Podsumowanie {Summary}

Przepraszam, że nie pisałam przez ostatnie miesiące, ale ostatnie miesiące nie obfitowały w przemyślenia; ten semestr okazał się gorączkowy, popędliwy, zwierzęcy. Czytałam mało, a przecież by myśleć, trzeba czytać, i to nie papko-sieczkę na poziomie onetu.

Normalnie pisałabym takie rzeczy w pamiętniku, ale jeśli miałoby to komuś pomóc, to czemu nie tutaj. W ogóle dojrzałam mocno przez ostatnie pół roku i niestety było to dojrzewanie zainicjowane mocnym kopniakiem w część ciała poniżej pleców. Kopniak – po jakichś trzech tygodniach płaczów i krzyków i jednej niedokonanej próbie samobójczej – stał się –  nie wiem właściwie,  czy intencjonalnie czy też nie – początkiem przyspieszonego dorastania. Nagle zrobiłam prawo jazdy, zrozumiałam po co żyć i takie tam rzeczy.

Bo życie jest czasem jak rozpędzony samochód jadący przez burzę. Nie, nie chodzi mi o klatkę Faradaya. Może banalne i głupie porównanie, ale kto nie prowadził samochodu w ścianach deszczu, we mgle i przy widoczności na dziesięć metrów ten pewnie nie pojmie istoty rzeczy.

Bo czasem po prostu trzeba poprowadzić ten samochód, i nie można ani spanikować, ani krzyczeć ze strachu, ani nawet się rozpłakać, ponieważ ma się w rękach nie tylko swoje życie. Czasem trzeba jechać te sto kilometrów na godzinę, trzymać się drogi, patrzeć na migające światła innych samochodów i z wzrokiem przyklejonym do szyby żyć i być TU i TERAZ.

Czasem trzeba podjąć wyzwanie i wziąć odpowiedzialność; tak, to był pierwszy dzień po tym, jak zdałam prawo jazdy. W ścianach deszczu jechałam 9 godzin. Tak, płakałam ze strachu – ale nie wtedy, nie w samochodzie.

 

 

 

 

Reklamy