Ciemno prawie noc – recenzja

Dotąd nie podejrzewałam, że książki, które nominowano do NIKE nadają się do czytania. Wydawało mi się, że po przeczytaniu dwudziestu (maksymalnie) stron, książki te zmieniają się zwyczajnie w ozdobę salonu. Jeszcze w liceum próbowałam z „Wojną polsko-ruską” Doroty Masłowskiej, ale z drętwej powieści wiało nudą. Na dokładkę dresiarze, jakby Masłowska wydając swoją książkę rzuciła na nich zaklęcie, w ciągu kilku lat zniknęli z bram. Myślę, że pojechali szukać lepszego losu do Anglii, i nawet firmowy dres stał się na powrót strojem sportowym, który zakłada się na siłownię i do biegania.

„Ciemno prawie noc” zaczyna się bardzo dobrze i wciąga od pierwszych stron. Alicja Tabor, dziennikarka, wraca po piętnastu latach niebytności do Wałbrzycha, gdzie się urodziła i wychowała. Teraz zamierza napisać reportaż o zaginionych dzieciach. W mieście dzieją się osobliwe zjawiska: pojawia się samozwańczy prorok, a potem jego następca-oszust, giną dzieci, ktoś zabija koty. W dodatku powrót do rodzinnego domu, domu, w którym rozegrała się niejedna tragedia, jest dla Alicji mocnym doświadczeniem.

Ale im dalej czytałam, tym bardziej powieść mnie denerwowała. Bo po pierwsze, pisarze mają różny stosunek do swoich bohaterów. Jedni, jak Tołstoj, darzą ich wyrozumiałością, innych rozczulają ludzkie słabości, jeszcze inni lubią się przez własnych bohaterów wykrzyczeć. A Joanna Bator chyba zwyczajnie nie lubi ludzi. O ile dla Alicji posiada dużo zrozumienia, to w zasadzie wszyscy, z którymi Alicja się zetknie, pokazani są jako paskudne, prymitywne, odrażające typy. Poczynając od sceny w pociągu, gdzie Alicja obserwuje współpasażerów, przez taksówkarza-gadułę do matek zaginionych dzieci i dyrektora-poleszczuka – ci ludzie wydają się zbudowani z innej gliny, niż Alicja, która urządziła sobie swoje nie-prymitywne życie w ładnym warszawskim mieszkaniu. W którymś z pierwszych rozdziałów Alicja stwierdza, że przeraża ją, jak cienka jest granica, która oddziela ją od stania się taką właśnie prowincjuszką, pędzącą żałosne życie na brzydkiej kanapie przykrytej brzydkim kocem. Z tym, że Alicja różni się od tych ludzi w zasadzie niczym.

Po drugie, świat w książce wydaje się zbudowany z papieru, pozbawiony głębi. Alicja, która rzekomo jest reporterką, nie próbuje ani swoich rozmówców zrozumieć, ani im współczuć. Pojawia się galeria komiksowych postaci, takich jak Celestyna i jej kolega, właściciel sklepu ze zwierzętami. Pan Albert i tragedia jego potrójnej tożsamości jawią się jako niespecjalnie poruszające. Czytałam recenzję, gdzie ktoś napisał, gdyby Joanna Tabor utrzymała swoją powieść w konwencji baśni, może wszystko by do siebie pasowało. A tak, baśń zahacza o dramat po-kopalnianego Wałbrzycha, toczonego bezrobociem, biedą i brakiem perspektyw. Baśń zahacza o tragedię losów powojennego pokolenia i przesiedleńców. Baśń zahacza o problem pedofilii i przemocy. I to już są nieco za poważne tematy jak na baśń.

Trudno uciec od skojarzeń między ludźmi gromadzącymi się na rynku, słuchającymi proroka-grafomana, kupującymi kości ze sprofanowanych grobów i nawołującymi do ekshumacji Jana Kołka a tragedią smoleńską. Joanna Bator chciała chyba utrwalić ducha tłumnej pseudo-pobożności, wspólnotowego przeżywania wydarzeń, i chociaż „ołtarzyki smoleńskie”, jakie widuje się w niektórych domach są nieco groteskowe, to jednak mam wrażenie, że autorka pisze o czymś, czego kompletnie nie rozumie. Dużo lepiej poradził sobie z podobnym tematem, również w lekko surrealistycznej konwencji, Łukasz Orbitowski w „świętym Wrocławiu”. Ale może Łukasz Orbitowski po prostu zszedł między ludzi, pił z nimi w knajpach i słuchał z zajęciem opowieści o życiu i śmierci. W kontekście zbiorowego zrywu, trochę drażnią manieryczne wstawki, potarzanie słów typu „trup trup”, które nie niosą za sobą znaczeń.

Przez pięć lat studiów dojeżdżałam pociągiem na uczelnię. Było to trzydzieści kilometrów, 30-40 minut drogi, i często obserwowałam ludzi w pociągu i słuchałam ich rozmów. Częstowano mnie wysokoprocentowym balsamem galicyjskim, wciskano święte obrazki i dowiedziałam się jak się robi nalewkę z czarnego bzu. Joanna Bator zna swoich bohaterów chyba tylko i wyłącznie z pociągu – nie usiłuje zdrapać tej zewnętrznej warstwy, zajrzeć im w serca, zobaczyć, kim i jacy są naprawdę. Bo to, że ktoś jest biedny i że nie ma wykształcenia nie oznacza, że jest prymitywny. Myślę, że za dużo w autorce warszawskiej wyniosłości czy „światowości”, by przy brudnym stole wyłożonym ceratą słuchać opowieści zmęczonej życiem matki i cieszyć się kontaktem z drugim człowiekiem.

Świat książki jest czarno-biały. Dobre kociary, złe kotojady. Zło pojawia się znikąd (rosyjscy żołnierze gwałcący Rosemarie) i skaża. Kto został skażony, zaraża innych i nie sposób przerwać tego procesu. Próbuje Ewa, siostra Alicji, i musi złożyć w ofierze życie by ocalić młodszą siostrę. Do tego linia podziału w tym dwukolorowym świecie przebiega w dość dziwnym miejscu. Przemoc jest na przykład zawsze zła. Patriotyzm nie istnieje i zredukowany został do wariatów z forum internetowego i proroka-grafomana. Zła jest bieda, zła jest matka, która ma pięcioro dzieci a każde z innym ojcem, ale na przykład to, że Joanna sypia z Marcinem bez żadnych zobowiązań, jakby rodzące się przywiązanie nie było, przynajmniej po części, sprawą biologii, jest już całkiem w porządku. Transwestyta Czesio-Celestyna, jako wyklęty i wyśmiewany w dzieciństwie, musi też być z założenia dobry. Dobre są również kociary, jakby to, że ktoś karmi koty czyniło z niego świętego.

To co mi się w książce podobało to rozrzucone tu i ówdzie zdania, małe obserwacje rzeczywistości, czasem sformułowania: „Dziś myślę, że przeczuwałyśmy, iż ta chwila będzie jak skarb dla tego, kto ocaleje, i ją przechowa”. To jest siłą książki, nie zakochana w sobie Alicja, nie jej komiksowa świta, nie powierzchowny portret biednego Wałbrzycha i jego mieszkańców. Tak, jak pisałam, drażni maniera. Nie mam pojęcia po co w książce trzy długie i nudne rozdziały o nazwie „bluzg”. Przyznaję, że dwa z trzech ominęłam, bo ani to specjalnie śmieszne, ani specjalnie mądre. Czyżby taplanie się w internetowej kloace sprawiało autorce przyjemność? I bez tych rozdziałów wiadomo, że internet pełen jest nawiedzonych i idiotów. Czyżby autorka chciała jeszcze bardziej podkreślić prymitywizm Polaków?

Książkę skończyłam w dwa dni – i wciągnęła, i denerwowała. I tylko jednej rzeczy nie rozumiem: dlaczego, do jasnej anielki, to ma być Wielka Literatura? Bo moim zdaniem, jest to po prostu sprawnie napisane, niegłupie… czytadło.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s