O tym jak schudłam 30 kilogramów

W sumie zastanawiałam się od dawna JAK napisać ten wpis.

„świadectwo” wydawało mi się zbyt osobiste i nie pasujące do tego bloga.

Na diecie byłam 7 miesięcy i chociaż była to dieta racjonalna, zaplanowana przez dietetyka i podparta aktywnością fizyczną, długie miesiące byłam głodna i jedzenie stało się obsesją. Jakoś nie umiałam pisać o diecie bez chorych emocji.

Odchudzałam się w życiu wiele razy. Pierwszy raz chyba w siódmej klasie. Większość z tych prób stanowiły desperackie próby pozbycia się kilogramów po wizycie w sklepie z ciuchami dla nastolatek (gdy byłam nastolatką, większość dziewczyn nosiła jeszcze rozmiary typu 34-36, dziś myślę, że 40 to chyba standard). Na ogół przestawałam jeść słodycze i kolacje, i tak trwałam kilka tygodni lub miesięcy. Coś tam na ogół chudłam, ale nigdy spektakularnie. Zresztą, ciężko mi oszacować, bo nie mieliśmy w domu wagi. Pamiętam, że w tej nieszczęsnej siódmej klasie ważyły nas jakieś panie z awfu, które przyszły do naszej szkoły badać jakie to (nie)sprawne są dzieci, i już wtedy znajdowałam się na granicy nadwagi.

Po okresach diet i wyrzeczeń wracałam w końcu do słodyczy, dokładki do obiadu i późnych kolacji. Kilogramy też powoli wracały.

Mówi się, że nadwaga wynika ze złych nawyków żywieniowych, objadania się słodyczami i tłustymi potrawami i braku ruchu. Może nigdy nie byłam specjalnie wysportowana, ale jakaś niesprawna też nie;

nawet mając ponad 20 kg nadwagi byłam w stanie pływać.

1.5 h bez przerwy.

4 razy w tygodniu.

Na rowerze przeganiałam facetów.

Pod górkę.

Nawyki, jakie wyniosłam z domu tez nie są jakieś specjalnie niezdrowe. Z domu wyniosłam obsesję na punkcie zdrowej żywności, unikanie wszystkiego co przetworzone, zawiera glutaminian sodu lub konserwanty. Golonkę znam głównie z opowieści – jakoś za tłustymi mięsami nikt w naszym domu nie przepadał.

Jeszcze jako dziecko uwielbiałam ciężki, ciemny razowy chleb.

Fakt faktem, w domu jedliśmy bardzo późno, i czasem był to naprawdę wielki posiłek po 23. Przy dojazdach utrzymanie normalnego rytmu jedzenia wymaga przeorganizowania całego życia rodzinno-kuchennego a na to nie byluśmy chyba gotowi.

Zaczęłam się odchudzać, bo przy wzroście 170 cm ważyłam 93 kg co daje dolną granicę otyłości.

Uczciwie powiem, że poszłam do lekarza, bo trochę mnie ta waga jednak przeraziła.

Miałam 24 lata. Pani doktor dała mi złotą radę, żebym jadła  mniej na kolację i na tym skończyły się jej kompetencje. Czy to mówi się 24-letniej dziewczynie z poważną nadwagą?

Ogólnie, mój problem z odchudzaniem okazał się dość złożony. Ze względu na alergię pokarmową (i ogólne zagrożenie wyniszczenia organizmu) odpadła supermodna w tamtym czasie dieta Dukana. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie „diety”, które znalazłam w sieci to diety dla mlekopijów. Wszędzie są jogurty, maślanki, serki wiejskie i homo oraz jajka (na wszystko to jestem uczulona; małe ilośći są ok – ale serio, poszukajcie w sieci, ilości mlekopochodnych produktów w standardowej „dietce” doprowadziłaby mnie chyba do rozstroju żołądka połączonego z mega-wysypką). Tak więc trzymając się pewnych zasad, głównie unikania słodyczy, ograniczania chleba i makaronu oraz białka na kolację schudłam 13 kg (jeżdziłam tez codziennie na rowerze).

Niestety, na etapie 80 kg moja waga stanęła i nie chciała ruszyć.

Jadłam czy nie jadłam (w pewnym momencie złapałam się na tym, że jem po 800 kcal dziennie i na basenie było mi wyjątkowo słabo), nie chudłam. Trochę tak, jakby mój organizm się zbuntował i uznał, że 80 kg to jednak dobra waga.

Zaprzestałam więc prób i przytyłam jakieś 4kg, głównie dlatego, że miałam boreliozę i gotowanie pozostało poza zasięgiem moich możliwości, w związku z czym żywiłam się w restauracjach. Uprzedzam pytanie – nie, nie jadłam w fast-foodach, po prostu w usa porcje są tak wielkie, że najadłby się duży, ćwiczący fizycznie facet.

W sierpniu 2011 zaczęłam jeszcze raz, tym razem z lepszym planem. Poszłam do dietetyka, zapłaciłam za ułożenie diety, wyłożyłam sprawę z mlekiem, jogurtami i chlebem wasa (fuj).

Nie powiem, było mi ciężko. Przez 7 miesięcy jadłam kasze i warzywa (to akurat do dziś lubię), gotowane kurczacze mięso i kiwi. Do niektórych potraw do dziś mam uraz (płatki owsiane z jogurtem, zestaw biały ser-olej lniany-pomidor). Dieta była ok – wiedziałam, że nie brakuje mi żadnych witamin ani mikroelementów i poza tym, że byłam ciągle głodna czułam się dobrze.

Jeden z najbardziej wnerwiających obrazków, pojawiających się na stronach typu onet i w babskich gazetkach jest pani na siłowni (na ogół stojąca na stepperze) z zielonym jabłuszkiem w ręku. Nie wiem skąd ten mit, ale przepraszam bardzo, jedząc same jabłuszka trudno jest ćwiczyć, bo po prostu nie ma się na to ani siły ani ochoty. Ja w każdym razie nie miałam ochoty na pływanie w zimnej wodzie przy pustym żołądku i świadomości, że i tak zjadłam już dzisiaj tyle co trzeba.

Dieta wyłaczyła mnie z życia społecznego. W usa socjalizowanie się z ludźmi polega na wspólnym jedzeniu. Nie, nie mówcie mi, że mogłam brać sałatki – nie mogłam. Zresztą, kto widział amerykańską „sałatkę”, polaną dressingiem (jakieś 200 kcal), posypaną żółtym serem i z „grillowanymi” na kiepskim oleju kawałkami kurczaka ten wie, o co chodzi. Poza tym, kolacja (a na ogół socjalizowanie odbywa się w porach wieczornych) powinna być białkowa, a dość częśto do wyboru miałam hamburgera oraz inne smażone w głębokim oleju przysmaki (hamburger może mieć nawet 800 kcal). Wizyty w czyimś domu zawsze mnie stresowały. Głupio przynosić własne jedzenie (co czasem robiłam) i głupio odmawiać jak częstują.

Poza tym, dorobiłam się obsesji na punkcie jedzenia. Serio, spędzałam dużo czasu przeglądając fora w poszukiwaniu tematów „dlaczego nie chudnę” i szukając dietetycznych przepisów. Myślę, że przez dobre 2 miesiące myślałam tylko o jedzeniu.

Dietę złamałam parę razy (na przykład na święta Bożego Narodzenia, święto dziękczynienia, przez tydzień, kiedy brałam antybiotyki etc). Jednak mocno skurczył mi się żołądek i i tak nie byłam w stanie zjeść za dużo. Kiedy rezygnowałam z diety, starałam się jeść przede wszystkim mięso i unikać słodyczy, ciast i wszelkich ryżów, kasz, chleba i kartofli. Z reguły to opóźniało chudnięcie, ale nie powodowało tycia.

Poza tym mało osób pamięta, że po diecie należy zastosować „wychodzenie z diety”. Był to sześciotygodniowy proces w moim przypadku, kiedy stopniowo zwiększałam ilość kalorii. Wychodzenie z diety jest bolesnym procesem i łatwo wtedy przytyć. Poza tym, codziennie w panice stawałam na wagę i obserwowałam zmiany. Ale zmian nie było. Przynajmniej – nie w górę.

Dietetycy zazwyczaj twierdzą, że ważyć należy się co 2-3 dni. Moim zdaniem ten mit trzeba obalić. Ważyć się trzeba codziennie ( przed śniadaniem, po skorzystaniu z toalety), zwłaszcza, jeśli nie robiliśmy tego wcześniej. Prawda jest taka, że np kobiety gromadzą wodę przed okresem. U jednych jest to 0.5 kg, u innych prawie 3 kg. Warto poobserwować swój organizm. Poza tym, wyczytałam gdzies o pewnej pani, która odchudzając się chudła tylko w pierwszej fazie cyklu. Zawsze przed okresem zatrzymywała jej się waga a po okresie było 3 kg mniej.

Na wagę ma też wpływ aktywność fizyczna, większy posiłek, brak snu i wiele innych czynników. Warto ważyć się przez jakiś czas codziennie i po prostu to poobserwować. Potem nie będzie nas przerażał dodatkowy kilogram, jeśli przypomnimy sobie, że np poprzedniego dnia zjedliśmy za dużo soli.

Najgorszą, absolutnie najgorszą torturą w czasie diety było dla mnie picie wody. Mój organizm ma naturalny system regulacji, który mówił, że jak jem tak mało, to nie powinnam pić – będę mniej głodna. Na nieszczęście od wody też się chudnie, więc wmuszałam w siebie ohydną, chlorowaną wodę (ta w butelkach jest niewiele lepsza). Rozumiem picie po 2 litry jak jest bardzo ciepło, ale w zimie? Nie wiem na czym to polega, odwodniona nie byłam chyba nigdy w życiu, i ponoć wodę wchłaniamy lepiej z pożywieniem (a ja lubię wszystko mocno rozgotowane), woda jest też w herbacie i kawie, ale jak nie piłam wody-wody, nie chudłam. Więc torturowałam się wodą i do dzisiaj to robię.

Myślę, że „dieta” i w ogóle całe odchudzanie i utrzymywanie wagi ma więcej wspólnego z psychologią czy socjologią niż jedzeniem. Ludzie jedzą z różnych przyczyn. Jemy za dużo, nie dlatego, że jesteśmy głodni, ale dlatego, że jedzenie stoi przed nami. Chyba każdy zaobserwował, że jak idzie po zakupy głodny to kupuje dużo dziwnych produktów, szczególnie fastfoodów i słodyczy. Jemy z nudów, z emocji, jemy dla towarzystwa, jemy „bo wypada”. Myślę, że warto zamiast ulegac tym wszystkim pokusom jeśc po prostu tylko do momentu, kiedy przestajemy być głodni, niezależnie od tego, czy wypada, czy stoi przed nami jedzenie i co mówią emocje.  Sama uczyłam się tego dlugo, i raczej  ta nauka nie należała do najprzyjemniejszych.

Tym niemniej, schudłam i do dziś utrzymuję wagę (jakieś 3 miesiące). Jem względnie normalnie i chodze do restauracji, tylko po prostu przestaję jeść jak przestaję być głodna. Nauczyłam się jeść o względnie stałych porach i raczej często a mało. Za każdym razem, kiedy mam ochotę na nocną kanapkę albo na dodatkowe parę kęsów w restauracji przypominam sobie o bólach procesu odchudzania, i o tym, że drugi raz nie chciałabym tego przechodzić.

O tym  co jadłam, jak zmieniało się ciało i inne takie TUTAJ

Inny post o odchudzaniu: TUTAJ

Pierwsze zdjęcie: ja w fazie „szczytowej” – waga 93 kg, rozmiar amerykańskie 16. Dwa następne zdjęcia: ja 30kg chudsza, rozmiar 4-6.

Reklamy