Igrzyska Śmierci (książka) – recenzja

Nie mam w zwyczaju chodzić na ekranizacje książek, których nie przeczytałam. Kiedy znalazłam się w kinie na pierwszej części „Igrzysk Śmierci”, nie miałam jednak pojęcia, że istnieje jakaś książka. Oglądałam w tamtym czasie tak wiele nijakich, beznadziejnych filmów, że uznałam „Igrzyska Śmierci” za zachwycające; oczywiście mój towarzysz, główny amator kiepskich filmów tej opinii nie podzielił. Ale tyle dygresji.

Dzięki filmowi dotarłam do książki. Okazało się, że – ło matko – istnieją aż trzy części sagi. Ponieważ biegam pięć razy w tygodniu i słuchanie muzyki może się stać naprawdę nudne, przestawiłam się na audiobooki. „Igrzyska Śmierci” nadawały się do tego całkiem dobrze. Pani czytająca książkę nie miała wnerwiającego głosu, a książkę czyta się lekko i nie wymaga ona wielkiego skupienia.

Może to nawet dobrze, że najpierw znalazłam się w kinie, bo książka przypomina scenariusz i bardzo trudno jest rozdzielić adaptację filmową od powieści. Jakoś Jenifer Lawrece zrosła się z postacią Katniss i i tak nie mogłabym sobie wyobrazić Katniss inaczej. Oczywiście słuchając o kolejnych bohaterskich czynach Katniss brałam pod uwagę, że to powieść dla „młodzieży” (nienawidzę tego słowa, więc biorę w cudzysłów, żeby je trochę oswoić) i że przedstawiony świat musi być trochę przejaskrawiony, nieco czarno-biały z małą gamą odcieni szarości, zdarzały się jednak takie fragmenty, że aż robiło mi się niedobrze od podniosłości. Szczególnie w trzeciej części, w scenie, gdzie Katniss broni szpitala, dawka patosu o mało nie zwaliła mnie z nóg (biegłam i chodnik pokrywała cienka warstwa zdradliwego lodu – więc był to raczej niebezpieczny fragment). Podejrzewam, że gdybym czytała to jako dwunastolatka, dla odmiany drżałabym z zachwytu… niestety „Igrzyska Śmierci” wydano w 2008 i nie miałam na to szansy.

Myślę, że pani Collins o wiele lepiej rozumie, w jaki sposób funkcjonuje telewizja (te wszystkie sceny z ustawianiem kamer, kręceniem propagit, przygotowaniami do występów) niż jak funkcjonuje system totalitarny. Susan Collins włożyła sporo wysiłku, by przekonująco opisać biedę i brak wolności, ale i tak jest w świecie Panem coś bardzo sztucznego. Choć nie życzę tego autorce, myślę, że po prostu są sprawy, które trzeba przeżyć, by je zrozumieć, i naprawdę zrozumieć, by móc je opisać.

Młodemu czytelnikowi łatwo utożsamić się z Katniss. Owszem, życie w Panem pełne jest okrucieństw, ale który nastolatek nie chciałby się znaleźć w centrum zainteresowania, gwiazdą wybraną przypadkowo z tłumu, a w końcu – Kosogłosem, któremu wszystko wolno i od którego wszystko zależy? Która dziewczynka nie chciałaby, by robiono jej makijaż, podsuwano stroje, ba, szyto stroje specjalnie dla niej (stylista Katniss, Cinna), która dziewczynka nie chciałaby mieć adoratora wiernego niczym Peeta? Można pomyśleć, że w jakimś sensie większość czytelników żyje w dwunastym Dystrykcie, walcząc o przetrwanie, czekając, aż przypadek sprawi, że staną się gwiazdami telewizji, że trafią do lepszego świata, świata blichtru, stręczycielstwa, wielkich pasji i rozgrywek – ale świata, w którym nie ma głodu i biedy i gdzie niemal każda choroba jest uleczalna. Tutaj Susan Collins zagrała niemal genialnie.

Mimo mocno naiwnych i zbyt podniosłych fragmentów, książka nie jest wcale płytka. Są też – często nierozwinięte, a szkoda – naprawdę ciekawe wątki, na przykład to, kiedy Katniss orientuje się, że poddany procesowi osaczania Peeta stracił zainteresowanie jej osobą, i czuje się tym upokorzona. Nieźle wykreowaną postacią jest też przechodząca depresję mama Katniss. I naprawdę uderzające wyszło też autorce zakończenie, które wywraca na nice koncepcję biało-czarnego świata Panem, tak, jak w miarę dojrzewania ludzie uczą się, że nie ma jasnego podziału na dobro i zło i dobrych i złych ludzi.

Z drugiej strony, w książce widać mocny wpływ gier wideo. Dużo, naprawdę dużo jest scen, które przypominają raczej scenariusz gry rpg niż literaturę piękną, albo, co gorsza (bo gry rpg mogą być jednak niegłupie), sceny z World of Warcraft. Sekwencje ucieczki w trzeciej części, zmiechy zatrzymane w „ostatnim momencie”… krwiożercze małpy, rzeki krwi. Inne fragmenty przywodziły na myśl kiepski film akcji – główni bohaterowie, tutaj Katniss i jej dwaj lowelasi, stają się jedynymi członkami z drużyny, którym wolno ocaleć. Trzecia część to mieszanka takiego właśnie filmu akcji, gry wideo, patetyzmu niczym z akademii na część kombatantów i naprawdę ciekawych wątków.

Siłą książki są postaci. Katniss Everdeen wyróżnia się na tle innych bohaterek książek dla dziewczyn. Nie przypominam sobie zbyt wielu książek, gdzie dziewczyna (kobieta) przedstawiona była jako wojowniczka (poza kiepskim fantasy rzecz jasna). Za to klasykę literatury dziecięco-młodzieżowej wypełniają dzielni i waleczni chłopcy (np. Tomek Wilmowski, Staś Tarkowski czy nieustraszony Harry Potter) i miłe dziewczynki, które zwyciężają swoje małe bitwy dzięki dobremu sercu, życzliwości i cierpliwości („Mała księżniczka”, „Słoneczko”). Nie żebym uważała, że każda dziewczynka powinna być męska, ale przeżywałam dramat, gdy jedyny wniosek, jaki potrafiłam wyciągnąć z książek z dzieciństwa i lat nastoletnich był taki, że po pierwsze nie potrafię, a po drugie nie chcę być dziewczynką. Katniss wystaje z tego kanonu, bo jako jedenastolatka wzięła odpowiedzialność za własną rodzinę (i to się zdarza, nawet współcześnie, i nawet w bogatszych krajach) i nigdy nie przejmowała się specjalnie, co ludzie o niej myślą. Zdenerwowała mnie za to scena, gdy szkolna koleżanka Katniss stwierdza po czasie, że „przecież wszyscy ją podziwiali, że jest taka odważna i że poluje”. Miałam ochotę zedrzeć słuchawki z uszu i rozdeptać odtwarzacz mp3, serio.

Dodam, że wykreowanie męskiej Katniss sprawiło, że książka dociera tak do chłopców, jak i do dziewczynek, bo z wielu dziewczynkom spodobają się opisy strojów Katniss a chłopcom za to zaimponuje jej waleczność. Susan Collins mądrze zagrała tą postacią.

Uroczy trójkącik (Katniss, Peeta i Gale), sceny walki jak z „Maxa Paina”, Katniss niepokorna i niezależna niczym brudny Harry, narady wojenne z prezydent Coin, które mogłyby być scenami The Office, genialny wynalazca Beetee (w każdym Jamesie Bondzie jest taki)… zlepek popkulturowych wątków i motywów, posklejanych do kupy w dość awangardowy sposób, ale zawsze dość żałosnych, sprawia, że książka jest tandetna. Za to sceny, kiedy Katniss w depresji odmawia ruszania się z domu, kiedy cierpi odurzona opiatem o nazwie morfalina, kiedy śni koszmary, okazjonalne wstawki, jak wspomniany wcześniej moment, gdy Katniss czuje się upokorzona tym, że Peeta przestał ją kochać, czynią z „Igrzysk Śmierci” książkę całkiem niezłą. W zakończeniu pada zdanie „… ale są przecież o wiele gorsze zabawy”. I są o wiele gorsze książki. Tę polecam, radzę jednak czytać jak czytadło, biorąc serio co lepsze fragmenty i nie traktując co głupszych zbyt poważnie.