Scenki z życia: Reset. {Scenes from life: Reset.}

Przebudzenie numer 1.

Budzę się o 4 rano, w nieswoim łóżku. Potwornie chce mi się pić. Wstaję więc, i jak lunatyczna, z oczami na wpół zamkniętymi, zalepionymi resztkami wczorajszej maskary wlokę się do kuchni; ale taka wycieczka to nieco za dużo dla mojego ciała. To, że podłoga ucieka przed nogami to nie jakiś duży problem, w porównaniu przynajmniej do zalewającej przełyk fali nudności.

Wracam do łóżka.

Nie bardzo jestem w stanie siedzieć.

Pić też nie… nie bardzo.

Kładę się więc na płask, uciekając przed poduszką, z nogami wystającymi trochę za ramę, dlaczego.

Skąd ten śnieg za oknem?

Jakieś 2 cale.

To jeszcze nie świt, myślę.

Fala nudności przychodzi i odchodzi, podobnie jak Morfeusz obejmuje mnie i odtrąca, obejmuje i odtrąca, obejmuje i odtrąca, w miłosnym cyklu, w tańcu, który rozdziera moje wnętrzności, w którym moje własne wnętrzności rozdzierają same siebie.

 

Przebudzenie numer 2.

 

Podłoga tańczy przede mną, ona tańczy dla mnie, myślę, ale po co, po co, co się stało tej podłodze, brudnym drewnianym klepkom.

Muszę coś zjeść i to szybko.

Coś konkretnego.

Łazienka, miejsce nieosiągalne. A w łazience, pod prysznicem, przy zlewie schnie sobie święty Graal.

Jedzenie wtrąca mnie z powrotem Morfeuszowi w objęcia.

Morfeusz nie protestuje.

Nie możesz teraz spać, rusz tyłek, wychodzimy.

Kurtka a pod nią lekka, primaloftowa bluza: walka.

 

Sala gimnastyczna.

 

Psia pozycja, klęczę i ręce mam oparte na macie do jogi. Obserwuję siebie w lustrze, lustro pokrywa całą ścianę. Ale nie, nie uprawiamy tu baletu: w zgięciu nogi mam hantlę i posłusznie podnoszę nogę w rytm pokrzykiwań instruktorki, w rytm głupiej muzyki, jak pies, jak pies, myślę, pies obsikujący drzewo.

To nie jest balet.

Plank, na własnych łokciach, wyciągnięta najprościej, jak potrafię mam wytrzymać dwie minuty. Wytrzymuję trzydzieści sekund i zmieniam pozycję.

To nie balet. Ja nie cyborg.

Pajacyki, w rytm podskoków z mojego ciała wyparowuje alkohol. Dwadzieścia tu, dwadzieścia tam i już jestem trzeźwa, i tylko mój honor ratuje drogi, specjalistyczny stanik: nogi podskakują, zawartość stanika nie.

Pył na matach do jogi, pompki, nigdy nie nauczyłam się robić ich prawidłowo, za każdym razem całuję podłogę, matę, pył, pył.

Absurdalne ćwiczenie siłowe: odważnik ponad głowę, przysiad, wysiad, dosiadł, nasiadł. Jak kura, jak pies, niezgrabnie, zbyt lekkie hantle w mocnych rękach, zbyt lekkie ręce do mocnych hantli.

I tylko nogi mam najbardziej umięśnione w całej grupie.

Zresztą, może tak myślę, bo mam najkrótsze szorty.

 

Terapia.

 

Absurdalność istnienia nigdy nie działała tak silnie.

Koszulka, ta koszulka nie jest moja.

Pożyczona, czarna: bez napisów.

Tyłem do przodu, jak zwykle nie zauważyłam

Koszulka pachnie piwnym słodem, kwaśnym zapachem suszonego zboża.

Mocno pachnie.

Brudne spodnie, tego też nie zauważyłam.

Cała sala pachnie moją koszulką, moja koszulka pachnie salą.

Siedź i słuchaj.

Mówię: przyszłam tu nauczyć się komunikacji.

Myślę: zjeść coś.

Walić komunikację.

Myśli krążą, drążą: w torbie jest batonik, 20 gramów sojowego białka.

Ohydny.

Ohydne kalorie.

Koniecznie kalorie.

Muszę coś zjeść i nie powinnam.

20 gramów białka.

Oko kamery, psychoterapeuta jak z filmu.

Batonik, fioletowy foliowy „papierek”.

Cukier mam poniżej 60 i trochę mi dzwoni w uszach.

Psychoterapeuta jest lekarzem, nie zemdlejesz, zemdlejesz, nie zemdlejesz.

On jest lekarzem.

Batonik, zęby zatapiają się w sztucznej czekoladzie, w cierpkim sojowym białku.

Rozkosz – orgazm.

Wstyd – nie wytrzymałam.

Komunikacja nagle zaczyna mnie obchodzić.

Smutek i złość innych ludzi: wyczuwalne z kilometra.

Wrażliwość i ból.

Nie moje.

Słowa.

Nie moje, moje i nie moje, idą z umysłu do umysłu.

Feedback i brak feedbacku, komunikacja i jej brak, ręka na trzonku siekiery, ręka i zatrzymuje się, i uderza.

Podpisz dokumenty, cyrograf na moje życie, na mój spokój, na moje problemy.

Kaligrafuję imię, czytam: tu nie wolno przychodzić pod wpływem alkoholu i niedozwolonych substancji.

Terapia, terapia.

Dobrze, że opary alkoholu są w mojej torbie z siłowni, w przenikniętej nimi koszulce, w za krótkich szortach.

Terapia, terapia.

Możecie iśc, mówi psychoterapeuta.

Zapach koszulki zostaje w sali.

Reklamy

Sobie do pamiętnika 4: relacje

Pamiętam taką scenę z czwartej klasy szkoły podstawowej. Nasza wychowawczyni kazała nam układać „regulamin dobrej wspólnoty” na tak zwanej lekcji wychowawczej. Już mniejsza z tym, czy był to dobry pomysł i dobry start „wychowywania”. Wydaje mi się, że nie… w każdym razie, nie w grupie przeraźliwie ambitnych, inteligentnych i złośliwych córek lekarzy, prawników, polityków i bogatych przedsiębiorców… ale skąd siostra W miała to niby przeczuwać, siostra W, jakby dla kontrastu, wychowanka wiejskiej szkoły koedukacyjnej? Podejrzewam, że większość mojej klasy wiedziała, albo – nie tyle wiedziała, co po prostu stosowała niedzięcięce i niekiedy całkiem wyrachowane gry. Regulamin jednak powstał i całkiem długi czas wisiał w naszej klasie.

Wtedy, w czasie, gdy szłam taranem przez moje osobiste doświadczenie „Gry Endera”, wspólnota wydawała mi się pomysłem, delikatnie mówiąc, odrealnionym, bo jakże to tak, w grupie dwudziestu kilku osób wszyscy chcą jakiegoś wspólnego dobra? A co, jeśli jest podgrupa sabotażystów, którzy to dobro definiują zupełnie inaczej od reszty? Moje przekonania napędzała zresztą, jak okreslał to Kaczmarski, „obserwacja uczestnicząca” – w  kolejnych lożach szyderców nauczyłam się złośliwości, dostrzegania szczegółów, arogancji, ironii i krytycyzmu. Może dlatego dzisiaj dość rzadko jestem ironiczna: zdecydowanie przejadło mi się to w podstawówce i liceum. Złośliwa za to potrafię być do dziś, i podobnie, bywam też sarkastyczna.

Potem dowiedziałam się, że moja klasa była straszna. No i była, nie da się zaprzeczyć. Trzy czwarte to dziś lekarki, prawniczki, doktorantki i dyrektorki firm. Tym niemniej, dojrzewanie do tego stanu niewątpliwego życiowego sukcesu i dobrostanu do przyjemnych nie należało, no i niosę(niesiemy?) wspomnienia, które bolą, i ciąży to, że tak naprawdę nie miałyśmy dzieciństwa, a nasi rodzice albo tego nie dostrzegali, albo uważali, że dzieciństwo po prostu polega na ciągłym „zdobywaniu wiedzy”, najlepiej po nocach, bez wytchnienia.

Ale w sumie nie o tym miał być ten post. Daleko mi do bycia przodowniczką chóru, która niby opowie o tej szkole, opowie „całą prawdę”, „absolutną prawdę” etc, oczekując, że chór mi zawtóruje. To nie tak. Wspomnienia się mityzują, i pamiętam to, co chcę pamiętać albo to, co jakoś szczególnie mi się w tę poszatkowaną pamięć wbiło. Poza tym, pamięć jest funkcją czasu i może później będę – jak niektórzy dziadkowie-kombatanci – pamiętać więcej szczegółów i zupełnie inne rzeczy. No, ale do… rzeczy.

P., z którym rozmawiam często na skypie, po polsku, uwielbia słowo „relacja”. Buduję relację, zdrowa relacja, niezdrowa relacja, dziwna relacja… P. przez dłuższy czas odmieniał to słowo przez wszystkie przypadki i przytulał do niego rozmaite przymiotniki. To słowo mnie denerwowało, serio. Kolejny dziki termin, który przedryfował z języka pop-psychologii do języka potocznego, przedryfował i przyrósł do niego korzeniami, i na dodatek, zaczął się rozpleniać… Relacja, relacja, relacja… no i ten dreszcz wzdłuż kręgosłupa, chęć krzyku: przestań, przestań, przestań do cholery!

Zrobimy teraz małą dygresję. Jest takie opowiadanie Warłama Szałamowa, Sentencja. Jak ktoś chce, można je znaleźć w sieci w postaci mp3, czytane po rosyjsku. Opowiadanie ma tak naprawdę kilka warstw i aspektów, ale głównym wątkiem jest wiertło słowa, które przebija się i wdrąża w głowę bohatera-więźnia. Słowo przychodzi bez jakiegokolwiek znaczenia – bohater-więzień jest zbyt głodny i wycieńczony, by rozumieć terminy z innego świata, ze świata idei – by potem tego znaczenia nabrać, może nawet lepsze byłoby tutaj określenie „przywołać” i by otworzyć rodzaj mentalnych drzwi innym słowom… też z innego świata.  

No i tak słowo „relacja”, to nieszczęsne słowo z innego języka, moje własne znienawidzone słowo, okazało się takim wiertłem, może w sumie takich słów było więcej, nie wiem. Zaobserwowałam tym niemniej, że w moim papierowym pamiętniku, a dowodów mam sporo, bo pamiętniki prowadzę chyba od siódmej klasy, że ostatnie lata to lata przejścia od pisania o sobie – ja ja ja, mój ból, moje platoniczne zakochanie, mój strach, moje ksiązki, moje wiersze – do pisania też o sobie (w końcu, przynajmniej po części, po to są pamiętniki), ale w kontekście relacji z innymi ludźmi: przyjaźni, nienawiści, miłości, zawodu, ustosunkowywania się do rad, rozmów, pomysłów.

Powiem szczerze, że przez ostatni rok spotykałam się z przyjaciółmi i znajomymi, ale ten kontakt mnie nie satysfakcjonował. Siedziałam, powiedzmy, z A w knajpie, albo z R w kawiarni, i poza tym, że byliśmy razem w jednym miejscu, czułam, że nie mamy ze sobą nic wspólnego. To nie tak, że był mur, to nie tak, że nie mówiłam, to nie tak, że nie słuchałam. M mówiła, że to dlatego, że mam słaby kontakt ze sobą. Wtedy się z nią zgadzałam, teraz nie jestem już taka pewna.

Kiedy chodziłam do podstawówki i liceum (były to czasy wczesnokomórkowe, smsów nie było), dzwoniłam ze stacjonarnego telefonu do koleżanek i gadałam godzinami. Filotea się za to trochę obrażała, podobnie jak Z i pewnie K oraz M słysząc, że dzwonię dostawały apopleksji. Dziś zastanawiam się, o czym ja właściwie z nimi rozmawiałam? Z tego, co pamiętam pytałam na ogół o zadanie domowe… jako dziecko z deficytem uwagi czasem po prostu nie byłam pewna, co było zadane, a czasem chyba używałam tego w charakterze pretekstu. Filotea mówi, że przede wszystkim „nadawałam na Sektę (wraża frakcja w naszej klasie) jak głupia”. Może ten brak porozumienia z innymi w zeszłym roku wynikał właśnie z wewnętrznej pustki, z braku odniesienia do relacji (nadal mi to słowo jakoś ciężko przechodzi przez klawisze), ludzi, jakiegoś życia społecznego, intelektualnego, uczuciowego… tak, jak pisałam w pierwszym poście z tego cyklu, wyjałowiło mnie życie w usa. Nie no, wiem, że były też inne powody, ale nie zamierzam o tym tutaj pisać.

Powrót bolał. W wakacje wybrałam się na wyprawę po Polsce, odwiedzić przyjaciół i rodzinę. Jakoś tak się złożyło, że odwiedzałam same pary i obserwowałam sposób, w jaki się porozumiewają (co dało mi też do myślenia o mnie i o EXie, ale to inna historia) i obserwowałam z zaciekawieniem, o czym tak naprawdę rozmawiają. Myślę, że ktoś kto nie przeszedł przez różne przedziwne psychotyczne stany tego typu pewnie nie zrozumie; ale nie po to piszę, żeby być zrozumianą. Co więcej, podczas mojej wyprawy, nocując w domu O., i rozmawiając do drugiej w nocy z nim i jego dziewczyną (którą dopiero co poznałam) zdziwiłam się, że konwersacja może być interesująca… dająca coś…. nie na miałkie tematy, typu pogoda, jedzenie, inni ludzie i postępy w pracy. W ogóle ta wyprawa była pod wieloma względami początkiem końca, bo patrzyłam na ludzi, wtedy jeszcze trochę jak na zjawisko interesujące, bo obce i niezrozumiałe… ale czułam, że porozumienie jest możliwe, że jest wyjście z miejsca, po którym błądziłam i w którym sama się zamknęłam lub w którym „coś” mnie zamknęło, trudno to teraz rozsądzić.

Myślę więc teraz, że częścią kryzysu był kryzys relacji (palce bolą od tego słowa, bez kitu) i wiem jak banalnie, durnie i pseudopsychologicznie to brzmi, moim zdaniem to była chyba najgorsza część.

Dziś wracam do świata żywych, zdolna i chętna MÓWIĆ.

Po to zresztą produkuję te posty.

TO BE UPDATED.

Sobie do pamiętnika 3: wyjazd

„No, to jak Ci się żyje w usa?”

To pytanie, zwłaszcza zadane przez nieznajomą osobę, powoduje, że chce mi się krzyczeć. Bo co mam niby odpowiedzieć? „Dobrze”? „Źle”? „Różnie”? Szczerze, to jak mam niby streścić w jednym słowie albo w jedym zdaniu całe moje życie, 4 lata tutaj, całe bogactwo życia, wszystkie porażki i sukcesy, dobre i złe chwile, rozpacz, tęsknotę i śmiech? Nie wiem czemu oczekuje się ode mnie, że mam jakoś to sensownie podsumować, i to jeszcze przed nieznajomą osobą, i najlepiej – krótko a treściwie. Po prostu, ludzie, miejcie litość!

Tak na przyszłość, dam wam złotą radę. Jeśli rozmawiacie z kimś zza granicy spytajcie o coś szczegółowego, o coś, co słyszeliście o danym kraju albo o jakiś durny stereotyp. Nawet jeśli zabrzmi to dziwnie, nawet, jeśli mielibyście wyjść na idiotę, to i tak jest to niezły początek rozmowy – możecie się w końcu czegoś dowiedzieć. Nie pojmuję czasem, czemu nawet krótki kontakt nie miałby być autentyczny i intensywny. Moim zdaniem te wszystkie „rozmowy” w rodzaju pięciominutowej pogawędki na tematy obojętne są zwyczajną stratą czasu – i mojego, i rozmówcy. W ogóle, tak jak lubię ludzi, tak jak lubię uczyć, dogaduję się ze znajomymi i nieznajomymi, chodzę na imprezy i nawet cieszą mnie proszone obiady, tak nie znoszę jeździć na konferencje, właśnie z powyższych powodów.

Zanim jednak odpowiem na pytanie „jak mi się żyje” (sorry, nie będzie to pewnie tekst, który można przeczytać w ciągu minuty), wróćmy do początku, do tego jak wszystko się zaczęło.

13 sierpnia 2009 obudziłam się o czwartej rano z kulą w gardle i poczuciem, że się duszę. Na jakimś lotniczym forum przeczytałam poprzedniego dnia chyba wszystko o strachu przed lataniem. Wiedziałam, jak działa samolot etc, wiedziałam, jakie są procedury bezpieczeństwa i statystyki i tak czy siak, w ogóle mi to nie pomagało. Spanikowana do granic możliwości – kula nie chciała ustąpić – żegnałam się z domem, krajobrazami, ludźmi. Ta kula, skulminowane przerażenie: lataniem, daleką podróżą, tym, że zgubią mi bagaż, czterema godzinami snu i emocjonalnym szaleństwem miesięcy przed wyjazdem (broniłam się na początku lipca, a potem były różne inne rzeczy), ta kula tam siedziała w najlepsze i ani myślała się wynosić.

Na lotnisku w Monachium (przesiadki miałam w sumie dwie) leżałam przez 40 minut z nogami na wlasnym plecaku i czekałam, aż poczuję się lepiej. Wtedy doszło do mnie, że czas wziąć za siebie odpowiedzialność: za mój los, za przyszłość, za samopoczucie, za bezpieczeństwo. Schodząc po trapie (są takie specjalne płaskie trapy po których się wchodzi do dużych samolotów) i wsiadając do lodowatego Boeinga 777 nie wiedziałam chyba jeszcze (a może wiedziałam, i dlatego o tym piszę?), że to był TEN krok, moja decyzja. I to wywróci wszystko do góry nogami, ale nie w taki sposób, jakiego bym oczekiwała czy się spodziewała. Ale banały piszę, co nie?

W samolocie siedział koło mnie pan biolog. Pan biolog był chyba jakiś słynnym naukowcem. Lot okazał się nienajgorszy, ale też nie zupełnie spokojny, Wytrzęsło nas nieźle nad środkiem oceanu i w czasie, gdy samolotem trochę jakby rzucało, a ja, blada ze strachu, odmawiałam kolejne modlitwy, pan biolog ze spokojem dopracowywał jakąś publikację na swoim macbooku. Spytałam go, jak może tak sobie pracować, skoro samolotem trzęsie? Na co pan biolog odparł, że przecież jesteśmy tu bezpieczni jak w hotelu, i przecież leciał chyba z tysiąc razy. Zastanawiałam się wtedy, czy brak strachu przed lataniem jest cechą ludzi należących do kasty naukowców i czy aby się do niej dostać to będzie musiało ustąpić. Tyle pamiętam z tego pierwszego lotu, pana biologa, lato, lodowatego Boeinga, i to, że zrozumiałam, że moje życie już się zmieniło i jeszcze się zmieni.

Mój pierwszy rok był po prostu straszny. Jeśli czytaliście Winnetou, to książka zaczyna się rozważaniami o „greenhornie” (żółtodziobie), czyli kimś kompletnie bezradnym wobec nowej rzeczywistości, popełniającym mnóstwo durnych błędów, i dobrze, gdy cała sprawa okaże się tylko „komedią pomyłek”. No więc przeszłam przez swoisty trening greenhorna a moje pomyłki były nieco bardziej frustrujące niż śmieszne (w każdym razie, na początku komedii to nijak nie przypominało), i niektórych rzeczy nauczyłam się, jak mówią Amerykanie, „the hard way”, czyli dość bolesną drogą. 

Inną jest sprawą, że przyjechałam do usa wypalona. Dzisiaj piszę te słowa na zimno, kompletnie spokojna, i w ogóle musiałam mocno dojrzeć, by móc przyznać się do tego wprost. O wypaleniu pisałam na tym blogu wiele razy, bo usiłowałam to zrozumieć, bo coś tam podejrzewałam i w ogóle, ale trudno jest zrozumieć przyczynę zjawiska, gdy jest się w jego środku, po prostu będąc w środku burzy nie widzi się zasięgu ani przyczyny burzy. Najwyraźniej potrzebowałam dystansu, i dystans przyszedł, oczywiście, jak wiele spraw w życiu, ze stosownym opóźnieniem. To wypalenie trwało prawie trzy lata.

Przyczyn było wiele, ale pierwszą i najważniejszą było chyba to, że przez lata edukacji szłam z niezłym przyspieszeniem, niosąc przed sobą bojowy taran i wyważając nim drzwi i okna wtedy, gdy nie widziałam lepszego wyjścia. Tak w ogóle, to skończyłam informatykę w cztery lata, chociaż nie musiałam i na zajęcia na poziomie doktoranckim z matematyki zaczęłam się  zapisywać gdzieś tak koło trzeciego roku. Pracowałam ciężko, świątek, piątek czy niedziela, wolny czas, odpoczynek i „weekendy” mogły nie istnieć, w pociągu, którym dojeżdżałam na zajęcia zmuszałam się do czytania książek, żeby się nie „odmóżdżać” a jeśli miałam 2h okienka, szłam do biblioteki się uczyć. Byłam ekstremalnie zorganizowana, skupiona na tej organizacji do tego stopnia, że nawet wolny czas traktowałam w kategoriach obowiązku, ustalając wszystko co do minuty i podobnie traktowałam też spotkania ze znajomymi (i randki). To nie do końca tak, że się tylko uczyłam, bo byłam aktywistką tu i ówdzie, pisałam opowiadania i wiersze, prowadziłam koło naukowe, należałam do małego pisarskiego klubu, mało sypiałam i generalnie, czułam się z tym wszystkim chyba dość nieszczęśliwa, no, ale byłam przecież z siebie taka dumna! W końcu udało mi się zdyscyplinować, osiągnąć jakieś tam sukcesy (miałam naprawdę powalającą średnią), być rozpoznawana, dostawać nagrody… Problem wypalenia nie leżał w tym, jak myślałam przez lata, że robiłam za dużo, w za krótkim czasie, że żyłam za intensywnie i spłacam długi.

Problem leżał w tym, że gdzieś się zgubiłam, robiąc to co trzeba, to, co należy, to, co powinnam, to, czego ode mnie oczekiwano zgubiłam gdzieś… siebie. Organizacji i dyscypliny nauczyłam się jako siedemnastolatka drogą twardej i wytrwałej pracy nad sobą. Jako dziecko i nastolatka – niech zaświadczą ci, którzy mnie wtedy znali – uczyłam się, i owszem, dobrze, zmagając się zresztą z niezdiagnozowanym do dziś zaburzeniem uwagi i koncentracji, z którym walczę do dzisiaj i za które dostaję po głowie od kolejnych facetów i także z brakiem kompetencji społecznych, ale głównie chyba dzięki inteligencji i dobrej pamięci, bo dyscypliny nie miałam za grosz. Tata wyganiał nas spać o dziesiątej, wtedy, gdy dopiero zaczynałam lekcje (swoją drogą, w mojej przypominającej „Grę Endera” szkole, lekcji prawie codziennie było osiem i gdy wróciło się do domu, zjadło i odpoczęło, robił się późny wieczór – a zadania domowe i nauka na sprawdziany czekała). Uczyłam się tylko wtedy, kiedy musiałam, oczywiście w ostatniej chwili, naukę traktowałam w kategiach przykrego obowiązku. Patrzyłam tęsknie na moje koleżanki (i potem, także kolegów), zazdroszcząc im tej właśnie dyscypliny, tego, że umieli się uczyć naprzód, że umieli coś przedsięwziąć i się tego trzymać, że byli zdyscyplinowani do tego stopnia, by uczyć się poza szkołą i wygrywać jakieś tam konkursy.

Myślałam, a raczej byłam święcie przekonana, z emfazą na „święcie”, bo moje przekonanie miało w sobie wiele z magicznego myślenia, że jak się w końcu zdycyplinuję, to nagle będę taka, jak ci, których tak podziwiam, nienawidzę i którym tak zadroszczę (a najlepiej, wszystko na raz). Co więcej, wyrosłam z przekonaniem, że tego, co interesujące i tak nie nauczę się w szkole. Do szkoły chodziłam więc odsiedzieć swoje, bo na lekcjach rzadko uważałam albo coś robiłam (może poza matematyką, dyskusjami na polskim oraz historii i chwaleniem się losową wiedzą na losowe tematy na wszystkich innych przedmiotach), głównie rysowałam karykatury nauczycieli albo pisałam o nich złośliwe wierszyki, albo wysyłałam listy … albo po prostu patrzyłam w ścianę i myślałam o czym innym. Uczyłam się więc głównie w domu, przerabiając materiał dość często z większą ilością szczegółów, niż było trzeba, czasem szukając, jak mnie coś zainteresowało, ale głównie po prostu skacząc z kwiatka na kwiatek, bez jakiegoś specjalnego celu. Mimo problemu z koncentracją i uwagą, uczyć się akurat umiem i zawsze umiałam (co prawda, zajmuje mi to pewnie więcej czasu niż innym), więc myślałam, że jak będę robić to częściej, z większą organizacją i po prostu bardziej intensywnie, to stanę się osobą, którą lubię i podziwiam. Stać się nawet i stałam, ale szczęścia mi to nie przyniosło.

Bo życie tak nie działa. Pana w „Granicy” Zofii Nałkowskiej takie zdanie, że można być tylko sobą i nikim więcej być nie można (czytałam to chyba jak miałam osiemnaście lat i do dzisiaj pamiętam…), i jest to, paradoksalnie, zdanie o dużym ciężarze. Myślę, że moje wypalenie i przetrącenie wynikało nie tylko z mojego szalonego tempa intensywnej edukacji i zwykłego przemęczenia układu nerwowego (uwielbiam to sformułowanie, jakże częste w przedwojennych i wczesnych powojennych książkach psychologicznym i psychiatrycznych, jest takie obrazowe, nie jest modną bezprzyczynową depresją), ale także z próby bycia osobą, którą nigdy nie byłam i do bycia którą mnie nie powołano. W tym roku z testu Gallupa (ja też w to nie wierzyłam) dowiedziałam się, że nie, nie jestetm typem liderki ani „osiągaczki” (= achiever, nieprzetłumaczalne na polski) ani, co zadziwiające, nie steruje mną wcale ambicja. I ten test dał mi zdrowo do myślenia. Czy był kamykiem, który kopnięty, gdzieś, kiedyś, przez losową osobę, głupio i przez przypadek porusza lawinę? Pewnie nie. Pewnie zmiana i tak by przyszła, tak czy siak, po prostu może przyszłaby później albo miała inną dynamikę. Tym niemniej, teraz już rozumiem, że próba bycia kimś, kim się nie jest ma swoją cenę. Tylko, dlaczego, dlaczego, dlaczego żeby to odkryć musiałam wyjechać za ocean? W usa moje desperackie próby bycia kimś, kim nigdy nie byłam bywały hm… dość karykaturalne i kosztowały mnie sporo nerwów. Pocieszające jest to, że tak jak w Winnetou, większość „greenhornów” jednak dojrzewa. Dojrzałam więc i ja. „Maybe the lesson was harder than it should be”, powiedział mi kiedyś L.

Ponieważ przez lata mojej młodości głównie się uczyłam, do usa przyjechałam raczej niedojrzała. To nie tak, że nie umiałam gotować, prowadzić domu, włączyć pralki czy gospodarować pieniędzmi… prowadziłam dom, sama, jeszcze jako dwunastolatka, gotować umiem od kiedy pamiętam, i rachunki uważam za rzecz świętą. Brakowało mi jednak zarówno dojrzałości naukowej, tej dojrzałości, która pozwala wgłębić się w jakąś dziedzinę, odprawić nad nią pewną refleksję i mądrze wybrać promotora, temat i kierunek w życiu, jak i dojrzałości osobistej. Przytłoczona mnóstwem nieraz sprzecznych wymagań i oczekiwań, nigdy nie pomyslałam czego ja sama tak naprawdę chcę. Ta lekcja okazała się kursem przyspieszonym, i też bolała.

Czy to wszystko miało dobre strony? Ludzie, którzy przeszli depresję mówią – już po wyjściu  – co czytałam chyba u Kępińskiego, że generalnie depresja była w ich życiu pozytywnym doświadczeniem i nauczyła ich dystansu. Podobnie jest z kryzysem wypalenia. Teraz wiem, że muszę odpoczywać i że praca 16h na dobę nie jest normalna. W czasie, kiedy naprawdę muszę (jakkolwiek dbam, by nie zdarzało się to za często) nadal potrafię przywołać moje wyuczone supermoce i wykazać się doskonałą organizacją. Nauczyłam się też szacunku do siebie, swojego organizmu, słuchania jego prostych sygnałów, takich jak zmęczenie, głód i ból, i nauczyłam się też, że człowiek ma jednak ciało, i że temu ciału trzeba czasem poświęcić trochę czasu, na przykład ćwicząc. Teraz wiem lepiej niż kiedykolwiek (ale czy kiedykolwiek wiemy to do końca? Głupie pytanie filozoficzne jak z ksiązki Coehlo), kim jestem i kim nie jestem. Wypalenie dało mi rodzaj dojrzałości, jakiś taki nieznany mi dotąd rys, i wszystko to przyniosło, na ostatku, po prostu spokój.

Więc, powiedzcie sami, jak mam odpowiedzieć na pytanie „No, to jak Ci się żyje w usa?”

Bo ja chciałabym wiedzieć.

Ale bez kitu, nie wiem.

TO BE UPDATED

Sobie do pamiętnika 2: język

To, czego brakuje mi za granicą najbardziej to wcale nie – jak mnie straszono – chleb i kartofle. Kartofli nigdy specjalnie nie lubiłam a chleb tak czy siak nauczyłam się piec sama, na zakwasie (żeby się zaraz potem przekonać, że i tak jestem uczulona na gluten i mogę chleb jeść, i owszem, ale niestety w homeopatycznych ilościach).

Najgorszy za granicą jest język, a raczej jego brak.

To stwierdzenie może nie jest odkrywcze, a nawet niech sobie będzie banalne, niech zostanę tym, co Amerykanie nazywają „captain obvious”, ale nie mieszkam w Londynie, gdzie Polaków jest dużo, ani też nie spędzam 4h dziennie rozmawiając przez skype’a, bo nie mam na to czasu. Język to codzienny kontakt z tą żywą tkanką a raczej siatką rozpinającą kulturę (może głupia metafora, ale są takie operacje, gdzie pod skórę wszczepia się plastikową siatkę i na tej siatce-stelażu buduje się potem nowa tkanka – taka jest rola języka w kulturze – siatka podtrzymująca tkankę, siatka, na której powstaje tkanka).

Myślę, że żeby pisać, trzeba czytać – to dość oczywiste. Każdy pisarz daje taką złotą radę początkującym adeptom: czytaj, czytaj, czytaj. Ale poza czytaniem, trzeba też słuchać. Pisanie to opowiadanie historii, takich jak na tym blogu, albo takich nieco bardziej… fabularnych. Historie się słyszy – najpierw trzeba je usłyszeć we własnej głowie, by można było o nich mówić a więc pośrednio  i pisać. Język polski ma to do siebie, że jest wyjątkowo plastyczny i można wyrazić nim nie tylko emocje, ale i cienie emocji czy nawet cienie cieni (może można to zrobić przy pomocy rosyjskiego, włoskiego albo francuskiego – ale sorry Roger, niestety, nie angielskiego). To, czego bardzo nie doceniałam, gdy mieszkałam jeszcze w Polsce to te właśnie codzienne rozmowy pociągowe, o których pisałam w poprzednim poście, to ta specyficzna pani z lokalnej kwiaciarni pytająca o „siatuszeczkę do kwiatuszeczka”, to kobieta z kasy biletowej na dworcu, zdziwiona, czego ja tak naprawdę chcę prosząc o bilet do Poznania „w tę i nazad”, to rozmowy lokalnych pijaków, nasycone pełnymi pasji, złości i oburzenia bardzo autentycznymi „kurwami”, to pociągowy dialog studentki proszącej ojca, żeby po nią wyjechał, to banalna dyskusja studentów-półinteligentów – żywy język, część kultury, życia.

Po drugie, język jest procesem i zmienia się z czasem. Spotykam się czasem z ludźmi, którzy wyjechali 20, 30 lat temu – ich Polski jest zwyczajnie inny, tak jakby „zamrożony” w latach siedemdziesiątych, może osiemdziesiątych, wciąż zrozumiały, wciąż „polski” a jednak obcy i nieco sztuczny.

No dobra, powiecie, ale przecież jest Internet! To już nie te czasy, gdy jechało się na Syberię, wracało po trzydziestu latach życia wśród Rosjan (albo „Rosjan” o skośnych oczach i własnej przynależności etnicznej) i niedźwiedzi i wtedy dopiero trudno było zachować język, wspomnienia, kulturę i nierzadko – twarz. To nie te czasy, gdy jechało się za granicę, powiedzmy do usa, i jedyną formą kontaktu były listy.

Przyjrzyjmy się jednak uważnie. Co oferuje internet? Poza rozmowami z rodziną i jakimiś tam najbliższymi znajomymi (szczerze mówiąc, wyjazd to świetny test przyjaźni, to co przetrwa, jest tego naprawdę warte, wiele przelotnych znajomości się kompletnie wypali, zostanie stara gwardia, najwierniejsi z wiernych – za tymi warto skoczyć w ogień) pozostają portale informacyjne, mniej lub bardziej niszowe, różne blogi i fora. Język pisany jest jednak inny od mówionego. Może dlatego, że żeby pisać trzeba jednak poświęcić tę chwilę na walenie w klawiaturę – mówienie kosztuje mniej wysiłku i jest też bardziej spontaniczne. No więc język forów, komentarzy z forów i głównych portali nie jest wyszukany, żeby nie powiedzieć, że dziennikarstwo na tych stronach leży i kwiczy (a raczej chrumka). Zdarzają się i błędy ortograficzne, i stylistyczne, i językowe. Tematy też nie są wyszukane, zwłaszcza przy sześciogodzinnym przesunięciu czasowym jakoś tak zawsze jak już przeglądam onet to znajduję tam głównie gołe baby i artykuły o problemach w sypialni… No ale mniejsza z tym. Internet, nawet licząc te wszystkie filmy z youtube’a (pozdrowienia dla adbustera, jestem jego wierną fanką) to jednak jest to proteza kontaktu z językiem, a nie żywy kontakt.

Dodajmy jeszcze jedno medyczne porównanie. Otóż są takie protezy, które można nosić po stracie nóg i te protezy są bardzo dobre – lekkie, wytrzymałe, i można w nich bić rekordy w bieganiu na paraolimpiadzie (serio, bo zrobiła się z tego swego czasu afera, jakie protezy w ogóle wolno stosować… bo niektóre, ze względu na kształt i konstrukcję – niekoniecznie wyglądało to jak nogi – okazywały się nawet lepsze od „prawdziwych” nóg). No ale mimo wszystko, lepiej mieć własne nogi niż najlepsze nawet protezy, i tak samo jest z językiem przez sieć. Internet jest, jaki jest i jest tym, czym jest, i jeszcze zyska na znaczeniu, i chwała Panu Bogu za takie wynalazki jak skype (i google voice), ale mimo wszystko, żywy, autentyczny, mocny język codzienności nie da się zastąpić sieczką z portali, kłótniami z forów pełnymi wyrachowania, ciętych ripost i wyszukanych środków stylistycznych, rozmowami na gadu i przydługimi telefonami. Po prostu się nie da i tyle, i jedno nie będzie drugim ani drugie pierwszym (i całe szczęście).

Inną jest sprawą, na co zwrócił mi kiedyś uwagę P., że z językiem wiążą się emocje. Z mojego pierwszego roku w usa pamiętam to, że moje emocje były jakieś takie… przytłumione, jakby za ścianą, płytkie i mało prawdziwe. Zwalałam to na karb wypalenia, szoku poznawczego i braku przyjaciół, ale teraz myślę, że miało to związek z tym, jak kiepsko znałam angielski (szczerze, to przeczytałam swój list motywacyjny, list, który pozwolił mi dostać się na doktorat bez egzaminu GRE, i załamałam się nad brakiem tych wszystkich „a” i „the” oraz nad ilością kalek językowych… ale z angielskiego byłam przecież dobra, z TOEFLA miałam ponad 90%i to przy pierwszym pojejściu) i to jak kiepsko przez to rozumiałam lokalną kulturę. To prawda, Amerykanie są płytcy, można powiedzieć, że prymitywni, można, że – jak w moim ostatnimi poście – mało intelektualni, ale lepsza jest czasem ich codzienna powierzchowna uprzejmość niż polski autentyczny codzienny wkurw. Inną jest sprawą, że nie rozumiałam, że zwłaszcza tutaj na południu, jak ktoś cię naprawdę nie znosi, to będzie uprzejmy do bólu i będzie ci serwował tak przesłodzone teksty, że aż zaczniesz podejrzewać sarkazm – i tak, to będzie właśnie sarkazm. Było wiele takich rzeczy – pomiędzy językiem, kulturą i emocjami – których nie rozumiałam, i pewnie jeszcze wiele się muszę nauczyć. 

Tym kończę swojego przydługiego nudnego posta.

Następny będzie ciekawszy, obiecuję.

TO BE UPDATED.

Sobie do pamiętnika

W sumie to myśl o napisaniu tego posta naszła mnie, gdy przeglądałam bloga tattwy (mój ulubiony, uroczy post). Myśl naszła mnie, bo blog tattwy jest i o niej, i o życiu, i o poglądach i o obserwacjach, i o kulturze i modzie. Nie, nie znam autorki osobiście i w wielu sprawach się z nią nie zgadzam… ale co z tego, bo przecież i tak poczułam jakieś takie porozumienie… tęksnotę… spodobał mi się ten blog. Pomyślałam sobie, że w sumie tattwa przypomia mnie z liceum i może z początku studiów. Nie wiem, gdzie się zgubiłam, ale przyznam się szczerze: ostatnie lata nie były zbyt „intelektualne”. Może dlatego, że wybrałam studia jakie wybrałam? Ale to nie od studiów w końcu zależy. Może dlatego, że rozwinęłam się intelektualnie o wiele za wcześnie, o wiele za szybko, no i musiałam jakoś i gdzieś „dobudować tyły” („nie bądź taka do przodu, bo ci tyłu zabraknie”, zwykła była mawiać moja świętej pamięci bratowa).

Pamiętam, jak po 9 latach w różnych tak zwanych elitarnych szkołach musiałam jeździć na uczelnię pociągiem. Dorastałam w centrum Poznania, do liceum chodziłam na piechotę i na miesiąc przed zaczęciem studiów przeprowadziłam się na dalekie rubieże. Wychowana wśród wzniosłych ideałów, książek, przedstawień i dyskusji na wysokie tematy, w inteligenckim domu,  doznałam wtedy niezłego szoku, bo nagle zorientowałam się, czym żyją inni ludzie… i nie była to filozofia ani tym bardziej poezja. Niemal codziennie wsiadałam więc do pkp (poczekaj, kiedyś przyjedzie, jak mawiają), wtulona w bezpieczny tłum, o ile było miejsce, otumaniona środkami przeciwbólowymi, które działały albo i nie, oglądałam sobie ludzi czytających Fakt i Party (hm… czy już wtedy wychodziło Party?) i dyskutujących – o ile to można nazwać dyskusją – o sprawach codziennych, obiedzie, wyjazdach, organizacji życia. Te pociągowe rozmowy miały swój urok, zwykłość była na swój sposób fascynująca – i prymitywna, i bezpieczna, niezwykłość zdarzała się raczej rzadko .Kiedyś, pamiętam, stałam na korytarzu, zaraz koło mnie, po stronie prawej, jeden brat zakonny zwierzał się drugiemu z kryzysu powołania, natomiast po stronie lewej jedna różow0-solarniana laseczka instruuowała drugą, gdzie nie kupować różowego paska do spodni: kontrast uderzał, chociaż rozmowa braciszków też do jakichś intelektualnych nie należała, ot, dwaj faceci, bez piwa, prowadzą męską rozmowę o życiu niczym Jaskier z Geraltem. Opowiadam o tym, bo jakoś zawsze mnie to wspomnienie trochę szokuje, tak jak szokowała mnie zwykłość, inność i bogactwo świata, który znajdował się poza murami elitarnych szkół. Nie, to nie jest świat, który można poznać przez książki.

Ale zwykłość ma to do siebie, że potrafi wessać. Nie wiem, co ja robiłam przez ostatnie pięć lat, gdzie byłam i co czytałam i czym żyłam – chociaż, jak już wracam do Polski, wciągam książkę za książką, uniesiona ekstazą kontaktu z językiem, i to nie na poziomie sieczki z głównych portali informacyjnych – ale ostatnio złapałam się na tym, że czytanie Pudelka sprawia mi… przyjemność. Nie oszukujmy się, onet, gazeta i inne portale raczej rzadko zabłysną czymś na wyższym poziomie, o języku wolę nawet nie wspominać, tym niemniej moja nagła miłość do Pudla wywołała jednak spory niepokój.

Jedna z moich koleżanek, nazwijmy ją, powiedzmy, Filotea, zwierzyła mi się, że zazdrości  innej koleżance, Adiadnie (tak ją ochrzcijmy na potrzeby tego posta). Ariadna wyszła za mąż jakiś czas temu, i choć skończyła studia, ma niespecjalnie rozwojową pracę, ale jest z tym szczęśliwa, a przynajmniej nie dała nigdy powodów, by w to wątpić. Ariadna, choć towarzyszka doli i niedoli z elitarnych szkół, nigdy nie wykazywała większego pociągu do wysokiej kultury. Do życia wystarcza jej najwyraźniej – jak twierdzi Filotea – praca, seriale, siłownia oraz basen. Filotea, sama stojąc przed widmem małżeństwa, i analizując swoje potrzeby wysokie i niskie zastanawiała się, czego tak naprawdę pragnie od życia.

No więc Filotea mnie natchnęła, mniej więcej w takim stopniu, w jakim natchnął mnie blog tattwy. Powiem szczerze, próbowałam mieszkając za granicą prowadzić jakieś tam życie intelektualne, dyskutować, czytać, żyć czymś fajnym, głębszym,  no w ogóle, ale czasem wydaje mi się,  że tu się zwyczajnie nie da. Widziałam dramat profesora S., Polaka, który wyjechał wiele lat temu, znalazł sobie zagraniczną żonę i tę jego tęsknotę, kiedy na którymś spotkaniu lokalnych Polaków bardzo usiłował wskrzesić ducha prawdziwej dyskusji, takiej dyskusji, jakie prowadziło się całymi nocami w czasach, gdy moi Rodzice byli młodzi, w czasach, gdy byłam w liceum, w czasach, gdy jeszcze żyłam jakoś tam „intelektualnie”. Tak, jak najkrótszy dowcip o Brytyjczykach to „ładna Brytyjka” (pomińmy już seksizm tego durnego żartu), tak mom zdaniem najkrótszy dowcip o Amerykanach to „Amerykanin-Intelektualista”. Kiedyś był taki artykuł w WO zaczynający się, czy też nawet zatytuowany przy pomocy frazy „Na Wyspach nawet powietrze tuczy”. Mogę śmiało powiedzieć, że w USA nawet jedzenie odmóżdza, odmóżdzają zajęcia, odmóżdżają przyjaźnie, odmóżdzają codzienne kontakty z ludźmi. Może nie odmóżdżają, bo to dość mocne stwierdzenie – deintelektualizacja byłaby bardziej na miejscu.

USA to kraj zdeintelektualizowany po prostu. Ja rozumiem, że niektórzy muszą być jak bohaterowie z powieści Tołstoja, poza niesieniem światu swojej wzniosłej misji i pasji, muszą rozwinąć choć jedną bardzo praktyczną umiejętność (u tego bohatera była to tokarka)… ja rozumiem, że nie wszyscy też muszą mieć życie wewnętrzne inne niż tasiemiec i ruchy robaczkowe jelit, ale w usa nawet intelektuliści wydają się mało intelektualni. Możliwe, że jestem z poprzedniej epoki i po prostu wierzę w intelektualizm, ideę z czasów wczesnej młodości moich rodziców, ale zbyt wielu spotkałam tu profesorów, których główną pasją było bieganie i zdrowe jedzenie, by wierzyć w amerykański intelektualizm. Inną jest sprawą, że w Polsce, i ogólnie, w Europie, profesor to funkcja społeczna: przewodnik tłumu, nauczyciel, autorytet etc (niektórzy szczególnie to ostatnie biorą stanowczo za serio, ale nie wskazujmy palcem ani wzrokiem) a w usa po prostu praca jak każda inna. Nie, żeby w Polsce moi znajomi z roku (do dziś pamiętam tę dyskusję na pierwszym roku, jak to jedna koleżanka żaliła się drugiej, że zajęcia za późno się kończą, bo nie zdąrza do domu na serial, a potem to nie może oglądać nocnych powtórek z tego czy innego powodu, doznałam wtedy szoku: jak to, to studenci oglądają seriale?) byli jacyś specjalnie lepsi, ale „życie intelektualne” w Blacksburgu szczerze mnie rozczarowało. Inną sprawą jest kwestia języka. Od kiedy czytam książki po angielsku, jest mi lepiej, ale kultura, intelektualizm, wrażliwość i przeżywanie świata jest jednak mocno związane z językiem.

Po co pisze tego przydługiego, przemądrzałego posta? Nie żeby się pochwalić. Nie myślcie, że w życiu przeszłam tylko elitarne szkoły – bo tak nie było. Mam takie wspomnienia, że budzę się z krzykiem. Zresztą, jeśli myślicie, że dzieciństwo zamienione w Grę Endera było fajne to cóż, to chyba nie przeczytaliście książki zbyt uważnie.

Piszę, bo muszę pisać, bo muszę się rozliczyć z ostatnich lat, z lat wypalenia, przetrącenia. Tattwa zauważa na swoim blogu, że w sumie więcej jest ludzi, którzy piszą, niż tych, którzy czytają. Mnie to jakoś specjalnie nie martwi. Zawsze z najgorszych okresów w życiu wychodziłam dzięki pisaniu. Po miesiącu spędzonym w łóżku wstawałam i pisałam, i nie tyle, że było lepiej, ale był to początek końca – na ogół. Teraz najwyraźniej potrzebuję jakiegoś meta-pisania, bo kryzys trwał 3 lata z okładem i dotknął wielu, bardzo wielu płaszczyzn.

TO BE UPDATED.