Raport z ulicy Postępu: niezdrowe amerykańskie jedzenie.

Do popełnienia tego wpisu zainspirował mnie artykuł niejakiej Agaty Żychlińskiej, który można znaleźć tutaj: http://foch.pl/foch/1,138503,16684441,To_nie_jest_kraj_dla_szczuplych_ludzi.html

Artykuł przesłał mi kolega pytając „Prawda-li to?” Pisząc cały elaborat w odpowiedzi pomyślałam, że w sumie mam na ten temat sporo do powiedzenia. Od pięciu lat mieszkam w USA. Mieszkam, nie pomieszkuję; nie przyjechałam z wizytą. Mam tutaj mieszkanie, tu chodzę do lekarza i tu płacę podatki. Jako że nie trafiłam do „Polakowa” (takie można znaleźć w większych miastach) ani nawet do miejsca pełnego emigrantów z Europy Wschodniej, musiałam sobie poradzić w krainie wielkiego hamburgera bez polskiego sklepu i bez chleba i kartofli.

Myślę, że nawet jeśli autorka wspomnianego artykułu przemierzyła Stany, to nigdy w nich nie mieszkała. Ocenia Amerykanów i ich zwyczaje poniekąd z okna samochodu, pobieżnie. Gdyby jakiś turysta chciał rozprawiać o polskiej kuchni na podstawie dworcowych barów, gigantycznych schabowych, które polskie gospodynie przygotowują dla gościa i popularności budek z kebabami, też pewnie dorobiłby się nader ciekawej opinii o polskiej kuchni. Co więcej, inaczej patrzy się na „amerykańskie jedzenie”, gdy ma się dostęp do lodówki i kuchenki elektrycznej, i samemu robi się zakupy.

To prawda, że Amerykanie kochają hamburgery. Jednak, może poza macdonaldem, pod nazwą „hamburger” kryje się kotlet z mielonej wołowiny. Technika przygotowywania tych kotletów polega na tym, by mięso z tacki uformować w kotleta nie ściskając i nie gniotąc go za mocno. Niektórzy dodają cebulę albo zupę cebulową w proszku, ale dobre mięso zwyczajnie broni się samo. Hamburgera smaży się – o zgrozo – bez soli i pieprzu i bez tłuszczu, a często po prostu kładzie na grilla. Takiej dobrej wołowiny jak tutaj nie jadłam w Polsce chyba nigdy, może dlatego, że większość polskiej wołowiny to mięso starych krów mlecznych albo młodych byków (samców mlecznych krów). Najgorszą częścią hamburgera jest dodawana do niego bułka: wiecznotrwałe, dmuchane pieczywo złożone w dużej mierze z mąki bielonej chlorem i syropu glukozowo-fruktozowego. Ale przecież nie wszyscy lubią takie pyszności, a już na pewno nie ludzie z alergią na gluten, których jest tu pełno, i ludzie przejęci zdrowym odżywianiem. W większych miastach bez problemu można dostać w markecie nieco droższą odmianę bułek do hamburgerów, pozbawioną całego tego syfu. Nieraz robiłam hamburgery od zera i piekłam bułki sama wg amerykańskich przepisów (z mąki orkiszowej) – efekt naprawdę pyszny. Z hotdogami jest w sumie podobnie. Można kupić kiełbaski z całą tablicą Mendelejewa (z przewagą azotu i jego związków) i można kupić – w lokalnym, małomiasteczkowym markecie! – kiełbaski bez takich dodatków w cenie cztery dolary i pięśdziesiąc centów za osiem sztuk. Wychodzi taniej niż dwa hotdogi na stacji benzynowej w Polsce.

Myślę, że interesujące jest pytanie o to, czy amerykanie „kochają fastfood”. Fast food jest tym, czy jest – szybkim, niezdrowym jedzeniem. To nie grzech zatrzymać się w barze szybkiej obsługi, gdy jedzie się w długą podróż albo gdy na zjedzenie lunchu ma się dwadzieścia minut i pięć dolarów w portfelu. Jednak większość ludzi je w domu. Paradoksalnie, fastfoody nie są tutaj wcale takie tanie. Oczywiście istnieją ludzie, którzy zarabiają bardzo dobrze, ale, podobnie zresztą jak wszędzie indziej, studenci są biedni i równie biedne bywają rodziny wielodzietne i samotne matki. Żywiąc się w domu można sporo zaoszczędzić. Spotkałam tutaj dziewczynę z mormońskiej rodziny, która wychowała się razem z ośmiorgiem rodzeństwa. Wielkim świętem było dla tej rodziny wyjście do Maca, bo mieli tam hamburgery po niecałe dwa dolary.

Amerykańska kuchnia domowa jest kombinacją wielu tradycji a także hymnem na cześć kukurydzy i jej przetworów. Bardzo popularne są też zapiekanki, w których ważną część stanowią warzywa: brokuły, groszek, marchewka, kukurydza oraz zupy. Całkiem poważne miejsce zajmuje też fasolka szparagowa (która, nie wiedzieć czemu jest tu zielona a nie żółta) oraz fasola (czerwona, biała i kilka innych rodzajów, których w Polsce nigdy nie spotkałam). W Amerykańskich domach często widziałam też tace z owocami przygotowanymi jako przekąski; szczególną popularnością cieszą się jabłka. Podobnie jak w Polsce kobiety – nie tylko z pokolenia mojej babci – robią przetwory. Owszem, do posiłku czasem je się tu czasem czipsy, ale jedną garść a nie całą wielką paczkę. Co do deserów, to niestety jest to wyjątkowo niezdrowy element tutejszej kuchni. Jeśli gotuję z amerykańskich przepisów, po prostu (ku zdumieniu i zgrozie mojej byłej współlokatorki) zmniejszam ilość cukru o połowę a efekt i tak jest raczej słodki. Jeśli już muszę zrobić „icing” (rodzaj kremu do dekoracji), to używam do tego bitej śmietany rozrobionej z niewielką ilością cukru i żelatyną, bo na myśl o prawdziwym icingu (serek typu filadelphia, mnóstwo cukru i masło albo wersja z paczki – głównie tłuszcze utwardzone) robi mi się niedobrze.

Tym, co odróżnia Amerykę od Polski jeśli chodzi o jedzenie jest to, że dzieci od małego mają wybór, co i ile chcą jeść, i ten wybór jest szanowany. W szkolnej stołówce dziecko bierze to, na co ma ochotę i w restauracji też jest menu dziecięce. Dzięki temu większość ludzi wie, co lubi i czego nie i jest w stanie regulować wielkość porcji. Ponadto polski stosunek do jedzenia, wynikający pewnie z lat ucisku i biedy: trzeba jeść, póki jest, bo potem nie będzie, też nie ma tu miejsca. Tak, to prawda, że porcje w restauracjach bywają ogromne. Ale też można zawsze poprosić o pojemnik na resztki. Kelner bez żadnego zdziwienia przynosi ładne styropianowe pudełko, często z wytłoczonym znakiem firmowym restauracji, i można zabrać resztą posiłku do domu: zapłaciłeś – to twoje. Często w ten sposób z jednego posiłku robią się dwa lub trzy. Czyżby pani Żychlińska nie odkryła tej prostej prawidłowości? Czyżby pani Żychlińska nie zorientowała się, że „standardowe” śniadanie w restauracji śniadaniowej to o wiele za dużo jedzenia jak na niewielką kobietę? Mogę się założyć, że można było skomponować coś małego i taniego. No i, powiedzmy szczerze, nikt nie je takich wielkich śniadań na co dzień. Wyjście na śniadanie to raczej rodzaj święta, celebracji wolnego poranka. Na ogół w sobotę bądź niedzielę.

Trzeba też dodać, że Amerykanie, nawet na prowincji, masowo ćwiczą. Siłownia nie jest domeną jedynie wielkich sterydów i odchudzających się kobiet a bieganie sportem pięknych i nowobogackich. Jakiś sport uprawiają bądź uprawiali prawie wszyscy (chudzi i grubi) i nigdy nie spotkałam tutaj dziewczyny, która bałaby się ćwiczyć „bo urosną jej mięśnie”. Patyczkowate nóżki polskich blogerek modowych większość amerykańskich facetów uznałaby za żałosne i niekobiece. W Polsce popularność sportu dopiero się rodzi; gdy dorastałam wśród intelektualistów w późnych latach dziewięćdziesiątych bycie wysportowanym uważano za swego rodzaju ujmę na inteligencji. Dzisiaj znam biegających doktorów prawa i wygimnastykowane panie profesor.

Nie, nie wszyscy są w USA grubi. Klasa średnia, podobnie jak w Polsce, ma niezłą wiedzę dotyczącą racjonalnego żywienia i roli ćwiczeń. Dzieciaki – wszystkie, a nie tylko te, które mają do tego talent, którego nie da się ukryć – uprawiają różne dyscypliny sportu. Oczywiście zdarzają się odchylenia, ludzie z dużą otyłością i chorobliwie wychudzeni, ale stawiałabym, że osiemdziesiąt procent tej grupy albo ma bmi w normie albo ma jedynie lekką nadwagę. Otyli bywają – nie: są! – częściej ludzie biedni. Nie tylko dlatego, że kiepskie jedzenie jest tanie, ale też dlatego, że często ludzie jedzą by zaspokoić jakieś inne potrzeby; stres, depresję czy biedę łatwiej odreagować jedząc lody albo popkorn niż jedząc selera naciowego.

Możecie narzekać, że moje obserwacje się zbyt wiarygodne, bo mieszkam w miasteczku uniwersyteckim, gdzie większość mieszkańców to studenci (sport i dobra przemiana materii), profesorowie i ich żony (z reguły z fiołem na punkcie odżywiania i dużą pensją) oraz personel pomocniczy pracujący dla uniwersytetu (laboranci, admini etc – na ogół z wyższym wykształceniem). Kiedyś znalazłam się jednak w kościele w mieście Columbia w stanie Karolina Południowa. Była to normalna niedzielna msza i kościół był wypełniony po brzegi. W kościele, o dziwo, większość ludzi wyglądała całkiem normalnie. Rodziny z dziećmi, seniorzy, młodzież – nie zobaczyłam ani jednej otyłej osoby. Karolina Południowa i w ogóle południe to zagłębie niezdrowego jedzenia; ludzie są tu w stanie wszystko, nawet masło, usmażyć w głębokim oleju. Ale widocznie znają umiar… Jeśli kościół to nie jest dostatecznie losowa próbka, dodam, że nie widziałam za wielu otyłych osób ani na ulicach ani w restauracjach.

Za to kiedy wracam do Polski, mam wrażenie że otyłych przybywa z każdym przyjazdem. Najbardziej żal mi przekarmionych, grubych dzieci, bo wiem z własnego doświadczenia jak ciężko z tego zaklętego kręgu wyjść i jakiej siły to wymaga.

Ktoś napisał w komentarzu do artykułu, że w czy, kuchnia Amerykańska jest gorsza od polskiej? Amerykanie mają swoje steki – kotlet z dobrej wołowiny smażony na suchej patelki lub grillu bez przypraw i dodatków, Polacy swoje schabowe – wieprzowy, posolony kotlet w grubej panierce z bułki tartej smażony w głębokim tłuszczu. Oni – hamburgery (jak pisałam, samo mięso, bez soli), my – kotlety mielone, w których ważnym składnikiem jest rozmoczona bułka i smażona cebula. No właśnie polska kuchnia wcale nie jest lepsza. Amerykanie są po prostu bogatsi.

Wiele polskich potraw wywodzących się z tradycji chłopskiej i robotniczej to kreatywne połączenia tłuszczu i mąki. Mięso było składnikiem drogim i trudnodostępnym, więc, jeśli ktoś pracował fizycznie, trzeba było nieźle nakombinować, żeby zjeść dużą ilość kalorii w niewielkim objętościowo posiłku. Te wszystkie kluski, łazanki, naleśniki, smażone placki… normalnie samo zdrowie. Idea żywienia się chudym mięsem i żarciem dla królików (czyli warzywami) jest stosunkowo nowa i moim zdaniem w USA przebiła się do świadomości społecznej dużo wcześniej (przynajmniej wśród bardziej wykształconych osób) niż w Polsce.

Dodam na koniec, że pani Żychlińska zdaje się gardzić grubasami, bo zapewne jako dietetyczka posiadła „wiedzę tajemną” na temat jedzenia. Owszem, dziewczyny w jej wieku nie są tutaj w USA takimi chucherkami jak jej równolatki w Polsce, ale chucherko nie jest też ani okazem zdrowia ani atrakcyjności.