Małgorzata Kalicinska “Lilka” — recenja

Nie czytałam “Domu nad Rozlewiskiem”, najpopularniejszej książki pani Kalicińskiej. „Lilkę” znalazłam w jakimś zestawieniu babskich powieści wartych przeczytania, zaraz koło „Klary” autorstwa Izabeli Kuny. Ponieważ „Klara” nie nadawała się do czytania (a przede wszystkim zdrowo mnie wkurzała idiotyzmem bohaterów i okropnymi dialogami ala polski serial), nie liczyłam na za wiele biorąc się za „Lilkę”.

Początek wciągał, ale bez przesady. Dostałam oto – wreszcie – bohaterkę tak normalną, że aż zęby bolały. Marianna, pani po pięćdziesiątce, z odchowanym synem-lekarzem, sama mężatka, w nudnym, ale przewidywalnym układzie, opowiadała o swoim dość udanym życiu bez pasji i własnych przemyśleń. Nie polubiłam Marianny, może ze względu na jej brak refleksji nad życiem i głębi oraz podążanie za modami. Mariannie w PRLu było po prostu dobrze i aż do stanu wojennego nie zauważyła jakoś, że to chory system – serio, ktoś taki mógł istnieć? Nie wydawała mi się też wiarygodna jako dziennikarka, nie szukała prawdy ani głębszego zrozumienia tematu. Ale co mi tam, kontynuowałam, może dlatego, że pani czytająca audiobooka miała ładny głos i naprawdę dobrze interpretowała tekst.

Po wstępnym pitu-pitu życie naszej ułożonej Marianny kompletnie się posypało. Stabilny mąż odszedł i to nie do dwudziestolatki z długimi nogami, a do przemiłej i ciepłej pani w wieku Marianny. Co ciekawe, Marianna nie zareagowała paniką ani załamaniem, a refleksją. „Czegoś mu brakowało, inaczej by nie odszedł”, powtarzała. Sama, a także z przyjaciółką i terapeutką Agatą usiłowała dojść dlaczego to się właściwie stało, odpowiedzieć sobie na pytanie o przyczyny i konsekwencje własnych wyborów a także poważnie przemyśleć, kogo kochała i kogo kocha. Marianna nie obwinia męża, i zresztą, Mirek, jak na porzucającego, zachowuje się bardzo w porządku. Rozważania Marianny przeplatają „żółte kartki” czyli powroty do wspomnień, z dzieciństwa, młodości i traumy stanu wojennego, które dobrze wpasowują się w te poszukiwania i próby zrozumienia.

Tytułowa Lilka pojawia się nieco później. Marianna niespecjalnie przepada za swoją młodszą, przyrodnią siostrą, głównie ze względu na urazę sprzed wielu, wielu lat. Ponieważ Lilka nigdy nie ułożyła sobie życia i nie ma męża ani dzieci, Marianna postanawia zaopiekować się siostrą, gdy lekarze znajdują w jej ciele raka w późnym stadium. Dzięki chorobie rodzi się między siostrami bliskość i przebaczenie. Miałam trochę wrażenie, że cały ładunek czułości jaki Marianna dostała od życia, zostawiła tylko i wyłącznie dla Lilki. Bo najwyraźniej ex-mąż Mirek nie dostał jej za wiele i zapewne za wiele nie dostał też jej syn.

Książka jednak nie jest jednotorowa. Jakby odejście męża i choroba Lilki nie były wystarczającą ilością nieszczęść, zaczynają umierać przyjaciele, starszy ojciec podupada na zdrowiu a syn postanawia szukać szczęścia za granicą. Marianna zostaje z tym wszystkim sama. I musi to przetrwać i na dokładkę, wziąć odpowiedzialność za siebie i innych. Siłą książki jest przemiana Marianny, z dobrze sytuowanej i dobrze ustawionej dojrzałej kobiety, której – poza paroma dramatami z młodości – nic nie przymusiło do postawienia najważniejszych pytań, o sens życia i śmierci, w kobietę mądrzejszą, cieplejszą i rozumiejącą, jasno, boleśnie, co jest w życiu naprawdę ważne.

Kalicińska podejmuje trudny temat śmierci, w sumie nieobecny w popularnej literaturze z tej kategorii. Marianna, mimo że niewierząca, jest do bólu przyzwoita, chyba w myśl Conradowskiej moralności „tak trzeba”. Jako młoda kobieta troszczy się o starszą sąsiadkę. Siostrą opiekuje się do ostatnich dni, i nawet nie chce myśleć o hospicjum, myje ją, karmi, robi zastrzyki, zmienia piżamy, pierze zasikaną pościel, znosi jej ataki paniki i ataki bólu. Dla siostry rezygnuje z pracy. Opiekuje się też ojcem i chorym przyjacielem.

Ostatnia część książki jest przeraźliwie smutna. Smutny jest los Lilki, która przecież tak bardzo chce żyć, smutne są opisy stosunków w rodzinie, którą dotyka odchodzenie, smutne są refleksje Marianny nad życiem i żal do siebie, że nie była z matką, gdy w tej powoli gasło życie. Przejmuje ból, dla którego nie ma pocieszenia, cierpienie, któremu nikt nie usiłuje nadawać sensu, rozpacz, która tylko się powiększa i powiększa. Dla mnie było to pouczające doświadczenie – jak odchodzą ludzie, którzy nie wierzą w Boga, bez księdza, bez pojednania i bez perspektywy Nieba. Z drugiej strony, Marianna zwierza się przyjacielowi, że popiera eutanazję, ale to właśnie opieka nad terminalnie chorą, umierającą siostrą zmienia jej życie i czyni z niej lepszą osobę, więc cierpienie Lilki najwyraźniej ma sens i wydaje owoce.

W sumie, zastanawiałam się co sprawia, że ta książka jest czytadłem a nie wybitną powieścią. Chyba ilość kompletnie zbędnych szczegółów i wątków. Opisów z przeszłości, gdzie najważniejsze jest to, że pościel była w niebieską kratkę i niekrochmalona. Nie wiem po co akcja Marianny „Szanujmy się” i pojawiający się znikąd (i odchodzący donikąd po paru stronach) fundraiser gej, który obiecał pomóc Mariannie z finansami.

Czytałam w innych recenzjach, że sceny łóżkowe kuleją. A mi się one podobały. No, może nie były jakieś romantyczne, ale opisane bezpośrednio, z wyczuciem i humorem. Zwłaszcza przy Jarku-trenerze naprawdę się śmiałam.

Na marginesie, chyba pierwszy raz czytałam na kartach książki o moim własnym stosunku do fitnessu. Najpierw Mariannę fascynuje siłownia jako nowy świat, pełny wielkich mięśni i próżności by dopiero potem stwierdzić, że może to i fajne… ale chyba nie o to chodzi w życiu.

Książka porusza też wątki polityczno-społeczne, bo jakżeby inaczej, ponieważ każdy pisarz w naszym kraju-raju musi walczyć o „rząd dusz”. Niektóre wątki są ciekawe, inne głupie a inne zwyczajnie śmieszne.

Iga-żydówka oświadcza na przykład – jakżeby inaczej, 25 grudnia, w dzień Bożego Narodzenia, gdy rodzina siedzie przy uroczystym śniadaniu – że Polska to straszny kraj, gdzie króluje Jan Paweł a wszystkie dobre szkoły są katolickie bądź pseudokatolickie, i ona musi się wynosić z tego potwornego kraju, by dać synowi dobrą, świecką edukację. Brzmi to tak głupio i sztucznie, że zęby bolą, chociaż może to interpretacja czytającej audiobooka pani. Pani Kalicińskiej polecam za to lekturę „Midrasza” i zapoznanie się z rzeczywistością, bo ani znajomi rodziców (Żydzi) nie mieli problemów ze znalezieniem prywatnej, dobrej szkoły dla córki (szkoła bardzo nowoczesna, trzymająca wysoki poziom i zdecydowanie nie katolicka) ani też (w Poznaniu, dobre 20 lat temu) nie mieli z tym problemu rodzice mojej przyjaciółki Filotei, którym z Kościołem zawsze było nie po drodze. A co do Igi i jej męża, to pomyślałam, że w sumie dobrze, że się wynoszą i wcale się nie dziwię że ludzie, którzy nienawidzą kraju, w którym się wychowali są sami nienawidzeni. Iga jest zresztą dość sztuczną postacią i mam wrażenie, że autorka sama jej nie lubi i celowo ją przejaskrawia, jakby chciała podkreślić jej młodzieńczą naiwność i głupotę.

Są też oczywiście w książce wstawki antylustracyjne, chociaż panu dziennikarzowi, który romansował z PRLem trzeba przyznać, że tej swojej przeszłości się wstydzi i próbował ją wyjaśniać i przykładnie zlustrował się sam. Ale pani Kalicińska nie zauważyła chyba, że tych, który zlustrowali się sami – o ile powiedzieli prawdę, wyjaśnili i poprosili o przebaczenie – jakoś nikt się specjalnie nie czepiał.

W ogóle, zauważyłam tez parę nieścisłości. Na przykład, Marianna woła o kulturę i usiłuje walczyć z chamstwem, ale sama nie wyraża się często zbyt elegancko, nie szczędząc „dup” i innych podobnych słów. 

Siłą książki są też różne małe obserwacje rzeczywistości. Marianna pisze dobre artykuły o tym, że piękno pochodzi z wnętrza, i oczywiście jest to oficjalna linia wysokonakładowego pisma, w którym pracuje, ale gdy przestaje się malować, szefowa wzywa ją na rozmowę i pyta, czy wszystko okej… Fajny jest wykład o panach panicznie bojących się widoku własnych gołych stóp i noszących do wszystkiego, w tym sandałów, skarpetki.

Książka jest nierówna. Początek wydaje się lekko nudnawy i nieco rozwlekły, środek to balansowanie między dobrą literaturą a czymś pokroju Ludluma z mnóstwem nieistotnych szczegółów i wątków, a końcówka wali czytelnika po głowie jak kamień, mocno i w czuły punkt.

Książka jest również nierówna językowo, jakby nad niektórymi częściami autorka pracowała nieco dłużej i solidniej a inne zostawiła jak są. Jednak językowo jest to dobra książka, może nie na poziomie językowego kunsztu, gdzie słowami autor rzeźbi w głowie czytelnika niczym cienkim, precyzyjnym dłutem, ale porządnego rzemieślnictwa, z dobrym wyczuciem języka i inteligentnym poczuciem humoru.

Uważam, że jako „czytadło”, pociągowo-samolotowy zapychacz czasu jest to nieco za ciężka lektura. Za ciężka i o wiele za smutna. Z drugiej strony, ze względu na mnogość wątków lekkich czy humorystycznych nie jest to też jedna z tych książek, które są tylko i wyłącznie ciężkie. Mnie tam się podobało. Większości postaci nie polubiłam, ale fajnie było poobserwować świat ich oczami i spróbować zrozumieć ich racje. A to, że mam do nich jakikolwiek stosunek świadczy o tym, że wyszły autorce dość realistyczne. Więc moim zdaniem – WARTO.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s