Sobie do pamiętnika

W sumie to myśl o napisaniu tego posta naszła mnie, gdy przeglądałam bloga tattwy (mój ulubiony, uroczy post). Myśl naszła mnie, bo blog tattwy jest i o niej, i o życiu, i o poglądach i o obserwacjach, i o kulturze i modzie. Nie, nie znam autorki osobiście i w wielu sprawach się z nią nie zgadzam… ale co z tego, bo przecież i tak poczułam jakieś takie porozumienie… tęksnotę… spodobał mi się ten blog. Pomyślałam sobie, że w sumie tattwa przypomia mnie z liceum i może z początku studiów. Nie wiem, gdzie się zgubiłam, ale przyznam się szczerze: ostatnie lata nie były zbyt „intelektualne”. Może dlatego, że wybrałam studia jakie wybrałam? Ale to nie od studiów w końcu zależy. Może dlatego, że rozwinęłam się intelektualnie o wiele za wcześnie, o wiele za szybko, no i musiałam jakoś i gdzieś „dobudować tyły” („nie bądź taka do przodu, bo ci tyłu zabraknie”, zwykła była mawiać moja świętej pamięci bratowa).

Pamiętam, jak po 9 latach w różnych tak zwanych elitarnych szkołach musiałam jeździć na uczelnię pociągiem. Dorastałam w centrum Poznania, do liceum chodziłam na piechotę i na miesiąc przed zaczęciem studiów przeprowadziłam się na dalekie rubieże. Wychowana wśród wzniosłych ideałów, książek, przedstawień i dyskusji na wysokie tematy, w inteligenckim domu,  doznałam wtedy niezłego szoku, bo nagle zorientowałam się, czym żyją inni ludzie… i nie była to filozofia ani tym bardziej poezja. Niemal codziennie wsiadałam więc do pkp (poczekaj, kiedyś przyjedzie, jak mawiają), wtulona w bezpieczny tłum, o ile było miejsce, otumaniona środkami przeciwbólowymi, które działały albo i nie, oglądałam sobie ludzi czytających Fakt i Party (hm… czy już wtedy wychodziło Party?) i dyskutujących – o ile to można nazwać dyskusją – o sprawach codziennych, obiedzie, wyjazdach, organizacji życia. Te pociągowe rozmowy miały swój urok, zwykłość była na swój sposób fascynująca – i prymitywna, i bezpieczna, niezwykłość zdarzała się raczej rzadko .Kiedyś, pamiętam, stałam na korytarzu, zaraz koło mnie, po stronie prawej, jeden brat zakonny zwierzał się drugiemu z kryzysu powołania, natomiast po stronie lewej jedna różow0-solarniana laseczka instruuowała drugą, gdzie nie kupować różowego paska do spodni: kontrast uderzał, chociaż rozmowa braciszków też do jakichś intelektualnych nie należała, ot, dwaj faceci, bez piwa, prowadzą męską rozmowę o życiu niczym Jaskier z Geraltem. Opowiadam o tym, bo jakoś zawsze mnie to wspomnienie trochę szokuje, tak jak szokowała mnie zwykłość, inność i bogactwo świata, który znajdował się poza murami elitarnych szkół. Nie, to nie jest świat, który można poznać przez książki.

Ale zwykłość ma to do siebie, że potrafi wessać. Nie wiem, co ja robiłam przez ostatnie pięć lat, gdzie byłam i co czytałam i czym żyłam – chociaż, jak już wracam do Polski, wciągam książkę za książką, uniesiona ekstazą kontaktu z językiem, i to nie na poziomie sieczki z głównych portali informacyjnych – ale ostatnio złapałam się na tym, że czytanie Pudelka sprawia mi… przyjemność. Nie oszukujmy się, onet, gazeta i inne portale raczej rzadko zabłysną czymś na wyższym poziomie, o języku wolę nawet nie wspominać, tym niemniej moja nagła miłość do Pudla wywołała jednak spory niepokój.

Jedna z moich koleżanek, nazwijmy ją, powiedzmy, Filotea, zwierzyła mi się, że zazdrości  innej koleżance, Adiadnie (tak ją ochrzcijmy na potrzeby tego posta). Ariadna wyszła za mąż jakiś czas temu, i choć skończyła studia, ma niespecjalnie rozwojową pracę, ale jest z tym szczęśliwa, a przynajmniej nie dała nigdy powodów, by w to wątpić. Ariadna, choć towarzyszka doli i niedoli z elitarnych szkół, nigdy nie wykazywała większego pociągu do wysokiej kultury. Do życia wystarcza jej najwyraźniej – jak twierdzi Filotea – praca, seriale, siłownia oraz basen. Filotea, sama stojąc przed widmem małżeństwa, i analizując swoje potrzeby wysokie i niskie zastanawiała się, czego tak naprawdę pragnie od życia.

No więc Filotea mnie natchnęła, mniej więcej w takim stopniu, w jakim natchnął mnie blog tattwy. Powiem szczerze, próbowałam mieszkając za granicą prowadzić jakieś tam życie intelektualne, dyskutować, czytać, żyć czymś fajnym, głębszym,  no w ogóle, ale czasem wydaje mi się,  że tu się zwyczajnie nie da. Widziałam dramat profesora S., Polaka, który wyjechał wiele lat temu, znalazł sobie zagraniczną żonę i tę jego tęsknotę, kiedy na którymś spotkaniu lokalnych Polaków bardzo usiłował wskrzesić ducha prawdziwej dyskusji, takiej dyskusji, jakie prowadziło się całymi nocami w czasach, gdy moi Rodzice byli młodzi, w czasach, gdy byłam w liceum, w czasach, gdy jeszcze żyłam jakoś tam „intelektualnie”. Tak, jak najkrótszy dowcip o Brytyjczykach to „ładna Brytyjka” (pomińmy już seksizm tego durnego żartu), tak mom zdaniem najkrótszy dowcip o Amerykanach to „Amerykanin-Intelektualista”. Kiedyś był taki artykuł w WO zaczynający się, czy też nawet zatytuowany przy pomocy frazy „Na Wyspach nawet powietrze tuczy”. Mogę śmiało powiedzieć, że w USA nawet jedzenie odmóżdza, odmóżdzają zajęcia, odmóżdżają przyjaźnie, odmóżdzają codzienne kontakty z ludźmi. Może nie odmóżdżają, bo to dość mocne stwierdzenie – deintelektualizacja byłaby bardziej na miejscu.

USA to kraj zdeintelektualizowany po prostu. Ja rozumiem, że niektórzy muszą być jak bohaterowie z powieści Tołstoja, poza niesieniem światu swojej wzniosłej misji i pasji, muszą rozwinąć choć jedną bardzo praktyczną umiejętność (u tego bohatera była to tokarka)… ja rozumiem, że nie wszyscy też muszą mieć życie wewnętrzne inne niż tasiemiec i ruchy robaczkowe jelit, ale w usa nawet intelektuliści wydają się mało intelektualni. Możliwe, że jestem z poprzedniej epoki i po prostu wierzę w intelektualizm, ideę z czasów wczesnej młodości moich rodziców, ale zbyt wielu spotkałam tu profesorów, których główną pasją było bieganie i zdrowe jedzenie, by wierzyć w amerykański intelektualizm. Inną jest sprawą, że w Polsce, i ogólnie, w Europie, profesor to funkcja społeczna: przewodnik tłumu, nauczyciel, autorytet etc (niektórzy szczególnie to ostatnie biorą stanowczo za serio, ale nie wskazujmy palcem ani wzrokiem) a w usa po prostu praca jak każda inna. Nie, żeby w Polsce moi znajomi z roku (do dziś pamiętam tę dyskusję na pierwszym roku, jak to jedna koleżanka żaliła się drugiej, że zajęcia za późno się kończą, bo nie zdąrza do domu na serial, a potem to nie może oglądać nocnych powtórek z tego czy innego powodu, doznałam wtedy szoku: jak to, to studenci oglądają seriale?) byli jacyś specjalnie lepsi, ale „życie intelektualne” w Blacksburgu szczerze mnie rozczarowało. Inną sprawą jest kwestia języka. Od kiedy czytam książki po angielsku, jest mi lepiej, ale kultura, intelektualizm, wrażliwość i przeżywanie świata jest jednak mocno związane z językiem.

Po co pisze tego przydługiego, przemądrzałego posta? Nie żeby się pochwalić. Nie myślcie, że w życiu przeszłam tylko elitarne szkoły – bo tak nie było. Mam takie wspomnienia, że budzę się z krzykiem. Zresztą, jeśli myślicie, że dzieciństwo zamienione w Grę Endera było fajne to cóż, to chyba nie przeczytaliście książki zbyt uważnie.

Piszę, bo muszę pisać, bo muszę się rozliczyć z ostatnich lat, z lat wypalenia, przetrącenia. Tattwa zauważa na swoim blogu, że w sumie więcej jest ludzi, którzy piszą, niż tych, którzy czytają. Mnie to jakoś specjalnie nie martwi. Zawsze z najgorszych okresów w życiu wychodziłam dzięki pisaniu. Po miesiącu spędzonym w łóżku wstawałam i pisałam, i nie tyle, że było lepiej, ale był to początek końca – na ogół. Teraz najwyraźniej potrzebuję jakiegoś meta-pisania, bo kryzys trwał 3 lata z okładem i dotknął wielu, bardzo wielu płaszczyzn.

TO BE UPDATED.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s