Bieganie

Postanowiłam, a jakże, wysmażyć prawdziwego suchara.

Mniej więcej takiego, kiedy zostawi na chwilę za długo się kawałek chleba na niebyt czystej żeliwnej patelni. Podpowiem: kawałek chleb staje się czarny jak węgiel, twardy jak kamień i cała kuchnia pachnie naprawdę mało ciekawie.

Ale zostawmy dywagacje o żeliwnych patelniach: suchar będzie bowiem nie o jedzeniu, a o bieganiu.

Tak w ogóle, nazywam ten post sucharem, bo biegają teraz wszyscy, młodzi i starzy, kobiety i faceci, w Polsce i za granicą. O bieganiu napisano wszystko albo i więcej niż wszystko (internetowy roztwór przesycony), o bieganiu jest pewnie z milion blogów, z czego połowa, bez kitu – po polsku.

No ale, biegałam.

W deszczu i burzy, w upale wynoszącym 37 stopni, przy wilgotności 90 procent.

Po dwóch godzinach snu.

Na czczo i z żołądkiem tak pełnym, że chciało mi się wymiotować.

W starych adidasach i w dobrych butach.

Kiedy mi się chciało i kiedy się nie chciało.

Po morderczych podbiegach.

Ze stopami obtartymi do krwi.

Z obolałymi pośladkami i łydkami.

Z głupią muzyką.

W czasie, kiedy mój nastrój szybował z jednej skrajności w drugą.

Sama i z kolegami.

Rano i wieczorem.

Z muzyką i bez.

 W sumie nie wiem za bardzo jak się zabrać do sprawę. Jakoś nie mam wielkiego talentu do opisywania produktów ani nabożeństwa do własnego ciała, obwodu ud i wagi. Obiecałam sobie jednak, że coś tam napiszę, żeby rozliczyć się z trzema ostatnimi miesiącami.

Biegać zaczęłam w maju. Tak naprawdę nie biegałam nigdy wcześniej. W liceum miałam spory problem by przebiec 60 metrów w czasie poniżej 60 sekund, w podstawówce na dniu sportu przebiegnięcie 400 metrów było poza zasięgiem moich możliwości, ale nigdy też nie byłam też totalnie niewysportowana (no może raz w życiu, po tym jak miesiąc przeleżałam w szpitalnym łóżku). Z radością przyjęłam zwolnienie z wfu (jakkolwiek miałam dość poważny powód, by nie ćwiczyć).

Minęło od tego czasu dziesięć lat, schudłam, rozbudowałam na basenie mięśnie, przyzwyczaiłam się do codziennych spacerów, po prostu – zadbałam o siebie. W zeszłym roku akademickim pływałam już po 40 basenów, bez zatrzymywania i z deską między nogami. Na rowerze mogłam jechać 1.5 godziny bez przerwy i to w niezłym tempie (często pod górkę). Przez ostatni rok uprawiałam chyba wszystkie możliwe sporty, trening interwałowy, trening siłowy, podnosiłam sztangi, chodziłam na basen, jeździłam na rowerze, ćwiczyłam pilates, chodziłam na zumbę i ściankę wspinaczkową; zdarzyło się też parę innych rzeczy. Problem leżał w tym, że cały czas bieganie powyżej minuty nieźle dawało mi w kość. No, po prostu jakoś nie mogłam. Patrzyłam tęsknie na hordy biegaczy, które codziennie mijałam (mieszkam w studenckim mieście, gdzie biega połowa populacji) i zastanawiałam się, jaką to oni muszą mieć odporność i siłę. Co ciekawe, nie zawsze byli to ludzie jak z filmów instruktażowych Ewy Chodakowskiej. Zdarzali się grubsi, z zadyszką i wieku moich babć, i wszyscy jakoś równo pruli pod górę, z uporem godnym lepszej sprawy (w miejscu, w którym mieszkam zawsze biegnie się albo pod górę albo z góry, płaskich terenów nie ma).

 Przy okazji wizyty u pani doktor specjalistki spytałam czy wolno mi biegać. Pani doktor stwierdziła, że owszem, ale mam zacząć od krótkich dystansów (1/4 mili, tak powiedziała) i powoli je zwiększać. Posłuchałam sugestii i znalazłam w internecie najwolniejszy możliwy program (znajomi też go sugerowali). Program nazywał się Couch to 5K (od kanapy do 5 km). Co prawda nie byłam w stanie „kanapowym”, bo tak, jak napisałam, przepływałam 40 basenów, ale okazało się że program po prostu działa. Najtrudniejszy był pierwszy dzień, pierwsze wyjście z domu. Ubrana, z tego co pamiętam, w szorty z siłowni (odblaskowe pomarańczowe) i adidasy (srebrno-fioletowe) i jakąś losową koszulkę miałam poczucie, że wszyscy się na mnie gapią. Pierwsze parę treningów zakładało bieg przez minutę, odpoczynek 90 sekund, znowu bieg przez minutę i tak chyba z 10 razy. I powiem szczerze, te pierwsze tygodnie były najgorsze. Dni, kiedy musiałam zwiększyć ilość biegu do – aż – 3 minut wspominam jako koszmar. Patrzyłam na rozpiskę programu i myślałam, że to niemożliwe, żeby biec 30 minut bez przerwy w dziewiątym tygodniu.

 Najpierw nienawidziłam biegania. Tego bezsensu, tego potu, tej nudy powtarzalnych ruchów. Tym niemniej, kontynuowałam treningi, bo nie lubię zaczynać rzeczy i ich nie kończyć. I jakoś powoli, zupełnie naturalnie, zaczęłam się wkręcać. Ludzie na ogół mówią (to wiem z forów), że na początku mają wielką motywację, ale z ubiegiem czasu motywacja słabnie. Co ciekawe, w moim przypadku było zupełnie odwrotnie – może to cecha ludzi systematycznych?

 Zaczęłam traktować bieganie poważnie, i jakoś lepiej się ćwiczyło w ładnych ubraniach. Kupiłam sobie opaskę na ramię na odtwarzacz mp3 i słuchawki (26 dolarów). Kupiłam lepsze buty (New Balance 411, jak kogoś to obchodzi, nic specjalnego, kosztowały 59 dolarów na promocji), bo w tych z siłowni biegało się tak sobie. Kupiłam jeszcze dwie pary szortów. Odkryłam firmę gore running wear, która sprzedaje ubrania w dość europejskim stylu (tutaj pół kampusu nosi takie same szorty nike’a, model tempo, i bardzo podobne koszulki w żywych kolorach… jakby to powiedzieć, nie mam już 18 lat) i która jest absurdalnie droga, chyba, że trafi się na promocję na amazonie (za kurtkę z gore windstopper, którą da się zwinąć do czegoś wymiarów pięści i szorty zapłaciłam 70 dolarów).

Najpierw biegałam w losowych bawełnianych koszulkach. Myślałam, że nigdy się nie przekonam do „plastikowych” koszulek ze sztucznych materiałów (mam tak wrażliwą skórę, że wszystkie ubrania mam z bawełny)… i rzeczywiście, gdy biegnie się 10 minut, bawełna nie robi różnicy. Jednak im dłuższy bieg, tym większe to ma znaczenie. Co więcej, zaczęło się lato i przy 40 stopniowym upale materiał też ma znaczenie. Piszę tego posta w momencie, gdy czekam na ups, który ma mi dostarczyć koszulkę do biegania numer 4. Oddychającą, nie z bawełny.

Co do muzyki, to kiedy zaczynałam biegać, wyszukałam na dysku, w mojej przepastnej kolekcji różne imprezowe przeboje z wyraźnym rytmem. Jeden z nich miał tekst w rodzaju „touch… my ass… lick… my ass” (utwór nazywa się „sextasy” jeśli kogoś to interesuje). Po jakimś czasie poczułam się tym jednak zmęczona. Kolejny raz usiłowałam być „jak inni” i kompletnie mi to nie wyszło. Owszem, rytmiczna muzyka dodaje siły, ale po 40 minutach sączącego się do ucha „lick my ass” czułam się trochę nieswojo… jakbym prymitywniała. Dziś biegam przym Cohenie, przy „spem in alium”, czasem przy Colony 5 albo SDMie. Lubię muzykę z tekstem, który nie jest gwałtem na mojej inteligencji.

 Nie wiem czy w bieganiu jest coś specjalnie romantycznego. Ludzie piszą różne suchary, że to uzależnienie, pasja, wyzwolenie i inne takie. Po sobie widzę, że jestem długodystansowa. Pierwsze 20 minut biegu jest na ogół koszmarem. Po mniej więcej 20 minutach umysł się uspokaja, mogę biec i myśleć o różnych rzeczach (tak na przykład wymyślałam tego posta). Nie wiem jeszcze, jak to jest na naprawdę długich dystansach, nie wypróbowałam za wielu gadżetów (i nie wiem, czy mam na to ochotę), i ogólnie, wiele przede mną.

 Rozmawiałam wczoraj z kolegą, i w sumie bieganie (i w ogóle, sport) jest dla mnie czymś w rodzaju prysznica. To, czy masz na to ochotę nie ma znaczenia. Trzeba to robić – mniej więcej – codziennie w ramach osobistej higieny i nie jest to nic specjalnego. Nie potrzebuję wielkiej motywacji, po prostu wiążę buty do biegania, wychodzę z domu, i robię swoje. Nienawidzę się rozciągać, ani przed, ani po, i po prostu się nie rozciągam, tak jak nienawidzę używać odżywek do włosów, kremów do twarzy i perfum i też tego nie robię. Motywacja to w ogóle bardzo przereklamowane słowo.

 Bieganie nauczyło mnie szacunku do własnego ciała. Tego, że może nie jestem ciałem (jak twierdziła jedna biegaczka, z którą wywiad czytałam w WO), ale że to ciało mam po coś i że ono sporo może. Nauczyło mnie cierpliwości i tego, że są umiejętności, które buduje się długo, które buduję się z czasem i w czasie.

Reklamy