Sobie do pamiętnika 3: wyjazd

„No, to jak Ci się żyje w usa?”

To pytanie, zwłaszcza zadane przez nieznajomą osobę, powoduje, że chce mi się krzyczeć. Bo co mam niby odpowiedzieć? „Dobrze”? „Źle”? „Różnie”? Szczerze, to jak mam niby streścić w jednym słowie albo w jedym zdaniu całe moje życie, 4 lata tutaj, całe bogactwo życia, wszystkie porażki i sukcesy, dobre i złe chwile, rozpacz, tęsknotę i śmiech? Nie wiem czemu oczekuje się ode mnie, że mam jakoś to sensownie podsumować, i to jeszcze przed nieznajomą osobą, i najlepiej – krótko a treściwie. Po prostu, ludzie, miejcie litość!

Tak na przyszłość, dam wam złotą radę. Jeśli rozmawiacie z kimś zza granicy spytajcie o coś szczegółowego, o coś, co słyszeliście o danym kraju albo o jakiś durny stereotyp. Nawet jeśli zabrzmi to dziwnie, nawet, jeśli mielibyście wyjść na idiotę, to i tak jest to niezły początek rozmowy – możecie się w końcu czegoś dowiedzieć. Nie pojmuję czasem, czemu nawet krótki kontakt nie miałby być autentyczny i intensywny. Moim zdaniem te wszystkie „rozmowy” w rodzaju pięciominutowej pogawędki na tematy obojętne są zwyczajną stratą czasu – i mojego, i rozmówcy. W ogóle, tak jak lubię ludzi, tak jak lubię uczyć, dogaduję się ze znajomymi i nieznajomymi, chodzę na imprezy i nawet cieszą mnie proszone obiady, tak nie znoszę jeździć na konferencje, właśnie z powyższych powodów.

Zanim jednak odpowiem na pytanie „jak mi się żyje” (sorry, nie będzie to pewnie tekst, który można przeczytać w ciągu minuty), wróćmy do początku, do tego jak wszystko się zaczęło.

13 sierpnia 2009 obudziłam się o czwartej rano z kulą w gardle i poczuciem, że się duszę. Na jakimś lotniczym forum przeczytałam poprzedniego dnia chyba wszystko o strachu przed lataniem. Wiedziałam, jak działa samolot etc, wiedziałam, jakie są procedury bezpieczeństwa i statystyki i tak czy siak, w ogóle mi to nie pomagało. Spanikowana do granic możliwości – kula nie chciała ustąpić – żegnałam się z domem, krajobrazami, ludźmi. Ta kula, skulminowane przerażenie: lataniem, daleką podróżą, tym, że zgubią mi bagaż, czterema godzinami snu i emocjonalnym szaleństwem miesięcy przed wyjazdem (broniłam się na początku lipca, a potem były różne inne rzeczy), ta kula tam siedziała w najlepsze i ani myślała się wynosić.

Na lotnisku w Monachium (przesiadki miałam w sumie dwie) leżałam przez 40 minut z nogami na wlasnym plecaku i czekałam, aż poczuję się lepiej. Wtedy doszło do mnie, że czas wziąć za siebie odpowiedzialność: za mój los, za przyszłość, za samopoczucie, za bezpieczeństwo. Schodząc po trapie (są takie specjalne płaskie trapy po których się wchodzi do dużych samolotów) i wsiadając do lodowatego Boeinga 777 nie wiedziałam chyba jeszcze (a może wiedziałam, i dlatego o tym piszę?), że to był TEN krok, moja decyzja. I to wywróci wszystko do góry nogami, ale nie w taki sposób, jakiego bym oczekiwała czy się spodziewała. Ale banały piszę, co nie?

W samolocie siedział koło mnie pan biolog. Pan biolog był chyba jakiś słynnym naukowcem. Lot okazał się nienajgorszy, ale też nie zupełnie spokojny, Wytrzęsło nas nieźle nad środkiem oceanu i w czasie, gdy samolotem trochę jakby rzucało, a ja, blada ze strachu, odmawiałam kolejne modlitwy, pan biolog ze spokojem dopracowywał jakąś publikację na swoim macbooku. Spytałam go, jak może tak sobie pracować, skoro samolotem trzęsie? Na co pan biolog odparł, że przecież jesteśmy tu bezpieczni jak w hotelu, i przecież leciał chyba z tysiąc razy. Zastanawiałam się wtedy, czy brak strachu przed lataniem jest cechą ludzi należących do kasty naukowców i czy aby się do niej dostać to będzie musiało ustąpić. Tyle pamiętam z tego pierwszego lotu, pana biologa, lato, lodowatego Boeinga, i to, że zrozumiałam, że moje życie już się zmieniło i jeszcze się zmieni.

Mój pierwszy rok był po prostu straszny. Jeśli czytaliście Winnetou, to książka zaczyna się rozważaniami o „greenhornie” (żółtodziobie), czyli kimś kompletnie bezradnym wobec nowej rzeczywistości, popełniającym mnóstwo durnych błędów, i dobrze, gdy cała sprawa okaże się tylko „komedią pomyłek”. No więc przeszłam przez swoisty trening greenhorna a moje pomyłki były nieco bardziej frustrujące niż śmieszne (w każdym razie, na początku komedii to nijak nie przypominało), i niektórych rzeczy nauczyłam się, jak mówią Amerykanie, „the hard way”, czyli dość bolesną drogą. 

Inną jest sprawą, że przyjechałam do usa wypalona. Dzisiaj piszę te słowa na zimno, kompletnie spokojna, i w ogóle musiałam mocno dojrzeć, by móc przyznać się do tego wprost. O wypaleniu pisałam na tym blogu wiele razy, bo usiłowałam to zrozumieć, bo coś tam podejrzewałam i w ogóle, ale trudno jest zrozumieć przyczynę zjawiska, gdy jest się w jego środku, po prostu będąc w środku burzy nie widzi się zasięgu ani przyczyny burzy. Najwyraźniej potrzebowałam dystansu, i dystans przyszedł, oczywiście, jak wiele spraw w życiu, ze stosownym opóźnieniem. To wypalenie trwało prawie trzy lata.

Przyczyn było wiele, ale pierwszą i najważniejszą było chyba to, że przez lata edukacji szłam z niezłym przyspieszeniem, niosąc przed sobą bojowy taran i wyważając nim drzwi i okna wtedy, gdy nie widziałam lepszego wyjścia. Tak w ogóle, to skończyłam informatykę w cztery lata, chociaż nie musiałam i na zajęcia na poziomie doktoranckim z matematyki zaczęłam się  zapisywać gdzieś tak koło trzeciego roku. Pracowałam ciężko, świątek, piątek czy niedziela, wolny czas, odpoczynek i „weekendy” mogły nie istnieć, w pociągu, którym dojeżdżałam na zajęcia zmuszałam się do czytania książek, żeby się nie „odmóżdżać” a jeśli miałam 2h okienka, szłam do biblioteki się uczyć. Byłam ekstremalnie zorganizowana, skupiona na tej organizacji do tego stopnia, że nawet wolny czas traktowałam w kategoriach obowiązku, ustalając wszystko co do minuty i podobnie traktowałam też spotkania ze znajomymi (i randki). To nie do końca tak, że się tylko uczyłam, bo byłam aktywistką tu i ówdzie, pisałam opowiadania i wiersze, prowadziłam koło naukowe, należałam do małego pisarskiego klubu, mało sypiałam i generalnie, czułam się z tym wszystkim chyba dość nieszczęśliwa, no, ale byłam przecież z siebie taka dumna! W końcu udało mi się zdyscyplinować, osiągnąć jakieś tam sukcesy (miałam naprawdę powalającą średnią), być rozpoznawana, dostawać nagrody… Problem wypalenia nie leżał w tym, jak myślałam przez lata, że robiłam za dużo, w za krótkim czasie, że żyłam za intensywnie i spłacam długi.

Problem leżał w tym, że gdzieś się zgubiłam, robiąc to co trzeba, to, co należy, to, co powinnam, to, czego ode mnie oczekiwano zgubiłam gdzieś… siebie. Organizacji i dyscypliny nauczyłam się jako siedemnastolatka drogą twardej i wytrwałej pracy nad sobą. Jako dziecko i nastolatka – niech zaświadczą ci, którzy mnie wtedy znali – uczyłam się, i owszem, dobrze, zmagając się zresztą z niezdiagnozowanym do dziś zaburzeniem uwagi i koncentracji, z którym walczę do dzisiaj i za które dostaję po głowie od kolejnych facetów i także z brakiem kompetencji społecznych, ale głównie chyba dzięki inteligencji i dobrej pamięci, bo dyscypliny nie miałam za grosz. Tata wyganiał nas spać o dziesiątej, wtedy, gdy dopiero zaczynałam lekcje (swoją drogą, w mojej przypominającej „Grę Endera” szkole, lekcji prawie codziennie było osiem i gdy wróciło się do domu, zjadło i odpoczęło, robił się późny wieczór – a zadania domowe i nauka na sprawdziany czekała). Uczyłam się tylko wtedy, kiedy musiałam, oczywiście w ostatniej chwili, naukę traktowałam w kategiach przykrego obowiązku. Patrzyłam tęsknie na moje koleżanki (i potem, także kolegów), zazdroszcząc im tej właśnie dyscypliny, tego, że umieli się uczyć naprzód, że umieli coś przedsięwziąć i się tego trzymać, że byli zdyscyplinowani do tego stopnia, by uczyć się poza szkołą i wygrywać jakieś tam konkursy.

Myślałam, a raczej byłam święcie przekonana, z emfazą na „święcie”, bo moje przekonanie miało w sobie wiele z magicznego myślenia, że jak się w końcu zdycyplinuję, to nagle będę taka, jak ci, których tak podziwiam, nienawidzę i którym tak zadroszczę (a najlepiej, wszystko na raz). Co więcej, wyrosłam z przekonaniem, że tego, co interesujące i tak nie nauczę się w szkole. Do szkoły chodziłam więc odsiedzieć swoje, bo na lekcjach rzadko uważałam albo coś robiłam (może poza matematyką, dyskusjami na polskim oraz historii i chwaleniem się losową wiedzą na losowe tematy na wszystkich innych przedmiotach), głównie rysowałam karykatury nauczycieli albo pisałam o nich złośliwe wierszyki, albo wysyłałam listy … albo po prostu patrzyłam w ścianę i myślałam o czym innym. Uczyłam się więc głównie w domu, przerabiając materiał dość często z większą ilością szczegółów, niż było trzeba, czasem szukając, jak mnie coś zainteresowało, ale głównie po prostu skacząc z kwiatka na kwiatek, bez jakiegoś specjalnego celu. Mimo problemu z koncentracją i uwagą, uczyć się akurat umiem i zawsze umiałam (co prawda, zajmuje mi to pewnie więcej czasu niż innym), więc myślałam, że jak będę robić to częściej, z większą organizacją i po prostu bardziej intensywnie, to stanę się osobą, którą lubię i podziwiam. Stać się nawet i stałam, ale szczęścia mi to nie przyniosło.

Bo życie tak nie działa. Pana w „Granicy” Zofii Nałkowskiej takie zdanie, że można być tylko sobą i nikim więcej być nie można (czytałam to chyba jak miałam osiemnaście lat i do dzisiaj pamiętam…), i jest to, paradoksalnie, zdanie o dużym ciężarze. Myślę, że moje wypalenie i przetrącenie wynikało nie tylko z mojego szalonego tempa intensywnej edukacji i zwykłego przemęczenia układu nerwowego (uwielbiam to sformułowanie, jakże częste w przedwojennych i wczesnych powojennych książkach psychologicznym i psychiatrycznych, jest takie obrazowe, nie jest modną bezprzyczynową depresją), ale także z próby bycia osobą, którą nigdy nie byłam i do bycia którą mnie nie powołano. W tym roku z testu Gallupa (ja też w to nie wierzyłam) dowiedziałam się, że nie, nie jestetm typem liderki ani „osiągaczki” (= achiever, nieprzetłumaczalne na polski) ani, co zadziwiające, nie steruje mną wcale ambicja. I ten test dał mi zdrowo do myślenia. Czy był kamykiem, który kopnięty, gdzieś, kiedyś, przez losową osobę, głupio i przez przypadek porusza lawinę? Pewnie nie. Pewnie zmiana i tak by przyszła, tak czy siak, po prostu może przyszłaby później albo miała inną dynamikę. Tym niemniej, teraz już rozumiem, że próba bycia kimś, kim się nie jest ma swoją cenę. Tylko, dlaczego, dlaczego, dlaczego żeby to odkryć musiałam wyjechać za ocean? W usa moje desperackie próby bycia kimś, kim nigdy nie byłam bywały hm… dość karykaturalne i kosztowały mnie sporo nerwów. Pocieszające jest to, że tak jak w Winnetou, większość „greenhornów” jednak dojrzewa. Dojrzałam więc i ja. „Maybe the lesson was harder than it should be”, powiedział mi kiedyś L.

Ponieważ przez lata mojej młodości głównie się uczyłam, do usa przyjechałam raczej niedojrzała. To nie tak, że nie umiałam gotować, prowadzić domu, włączyć pralki czy gospodarować pieniędzmi… prowadziłam dom, sama, jeszcze jako dwunastolatka, gotować umiem od kiedy pamiętam, i rachunki uważam za rzecz świętą. Brakowało mi jednak zarówno dojrzałości naukowej, tej dojrzałości, która pozwala wgłębić się w jakąś dziedzinę, odprawić nad nią pewną refleksję i mądrze wybrać promotora, temat i kierunek w życiu, jak i dojrzałości osobistej. Przytłoczona mnóstwem nieraz sprzecznych wymagań i oczekiwań, nigdy nie pomyslałam czego ja sama tak naprawdę chcę. Ta lekcja okazała się kursem przyspieszonym, i też bolała.

Czy to wszystko miało dobre strony? Ludzie, którzy przeszli depresję mówią – już po wyjściu  – co czytałam chyba u Kępińskiego, że generalnie depresja była w ich życiu pozytywnym doświadczeniem i nauczyła ich dystansu. Podobnie jest z kryzysem wypalenia. Teraz wiem, że muszę odpoczywać i że praca 16h na dobę nie jest normalna. W czasie, kiedy naprawdę muszę (jakkolwiek dbam, by nie zdarzało się to za często) nadal potrafię przywołać moje wyuczone supermoce i wykazać się doskonałą organizacją. Nauczyłam się też szacunku do siebie, swojego organizmu, słuchania jego prostych sygnałów, takich jak zmęczenie, głód i ból, i nauczyłam się też, że człowiek ma jednak ciało, i że temu ciału trzeba czasem poświęcić trochę czasu, na przykład ćwicząc. Teraz wiem lepiej niż kiedykolwiek (ale czy kiedykolwiek wiemy to do końca? Głupie pytanie filozoficzne jak z ksiązki Coehlo), kim jestem i kim nie jestem. Wypalenie dało mi rodzaj dojrzałości, jakiś taki nieznany mi dotąd rys, i wszystko to przyniosło, na ostatku, po prostu spokój.

Więc, powiedzcie sami, jak mam odpowiedzieć na pytanie „No, to jak Ci się żyje w usa?”

Bo ja chciałabym wiedzieć.

Ale bez kitu, nie wiem.

TO BE UPDATED

Reklamy

One thought on “Sobie do pamiętnika 3: wyjazd

  1. Jestem Pełna podziwu. I Gratuluje wytrwałości. Ja sama schudłam. Lecz teraz przytyłam 5 kg;( to przez moje obrzerstwa:( nie potrafie teraz tego pochamować jest mi wstyd brak mi motywacji 😦 chciała bym schudnąć te 5 kg lecz ostatnio się pogubiłam we wszystkim. A do tego nie potrafie siebie zaakceptować. chciała bym by ktoś mi wysłał jadłospis i powiedział Dostosuj się do niego i tyle i że nie mam wyjścia. To by było łatwiejsze niż samej znów układać go 😦
    Ps. Ważyłam 62 kg przy wzroście 158. Teraz waże po przytyciu 5kg 55kilogramów 😦

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s