16 kwietnia

Tutaj nikt nie mówi o tym inaczej: April 16th. Niektórzy pamiętają bardzo dobrze: widziałam jedną moją koleżankę trzęsącą się z niepokoju, kiedy po zabójstwie policjanta na uniwersyteckim parkingu przez nieznanego sprawcę siedzieliśmy zamknięci na klucz od środka i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Procedury bezpieczeństwa znamy wszyscy, i we wszystkich salach można się zamknąć od środka.  To przecież byli studenci, tacy jak my, profesorowie, Hindusi, pełny przekrój społeczności; to mogliśmy być my – ale nie byliśmy. Jakkolwiek termin „masakra w Virginia Tech” zarezerwowany jest dla internetu. Niczym określenia Murzyna zaczynające się na „n” – zakazane słowo, słowo, którego nie wolno używać, niepoprawne słowo, złe słowo, złe zaklęcie, coś, w co nikt nie chce wierzyć  i z  czym nikt się nie pogodził.

Ale to się stało, i na pomniku ktoś wciąż zostawia świeże kwiaty.

Nie wiem dlaczego, ale zapamiętałam 16 kwietnia 2007. Pamiętam jak jechałam tramwajem przez miasto tonące we wczesnowiosennym słońcu, bo dzień był bardzo jasny, trasą pestki, bo zajęcia miałam na 8 rano na morasku. Pamiętam wykład profesora Łuczaka, o zaawansowanych zagadnieniach matematyki dyskretnej, i to, że ten poranny wykład był rodzajem gimnastyki dla mózgu i że bolał mnie po nim umysł – czułam się, jakbym zwiedzała obszary o których nie miałam dotąd pojęcia. Pamiętam, że potem był wykład profesora Skrzypczaka. Siedziałam koło K, w pierwszej czy drugiej ławce, po lewej stronie sali, po stronie bliżej okna i pisałam wiersz – w sumie, nie wiem o czym był ten wykład. Jako, że  datuję na ogół to, co piszę, mam z tego dnia dwa wiersze, oba napisane rano. Czy wtedy na Virginia Tech było już „po”? Nie wiem.

W sumie przypominam sobie, ze tego dnia zajrzałam do wiadomości i wyczytałam o 16 kwietnia. I było to oczywiście bardzo smutne – ale pomyślałam, co mnie obchodzą wydarzenia na jakimś dalekim uniwersytecie gdzieś w usa? Może już wtedy przeczułam, gdzie rzuci mnie los… bo to zapamiętałam.

O tym skojarzeniu pomyślałam kiedyś rano idąc na zajęcia, wbita w tłum studentów i wykładowców. Była mniej więcej 7.30. Nie wiem czemu tej jesieni poranki listopadowe są bardzo, bardzo jasne – zimne i jasne, świetliste. Pod pachą miałam segregator z notatkami, jakieś quizy do oddania, tonę papierów. Wyglądam młodo, prawie dziecinnie, ale my, instruktorzy, zawsze rozpoznajemy się w tłumie: żołnierze  tej samej armii. Poranny uśmiech pięknej Dr L dodaje mi zawsze sił.

„Jest ósma rano i armia nauczycielek
wyrusza na wyprawę,

uzbrojona w dzienniki,

jak wojsko Hernana Corteza,
które spaliło za sobą statki,
idą nauczycielki, drobne stopy
i pomalowane paznokcie, a
po ich przejściu pozostaje –
wiadomo – jałowa ziemia.”

pisałam wtedy, 16 kwietnia, 2007 (to jest fragment). Czy przeczułam, wiedziałam, kim chcę się stać? Dzisiaj wykładam rachunek różniczkowy i wiem, że uczenie jest moim powołaniem. Ale czy po moim przejściu zostaje jałowa ziemia? Dla studentów staram się być raczej starszą siostrą, taką harcerską instruktorką i nie prowadzę zajęć jakoś strasznie autorytarnie. Grunt, to wkładać w to serce i być blisko ludzi, no i nie bać się porażki – zdrowe parę razy zacięłam się przy tablicy i to też było okej. Studenci, owszem, narzekają czasem na mój akcent – ale zawsze dodają, że jestem dla nich miła. Co ciekawe, odkryłam to powołanie do uczenia stosunkowo późno, i co więcej, długo uczyłam się, że zajęcia są dla studentów, a nie dla mnie. W Polsce wykładowcy i ćwiczeniowcy, których podziwiałam najbardziej – przede wszystkim ze względu na mocną, charyzmatyczną osobowość – zajęcia prowadzili przede wszystkim dla siebie, żeby zaprezentować własną wspaniałość. Dziś myślę, że i ja byłam dziecinna i nieodporna, że dawałam się na to nabrać, ale i oni byli dość niedojrzali i nie rozumieli istoty rzeczy.

Tamtego dnia napisałam też jeszcze jeden wiersz. Czyżbym, wtedy, 2 lata przed wyjazdem przeczuwała, co się stanie? Przed samym wyjazdem panicznie bałam się samolotu, i leżałam czasem w ogrodzie, koło mnie w słońcu dojrzewały winogrona, winogrona, których wiedziałam, że nie zdążę zebrać i potem nikt nie przytnie w porę winorośli,  i patrzyłam na niebo, na przesuwające się po niebie kształty, na białe linie…

„Tak naprawdę nadal czekam, a worek z poezją
pewnie zgubił się w czasie przeprowadzki, a może
to tylko nieduży woreczek, schowany gdzieś
między dwujęzycznym Jesieninem a przemądrzałą
encyklopedią. Wróżyłam dziś z ziemi, kamieni
i nieba, z lekkich białych linii, jakie pozostawiają
odrzutowce, a odpowiedź, znam odpowiedź.”

(fragment)

Advertisements

One thought on “16 kwietnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s