Sobie do pamiętnika 2: język

To, czego brakuje mi za granicą najbardziej to wcale nie – jak mnie straszono – chleb i kartofle. Kartofli nigdy specjalnie nie lubiłam a chleb tak czy siak nauczyłam się piec sama, na zakwasie (żeby się zaraz potem przekonać, że i tak jestem uczulona na gluten i mogę chleb jeść, i owszem, ale niestety w homeopatycznych ilościach).

Najgorszy za granicą jest język, a raczej jego brak.

To stwierdzenie może nie jest odkrywcze, a nawet niech sobie będzie banalne, niech zostanę tym, co Amerykanie nazywają „captain obvious”, ale nie mieszkam w Londynie, gdzie Polaków jest dużo, ani też nie spędzam 4h dziennie rozmawiając przez skype’a, bo nie mam na to czasu. Język to codzienny kontakt z tą żywą tkanką a raczej siatką rozpinającą kulturę (może głupia metafora, ale są takie operacje, gdzie pod skórę wszczepia się plastikową siatkę i na tej siatce-stelażu buduje się potem nowa tkanka – taka jest rola języka w kulturze – siatka podtrzymująca tkankę, siatka, na której powstaje tkanka).

Myślę, że żeby pisać, trzeba czytać – to dość oczywiste. Każdy pisarz daje taką złotą radę początkującym adeptom: czytaj, czytaj, czytaj. Ale poza czytaniem, trzeba też słuchać. Pisanie to opowiadanie historii, takich jak na tym blogu, albo takich nieco bardziej… fabularnych. Historie się słyszy – najpierw trzeba je usłyszeć we własnej głowie, by można było o nich mówić a więc pośrednio  i pisać. Język polski ma to do siebie, że jest wyjątkowo plastyczny i można wyrazić nim nie tylko emocje, ale i cienie emocji czy nawet cienie cieni (może można to zrobić przy pomocy rosyjskiego, włoskiego albo francuskiego – ale sorry Roger, niestety, nie angielskiego). To, czego bardzo nie doceniałam, gdy mieszkałam jeszcze w Polsce to te właśnie codzienne rozmowy pociągowe, o których pisałam w poprzednim poście, to ta specyficzna pani z lokalnej kwiaciarni pytająca o „siatuszeczkę do kwiatuszeczka”, to kobieta z kasy biletowej na dworcu, zdziwiona, czego ja tak naprawdę chcę prosząc o bilet do Poznania „w tę i nazad”, to rozmowy lokalnych pijaków, nasycone pełnymi pasji, złości i oburzenia bardzo autentycznymi „kurwami”, to pociągowy dialog studentki proszącej ojca, żeby po nią wyjechał, to banalna dyskusja studentów-półinteligentów – żywy język, część kultury, życia.

Po drugie, język jest procesem i zmienia się z czasem. Spotykam się czasem z ludźmi, którzy wyjechali 20, 30 lat temu – ich Polski jest zwyczajnie inny, tak jakby „zamrożony” w latach siedemdziesiątych, może osiemdziesiątych, wciąż zrozumiały, wciąż „polski” a jednak obcy i nieco sztuczny.

No dobra, powiecie, ale przecież jest Internet! To już nie te czasy, gdy jechało się na Syberię, wracało po trzydziestu latach życia wśród Rosjan (albo „Rosjan” o skośnych oczach i własnej przynależności etnicznej) i niedźwiedzi i wtedy dopiero trudno było zachować język, wspomnienia, kulturę i nierzadko – twarz. To nie te czasy, gdy jechało się za granicę, powiedzmy do usa, i jedyną formą kontaktu były listy.

Przyjrzyjmy się jednak uważnie. Co oferuje internet? Poza rozmowami z rodziną i jakimiś tam najbliższymi znajomymi (szczerze mówiąc, wyjazd to świetny test przyjaźni, to co przetrwa, jest tego naprawdę warte, wiele przelotnych znajomości się kompletnie wypali, zostanie stara gwardia, najwierniejsi z wiernych – za tymi warto skoczyć w ogień) pozostają portale informacyjne, mniej lub bardziej niszowe, różne blogi i fora. Język pisany jest jednak inny od mówionego. Może dlatego, że żeby pisać trzeba jednak poświęcić tę chwilę na walenie w klawiaturę – mówienie kosztuje mniej wysiłku i jest też bardziej spontaniczne. No więc język forów, komentarzy z forów i głównych portali nie jest wyszukany, żeby nie powiedzieć, że dziennikarstwo na tych stronach leży i kwiczy (a raczej chrumka). Zdarzają się i błędy ortograficzne, i stylistyczne, i językowe. Tematy też nie są wyszukane, zwłaszcza przy sześciogodzinnym przesunięciu czasowym jakoś tak zawsze jak już przeglądam onet to znajduję tam głównie gołe baby i artykuły o problemach w sypialni… No ale mniejsza z tym. Internet, nawet licząc te wszystkie filmy z youtube’a (pozdrowienia dla adbustera, jestem jego wierną fanką) to jednak jest to proteza kontaktu z językiem, a nie żywy kontakt.

Dodajmy jeszcze jedno medyczne porównanie. Otóż są takie protezy, które można nosić po stracie nóg i te protezy są bardzo dobre – lekkie, wytrzymałe, i można w nich bić rekordy w bieganiu na paraolimpiadzie (serio, bo zrobiła się z tego swego czasu afera, jakie protezy w ogóle wolno stosować… bo niektóre, ze względu na kształt i konstrukcję – niekoniecznie wyglądało to jak nogi – okazywały się nawet lepsze od „prawdziwych” nóg). No ale mimo wszystko, lepiej mieć własne nogi niż najlepsze nawet protezy, i tak samo jest z językiem przez sieć. Internet jest, jaki jest i jest tym, czym jest, i jeszcze zyska na znaczeniu, i chwała Panu Bogu za takie wynalazki jak skype (i google voice), ale mimo wszystko, żywy, autentyczny, mocny język codzienności nie da się zastąpić sieczką z portali, kłótniami z forów pełnymi wyrachowania, ciętych ripost i wyszukanych środków stylistycznych, rozmowami na gadu i przydługimi telefonami. Po prostu się nie da i tyle, i jedno nie będzie drugim ani drugie pierwszym (i całe szczęście).

Inną jest sprawą, na co zwrócił mi kiedyś uwagę P., że z językiem wiążą się emocje. Z mojego pierwszego roku w usa pamiętam to, że moje emocje były jakieś takie… przytłumione, jakby za ścianą, płytkie i mało prawdziwe. Zwalałam to na karb wypalenia, szoku poznawczego i braku przyjaciół, ale teraz myślę, że miało to związek z tym, jak kiepsko znałam angielski (szczerze, to przeczytałam swój list motywacyjny, list, który pozwolił mi dostać się na doktorat bez egzaminu GRE, i załamałam się nad brakiem tych wszystkich „a” i „the” oraz nad ilością kalek językowych… ale z angielskiego byłam przecież dobra, z TOEFLA miałam ponad 90%i to przy pierwszym pojejściu) i to jak kiepsko przez to rozumiałam lokalną kulturę. To prawda, Amerykanie są płytcy, można powiedzieć, że prymitywni, można, że – jak w moim ostatnimi poście – mało intelektualni, ale lepsza jest czasem ich codzienna powierzchowna uprzejmość niż polski autentyczny codzienny wkurw. Inną jest sprawą, że nie rozumiałam, że zwłaszcza tutaj na południu, jak ktoś cię naprawdę nie znosi, to będzie uprzejmy do bólu i będzie ci serwował tak przesłodzone teksty, że aż zaczniesz podejrzewać sarkazm – i tak, to będzie właśnie sarkazm. Było wiele takich rzeczy – pomiędzy językiem, kulturą i emocjami – których nie rozumiałam, i pewnie jeszcze wiele się muszę nauczyć. 

Tym kończę swojego przydługiego nudnego posta.

Następny będzie ciekawszy, obiecuję.

TO BE UPDATED.

Reklamy

One thought on “Sobie do pamiętnika 2: język

  1. Po każdym powrocie z projektu międzynarodowego to odczuwam, ale pewnie w małym ułamku. Stad podziwiam tych, którzy potrafią wyrazić język Miłości w innym języku niż swój ojczysty. Mi po prostu żadne I love you nie brzmi tak melodyjnie miękko, słodko i czule jak Kocham Cię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s