Sobie do pamiętnika 8: bohater

Całe życie wymyślałam historie, nawet wtedy, gdy nie umiałam jeszcze pisać. Mniej więcej jako czterolatka zapełniałam brzydkie, komunistyczne zeszyty długopisowymi rysunkami, kartka po kartce, i te moje rysunki składały się w jakąś tam historię. Rycerze interesowali mnie nieco bardziej niż księżniczki, więc mój bohater był oczywiście mężczyzną a rysunki dotyczyły jego bohaterskich czynów. Dziewczynką być nie chciałam.

Gdy nauczyłam się pisać, zaczęłam te historie spisywać. Miałam wtedy trochę głębsze pojęcie o świecie i pisałam o tym, co znałam: o zwierzętach i dzieciach. Pierwsze, „poważne” w moim dziecięcym mniemaniu opowiadanie dokończyłam jako ośmiolatka. Nie wiem, czemu dorośli uważali to za wyczyn, bo przecież co za sztuka pisać, skoro tyle jest książek i autorów? I czemu ja, ośmioletnia Katy, miałabym być gorsza?

Potem zaczynałam różne historie i nigdy ich nie kończyłam. Bardzo dużo czytałam i wszystko, co pisałam wydawało mi się niedostatecznie doskonałe, złe językowo, spłycające historię, nad którą, kurde, tak długo myślałam. Naprawdę na poważnie zaczęłam pisać jako siedemnastolatka, ale to długa i bolesna historia, nie na bloga, żeby mi nikt nie zarzucał, że się tutaj totalnie wywnętrzam: donoszę więc, wszem i wobec, że są sprawy o których na blogu nie piszę i póki co, pisać nie zamierzam.

Ale mniejsza z tym. Pamiętam, że mniej więcej od drugiej klasy liceum, może nawet wcześniej prześladował mnie jeden typ bohatera. Nie mam pojęcia, skąd go wytrzasnęłam, ale tę charakterystykę można znaleźć w większości moich opowiadań, i co ciekawe, ten bohater nie jest mną. Podejrzewam, że w książkach, które czytałam ten typ bohatera mnie mocno inspirował, że takich bohaterów szukałam w książkach (i filmach).

Co wyróżnia tego bohatera? Jakiś rodzaj psychicznej siły. To często osoba, która przeszła w życiu wiele i to dało jej mądrość i właściwą perspektywę. To osoba, która siedzi na dachu świata i wie, co jest w życiu ważne. To ktoś, kto otarł się o śmierć, zło albo niesprawiedliwość i z ucisku wyszedł „czysty”, chociaż niewykluczone, że lekko przetrącony. Kto jest emocjonalnie samowystarczalny i szczęśliwy na swojej pozycji osoby po przejściach, kto nie potrzebuje nikogo i niczego, bo ludzie go i tak zawiedli.

Jest w tym bohaterze duża koncentracja egocentryzmu. Nie egoizmu, egocentryzmu, koncentracji na sobie, na JA, na MOJEJ RELACJI ze światem. Ten bohater wybacza światu i losowi to, co go spotkało, nie oczekuje niczego dobrego, i pomoże innym w imię Conradowskiego „tak trzeba” i moralności wynikającej z faktu, że nie zostało za wiele do stracenia, ale nie zamierza za bardzo do tego świata wracać ani się z nim na powrót integrować.

Myśl przyszła do mnie, kiedy siedziałam w restauracji. Że może ten właśnie bohater, egocentryczny samotnik na dachu świata jest tym, kim chciałabym być w życiu.

Tak, jak pisałam w jednym z poprzednich postów, wierzyłam w życiu w różne rzeczy, i pewnego dnia przyszedł czas weryfikacji. Może w tego bohatera też „wierzyłam”, wiarą silną i niemal magiczną.

Wtedy, w restauracji, pomyślałam, że mój bohater ma w sobie dużo wewnętrznej sprzeczności. Nie tyle, że nie może istnieć: ale, że nie może być chyba szczęśliwy i że to, czego w nim brakuje to gorycz. W ogóle nie wiem skąd wzięłam przekonanie, że „przejścia” czynią nas lepszymi ludźmi i ustawiają na resztę życia. Poprzez moje własne „przejścia” zobaczyłam, że nie, nie jestem tą osobą, za którą się uważałam, i co więcej, nie były to doświadczenia przyjemne ani kształcące w jakimś specjalnie pozytywnym sensie. Może dzięki temu z przewlekłym stresem radzę sobie lepiej niż większość ludzi, ale niewykluczone, że po prostu taki tym układu nerwowego i osobowości dostałam niejako gratis przy urodzeniu.

No, ale nie o mnie miał być w sumie ten post, a o „bohaterze”. Jest zarówno w literaturze, jak i w życiu realnym całkiem sporo przykładów ludzi, którzy poznali tę niezwykłą (do dziś nie wiem, jaką) „prawdę o życiu” i ta prawda ich zabiła, w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Przejścia i prawda o życiu niejednego doprowadziły do szaleństwa, wyrzutów sumienia, obsesji, i wizji życia, która nie była wcale „spokojem na dachu świata” a raczej jakimś schizofrenicznym (w rozumieniu medycznym) poczuciem kompletnej nierealności. Kępiński, w swojej meta-analizie przeżyć więźniów obozu Auschwitz-Birkenau pisze, że ludzie, którzy stamtąd wyszli, wykazywali wiele podobieństw, i że obóz na trwałe zmienił im osobowość: doświadczali problemów z adaptacją, problemów w relacjach ludźmi, niepokoju i koszmarów.

Dobre pytanie, czemu ten motyw inspirował mnie przez tyle lat? Czy żyje się po to, by doświadczyć „przeżycia” a potem albo o nim napisać, albo opowiadać, opowiadać, opowiadać, do końca dni?

Napisałam tego posta dobre parę dni temu, może z tydzień i nie byłam pewna jak go dokończyć i jak wydobyć sens z tego, co piszę. Oglądałam dzisiaj z kolegami film (podkreślam, kolegami) „Before sunset” (pojęcia nie mam jak przetłumaczył tytuł pomysłowy polski tłumacz) i w tym filmie jest scena, gdzie Jessie (bohater płci męskiej) opowiada Celine (bohaterce płci żeńskiej) o swoim dość nieudanym małżeństwie i o tym, że z zewnątrz wszystko wygląda okej, ale czy w życiu chodzi głównie o komfort? Pytanie, rzucone trochę z głupia frant, w złym momencie dotyka czegoś istotnego. Nie wiem, czy w ogóle pytanie o takie coś jest zasadne w Polsce, gdzie człowiek w moim wieku zajmuje się przede wszystkim walką o spłatę raty kredytu i o to, żeby się w ogóle gdzieś zatrudnić, więc nie ma specjalnie wyboru między podążaniem za ideałami a pracą za pieniądze… Słyszałam oczywiście o takich, co rzucili karierę naukową i wyjechali w Bieszczady pisać książki albo paść owce, ale w Amerykańskiej kulturze, kulturze ludzi rozwydrzonych konsumpcjonizmem i tym, że życie jest względnie łatwe (dla większości), tęsknota za rzuceniem wygodnego życia jest chyba bardziej obecna i widoczna niż w naszym post-komunistycznym europejskim kraju-raju.

Pytanie było dość jasne: po co się żyje? Czy dla marzeń, dla celów, dla czegoś większego od nas samych, czy po prostu dla znalezienia sobie wygodnego miejsca w życiu, takiego małego, osobistego raju? Szczerze, to uważam to pytanie za trochę durny frazes, taki motyw jak z greckiej tragedii, powielany w filmach, książkach i kulturze; jeden z tych motywów, które są motorem ludzkiego działania i które zawsze się sprawdzają jako myśl przewodnia opowiadanej historii.

No i pytanie jest głupie. Pewnie zawsze myślałam – albo czułam, bo myślenia to w tym nie było za wiele – że żyję po to, by być tym moim „bohaterem po przejściach”. I mimo że pytanie jest głupie, to nie umiem na nie odpowiedzieć.

 

 

 

Sobie do pamiętnika 7: depresja

Nie mam pojęcia, kiedy to się zaczęło, ale pewnie dawno temu. Bywały przerwy, bywało lepiej, bywałam prawie szczęśliwa, okresowo zapominałam. Trudno mi jakoś spojrzeć na moje życie jak na całość. Bardzo fajne spojrzenie tego typu na ludzkie życiorysy opisuje na przykład Wanda Półtawska w „Starych rachunkach”, usiłując jakoś tak zrozumieć zawiłości ludzkiej psychiki, przeniknąć przyczyny. Ja tak nie umiem, bo może żeby TAK pisać trzeba przejść przez obóz koncentracyjny. Z drugiej strony, nominowana do Pulitzera książka Elisabeth Strout, osoby o podobnej do Półtawskiej wrażliwości, pokazuje – moim zdaniem – jak pisałaby Półtawska, gdyby przez obóz nie przeszła. Ale ten post nie ma być w sumie o literaturze.

Czy w moim przypadku istniała przyczyna? Nie wiem.

Raz przeszłam prawdziwą, kliniczną depresję, w ostatniej klasie liceum. Z tego, co pamiętam nie byłam wcale smutna. Szczerze, to nie byłam też jakoś przesadnie wycofana z życia, i co ciekawe, miałam prawie same piątki na świadectwie. Pamiętam za to święta Bożego Narodzenia, i to, że nie potrafiłam przeżywać radości. Patrzyłam obojętnie na rozmowy rodziny, na prezenty, i nie rozumiałam, z czego wszyscy się cieszą. Żyłam w jakimś dziwnym, psychotycznym świecie, gdzie istniał głównie lęk. Czułam, że wariuję, i te psychotyczne stany, kiedy nie potrafiłam rozróżnić, co jest moją wyobraźnią, a co jest rzeczywistością uważam za najgorsze w tamtym okresie; szłam spać przekonana, że już gorzej być nie może, ale budziłam się następnego dnia rano i zawsze było gorzej.

Po tamtym doświadczeniu myślałam, że okej, jeśli będę miała depresję, to będę potrafiła ją rozpoznać. Że będę wiedziała. Że wszystko jest pod kontrolą. Wypierałam złe myśli, korygowałam je, zanim rozwinęły się w myśli mocno ponure, w myśli drążące. Takie mała auto-korekcja, pomysł ten sam co w „Raporcie Mniejszości”.

Tymczasem, to stało się drugi raz, i stało się inaczej, bo może wtedy, w czwartej klasie liceum (tak, jestem stara) miałam jeszcze dość niedorozwinięty układ nerwowy; może też ta nowa, dorosła depresja sprzęgła się z poważnym kryzysem rozwojowym i wtedy też jest inaczej.

Najgorzej wspominam chyba wiosnę i lato 2012, kiedy podróżowałam, rozmawiałam z ludźmi, i niezdolna byłam nic czuć. Wspominam wizytę u rodziny w grudniu, kiedy też nie czułam nic. Nie widziałam niektórych krewnych dwa lata z okładem, ale generalnie wszystko mnie męczyło i denerwowało zamiast cieszyć. Ta niezdolność do przeżywania uczuć była jednak inna niż wtedy, w liceum. Może dlatego, że po prostu wycofywałam się, chowałam się w sobie, nie wiem, jak to ująć, zamiast wściekać się na siebie, że nic nie czuję, i ciągle dręczyć się pytaniami, czy jestem aby normalna.

Myślę, że zaczęło się w 2012 roku, może nawet wcześniej. Zaczęło się może i w 2009 czy 2010, może w 2007 kiedy zostałam pracoholiczką. W 2010 myślałam, że z tego wyszłam. Tak serio, to myślę, że zaczęło się w 2004, kiedy zaczęłam brać leki – leki na chorobę inną niż depresja – i ponieważ właśnie wyszłam z depresji, nie pamiętałam, jak to jest żyć „normalnie” i nie miałam porównania. Nie wiedziałam, jak powinno być.

Ta nowa, najświeższa, dorosła depresja zaczęła się pewnie od czasu związku z A. Jeszcze na początku związku miałam jakieś tam własne zainteresowania. Ale związki takie już są, że kiedy człowiek zafascynuje się drugim człowiekiem, świat znika i maleje. Nie było motyli… nie w brzuchu w każdym razie. Była za to dzika fascynacja, uczenie się drugiej osoby, jej świata, przeżywanie kłótni, uczenie się wyrażania emocji, ogólnie: nadrabianie lat zaległości w rozwoju emocjonalnym w ciągu miesięcy. Dziwne to było.

Są takie związki, w których nie jest się do końca sobą. Wiem, że to banalne, ale do dzisiaj nie do końca umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, co przyciąga ludzi do siebie. Czasem myślę, że całkiem już straciłam zdolność myślenia symbolami, jaką wykazywałam jako dziecko. Ale wracając do związków, jest nam dobrze… i czujemy, że to nie nasze życie, że to bajka, że to film, że to się kiedyś skończy. Moim zdaniem związki powinny być czymś więcej niż wzajemne zaspokajanie popędów. Co prawda nie wierzę w prawdziwą miłość i książęta z bajek też są raczej nie dla mnie, jakkolwiek wierzę w to, że serce i intuicja nie kłamią. Zaniedbałam więc własne zainteresowania, przestałam pisać, przestałam też rozmawiać ze znajomymi, i przestałam czytać. Nie wiem, gdzie trafiłam, ale objawił się nagle przede mną świat pełen materializmu i poszukiwania przyjemności, którego wcześniej nie znałam i do którego kompletnie nie pasowałam.

Kiedy byłam młodsza, słyszałam wiele o tym, jak związek nie powinien wyglądać, o tym, co jest objawem braku szacunku i słyszałam też wiele historii o głupich laskach zakochanych w dziwnych chłopakach kompletnie nie widzących ich – oczywistych dla wszystkich w okół – istotnych wad. Takie sprawy dostrzega się jednak tylko w związkach innych ludzi, rzadko we własnym.

Ale rozstałam się z A., modliłam się o to rozstanie, o to, żebym wiedziała co zrobić i w pewnym „momencie” (używam cudzysłowu, bo moment był rozciągnięty na długie miesiące) już wiedziałam, i to właśnie zrobiłam, no, ale rozstałam się, i nie stało się nic. Mój smutek, wycofanie i obojętność, najpierw przykryte były emocjami po-rozstaniowymi, tym, że nie wiedziałam, co robić z czasem, i weekendy wypełnione pracą wpędzały mnie w coś pomiędzy pracoholizmem i szaleństwem, w końcu wylazły z kąta… i umiałam je nazwać.

Ta nowa depresja wylazła ostatecznie z kąta. Ta nowa depresja była inna, nieznana i nie wiedziałam nawet, że to depresja. Tak, jak pisałam w którymś z poprzednich postów, odebrałam to bardziej jako kryzys relacji, bo w końcu nie zwiedzałam jakichś specjalnie dziwnych miejsc w moim umyśle. Nie byłam smutna, raczej nic nie czułam i wszystko mnie irytowało, spotkania z ludźmi nie satysfakcjonowały, ludzie przerażali albo nudzili. Przesiadywałam długie godziny przed internetem, czytając jakieś fora o odchudzaniu i ubieraniu, pozbawiona pomysłu na to, co z sobą zrobić i głębszego celu w życiu.

Nie piłam alkoholu, dużo ćwiczyłam i poza czytaniem Franzena nie doświadczałam w życiu za wiele radości. Pozbawiona libido, pozbawiona głębszych pragnień, pozbawiona wewnętrznego świata, pozbawiona możliwości przeżywania uczuć i przyjemności, ale nie smutna, nie załamana, spędziłam długie miesiące nie wiem gdzie i nie wiem jak. Poza zmianami nastroju, gwałtownymi i częstymi, ale dobrze rozumiałam, że przecież „to minie”, tak, jakbym stała z boku i obserwowała z obojętnością gwałtowną woltę, nie było mi źle, nie wiem zresztą, czy ja w ogóle w tamtym czasie byłam. Czy ja w ogóle istniałam? Czułam się trochę jak kadłub człowieka, jakby ktoś wydrążył mi wnętrze i zostawił, to, co zewnętrzne: szczupłe, wytrenowane, właściwie funkcjonujące ciało, spełniające wszystkie „zewnętrzne” wymogi, ale z odjętą trójwymiarowością, bez wnętrza, pragnień, marzeń i możliwości doświadczania świata w jego bogactwie i pełni. Wiem, że w tamtym czasie musiałam jakoś tam funkcjonować, bo wyniki ankiet z zajęć, które prowadziłam miałam naprawdę dobre (a to nie jest takie znowu pojedyncze) a na zajęciach, na które chodziłam nie dostałam nigdy oceny poniżej 90%. Przeczytałam pewien czas temu nieopublikowane posty z tego bloga, posty, które pisałam w tamtym czasie, i nie są ani płytkie, ani głupie. Znajomi powiedzieli mi, że niczego nie zauważyli, że zachowywałam się zupełnie normalnie. Jedyne, co dało mi do myślenia, to to, że opowiadanie, które dokończyłam w tamtym czasie (ukaże się w Esensji, więc chyba nie było aż takie złe) zostało przez jednego z moich znajomych skrytykowane w osobliwy sposób: „piszesz o emocjach cyborga” i „ludzie tak nie przeżywają emocji”. Nie mam pojęcia, jak wytłumaczyć koledze P. W. , że nie wymyślałam tego, co piszę: że tak właśnie wtedy odbierałam świat. Że nie kłamałam w opowiadaniu.

W końcu zdiagnozowano u mnie depresję (długo nie mogłam w to uwierzyć, no bo: jak to, przecież nie jestem smutna, przecież nie jestem załamana, przecież codziennie wstaję z łóżka, przecież nieźle sobie radzę z pracą?) i zajęto się problemem. Ale nie o tym ma być ten post, nie o medycznej stronie problemu, która jest zresztą dość dobrze poznana, i dość banalna. Wiecie, serotonina i te klimaty.

Najlepiej chyba o depresji pisał Kępiński. Czy depresja dała mi dojrzałość? Nie, i nie miała szansy. W sumie nadal wracam do świata żywych i proces się nie zakończył. Czytać czytam, ale wszystko wydaje mi się banalne i głupie i trudno mi znaleźć coś, co trafia, coś, co inspiruje, coś, co jest dostatecznie trudne. Dotyczy to też muzyki: różne kawałki mi się podobają, ale widzę ich płytkość i wydają mi się żałosne. Czasem naprawdę lubię wyraźną muzykę imprezową, bo tam nikt nie oszukuje, że kryje ona jakieś przesłanie poza dobrze się baw i przeeeeeeleć mnie. W ogóle powrót – tego doświadczyłam też wtedy, w czwartej klasie liceum – ma to do siebie, że wszystko mnie dziwi. Kształt przedmiotów. Relacje pełne gier i manipulacji. To, że widzę jak na talerzu (swoją drogą, skąd ten talerz we frazesie?) czyjeś intencje i emocje. Sposób, w jaki pracuję. Sposób, w jaki pracują inni. Banalność marzeń: każdy ma takie same. Naiwność młodości. To, jak bardzo ludzie są do siebie podobni. To, jak łatwo jest dać się złapać na propagandę. To, że dobro i zło, że system moralny bywa kwestią wyboru. Tandetne inspiracje, które są podwalinami wielu ludzkich działań. Żałosność związków damsko męskich, żałosność i podatność na proste gesty i durne słowa.

No, ale wracam.

Wracam do świata żywych.

 

Sobie do pamiętnika 6: kryzys wartości.

Kiedyś, dawno temu wierzyłam w różne rzeczy. W sumie polityką interesowałam się od dziecka, czytałam za dorosłe, zupełnie nieodpowiednie gazety, w tym Naszość, nie żebym z tego za wiele rozumiała, ale świat „dorosłych” gazet był przecież taki wciągający. Razem z dziećmi sąsiadów rysowałam wampiry-Kwasule (parodia Kwaśniewskiego), naturalnie w marynarkach w sierpy i młoty, jakoś tak w trzeciej klasie podstawówki. Wychowana w Bogo-ojczyźnianym, a raczej gazeto-polskim środowisku, chętnie chodziłam deklamować wiersze przed kombatantami i poruszała mnie każda patriotyczna pieśń i patriotyczna akademia. Wierzcie mi, albo i nie, ale miałam własny tomik wierszy Bełzy – nie wiem, kto mi to dał, ale pomysł chyba nie był zbyt dobry – i z własnej nieprzymuszonej woli uczyłam się tych wierszy na pamięć. Jako nastolatki, razem z H., robiąc na złość siostrze Angeli zamieniałyśmy ćwiczenia z religii w feerię politycznych komentarzy, zwłaszcza, że program religii w ósmej klasie zawierał głównie naukę społeczną KK. Wątpię, żebyśmy – a przynajmniej żebym ja – coś z tej polityki rozumiała, ale pisałam, a jakże, zagmatwane i dziwne odpowiedzi w ćwiczeniach. Tak, podbudowywało to moje czternastoletnie ego.

Co prawda jestem trochę tradi-hipsterem (nie ma jak sarkazm), bo na mszę łacińską chodziłam od ósmego roku życia, czyli pewnie od 1992 czy 1993 roku, jakkolwiek łaciny nauczyłam się dopiero w liceum i dopiero wtedy zrozumiałam głębię i piękno łacińskiej liturgii. W lodowatej, nieogrzewanej kaplicy przeżywałam co niedzielę rodzaj religijnego przebudzenia, zaczęłam w tym dostrzegać sens i pełnię. Jeśliby mnie ktoś wtedy spytał, czy moja wiara oparta jest na emocjach, oburzona powiedziałabym, że przecież, że nie. Nie wątpię, patrząc na to dzisiaj, że były w tym wszystkim przeżycia duchowe, ale emocje też były. Może nie doświadczałam lednickiej ekstazy czy transu ala Taize czy jakichś wspólnotowych doznań związanych z emocjami tłumu, i pewnie coś, co mnie poruszało było głębsze i bardziej subtelne, ale gdy teraz o tym myślę, wiem, że to wszystko oparte było na dość słabym konstrukcie.

W wieku lat osiemnastu trafiłam do KoLibra. Miałam tam swoją szczególną pozycję – byłam jedyną dziewczyną, najmłodszą wśród bystrych, oczytanych chłopaków. W KoLibrze zaczęłam czytać i myśleć, słuchać i pisać, i wyszłam z bogoojczyźnianej – dziś powiedzielibyśmy, propisowskiej – orientacji politycznej i przeżyłam, jak wiele innych osób z mojego pokolenia „ukąszenie libertariańskie”. W sumie bycie libertarianką w czasie studiów było całkiem cool. Jeśli nie miałam ochoty dyskutować o polityce, a po dwóch latach w KoLibrze i dwóch latach dyskusji i kłótni po prostu się wypaliłam, mówiłam, spytana, czy jestem za PiSem czy za PO, że jestem libertarianką. Generalnie dobrze żyłam z ludźmi, nie chciałam być uważana za jakąś zasadniczą a libertarianizm naprawdę można naciągnąć do każdej opinii. Jakoś przebrnęłam przez studia, wierząc w „różne rzeczy”.

W katolickiej szkole, dawano nam do czytania Miłujcie Się w czasie rekolekcji (pamiętam chyba tylko i wyłącznie „Świadectwa”) i wmawiano dość skutecznie prostą (do wypowiedzenia) prawdę „czekaj do ślubu”. Problem w tym, że życie do którego nas przygotowywano nie istniało. Kto by przewidział jak bardzo zmieni się świat? I zupełnie nie wiem, czemu ignorowano w tej szkole fakt, że dziewczynki, nawet te kilkunastoletnie, przeżywają coś takiego, jak pożądanie, i nie, nie musi to wcale być myślenie o mężu.

Jako osiemnastolatka uważałam, że już jestem dorosła, w pełni rozwinięta, i że nie pozostało nic do okrycia. A nawet jeśli zostało, niczym papier toaletowy, rozwinęłam się na pełną długość, i nie mogę się już dalej rozwijać. Fakt faktem, byłam przemądrzałym, przeuczonym dzieckiem, i potem przeuczoną nastolatką. W pewnym stopniu, nie miałam innego wyjścia.

Myślałam, wyjeżdżając po raz pierwszy z domu, a potem wyjeżdżając po raz drugi, tym razem na serio, że wszystko, co jest we mnie takie już pozostanie. Że konstrukt, który dostałam w domu, który uformowała we mnie katolicka szkoła i dobre liceum jest tak silny, że nie da się go zmienić. Że jest jak szkielet z tytanu. Że nie da się go zgiąć.

Ale ten szkielet był jak zbroja. Nie, nie jak zbroja z piosenki Kaczmarskiego. Może bardziej niż zbroja, nazwałabym to łuską. Po pewnym czasie zbroja stała się za ciasna i zaczęła wyglądać po prostu śmiesznie.

Może w sumie źle to odbieram, zawsze byłam trochę schizoidalna, trochę psychotyczna i trochę autystyczna, i żyłam we własnym świecie, ale wyjazd z domu i trafienie do ekstremalnie zróżnicowanego, dość liberalnego środowiska skutecznie zmieniło moje poglądy. W sumie, do tego roku nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.

Pierwsze było chyba ubezpieczenie. W usa jest ono prywatne, i jest to wymarzony, kapitalistyczny system, i generalnie, ten system po prostu nie działa (o czym przekonałam się na własnej skórze… i niejednokrotnie przekonał się też mój portfel). Generalnie, potem nastąpiła lawina.

Starałam się, naprawdę starałam, nie mieć wcale poglądów. Nie myśleć. Żyć dobrze z ludźmi. Wierzyć w Świętego Spokoja. Ale są takie sytuacje, kiedy trzeba wybierać. Kiedy trzeba wiedzieć, co jest dobre, co złe. I kiedy jest się przypartym do muru.

Długo trwałam w takim stanie. Na Frondzie i Rebelce (katolickich forach) zobaczyłam jakby swoje poglądy, wygłaszane z innych ust… i poglądy te wydały mi się fundamentalne, głupie i lekko egzaltowane. Niedojrzałe. Lubiłam się droczyć, i nadal lubię i dorobiłam się statusu skandalistki, osoby bez wstydu, waliłam wprost pytania, których zadać nie chciał nikt, nierzadko też udawałam głupią. Ale nie, nie miałam żadnego celu w mojej grze. Wkładanie kija w mrowisko może być przecież celem samym w sobie. Myślę, że było we mnie dużo złości, i nadal jest, złości, która płynie z kontrastu i niespójności pomiędzy tym, w co nauczono mnie wierzyć, a tym, jaki świat jest naprawdę (albo jakim go interpretuję) . Stałam trochę w rozkroku, niepewna własnych poglądów, niepewna seksualności, niepewna, kim jestem i dokąd iść, niepewna, co jest dobre a co złe.

Problem w tym, że jeśli ma się partnera do rozmowy, jeśli buduje się poważniejsze związki z ludźmi, nie tylko w sensie związków romantycznych, trzeba rozmawiać. I nie wszystkie rozmowy są łatwe. I trzeba jakoś uzasadniać własne poglądy. Podejrzewam, że przez pierwsze trzy lata doktoratu albo i dłużej nie miałam właściwych partnerów do rozmowy, albo zwyczajnie nie chciałam ich mieć. Pierwszym znakiem powrotu do czasu rozmów był chyba L. Pamiętam, jak kiedyś całą noc przerzucaliśmy się jakimiś naukowymi dowodami (nie, żebym wierzyła w naukę… w końcu sama ją uprawiam) na różne katolickie mądrości i nie-mądrości (L. jest ateistą) i zdałam sobie sprawę, że uzasadniam opinie, w które nie wierzę za grosz, bo nie zgadzają się ze zdrowym rozsądkiem. Jakoś „różne rzeczy” znalazły się w szufladce z napisem „do weryfikacji”.

I w efekcie rozmów z L. i z C. sama już nie wiem, w co wierzę. Wiem, wiem co powiedzą katolicy: że przebywam w nieodpowiednim towarzystwie. Ale to nie tak. Dużo widziałam. Swoje wiem. Nie jestem klonem rodziców. Mam perspektywę, i ta perspektywa czasem boli i czasem sprawia problem.

Jestem na tym dziwnym etapie rozwoju kiedy stary konstrukt leży i płacze, ale nowego nie ma. I powiem wam szczerze: jest to stan wkurzający. Nie wiem, co jest moimi poglądami a co nie. Pora decydować. Pora wybierać, a kurde, myślałam, że jak wybiorę raz, że jak raz wybiorę, że jak ktoś wybierze dla mnie, w wieku osiemnastu lat, to wszystko już takie zostanie. Że kapitał, który mam z domu wystarczy mi na zawsze.

Pora pisać, pisać, pisać.

Co ze mnie wyjdzie?

Delikatnie rzecz ujmując, cholera wie.

Trzymajcie kciuki.