Aleksandra Tyl “Aleja Bzów” – recenzja

Zdaję sobie sprawę, że do czytadeł, romansów i powieści sensacyjnych nie przykłada się tej samej miary, co do „wielkiej literatury”. Wierzę jednak, że książki dzielą się na dobre i złe, a nie na „wysoką i niską” literaturę i może stąd ta recenzja.

„Aleja bzów” zaczyna się całkiem nieźle. Bohaterka, Izabela Wieniawska, w krótkim czasie dowiaduje się, że przyjdzie jej pożegnać okres małej stabilizacji: współlokatorka nagle decyduje się na emigrację, ukochanej babci grozi eksmisja, awans w pracy przestaje być pewny i na dodatek, Izabela poznaje lepiej swoją sąsiadkę, matkę chorej dziewczynki, której los bardzo ją porusza. I gdzieś do połowy książki istotnie jest nieźle. Bo potem akcja ciągnie się w tempie odcinków „Klanu”. Niby jest interesująco i jest po co brnąć w to dalej, ale…

Dobre książki są po prostu dobrze napisane. Dobrze, to znaczy bez niepotrzebnych opisów, dialogów, szczegółów. W „Alei bzów” raz po raz zdarzają się kawałki ni z gruszki ni z pietruszki, jakieś niepotrzebne sceny, wydarzenia i opisy (typu zachowanie pana menela w autobusie, długie nudne opisy urodzinowego pijaństwa czy tego, kto i ile wypił na Nowy Rok). Do tego, dialogi między bohaterami brzmią jak żywcem wyjęte z polskiego serialu. Wydają się dość drętwe, wypowiadane słowa brzmią sztucznie i dziwnie, chociaż może gdybym czytała książkę „normalnie”, a nie słuchała audiobooka, to może zmieniłabym zdanie.

Co więcej, książka żeruje na jakże starym i jakże durnym archetypie „zwyczajnej” kobiety, którą odnajduje w oceanie zwykłości jej niezwykły „książę z bajki” i natychmiast zaczyna pałać do niej płomienną miłością. O ile pierwsze sceny z Wiktorem Morawskim, w których nazywa on Izabelę wariatką, i późniejsza śmieszna rozmowa, gdy towarzyszy jej w drodze do kościoła, rokują naprawdę interesująco, to już późniejsze sceny w rodzaju tej, gdy Morawski jedzie razem z Izabelą na oklep na koniu są po prostu tandetne. To nie tak, że mam coś przeciwko książętom z bajki. Ale czy książki dla kobiet i o kobietach zawsze muszą łączyć bohaterkę z jakiś bogatym, na ogół starszym, bubkiem (oczywiście bohaterka nie zakochuje się w nim ze względu na pieniądze, nie nie!) – a gdzie był on wcześniej? Czyżby marnował życie i psuł krew jakiejś innej naiwnej?

Ciekawą postacią jest w książce niejaki Krzysztof Połeć. Przyjaciel z dzieciństwa, wywodzący się z nowobogackiej rodziny, która dorobiła się dzięki ciężkiej pracy, mimo wykształcenia w USA dziedziczy interesującą schedę: krętactwo, pieniactwo, „zaradność życiową” (to jest dobre rozeznanie do kogo się uśmiechnąć a komu dać w łapę) i zwykłe buractwo. Połeć-światowiec wszędzie był i wszystko widział, ale jak już pije-pije po polsku. I do tego, z popisów i przechwałek wynika ułańska fantazja. Oczywiście Połeć nie staje się idealnym partnerem dla ułożonej Izabeli. Śmiem jednak twierdzić ,że to Połecia a nie Morawskiego ma raczej szanse spotkać w życiu polska kobieta. A to, że nie ma romantycznej otoczki… i że Połeć (albo jego matka) zdominuje ją w związku… no cóż.

To, co mi się podobało w książce to poruszony trudny wątek matki, którą zostawił ojciec dziecka i która zostaje sama – bez środków do życia i z poważnie chorym niemowlęciem. I mimo że książka jest lekka w innych aspektach, ten wątek nieźle wpasowuje się w całość i nie zgrzyta. Dobre jest przesłanie – przez większość książki co jakiś czas pojawiają opisy walki i starań biednej Moniki, która zbiera na operację córeczki i robi co może, wierząc, że „ziarnko do ziarnka”, by w końcu pomogli jej ludzie dobre woli.

Podobało mi się też to, że oto, po dwudziestu pięciu latach dorobiliśmy się własnej, krajowej, lekkiej, ale niegłupiej literatury. Książce można pewnie jeszczw wiele zarzucić, ale trzeba przyznać, że jest osadzona w rzeczywistości. Babcie chodzą do kościoła i pytają wnuczki o „kawalerów”. Młode osoby po studiach zarabiają mało, biorą dodatkowe fuchy, dzielą mieszkanie (w niebezpiecznej, ale taniej dzielnicy) ze współlokatorami i oszczędzają na benzynie (do fiata uno). Pod sklepami stoją menele gotowi za flaszkę potwierdzić przed dziennikarką każdą bzdurę. W przeciwieństwie do Grocholi, która opisuje życie dobrze wykształconych, ustawionych w życiu warszawiaków, polskiej klasy średniej, Aleksandra Tyl stara się patrzeć z różnych perspektyw. Poza Izabelą, która zdecydowała się na studia i karierę, mamy też jej koleżanki: małomiasteczkowe dziewczyny, czekające na wielką miłość i lepszą pracę, a w ramach rozrywki, wzorem rodziców i dziadków, pijące duże ilości wódki. W przeciwieństwie do „poważniejszych” i cięższych powieści, Aleksandra Tyl nie stara się też dogłębnie zwiedzić najciemniejszych i najgorszych stron ludzkiej duszy, a mimo to parę poruszonych wątków jest całkiem poważnych.

Książka jest przyzwoitym czytadłem. Takim do pociągu czy samolotu. Trzyma w napięciu i trudno nazwać ją kompletną stratą czasu. Nie łudźmy się jednak, że dostaniemy cudowny język Grocholi, i że nie będzie tam irytujących dialogów, wątków i postaci.