Sobie do pamiętnika 7: depresja

Nie mam pojęcia, kiedy to się zaczęło, ale pewnie dawno temu. Bywały przerwy, bywało lepiej, bywałam prawie szczęśliwa, okresowo zapominałam. Trudno mi jakoś spojrzeć na moje życie jak na całość. Bardzo fajne spojrzenie tego typu na ludzkie życiorysy opisuje na przykład Wanda Półtawska w „Starych rachunkach”, usiłując jakoś tak zrozumieć zawiłości ludzkiej psychiki, przeniknąć przyczyny. Ja tak nie umiem, bo może żeby TAK pisać trzeba przejść przez obóz koncentracyjny. Z drugiej strony, nominowana do Pulitzera książka Elisabeth Strout, osoby o podobnej do Półtawskiej wrażliwości, pokazuje – moim zdaniem – jak pisałaby Półtawska, gdyby przez obóz nie przeszła. Ale ten post nie ma być w sumie o literaturze.

Czy w moim przypadku istniała przyczyna? Nie wiem.

Raz przeszłam prawdziwą, kliniczną depresję, w ostatniej klasie liceum. Z tego, co pamiętam nie byłam wcale smutna. Szczerze, to nie byłam też jakoś przesadnie wycofana z życia, i co ciekawe, miałam prawie same piątki na świadectwie. Pamiętam za to święta Bożego Narodzenia, i to, że nie potrafiłam przeżywać radości. Patrzyłam obojętnie na rozmowy rodziny, na prezenty, i nie rozumiałam, z czego wszyscy się cieszą. Żyłam w jakimś dziwnym, psychotycznym świecie, gdzie istniał głównie lęk. Czułam, że wariuję, i te psychotyczne stany, kiedy nie potrafiłam rozróżnić, co jest moją wyobraźnią, a co jest rzeczywistością uważam za najgorsze w tamtym okresie; szłam spać przekonana, że już gorzej być nie może, ale budziłam się następnego dnia rano i zawsze było gorzej.

Po tamtym doświadczeniu myślałam, że okej, jeśli będę miała depresję, to będę potrafiła ją rozpoznać. Że będę wiedziała. Że wszystko jest pod kontrolą. Wypierałam złe myśli, korygowałam je, zanim rozwinęły się w myśli mocno ponure, w myśli drążące. Takie mała auto-korekcja, pomysł ten sam co w „Raporcie Mniejszości”.

Tymczasem, to stało się drugi raz, i stało się inaczej, bo może wtedy, w czwartej klasie liceum (tak, jestem stara) miałam jeszcze dość niedorozwinięty układ nerwowy; może też ta nowa, dorosła depresja sprzęgła się z poważnym kryzysem rozwojowym i wtedy też jest inaczej.

Najgorzej wspominam chyba wiosnę i lato 2012, kiedy podróżowałam, rozmawiałam z ludźmi, i niezdolna byłam nic czuć. Wspominam wizytę u rodziny w grudniu, kiedy też nie czułam nic. Nie widziałam niektórych krewnych dwa lata z okładem, ale generalnie wszystko mnie męczyło i denerwowało zamiast cieszyć. Ta niezdolność do przeżywania uczuć była jednak inna niż wtedy, w liceum. Może dlatego, że po prostu wycofywałam się, chowałam się w sobie, nie wiem, jak to ująć, zamiast wściekać się na siebie, że nic nie czuję, i ciągle dręczyć się pytaniami, czy jestem aby normalna.

Myślę, że zaczęło się w 2012 roku, może nawet wcześniej. Zaczęło się może i w 2009 czy 2010, może w 2007 kiedy zostałam pracoholiczką. W 2010 myślałam, że z tego wyszłam. Tak serio, to myślę, że zaczęło się w 2004, kiedy zaczęłam brać leki – leki na chorobę inną niż depresja – i ponieważ właśnie wyszłam z depresji, nie pamiętałam, jak to jest żyć „normalnie” i nie miałam porównania. Nie wiedziałam, jak powinno być.

Ta nowa, najświeższa, dorosła depresja zaczęła się pewnie od czasu związku z A. Jeszcze na początku związku miałam jakieś tam własne zainteresowania. Ale związki takie już są, że kiedy człowiek zafascynuje się drugim człowiekiem, świat znika i maleje. Nie było motyli… nie w brzuchu w każdym razie. Była za to dzika fascynacja, uczenie się drugiej osoby, jej świata, przeżywanie kłótni, uczenie się wyrażania emocji, ogólnie: nadrabianie lat zaległości w rozwoju emocjonalnym w ciągu miesięcy. Dziwne to było.

Są takie związki, w których nie jest się do końca sobą. Wiem, że to banalne, ale do dzisiaj nie do końca umiem sobie odpowiedzieć na pytanie, co przyciąga ludzi do siebie. Czasem myślę, że całkiem już straciłam zdolność myślenia symbolami, jaką wykazywałam jako dziecko. Ale wracając do związków, jest nam dobrze… i czujemy, że to nie nasze życie, że to bajka, że to film, że to się kiedyś skończy. Moim zdaniem związki powinny być czymś więcej niż wzajemne zaspokajanie popędów. Co prawda nie wierzę w prawdziwą miłość i książęta z bajek też są raczej nie dla mnie, jakkolwiek wierzę w to, że serce i intuicja nie kłamią. Zaniedbałam więc własne zainteresowania, przestałam pisać, przestałam też rozmawiać ze znajomymi, i przestałam czytać. Nie wiem, gdzie trafiłam, ale objawił się nagle przede mną świat pełen materializmu i poszukiwania przyjemności, którego wcześniej nie znałam i do którego kompletnie nie pasowałam.

Kiedy byłam młodsza, słyszałam wiele o tym, jak związek nie powinien wyglądać, o tym, co jest objawem braku szacunku i słyszałam też wiele historii o głupich laskach zakochanych w dziwnych chłopakach kompletnie nie widzących ich – oczywistych dla wszystkich w okół – istotnych wad. Takie sprawy dostrzega się jednak tylko w związkach innych ludzi, rzadko we własnym.

Ale rozstałam się z A., modliłam się o to rozstanie, o to, żebym wiedziała co zrobić i w pewnym „momencie” (używam cudzysłowu, bo moment był rozciągnięty na długie miesiące) już wiedziałam, i to właśnie zrobiłam, no, ale rozstałam się, i nie stało się nic. Mój smutek, wycofanie i obojętność, najpierw przykryte były emocjami po-rozstaniowymi, tym, że nie wiedziałam, co robić z czasem, i weekendy wypełnione pracą wpędzały mnie w coś pomiędzy pracoholizmem i szaleństwem, w końcu wylazły z kąta… i umiałam je nazwać.

Ta nowa depresja wylazła ostatecznie z kąta. Ta nowa depresja była inna, nieznana i nie wiedziałam nawet, że to depresja. Tak, jak pisałam w którymś z poprzednich postów, odebrałam to bardziej jako kryzys relacji, bo w końcu nie zwiedzałam jakichś specjalnie dziwnych miejsc w moim umyśle. Nie byłam smutna, raczej nic nie czułam i wszystko mnie irytowało, spotkania z ludźmi nie satysfakcjonowały, ludzie przerażali albo nudzili. Przesiadywałam długie godziny przed internetem, czytając jakieś fora o odchudzaniu i ubieraniu, pozbawiona pomysłu na to, co z sobą zrobić i głębszego celu w życiu.

Nie piłam alkoholu, dużo ćwiczyłam i poza czytaniem Franzena nie doświadczałam w życiu za wiele radości. Pozbawiona libido, pozbawiona głębszych pragnień, pozbawiona wewnętrznego świata, pozbawiona możliwości przeżywania uczuć i przyjemności, ale nie smutna, nie załamana, spędziłam długie miesiące nie wiem gdzie i nie wiem jak. Poza zmianami nastroju, gwałtownymi i częstymi, ale dobrze rozumiałam, że przecież „to minie”, tak, jakbym stała z boku i obserwowała z obojętnością gwałtowną woltę, nie było mi źle, nie wiem zresztą, czy ja w ogóle w tamtym czasie byłam. Czy ja w ogóle istniałam? Czułam się trochę jak kadłub człowieka, jakby ktoś wydrążył mi wnętrze i zostawił, to, co zewnętrzne: szczupłe, wytrenowane, właściwie funkcjonujące ciało, spełniające wszystkie „zewnętrzne” wymogi, ale z odjętą trójwymiarowością, bez wnętrza, pragnień, marzeń i możliwości doświadczania świata w jego bogactwie i pełni. Wiem, że w tamtym czasie musiałam jakoś tam funkcjonować, bo wyniki ankiet z zajęć, które prowadziłam miałam naprawdę dobre (a to nie jest takie znowu pojedyncze) a na zajęciach, na które chodziłam nie dostałam nigdy oceny poniżej 90%. Przeczytałam pewien czas temu nieopublikowane posty z tego bloga, posty, które pisałam w tamtym czasie, i nie są ani płytkie, ani głupie. Znajomi powiedzieli mi, że niczego nie zauważyli, że zachowywałam się zupełnie normalnie. Jedyne, co dało mi do myślenia, to to, że opowiadanie, które dokończyłam w tamtym czasie (ukaże się w Esensji, więc chyba nie było aż takie złe) zostało przez jednego z moich znajomych skrytykowane w osobliwy sposób: „piszesz o emocjach cyborga” i „ludzie tak nie przeżywają emocji”. Nie mam pojęcia, jak wytłumaczyć koledze P. W. , że nie wymyślałam tego, co piszę: że tak właśnie wtedy odbierałam świat. Że nie kłamałam w opowiadaniu.

W końcu zdiagnozowano u mnie depresję (długo nie mogłam w to uwierzyć, no bo: jak to, przecież nie jestem smutna, przecież nie jestem załamana, przecież codziennie wstaję z łóżka, przecież nieźle sobie radzę z pracą?) i zajęto się problemem. Ale nie o tym ma być ten post, nie o medycznej stronie problemu, która jest zresztą dość dobrze poznana, i dość banalna. Wiecie, serotonina i te klimaty.

Najlepiej chyba o depresji pisał Kępiński. Czy depresja dała mi dojrzałość? Nie, i nie miała szansy. W sumie nadal wracam do świata żywych i proces się nie zakończył. Czytać czytam, ale wszystko wydaje mi się banalne i głupie i trudno mi znaleźć coś, co trafia, coś, co inspiruje, coś, co jest dostatecznie trudne. Dotyczy to też muzyki: różne kawałki mi się podobają, ale widzę ich płytkość i wydają mi się żałosne. Czasem naprawdę lubię wyraźną muzykę imprezową, bo tam nikt nie oszukuje, że kryje ona jakieś przesłanie poza dobrze się baw i przeeeeeeleć mnie. W ogóle powrót – tego doświadczyłam też wtedy, w czwartej klasie liceum – ma to do siebie, że wszystko mnie dziwi. Kształt przedmiotów. Relacje pełne gier i manipulacji. To, że widzę jak na talerzu (swoją drogą, skąd ten talerz we frazesie?) czyjeś intencje i emocje. Sposób, w jaki pracuję. Sposób, w jaki pracują inni. Banalność marzeń: każdy ma takie same. Naiwność młodości. To, jak bardzo ludzie są do siebie podobni. To, jak łatwo jest dać się złapać na propagandę. To, że dobro i zło, że system moralny bywa kwestią wyboru. Tandetne inspiracje, które są podwalinami wielu ludzkich działań. Żałosność związków damsko męskich, żałosność i podatność na proste gesty i durne słowa.

No, ale wracam.

Wracam do świata żywych.

 

Reklamy

7 thoughts on “Sobie do pamiętnika 7: depresja

  1. Może Ci to nie pomoże, ale takie rozterki egzystencjonalno – duchowe przechodzą jak masz kogoś kim musisz się opiekować. Np. dziecko. Wówczas swoje rozterki stają się takie malutkie….

    • No tak, dziecko rozwiązaniem na wszystko. Podejście „nie mam dla kogo żyć, więc zrobię sobie dziecko” wydaje mi się przejawem całkowitym brakiem emocjonalnej dojrzałości i sprawia, że nóż otwiera mi się w kieszeni. Jeśli ktoś sam nie radzi sobie ze swoimi emocjami, to jakie ma podstawy do tego, aby twierdzić, że poradzi sobie z wychowaniem innej istoty z emocjonalnymi potrzebami. Sama wiem, czym jest depresja i mam pewność, że zanim nie uporam się sama ze sobą, nie podejmę się wysiłku wychowywania kogoś innego. Poza tym depresja i „rozterki” to jednak dwie różne sprawy. Przepraszam za emocjonalne podejście, ale rady typu „zrób sobie dziecko” albo „zacznij wierzyć w Boga”, słyszane nawet od lekarzy psychiatrów (!!!) sprawiają, że wszystko się zaczyna we mnie gotować.

    • Chyba, że depresja jest na przykład poporodowa. Wtedy matka jest w stanie obojętnie patrzeć na płaczące dziecko i nie czuć zupełnie nic, co najwyżej poczucie obowiązku. Tak też się zdarza i wcale nie oznacza to, że matka jest złą i niemoralną kobietą.

  2. Kurczę, bardzo ciekawie piszesz…
    Ja wierzę w to że najlepsza terapią jest miłośc własna…Ja się wciąż tego uczę…
    Sama dla siebie byłam największym wrogiem, krytykiem…
    Terapia pomogła mi zrozumiec pewne schematy zachowań i nie każda mi odpowiadała, trafiałam na różnych psychologów. W końcu nastapiło u mnie przeterapeutyzowanie..
    Zaczełam manipulowac nimi a poprawy nie było..otarłam się o wiele ścian..iparadoksalnie im wiecej zaczełam o tym mówic czułam sie lepiej…. moj blog jest dla mnie najlepszą terapią..bo ucze akceptacji tego jaka jestem i jednocześnie szanowac że nie każdy jest taki jak Ja i że każdy pod wartwą pudru ma swoje życie wewnętrzne i że każdy z nas jest poprańcem z większym lub mniejszym dystansem do siebie…

  3. Opowiadanie jest naprawdę dobre, czytając je nie odniosłam wrażenia, że bohaterka nie jest wiarygodna w swoim sposobie odczuwania świata! A depresja… mam wrażenie, że z depresją jest jak z rakiem – to choroba o wielu twarzach, tak jak rak piersi różni się radykalnie od raka trzustki czy żołądka, mimo że mechanizmy powstawania wszystkich nowotworów są podobne. Kiedyś, kiedy zbiorę się wreszcie na odwagę, napiszę długi post o dziewczynie z setkami blizn po kaleczeniu się żyletką – silne wahania nastroju od 14. roku życia, w liceum 3 lata depresji „klasycznej” z dokładnie obmyślanym planem na własne samobójstwo w 3 wariantach, później nawracające latami, z regularnością zegarka, fazy nienawiści do siebie i poczucia „spieprzyłam całe swoje życie” (na zewnątrz bardzo dobra uczennica, laureatka 2 olimpiad przedmiotowych, później wzorowa studentka, teraz już mężatka po 30tce, z doktoratem) – która nigdy, nawet w najgłębszej czarnej studni nie zatraciła zdolności odczuwania emocji i cieszenia się prostymi rzeczami. To uderzające – i bardzo uczy pokory – jak dalece każdy przeżywa „zjazd” inaczej i rady, które pomogły jednej osobie, mogą się totalnie nie sprawdzić u innej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s