wiem skąd to mam).

Nie lubię muzyki poważnej, chyba że na żywo. Kompletnie nie rozumiem, jak ludzie mogą się przy tym uczyć, bo jak dla mnie jest to o wiele bardziej rozpraszające niż poezja śpiewana i pop.

Słucham więc wszystkiego po trochu i niczego tak do końca.

Mój ulubiony zespół to Deine Lakaien. Oczywiście do wyobrażenia o tradi-dziewczęciu i fance lefebrystów pasuje to mniej więcej jak Piłat w Credo (żeby utrzymać podobny ton). Deine Lakaien to niemiecki zespół złożony z Ernsta Horna (pianino) i Alexandra Veljanova (śpiew). Grają coś pomiędzy darkwave, dark elektro, new romantic i paroma innymi gatunkami (mało się znam na okołogotyckich klimatach). Słuchać zaczęłam ich na pierwszym roku studiów, i pamiętam dobrze jak siedziałam z discmanem przy biurku, uczyłam sie analizy 1 i godzinami słuchałam „Wunderbar” z płyty „White Lies”. Potem odkrywałam więcej i więcej utworów, i tak już zostało. Były lepsze płyty (White Lies, Kasmodiah) i gorsze płyty (April Skies), były przypływy i odpływy (dni kiedy DL było za ciężkie, i dni, kiedy kochałam wszystko, co śpiewa Veljanov), ale w sumie jest to najtrwalsza moja muzyczna fascynacja. Lubię DL także za to, że nie jest to tandeta, w sensie nie jest to kolejna Britney albo inny drący się metalowiec, bo i owszem, można ich lubić lub nie, ale trzeba oddać Hornowi, że umie grać i Veljanovowi, że umie śpiewać. Ponadto DL gra od 1986 – nie jest to zjawisko sezonowe. Fakt faktem, na początku kariery śpiewali po angielsku tak, że teksty rozumiałam np „love Meladie” i zastanawiałam się kim jest Meladie i dopiero potem znalazłam słowa w sieci i było tam „Love will not die” 🙂

Teksty DL, poza Szałamowem, są wyryte w mojej pamięci najmocniej. Zawsze wracają. Wyłażą w najmniej spodziewanych miejscach. Może ich nie rozumiem – mają duży „margines interpretacji”. Są mocne. Są ciężkie, ale tylko z wierzchu, w brzmieniu, w elektronicznym rytmie, bo w środku, w głębszej warstwie są raczej świadectwem sporej wrażliwości, cierpienia, bólu świata. Bywają trudne. Bywają „niemieckie” (tylko Niemcy mogą je strawić). Bywają prawdziwe, tak jak mój ulubiony cytat „experience keeps me alive” z „As it is” (który mam nad biurkiem w pracy). Podejrzewam, że jakby ktoś się dobrze przyjrzał, to znajdzie rytm ich piosenek w moich opowiadaniach, zwłaszcza rytm powtórzeń, refrenów.

Moja najpierwsza fascynacja: Wunderbar. Przeraźliwie smutna piosenka gościa, który wyszedł przez bar i śpiewa… do latarni.

Over and done, w tej chwili wydaje mi się to za ciężkie, ale kiedyś słuchałam tego w kółko:

Piosenka o rozstaniu, lub ogólnie, o radzeniu sobie z problemami, smutna i z bardzo dobrym tekstem („As it is”):

A to jest o życiu:

A tego słuchałam, hm, będziecie wiedzieli kiedy:

To jest mocne jakkolwiek tekst jest mocno niebrawarystyczny („come seduce me on me knees and we will see and we will see”). Zastanawiałam się czy nie pociąć tego utworu i nie ustawić sobie „have you ever been in heaven” jako dzwonka na komórkę…

A to z nowej płyty, trochę bardziej melodyjne (Horn poza DL gra w dwóch zespołach mediewistycznych).

I zagadkowy tekst: