Scenki z życia: Reset. {Scenes from life: Reset.}

Przebudzenie numer 1.

Budzę się o 4 rano, w nieswoim łóżku. Potwornie chce mi się pić. Wstaję więc, i jak lunatyczna, z oczami na wpół zamkniętymi, zalepionymi resztkami wczorajszej maskary wlokę się do kuchni; ale taka wycieczka to nieco za dużo dla mojego ciała. To, że podłoga ucieka przed nogami to nie jakiś duży problem, w porównaniu przynajmniej do zalewającej przełyk fali nudności.

Wracam do łóżka.

Nie bardzo jestem w stanie siedzieć.

Pić też nie… nie bardzo.

Kładę się więc na płask, uciekając przed poduszką, z nogami wystającymi trochę za ramę, dlaczego.

Skąd ten śnieg za oknem?

Jakieś 2 cale.

To jeszcze nie świt, myślę.

Fala nudności przychodzi i odchodzi, podobnie jak Morfeusz obejmuje mnie i odtrąca, obejmuje i odtrąca, obejmuje i odtrąca, w miłosnym cyklu, w tańcu, który rozdziera moje wnętrzności, w którym moje własne wnętrzności rozdzierają same siebie.

 

Przebudzenie numer 2.

 

Podłoga tańczy przede mną, ona tańczy dla mnie, myślę, ale po co, po co, co się stało tej podłodze, brudnym drewnianym klepkom.

Muszę coś zjeść i to szybko.

Coś konkretnego.

Łazienka, miejsce nieosiągalne. A w łazience, pod prysznicem, przy zlewie schnie sobie święty Graal.

Jedzenie wtrąca mnie z powrotem Morfeuszowi w objęcia.

Morfeusz nie protestuje.

Nie możesz teraz spać, rusz tyłek, wychodzimy.

Kurtka a pod nią lekka, primaloftowa bluza: walka.

 

Sala gimnastyczna.

 

Psia pozycja, klęczę i ręce mam oparte na macie do jogi. Obserwuję siebie w lustrze, lustro pokrywa całą ścianę. Ale nie, nie uprawiamy tu baletu: w zgięciu nogi mam hantlę i posłusznie podnoszę nogę w rytm pokrzykiwań instruktorki, w rytm głupiej muzyki, jak pies, jak pies, myślę, pies obsikujący drzewo.

To nie jest balet.

Plank, na własnych łokciach, wyciągnięta najprościej, jak potrafię mam wytrzymać dwie minuty. Wytrzymuję trzydzieści sekund i zmieniam pozycję.

To nie balet. Ja nie cyborg.

Pajacyki, w rytm podskoków z mojego ciała wyparowuje alkohol. Dwadzieścia tu, dwadzieścia tam i już jestem trzeźwa, i tylko mój honor ratuje drogi, specjalistyczny stanik: nogi podskakują, zawartość stanika nie.

Pył na matach do jogi, pompki, nigdy nie nauczyłam się robić ich prawidłowo, za każdym razem całuję podłogę, matę, pył, pył.

Absurdalne ćwiczenie siłowe: odważnik ponad głowę, przysiad, wysiad, dosiadł, nasiadł. Jak kura, jak pies, niezgrabnie, zbyt lekkie hantle w mocnych rękach, zbyt lekkie ręce do mocnych hantli.

I tylko nogi mam najbardziej umięśnione w całej grupie.

Zresztą, może tak myślę, bo mam najkrótsze szorty.

 

Terapia.

 

Absurdalność istnienia nigdy nie działała tak silnie.

Koszulka, ta koszulka nie jest moja.

Pożyczona, czarna: bez napisów.

Tyłem do przodu, jak zwykle nie zauważyłam

Koszulka pachnie piwnym słodem, kwaśnym zapachem suszonego zboża.

Mocno pachnie.

Brudne spodnie, tego też nie zauważyłam.

Cała sala pachnie moją koszulką, moja koszulka pachnie salą.

Siedź i słuchaj.

Mówię: przyszłam tu nauczyć się komunikacji.

Myślę: zjeść coś.

Walić komunikację.

Myśli krążą, drążą: w torbie jest batonik, 20 gramów sojowego białka.

Ohydny.

Ohydne kalorie.

Koniecznie kalorie.

Muszę coś zjeść i nie powinnam.

20 gramów białka.

Oko kamery, psychoterapeuta jak z filmu.

Batonik, fioletowy foliowy „papierek”.

Cukier mam poniżej 60 i trochę mi dzwoni w uszach.

Psychoterapeuta jest lekarzem, nie zemdlejesz, zemdlejesz, nie zemdlejesz.

On jest lekarzem.

Batonik, zęby zatapiają się w sztucznej czekoladzie, w cierpkim sojowym białku.

Rozkosz – orgazm.

Wstyd – nie wytrzymałam.

Komunikacja nagle zaczyna mnie obchodzić.

Smutek i złość innych ludzi: wyczuwalne z kilometra.

Wrażliwość i ból.

Nie moje.

Słowa.

Nie moje, moje i nie moje, idą z umysłu do umysłu.

Feedback i brak feedbacku, komunikacja i jej brak, ręka na trzonku siekiery, ręka i zatrzymuje się, i uderza.

Podpisz dokumenty, cyrograf na moje życie, na mój spokój, na moje problemy.

Kaligrafuję imię, czytam: tu nie wolno przychodzić pod wpływem alkoholu i niedozwolonych substancji.

Terapia, terapia.

Dobrze, że opary alkoholu są w mojej torbie z siłowni, w przenikniętej nimi koszulce, w za krótkich szortach.

Terapia, terapia.

Możecie iśc, mówi psychoterapeuta.

Zapach koszulki zostaje w sali.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s