O „dziennikarstwie” internetowym

Jestem i zawsze chyba byłam dość wrażliwa na słowa. Oczywiście wolę książki i „papierowe” gazety, gdzie artykuły, zanim zacznę czytać je ja, przeczytał i poprawił jakiś redaktor z choćby i bladym pojęciem o polszczyźnie. Niestety, tak się składa, że czytam wiele felietonów, artykułów i blogów w internecie. Z tym postem nosiłam się od dawna, i to nawet nie poziom języka na poziomie interpunkcji i ortografii denerwuje mnie w artykułach (choć przyznam, że zasadę mam taką, że jak widzę błąd ortograficzny – nie czytam dalej), ale mnogość idiotycznych sformułowań i wyrażeń, który duży procent autorów powiela i powiela, nie zastanawiając się nad ich znaczeniem i sensem. Kolejność będzie losowa, za co przepraszam.

Irytujące teksty z rozmaitych forów i artykułów z poradami:

  1. „Idź do dobrego lekarza”. Chyba zawsze chciałabym wierzyć że lekarz, do którego idę jest dobry, bo jak jest kiepski, to jak on skończył medycynę? Jak mam niby rozróżnić dobrego lekarza od złego? Poczytać w sieci, czy jak? Zmierzyć współczynnik „sławy”? Posłuchać znajomych? Jakie są w końcu te kryteria? Raz w swoim życiu trafiłam na lekarza-seksistę (nie było to zresztą w Polsce, i nie, nie był to nawiedzony ginekolog), który potraktował mnie jak jakąś głupią idiotkę. Uciekłam z gabinetu krzykiem (serio – przywaliłam drzwiami tak, że się zatrzęsła futryna) i zmieniłam lekarza na innego. Przyznam, że bardzo polubiłam tę nową panią. Ale ten pierwszy lekarz, mimo okropnego podejścia, intuicję diagnostyczną miał dobrą, i jak się okazało później, miał rację. Więc czy to był to dobry lekarz czy zły?

  2. „Jak najszybciej idź z tym do kardiologa/psychiatry/dermatologa/inna specjalność” – ktoś, kto to pisze nie wie chyba, jakie są kolejki i że „jak najszybciej” oznacza dla NFZetu za pół roku. I nie zorientował się również, jakie są czasem mecyje z załatwieniem skierowania od lekarza rodzinnego.

  3. „Używaj dobrych kremów”. A jakie są te niedobre? Jest jakiś dział „kremy dobre ” i „kremy niedobre” w Rossmanie? Za każdym razem jak kupuję krem, wierzę, że jest „dobry”.

  4. „Sześć porad jak schudnąć”. Gdyby schudnięcie wymagało tylko sześciu prostych porad (zazwyczaj: pij wodę, jedz mniejsze porcje, zadbaj o ruch) to nikt nie musiałby pisać (ani czytać) takich durnych artykułów. Tycie ma wiele przyczyn, genetykę, problemy z tarczycą i szereg przyczyn psychologicznych. Nie, sześć porad z onetu nie zmieni cię w tydzień ze stukilowej baby w modelkę.

  5. „Depilacja okolic bikini”. Powiedzmy szczerze, depilacja genitaliów. Depilacja włosów łonowych. Depilacja owłosienia w miejscach intymnych. Nosz kurna, ja owszem, jako kobieta, mam wzgórek łonowy i inne części ciała, które wg atlasu medycznego kobieta mieć powinna, ale „okolic bikini” nie posiadam. Więc w sumie nie wiem, co golę, jak już golę.

  6. „Używaj tylko kosmetyków/przypraw z naturalnych składników”. Muchomor sromotnikowy też jest całkowicie naturalny. Co nie czyni go przyjacielem naszej skóry. Ani, tym bardziej, stuprocentowo naturalna cykuta nie jest, zdaje się, najzdrowszą przyprawą.

  7. „Eligiusz X, socjolog, wyjaśnia”. Większość artykułów pisana jest na tej samej kanwie, i opinia eksperta wg tej kanwy musi się tam znaleźć. Zawsze mnie ciekawi, skąd się ci eksperci biorą. Owszem, warto wierzyć doświadczonemu lekarzowi, położnej, kosmetyczne czy terapeucie, ale czy pan „ekspert socjolog” posiadł jakąś wiedzę tajemną, bez której inteligentny człowiek nie wyciągnie podobnych wniosków po przejrzeniu internetu? Nie wiem dlaczego, ale to odwoływanie się do ekspertów, jakby byli jakimiś kapłanami nowej religii, wiedzonizmu albo ekspertonizmu, bardzo mnie denerwuje.

  8. „Gratka dla melomanów”. Zawsze mnie zastanawiało (chyba od wczesnego dzieciństwa) jak się definiuje melomana. Czy każdy, kto słucha muzyki to meloman? A może, by zaliczyć się do „melomanów”, trzeba być muzycznym snobem?

Irytujące teksty z działu „rozrywkowego”

  1. „Znana gwiazda X wraca po latach milczenia”. Brzmi tak dramatycznie, ale na ogół okazuje się, że sformułowanie „lata” oznacza może z trzy lata, aktywność gwiazdy X przeniosła się w tym czasie z aktorstwa do modellingu (albo odwrotnie), a gwiazda jest tak wielkiego formatu, że nic o niej nie wiem i jej powrót ani mnie ziębi ani grzeje.

  2. „Piękna romantyczna bielizna”. Zawsze myślałam, że większość rzeczy romantycznych jest niewinna i nieszkodliwa, jak powiedzmy róże, spacery w świetle księżyca, drobne gesty i prezenty, smsy wyrażające zainteresowanie, te wszystkie „misiaczki”, „skarby”, „księżniczki”. Może wychowano mnie dość po staroświecku, ale kurde bielizna może być siermiężna (jak barchanowe gacie naciągnięte prawie pod stanik), zwyczajna (jak wygodne bawełniane bokserki), seksowna (do tego chyba odnosi się słowo „romantyczna”) albo wulgarna (czasem do tego też – niestety- odnosi się słowo „romantyczna”).

  3. „Gwiazda X DOBRAŁA różowe szpilki do pomarańczowej garsonki”. Na słowo DOBRAŁA mam podobną słowną alergię jak niegdyś na UBOGACAĆ. A najgorsze jest to, że słowo to jest wyjątkowo natarczywe i pojawia się w internecie nader często, niczym jakiś słowny liszaj. Nie, gwiazda X niczego nie DOBRAŁA. Podpowiem różnym pseudodziennikarzom: gwiazda X ZAŁOŻYŁA, POKAZAŁA SIĘ W, ZDECYDOWAŁA SIĘ ZAŁOŻYĆ, różowe szpilki CIEKAWIE (źle, dobrze, brzydko) WYGLĄDAŁY, różowe szpilki PASOWAŁY. Język polski jest taki bogaty, aż żal, żeby się porządne sformułowania marnowały. Zresztą podobny odruch (chęć rzucenia w ekran czymś ciężkim) mam przy słowie STYLIZACJA. Jest to nawet nie liszaj, ale zmutowany liszaj – słowo pokraka. Mamy piękne polskie słowo „strój”. Dajmy na to, „strój gwiazdy X był wysoce kontrowersyjny”. Na bardziej teatralne stroje mówimy „kostium”. Na przykład, niusy mogłyby krzyczeć: „Gwiazda X w kontrastowym kostiumie!” Zostaje też stare dobre „ubranie”. „Czy ubranie pana X stanie się modne?”. Można więc bez liszajów DOBRANYCH do STYLIZACJI? Pewnie, że można.

  4. „Czy Aktorka Y pokazała za dużo?”, „prowokacyjne zdjęcia siatkarek – sam oceń!”. Czyli: kliknij tutaj po darmowe porno dla napalonych 14-latków.

  5. „Dramat aktorki X”. Autorzy artykułów (bo dziennikarzami bym ich nie nazwała) zazwyczaj nie zajrzeli nawet do wikipedii by sprawdzić definicję słowa „dramat”. Owszem, aktorki miewają problemy (ze zdrowiem, skórą, brakiem powodzenia zawodowego, finansami, związkami, używkami), ale czytelnicy tych bzdur często przeżywają prawdziwe dramaty – więc co mają powiedzieć i jak to nazwać?

  6. „Zdjęcia Polaka podbijają świat”. To znaczy, łże-dziennikarz widział je na reddicie albo jakiś znajomy nie-Polak wrzucił te zdjęcia na facebooka z własnej woli. Bo podbijać świat to może Angelina Jolie albo koncern Coca-Cola.

  7. „Aktorka X przerywa milczenie”. Jakby tak całkiem milczała, czy byłaby aktorką? Aktora X, może owszem, ujawnić nowe fakty ze swojego szalonego życia, ale żeby tak zaraz „przerywać milczenie”?

  8. „Modelka X w odważnej sesji”. Odważnej, czyli pornograficznej. I do tego, dość często po prostu wulgarnej. Może nie jest to hard porno, ale nie jest to już erotyka. Ogólnie, erotyka ok, ludzkie nagie ciało zawsze fascynowało artystów, ale erotyka bazuje na delikatności, pewnym niedopowiedzeniu, grze skojarzeń, wrażeniu. Pornografia jest za to dosłowna. Te odważne sesje często też. Ponadto, sesja byłaby odważna, gdyby rozebrała się, powiedzmy, Krystyna Pawłowicz, a nie ktoś, kto żyje z pozowania do zdjęć i kto pokazał już chyba wszystko, co miał do pokazania, albo i więcej.

Reklamy

Poprzeczne paski na paznokciach i inne takie

Wiem, że ten post pasuje do tego bloga jak piernik do wiatraka, ale co tam. Postanowiłam go wyprodukować, bo nie mogłam nic znaleźć na ten temat w polskiej części sieci, i myślę, że mogę komuś pomóc.

Otóż, wbrew teoriom lekarzy i kobiecych pism, natura (tudzież Pan Bóg, co kto woli) obdarzyła mnie mocnymi, gęstymi włosami w ładnym złotym kolorze i jakby dla równowagi, bo przecież nie można mieć w życiu za dobrze, paznokciami ala koszmar kosmetyczki.

Nawet nie to, żebym je obgryzała. Wystarczy, że na dworze jest wiatr, że sprzątam bez rękawic, ba, że umyję naczynia – skórki wysychają i pękają. Oczywiście, jeśli siebie nie upomnę, ciągnę za to, co wystaje i wiadomo, jakie są konsekwencje. Zakażenia robią mi się w zasadzie bez przerwy (bez jaj, dobre parę razy wylądowałam z tego powodu u chirurga).

Co więcej, paznokcie zawsze miałam jakieś takie miękkie i o dziwnym kształcie. Nie szło ich zapuścić, bo zapuszczone natychmiast się łamały albo rozdwajały (albo jedno i drugie).

Do tego, na kciukach pojawiły się jakiś czas temu poprzeczne bruzdy. Miałam je od dość długo – pewnie od czasu studiów, może od liceum, może i 10 lat. Nie wyglądało to na grzybicę, bo płytka paznokciowa była na kciukach raczej cienka niż gruba i miała normalny kolor. Pogodziłam się więc, że taka już uroda moich dłoni. Nie żebym zupełnie olewała sprawę, wcierałam jakieś tam kremy, jak mi się przypomniało. Mój obecny Luby pilnuje też, żebym nie obrywała skórek i nie robiła krzywdy paznokciom.
Na początku lata kupiłam krem do skórek i Luby zasugerował, żebym poszukała w internecie, skąd te poprzeczne linie, bo chyba wydawało mu się to podejrzane i nienaturalne. Zabawiłam się w detektywa, nie pierwszy raz zresztą. Niby szukałam wcześniej, ale nic, co byłam znalazłam nie chciało do mojego przypadku pasować. Czytałam na przykład o liniach Beau, o tym, że paznokcie rosną brzydko z powodu braku witamin B, nadużywania alkoholu, złej diety, chorej wątroby i paru innych. Te przyczyny mnie zupełnie nie dotyczą. Krew badam przecież regularnie, alkohol piję w homeopatycznych ilościach a o odżywianie bardzo dbam. Aż w końcu, eureka, szukając po obrazkach i wpisując angielskie hasła w google, znalazłam przyczynę problemu.

Rozwiązanie okazało się i prostsze i trudniejsze niż myślałam. Problem nazywa się „tic habit deformity” i polega na zniszczeniu macierzy paznokcia przez… nieumiejętne wycinanie skórek albo tak zwane „dziubanie”. Nie podejrzewałam, że można sobie zrobić taką przywdę po prostu przez grzebanie jednym panokciem przy drugim, sero. Ale w moim przypadku tak to właśnie wyglądało. Gdy byłąm zdenerwowana, wpychałam skórki do środka, przede wszystkim palcem wskazującym przeciwnej ręki. I tak przez lata, zresztą, przez okres studiów, w czasie największego stresu dłonie miałam w koszmarnym stanie.
Są na „tic habit deformity” różne „terapie”, w ostateczności można nawet dać leki na nerwicę, nałożyć superglue, zakleić kciuki plastrami … zaryzykowała i  spróbowałam metody „nie rób tego więcej” 😀 I przestałam. Skórki odrosły, po dłuższym czasie paznokcie wzięły się i naprawiły 🙂 i ta nowa część rośnie normalnie.

 

IMAG0770
IMAG0768
A teraz parę porad jak dbać o problemowe dłonie (i to nie są porady ala „Claudia”, czyli jak z pięknych zrobić jeszcze piękniejsze, tylko jak z jednego wielkiego zakażenia i rany zrobić coś, na co można spojrzeć bez obrzydzenia i z czym można żyć bez bólu).

1. Twoim najlepszym przyjacielem jest maść z antybiotykiem (niech błogosławiony będzie wynalazca Neosporinu!). Maść trzymaj tuż przy łóżku i przed pójściem spać smaruj wszystko, co zmierza ku zakażeniu, każdą rankę i zadrę. U mnie działa.

2. Twoim drugim przyjacielem są rękawice gumowe. Bez nich w ogóle nie zaczynaj sprzątania. Wysypuj talkiem dla niemowląt, by nie pociły ci się dłonie.

3. Kiedy kupujesz krem do rąk, nie może być na bazie wazeliny (90% kremów w drogeriach jest). Ważne by miał witaminy i był do „rąk i paznokci”.

4. Noś rękawiczki. Jeśli jeździsz rowerem, muszą być z palcami i tu nie ma innego wyjścia. Jeśli biegasz, biegaj w rękawiczkach.

5. Obcinaj paznokcie krótko, tuż przy skórze. Nie będzie wtedy pokusy, by je obgryzać, czy przy nich „dziubać”.

7. Skórki zostaw własnemu losowi. Niech sobie wyglądają źle. Ich wycinanie nasila problem, odrastają grubsze i brzydsze.

8. Płynu do odkażania rąk używaj tylko w wyjątkowych okolicznościach. Mydło w łazience powinno być w płynie, normalne, nie antybakteryjne.

9. Całkiem dobrze działa „Regenerum” 🙂

10. Spraw sobie „stress ball” (gumową, giętką piłkę) jeśli naprawdę musisz czymś zająć dłonie. U mnie działa, i tylko mój  gumowy ludzik „stress ball” stracił już ucho 😀

 

Małgorzata Kalicinska “Lilka” — recenja

Nie czytałam “Domu nad Rozlewiskiem”, najpopularniejszej książki pani Kalicińskiej. „Lilkę” znalazłam w jakimś zestawieniu babskich powieści wartych przeczytania, zaraz koło „Klary” autorstwa Izabeli Kuny. Ponieważ „Klara” nie nadawała się do czytania (a przede wszystkim zdrowo mnie wkurzała idiotyzmem bohaterów i okropnymi dialogami ala polski serial), nie liczyłam na za wiele biorąc się za „Lilkę”.

Początek wciągał, ale bez przesady. Dostałam oto – wreszcie – bohaterkę tak normalną, że aż zęby bolały. Marianna, pani po pięćdziesiątce, z odchowanym synem-lekarzem, sama mężatka, w nudnym, ale przewidywalnym układzie, opowiadała o swoim dość udanym życiu bez pasji i własnych przemyśleń. Nie polubiłam Marianny, może ze względu na jej brak refleksji nad życiem i głębi oraz podążanie za modami. Mariannie w PRLu było po prostu dobrze i aż do stanu wojennego nie zauważyła jakoś, że to chory system – serio, ktoś taki mógł istnieć? Nie wydawała mi się też wiarygodna jako dziennikarka, nie szukała prawdy ani głębszego zrozumienia tematu. Ale co mi tam, kontynuowałam, może dlatego, że pani czytająca audiobooka miała ładny głos i naprawdę dobrze interpretowała tekst.

Po wstępnym pitu-pitu życie naszej ułożonej Marianny kompletnie się posypało. Stabilny mąż odszedł i to nie do dwudziestolatki z długimi nogami, a do przemiłej i ciepłej pani w wieku Marianny. Co ciekawe, Marianna nie zareagowała paniką ani załamaniem, a refleksją. „Czegoś mu brakowało, inaczej by nie odszedł”, powtarzała. Sama, a także z przyjaciółką i terapeutką Agatą usiłowała dojść dlaczego to się właściwie stało, odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny i konsekwencje własnych wyborów a także poważnie przemyśleć, kogo kochała i kogo kocha. Marianna nie obwinia męża, i zresztą, Mirek, jak na porzucającego, zachowuje się bardzo w porządku. Rozważania Marianny przeplatają „żółte kartki” czyli powroty do wspomnień, z dzieciństwa, młodości i traumy stanu wojennego, które dobrze wpasowują się w te poszukiwania i próby zrozumienia.

Tytułowa Lilka pojawia się nieco później. Marianna niespecjalnie przepada za swoją młodszą, przyrodnią siostrą, głównie ze względu na urazę sprzed wielu, wielu lat. Ponieważ Lilka nigdy nie ułożyła sobie życia i nie ma męża ani dzieci, Marianna postanawia zaopiekować się siostrą, gdy lekarze znajdują w jej ciele raka w późnym stadium. Dzięki chorobie rodzi się między siostrami bliskość i przebaczenie. Miałam trochę wrażenie, że cały ładunek czułości jaki Marianna dostała od życia, zostawiła tylko i wyłącznie dla Lilki. Bo najwyraźniej ex-mąż Mirek nie dostał jej za wiele i zapewne za wiele nie dostał też jej syn.

Książka jednak nie jest jednotorowa. Jakby odejście męża i choroba Lilki nie były wystarczającą ilością nieszczęść, zaczynają umierać przyjaciele, starszy ojciec podupada na zdrowiu a syn postanawia szukać szczęścia za granicą. Marianna zostaje z tym wszystkim sama. I musi to przetrwać i na dokładkę, wziąć odpowiedzialność za siebie i innych. Siłą książki jest przemiana Marianny, z dobrze sytuowanej i dobrze ustawionej dojrzałej kobiety, której – poza paroma dramatami z młodości – nic nie przymusiło do postawienia najważniejszych pytań, o sens życia i śmierci, w kobietę mądrzejszą, cieplejszą i rozumiejącą, jasno, boleśnie, co jest w życiu naprawdę ważne.

Kalicińska podejmuje trudny temat śmierci, w sumie nieobecny w popularnej literaturze z tej kategorii. Marianna, mimo że niewierząca, jest do bólu przyzwoita, chyba w myśl Conradowskiej moralności „tak trzeba”. Jako młoda kobieta troszczy się o starszą sąsiadkę. Siostrą opiekuje się do ostatnich dni, i nawet nie chce myśleć o hospicjum, myje ją, karmi, robi zastrzyki, zmienia piżamy, pierze zasikaną pościel, znosi jej ataki paniki i ataki bólu. Dla siostry rezygnuje z pracy. Opiekuje się też ojcem i chorym przyjacielem.

Ostatnia część książki jest przeraźliwie smutna. Smutny jest los Lilki, która przecież tak bardzo chce żyć, smutne są opisy stosunków w rodzinie, którą dotyka odchodzenie, smutne są refleksje Marianny nad życiem i żal do siebie, że nie była z matką, gdy w tej powoli gasło życie. Przejmuje ból, dla którego nie ma pocieszenia, cierpienie, któremu nikt nie usiłuje nadawać sensu, rozpacz, która tylko się powiększa i powiększa. Dla mnie było to pouczające doświadczenie – jak odchodzą ludzie, którzy nie wierzą w Boga, bez księdza, bez pojednania i bez perspektywy Nieba. Z drugiej strony, Marianna zwierza się przyjacielowi, że popiera eutanazję, ale to właśnie opieka nad terminalnie chorą, umierającą siostrą zmienia jej życie i czyni z niej lepszą osobę, więc cierpienie Lilki najwyraźniej ma sens i wydaje owoce.

W sumie, zastanawiałam się co sprawia, że ta książka jest czytadłem a nie wybitną powieścią. Chyba ilość kompletnie zbędnych szczegółów i wątków. Opisów z przeszłości, gdzie najważniejsze jest to, że pościel była w niebieską kratkę i niekrochmalona. Nie wiem po co akcja Marianny „Szanujmy się” i pojawiający się znikąd (i odchodzący donikąd po paru stronach) fundraiser gej, który obiecał pomóc Mariannie z finansami.

Czytałam w innych recenzjach, że sceny łóżkowe kuleją. A mi się one podobały. No, może nie były jakieś romantyczne, ale opisane bezpośrednio, z wyczuciem i humorem. Zwłaszcza przy Jarku-trenerze naprawdę się śmiałam.

Na marginesie, chyba pierwszy raz czytałam na kartach książki o moim własnym stosunku do fitnessu. Najpierw Mariannę fascynuje siłownia jako nowy świat, pełny wielkich mięśni i próżności by dopiero potem stwierdzić, że może to i fajne… ale chyba nie o to chodzi w życiu.

Książka porusza też wątki polityczno-społeczne, bo jakżeby inaczej, ponieważ każdy pisarz w naszym kraju-raju musi walczyć o „rząd dusz”. Niektóre wątki są ciekawe, inne głupie a inne zwyczajnie śmieszne.

Iga-żydówka oświadcza na przykład – jakżeby inaczej, 25 grudnia, w dzień Bożego Narodzenia, gdy rodzina siedzie przy uroczystym śniadaniu – że Polska to straszny kraj, gdzie króluje Jan Paweł a wszystkie dobre szkoły są katolickie bądź pseudokatolickie, i ona musi się wynosić z tego potwornego kraju, by dać synowi dobrą, świecką edukację. Brzmi to tak głupio i sztucznie, że zęby bolą, chociaż może to interpretacja czytającej audiobooka pani. Pani Kalicińskiej polecam za to lekturę „Midrasza” i zapoznanie się z rzeczywistością, bo ani znajomi rodziców (Żydzi) nie mieli problemów ze znalezieniem prywatnej, dobrej szkoły dla córki (szkoła bardzo nowoczesna, trzymająca wysoki poziom i zdecydowanie nie katolicka) ani też (w Poznaniu, dobre 20 lat temu) nie mieli z tym problemu rodzice mojej przyjaciółki Filotei, którym z Kościołem zawsze było nie po drodze. A co do Igi i jej męża, to pomyślałam, że w sumie dobrze, że się wynoszą i wcale się nie dziwię że ludzie, którzy nienawidzą kraju, w którym się wychowali są sami nienawidzeni. Iga jest zresztą dość sztuczną postacią i mam wrażenie, że autorka sama jej nie lubi i celowo ją przejaskrawia, jakby chciała podkreślić jej młodzieńczą naiwność i głupotę.

Są też oczywiście w książce wstawki antylustracyjne, chociaż panu dziennikarzowi, który romansował z PRLem trzeba przyznać, że tej swojej przeszłości się wstydzi i próbował ją wyjaśniać i przykładnie zlustrował się sam. Ale pani Kalicińska nie zauważyła chyba, że tych, który zlustrowali się sami – o ile powiedzieli prawdę, wyjaśnili i poprosili o przebaczenie – jakoś nikt się specjalnie nie czepiał.

W ogóle, zauważyłam tez parę nieścisłości. Na przykład, Marianna woła o kulturę i usiłuje walczyć z chamstwem, ale sama nie wyraża się często zbyt elegancko, nie szczędząc „dup” i innych podobnych słów. 

Siłą książki są też różne małe obserwacje rzeczywistości. Marianna pisze dobre artykuły o tym, że piękno pochodzi z wnętrza, i oczywiście jest to oficjalna linia wysokonakładowego pisma, w którym pracuje, ale gdy przestaje się malować, szefowa wzywa ją na rozmowę i pyta, czy wszystko okej… Fajny jest wykład o panach panicznie bojących się widoku własnych gołych stóp i noszących do wszystkiego, w tym sandałów, skarpetki.

Książka jest nierówna. Początek wydaje się lekko nudnawy i nieco rozwlekły, środek to balansowanie między dobrą literaturą a czymś pokroju Ludluma z mnóstwem nieistotnych szczegółów i wątków, a końcówka wali czytelnika po głowie jak kamień, mocno i w czuły punkt.

Książka jest również nierówna językowo, jakby nad niektórymi częściami autorka pracowała nieco dłużej i solidniej a inne zostawiła jak są. Jednak językowo jest to dobra książka, może nie na poziomie językowego kunsztu, gdzie słowami autor rzeźbi w głowie czytelnika niczym cienkim, precyzyjnym dłutem, ale porządnego rzemieślnictwa, z dobrym wyczuciem języka i inteligentnym poczuciem humoru.

Uważam, że jako „czytadło”, pociągowo-samolotowy zapychacz czasu jest to nieco za ciężka lektura. Za ciężka i o wiele za smutna. Z drugiej strony, ze względu na mnogość wątków lekkich czy humorystycznych nie jest to też jedna z tych książek, które są tylko i wyłącznie ciężkie. Mnie tam się podobało. Większości postaci nie polubiłam, ale fajnie było poobserwować świat ich oczami i spróbować zrozumieć ich racje. A to, że mam do nich jakikolwiek stosunek świadczy o tym, że wyszły autorce dość realistyczne. Więc moim zdaniem – WARTO.