Sobie do pamiętnika 6: kryzys wartości.

Kiedyś, dawno temu wierzyłam w różne rzeczy. W sumie polityką interesowałam się od dziecka, czytałam za dorosłe, zupełnie nieodpowiednie gazety, w tym Naszość, nie żebym z tego za wiele rozumiała, ale świat „dorosłych” gazet był przecież taki wciągający. Razem z dziećmi sąsiadów rysowałam wampiry-Kwasule (parodia Kwaśniewskiego), naturalnie w marynarkach w sierpy i młoty, jakoś tak w trzeciej klasie podstawówki. Wychowana w Bogo-ojczyźnianym, a raczej gazeto-polskim środowisku, chętnie chodziłam deklamować wiersze przed kombatantami i poruszała mnie każda patriotyczna pieśń i patriotyczna akademia. Wierzcie mi, albo i nie, ale miałam własny tomik wierszy Bełzy – nie wiem, kto mi to dał, ale pomysł chyba nie był zbyt dobry – i z własnej nieprzymuszonej woli uczyłam się tych wierszy na pamięć. Jako nastolatki, razem z H., robiąc na złość siostrze Angeli zamieniałyśmy ćwiczenia z religii w feerię politycznych komentarzy, zwłaszcza, że program religii w ósmej klasie zawierał głównie naukę społeczną KK. Wątpię, żebyśmy – a przynajmniej żebym ja – coś z tej polityki rozumiała, ale pisałam, a jakże, zagmatwane i dziwne odpowiedzi w ćwiczeniach. Tak, podbudowywało to moje czternastoletnie ego.

Co prawda jestem trochę tradi-hipsterem (nie ma jak sarkazm), bo na mszę łacińską chodziłam od ósmego roku życia, czyli pewnie od 1992 czy 1993 roku, jakkolwiek łaciny nauczyłam się dopiero w liceum i dopiero wtedy zrozumiałam głębię i piękno łacińskiej liturgii. W lodowatej, nieogrzewanej kaplicy przeżywałam co niedzielę rodzaj religijnego przebudzenia, zaczęłam w tym dostrzegać sens i pełnię. Jeśliby mnie ktoś wtedy spytał, czy moja wiara oparta jest na emocjach, oburzona powiedziałabym, że przecież, że nie. Nie wątpię, patrząc na to dzisiaj, że były w tym wszystkim przeżycia duchowe, ale emocje też były. Może nie doświadczałam lednickiej ekstazy czy transu ala Taize czy jakichś wspólnotowych doznań związanych z emocjami tłumu, i pewnie coś, co mnie poruszało było głębsze i bardziej subtelne, ale gdy teraz o tym myślę, wiem, że to wszystko oparte było na dość słabym konstrukcie.

W wieku lat osiemnastu trafiłam do KoLibra. Miałam tam swoją szczególną pozycję – byłam jedyną dziewczyną, najmłodszą wśród bystrych, oczytanych chłopaków. W KoLibrze zaczęłam czytać i myśleć, słuchać i pisać, i wyszłam z bogoojczyźnianej – dziś powiedzielibyśmy, propisowskiej – orientacji politycznej i przeżyłam, jak wiele innych osób z mojego pokolenia „ukąszenie libertariańskie”. W sumie bycie libertarianką w czasie studiów było całkiem cool. Jeśli nie miałam ochoty dyskutować o polityce, a po dwóch latach w KoLibrze i dwóch latach dyskusji i kłótni po prostu się wypaliłam, mówiłam, spytana, czy jestem za PiSem czy za PO, że jestem libertarianką. Generalnie dobrze żyłam z ludźmi, nie chciałam być uważana za jakąś zasadniczą a libertarianizm naprawdę można naciągnąć do każdej opinii. Jakoś przebrnęłam przez studia, wierząc w „różne rzeczy”.

W katolickiej szkole, dawano nam do czytania Miłujcie Się w czasie rekolekcji (pamiętam chyba tylko i wyłącznie „Świadectwa”) i wmawiano dość skutecznie prostą (do wypowiedzenia) prawdę „czekaj do ślubu”. Problem w tym, że życie do którego nas przygotowywano nie istniało. Kto by przewidział jak bardzo zmieni się świat? I zupełnie nie wiem, czemu ignorowano w tej szkole fakt, że dziewczynki, nawet te kilkunastoletnie, przeżywają coś takiego, jak pożądanie, i nie, nie musi to wcale być myślenie o mężu.

Jako osiemnastolatka uważałam, że już jestem dorosła, w pełni rozwinięta, i że nie pozostało nic do okrycia. A nawet jeśli zostało, niczym papier toaletowy, rozwinęłam się na pełną długość, i nie mogę się już dalej rozwijać. Fakt faktem, byłam przemądrzałym, przeuczonym dzieckiem, i potem przeuczoną nastolatką. W pewnym stopniu, nie miałam innego wyjścia.

Myślałam, wyjeżdżając po raz pierwszy z domu, a potem wyjeżdżając po raz drugi, tym razem na serio, że wszystko, co jest we mnie takie już pozostanie. Że konstrukt, który dostałam w domu, który uformowała we mnie katolicka szkoła i dobre liceum jest tak silny, że nie da się go zmienić. Że jest jak szkielet z tytanu. Że nie da się go zgiąć.

Ale ten szkielet był jak zbroja. Nie, nie jak zbroja z piosenki Kaczmarskiego. Może bardziej niż zbroja, nazwałabym to łuską. Po pewnym czasie zbroja stała się za ciasna i zaczęła wyglądać po prostu śmiesznie.

Może w sumie źle to odbieram, zawsze byłam trochę schizoidalna, trochę psychotyczna i trochę autystyczna, i żyłam we własnym świecie, ale wyjazd z domu i trafienie do ekstremalnie zróżnicowanego, dość liberalnego środowiska skutecznie zmieniło moje poglądy. W sumie, do tego roku nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.

Pierwsze było chyba ubezpieczenie. W usa jest ono prywatne, i jest to wymarzony, kapitalistyczny system, i generalnie, ten system po prostu nie działa (o czym przekonałam się na własnej skórze… i niejednokrotnie przekonał się też mój portfel). Generalnie, potem nastąpiła lawina.

Starałam się, naprawdę starałam, nie mieć wcale poglądów. Nie myśleć. Żyć dobrze z ludźmi. Wierzyć w Świętego Spokoja. Ale są takie sytuacje, kiedy trzeba wybierać. Kiedy trzeba wiedzieć, co jest dobre, co złe. I kiedy jest się przypartym do muru.

Długo trwałam w takim stanie. Na Frondzie i Rebelce (katolickich forach) zobaczyłam jakby swoje poglądy, wygłaszane z innych ust… i poglądy te wydały mi się fundamentalne, głupie i lekko egzaltowane. Niedojrzałe. Lubiłam się droczyć, i nadal lubię i dorobiłam się statusu skandalistki, osoby bez wstydu, waliłam wprost pytania, których zadać nie chciał nikt, nierzadko też udawałam głupią. Ale nie, nie miałam żadnego celu w mojej grze. Wkładanie kija w mrowisko może być przecież celem samym w sobie. Myślę, że było we mnie dużo złości, i nadal jest, złości, która płynie z kontrastu i niespójności pomiędzy tym, w co nauczono mnie wierzyć, a tym, jaki świat jest naprawdę (albo jakim go interpretuję) . Stałam trochę w rozkroku, niepewna własnych poglądów, niepewna seksualności, niepewna, kim jestem i dokąd iść, niepewna, co jest dobre a co złe.

Problem w tym, że jeśli ma się partnera do rozmowy, jeśli buduje się poważniejsze związki z ludźmi, nie tylko w sensie związków romantycznych, trzeba rozmawiać. I nie wszystkie rozmowy są łatwe. I trzeba jakoś uzasadniać własne poglądy. Podejrzewam, że przez pierwsze trzy lata doktoratu albo i dłużej nie miałam właściwych partnerów do rozmowy, albo zwyczajnie nie chciałam ich mieć. Pierwszym znakiem powrotu do czasu rozmów był chyba L. Pamiętam, jak kiedyś całą noc przerzucaliśmy się jakimiś naukowymi dowodami (nie, żebym wierzyła w naukę… w końcu sama ją uprawiam) na różne katolickie mądrości i nie-mądrości (L. jest ateistą) i zdałam sobie sprawę, że uzasadniam opinie, w które nie wierzę za grosz, bo nie zgadzają się ze zdrowym rozsądkiem. Jakoś „różne rzeczy” znalazły się w szufladce z napisem „do weryfikacji”.

I w efekcie rozmów z L. i z C. sama już nie wiem, w co wierzę. Wiem, wiem co powiedzą katolicy: że przebywam w nieodpowiednim towarzystwie. Ale to nie tak. Dużo widziałam. Swoje wiem. Nie jestem klonem rodziców. Mam perspektywę, i ta perspektywa czasem boli i czasem sprawia problem.

Jestem na tym dziwnym etapie rozwoju kiedy stary konstrukt leży i płacze, ale nowego nie ma. I powiem wam szczerze: jest to stan wkurzający. Nie wiem, co jest moimi poglądami a co nie. Pora decydować. Pora wybierać, a kurde, myślałam, że jak wybiorę raz, że jak raz wybiorę, że jak ktoś wybierze dla mnie, w wieku osiemnastu lat, to wszystko już takie zostanie. Że kapitał, który mam z domu wystarczy mi na zawsze.

Pora pisać, pisać, pisać.

Co ze mnie wyjdzie?

Delikatnie rzecz ujmując, cholera wie.

Trzymajcie kciuki.

Reklamy

2 thoughts on “Sobie do pamiętnika 6: kryzys wartości.

  1. zdałam sobie sprawę, że uzasadniam opinie, w które nie wierzę za grosz, bo nie zgadzają się ze zdrowym rozsądkiem
    ——————————————————-
    Tzw. zdrowy rozsądek to byt z gruntu fałszywy i pozbawiony spójności ideowej. Nie należy się nim specjalnie przejmować bo prowadzi do utylitarnego synkretyzmu.

  2. U Amiszow jest taki zwyczaj, ze wypuszcza sie dzieci po uzyskaniu doroslosci
    na swiat – przez rok moga robic, co im sie podoba, nawet opuscic spoelcznosc.
    Wiekszosc wraca.

    Dziecko uczy sie arbitralnie poniewaz nie ma ono zadnych doswiadczen na ktorych
    moze polegac. Nie oznacza to jednak, ze w wyniku spisku wyrzadzono mu celowo krzywde
    narzucajac falszywe, wyniszczajace przekonania. Prawdopoodbnie starano sie
    przekazac to co najlepsze, zgodnie z owczesna wiedza przekazujacego.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s