Sobie do pamiętnika 8: bohater

Całe życie wymyślałam historie, nawet wtedy, gdy nie umiałam jeszcze pisać. Mniej więcej jako czterolatka zapełniałam brzydkie, komunistyczne zeszyty długopisowymi rysunkami, kartka po kartce, i te moje rysunki składały się w jakąś tam historię. Rycerze interesowali mnie nieco bardziej niż księżniczki, więc mój bohater był oczywiście mężczyzną a rysunki dotyczyły jego bohaterskich czynów. Dziewczynką być nie chciałam.

Gdy nauczyłam się pisać, zaczęłam te historie spisywać. Miałam wtedy trochę głębsze pojęcie o świecie i pisałam o tym, co znałam: o zwierzętach i dzieciach. Pierwsze, „poważne” w moim dziecięcym mniemaniu opowiadanie dokończyłam jako ośmiolatka. Nie wiem, czemu dorośli uważali to za wyczyn, bo przecież co za sztuka pisać, skoro tyle jest książek i autorów? I czemu ja, ośmioletnia Katy, miałabym być gorsza?

Potem zaczynałam różne historie i nigdy ich nie kończyłam. Bardzo dużo czytałam i wszystko, co pisałam wydawało mi się niedostatecznie doskonałe, złe językowo, spłycające historię, nad którą, kurde, tak długo myślałam. Naprawdę na poważnie zaczęłam pisać jako siedemnastolatka, ale to długa i bolesna historia, nie na bloga, żeby mi nikt nie zarzucał, że się tutaj totalnie wywnętrzam: donoszę więc, wszem i wobec, że są sprawy o których na blogu nie piszę i póki co, pisać nie zamierzam.

Ale mniejsza z tym. Pamiętam, że mniej więcej od drugiej klasy liceum, może nawet wcześniej prześladował mnie jeden typ bohatera. Nie mam pojęcia, skąd go wytrzasnęłam, ale tę charakterystykę można znaleźć w większości moich opowiadań, i co ciekawe, ten bohater nie jest mną. Podejrzewam, że w książkach, które czytałam ten typ bohatera mnie mocno inspirował, że takich bohaterów szukałam w książkach (i filmach).

Co wyróżnia tego bohatera? Jakiś rodzaj psychicznej siły. To często osoba, która przeszła w życiu wiele i to dało jej mądrość i właściwą perspektywę. To osoba, która siedzi na dachu świata i wie, co jest w życiu ważne. To ktoś, kto otarł się o śmierć, zło albo niesprawiedliwość i z ucisku wyszedł „czysty”, chociaż niewykluczone, że lekko przetrącony. Kto jest emocjonalnie samowystarczalny i szczęśliwy na swojej pozycji osoby po przejściach, kto nie potrzebuje nikogo i niczego, bo ludzie go i tak zawiedli.

Jest w tym bohaterze duża koncentracja egocentryzmu. Nie egoizmu, egocentryzmu, koncentracji na sobie, na JA, na MOJEJ RELACJI ze światem. Ten bohater wybacza światu i losowi to, co go spotkało, nie oczekuje niczego dobrego, i pomoże innym w imię Conradowskiego „tak trzeba” i moralności wynikającej z faktu, że nie zostało za wiele do stracenia, ale nie zamierza za bardzo do tego świata wracać ani się z nim na powrót integrować.

Myśl przyszła do mnie, kiedy siedziałam w restauracji. Że może ten właśnie bohater, egocentryczny samotnik na dachu świata jest tym, kim chciałabym być w życiu.

Tak, jak pisałam w jednym z poprzednich postów, wierzyłam w życiu w różne rzeczy, i pewnego dnia przyszedł czas weryfikacji. Może w tego bohatera też „wierzyłam”, wiarą silną i niemal magiczną.

Wtedy, w restauracji, pomyślałam, że mój bohater ma w sobie dużo wewnętrznej sprzeczności. Nie tyle, że nie może istnieć: ale, że nie może być chyba szczęśliwy i że to, czego w nim brakuje to gorycz. W ogóle nie wiem skąd wzięłam przekonanie, że „przejścia” czynią nas lepszymi ludźmi i ustawiają na resztę życia. Poprzez moje własne „przejścia” zobaczyłam, że nie, nie jestem tą osobą, za którą się uważałam, i co więcej, nie były to doświadczenia przyjemne ani kształcące w jakimś specjalnie pozytywnym sensie. Może dzięki temu z przewlekłym stresem radzę sobie lepiej niż większość ludzi, ale niewykluczone, że po prostu taki tym układu nerwowego i osobowości dostałam niejako gratis przy urodzeniu.

No, ale nie o mnie miał być w sumie ten post, a o „bohaterze”. Jest zarówno w literaturze, jak i w życiu realnym całkiem sporo przykładów ludzi, którzy poznali tę niezwykłą (do dziś nie wiem, jaką) „prawdę o życiu” i ta prawda ich zabiła, w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Przejścia i prawda o życiu niejednego doprowadziły do szaleństwa, wyrzutów sumienia, obsesji, i wizji życia, która nie była wcale „spokojem na dachu świata” a raczej jakimś schizofrenicznym (w rozumieniu medycznym) poczuciem kompletnej nierealności. Kępiński, w swojej meta-analizie przeżyć więźniów obozu Auschwitz-Birkenau pisze, że ludzie, którzy stamtąd wyszli, wykazywali wiele podobieństw, i że obóz na trwałe zmienił im osobowość: doświadczali problemów z adaptacją, problemów w relacjach ludźmi, niepokoju i koszmarów.

Dobre pytanie, czemu ten motyw inspirował mnie przez tyle lat? Czy żyje się po to, by doświadczyć „przeżycia” a potem albo o nim napisać, albo opowiadać, opowiadać, opowiadać, do końca dni?

Napisałam tego posta dobre parę dni temu, może z tydzień i nie byłam pewna jak go dokończyć i jak wydobyć sens z tego, co piszę. Oglądałam dzisiaj z kolegami film (podkreślam, kolegami) „Before sunset” (pojęcia nie mam jak przetłumaczył tytuł pomysłowy polski tłumacz) i w tym filmie jest scena, gdzie Jessie (bohater płci męskiej) opowiada Celine (bohaterce płci żeńskiej) o swoim dość nieudanym małżeństwie i o tym, że z zewnątrz wszystko wygląda okej, ale czy w życiu chodzi głównie o komfort? Pytanie, rzucone trochę z głupia frant, w złym momencie dotyka czegoś istotnego. Nie wiem, czy w ogóle pytanie o takie coś jest zasadne w Polsce, gdzie człowiek w moim wieku zajmuje się przede wszystkim walką o spłatę raty kredytu i o to, żeby się w ogóle gdzieś zatrudnić, więc nie ma specjalnie wyboru między podążaniem za ideałami a pracą za pieniądze… Słyszałam oczywiście o takich, co rzucili karierę naukową i wyjechali w Bieszczady pisać książki albo paść owce, ale w Amerykańskiej kulturze, kulturze ludzi rozwydrzonych konsumpcjonizmem i tym, że życie jest względnie łatwe (dla większości), tęsknota za rzuceniem wygodnego życia jest chyba bardziej obecna i widoczna niż w naszym post-komunistycznym europejskim kraju-raju.

Pytanie było dość jasne: po co się żyje? Czy dla marzeń, dla celów, dla czegoś większego od nas samych, czy po prostu dla znalezienia sobie wygodnego miejsca w życiu, takiego małego, osobistego raju? Szczerze, to uważam to pytanie za trochę durny frazes, taki motyw jak z greckiej tragedii, powielany w filmach, książkach i kulturze; jeden z tych motywów, które są motorem ludzkiego działania i które zawsze się sprawdzają jako myśl przewodnia opowiadanej historii.

No i pytanie jest głupie. Pewnie zawsze myślałam – albo czułam, bo myślenia to w tym nie było za wiele – że żyję po to, by być tym moim „bohaterem po przejściach”. I mimo że pytanie jest głupie, to nie umiem na nie odpowiedzieć.

 

 

 

Reklamy

One thought on “Sobie do pamiętnika 8: bohater

  1. Wygodne / niewygodne . Podążanie za ideałami / podążanie za pieniędzmi. Te dychotomie są płytkie i niepraktyczne. A gdzie wymiar relacji z innymi? Czy inni mają coś z naszego życia? Czy zostawimy coś po sobie? Czy usprawnimy w jakiś sposób ten świat? To wszystko można osiągać zarówno dzięki kasie jak i podążaniu za ideałami, zarówno prowadząc życie wygodne jak i niewygodne.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s