Raport z ulicy Postępu: niezdrowe amerykańskie jedzenie.

Do popełnienia tego wpisu zainspirował mnie artykuł niejakiej Agaty Żychlińskiej, który można znaleźć tutaj: http://foch.pl/foch/1,138503,16684441,To_nie_jest_kraj_dla_szczuplych_ludzi.html

Artykuł przesłał mi kolega pytając „Prawda-li to?” Pisząc cały elaborat w odpowiedzi pomyślałam, że w sumie mam na ten temat sporo do powiedzenia. Od pięciu lat mieszkam w USA. Mieszkam, nie pomieszkuję; nie przyjechałam z wizytą. Mam tutaj mieszkanie, tu chodzę do lekarza i tu płacę podatki. Jako że nie trafiłam do „Polakowa” (takie można znaleźć w większych miastach) ani nawet do miejsca pełnego emigrantów z Europy Wschodniej, musiałam sobie poradzić w krainie wielkiego hamburgera bez polskiego sklepu i bez chleba i kartofli.

Myślę, że nawet jeśli autorka wspomnianego artykułu przemierzyła Stany, to nigdy w nich nie mieszkała. Ocenia Amerykanów i ich zwyczaje poniekąd z okna samochodu, pobieżnie. Gdyby jakiś turysta chciał rozprawiać o polskiej kuchni na podstawie dworcowych barów, gigantycznych schabowych, które polskie gospodynie przygotowują dla gościa i popularności budek z kebabami, też pewnie dorobiłby się nader ciekawej opinii o polskiej kuchni. Co więcej, inaczej patrzy się na „amerykańskie jedzenie”, gdy ma się dostęp do lodówki i kuchenki elektrycznej, i samemu robi się zakupy.

To prawda, że Amerykanie kochają hamburgery. Jednak, może poza macdonaldem, pod nazwą „hamburger” kryje się kotlet z mielonej wołowiny. Technika przygotowywania tych kotletów polega na tym, by mięso z tacki uformować w kotleta nie ściskając i nie gniotąc go za mocno. Niektórzy dodają cebulę albo zupę cebulową w proszku, ale dobre mięso zwyczajnie broni się samo. Hamburgera smaży się – o zgrozo – bez soli i pieprzu i bez tłuszczu, a często po prostu kładzie na grilla. Takiej dobrej wołowiny jak tutaj nie jadłam w Polsce chyba nigdy, może dlatego, że większość polskiej wołowiny to mięso starych krów mlecznych albo młodych byków (samców mlecznych krów). Najgorszą częścią hamburgera jest dodawana do niego bułka: wiecznotrwałe, dmuchane pieczywo złożone w dużej mierze z mąki bielonej chlorem i syropu glukozowo-fruktozowego. Ale przecież nie wszyscy lubią takie pyszności, a już na pewno nie ludzie z alergią na gluten, których jest tu pełno, i ludzie przejęci zdrowym odżywianiem. W większych miastach bez problemu można dostać w markecie nieco droższą odmianę bułek do hamburgerów, pozbawioną całego tego syfu. Nieraz robiłam hamburgery od zera i piekłam bułki sama wg amerykańskich przepisów (z mąki orkiszowej) – efekt naprawdę pyszny. Z hotdogami jest w sumie podobnie. Można kupić kiełbaski z całą tablicą Mendelejewa (z przewagą azotu i jego związków) i można kupić – w lokalnym, małomiasteczkowym markecie! – kiełbaski bez takich dodatków w cenie cztery dolary i pięśdziesiąc centów za osiem sztuk. Wychodzi taniej niż dwa hotdogi na stacji benzynowej w Polsce.

Myślę, że interesujące jest pytanie o to, czy amerykanie „kochają fastfood”. Fast food jest tym, czy jest – szybkim, niezdrowym jedzeniem. To nie grzech zatrzymać się w barze szybkiej obsługi, gdy jedzie się w długą podróż albo gdy na zjedzenie lunchu ma się dwadzieścia minut i pięć dolarów w portfelu. Jednak większość ludzi je w domu. Paradoksalnie, fastfoody nie są tutaj wcale takie tanie. Oczywiście istnieją ludzie, którzy zarabiają bardzo dobrze, ale, podobnie zresztą jak wszędzie indziej, studenci są biedni i równie biedne bywają rodziny wielodzietne i samotne matki. Żywiąc się w domu można sporo zaoszczędzić. Spotkałam tutaj dziewczynę z mormońskiej rodziny, która wychowała się razem z ośmiorgiem rodzeństwa. Wielkim świętem było dla tej rodziny wyjście do Maca, bo mieli tam hamburgery po niecałe dwa dolary.

Amerykańska kuchnia domowa jest kombinacją wielu tradycji a także hymnem na cześć kukurydzy i jej przetworów. Bardzo popularne są też zapiekanki, w których ważną część stanowią warzywa: brokuły, groszek, marchewka, kukurydza oraz zupy. Całkiem poważne miejsce zajmuje też fasolka szparagowa (która, nie wiedzieć czemu jest tu zielona a nie żółta) oraz fasola (czerwona, biała i kilka innych rodzajów, których w Polsce nigdy nie spotkałam). W Amerykańskich domach często widziałam też tace z owocami przygotowanymi jako przekąski; szczególną popularnością cieszą się jabłka. Podobnie jak w Polsce kobiety – nie tylko z pokolenia mojej babci – robią przetwory. Owszem, do posiłku czasem je się tu czasem czipsy, ale jedną garść a nie całą wielką paczkę. Co do deserów, to niestety jest to wyjątkowo niezdrowy element tutejszej kuchni. Jeśli gotuję z amerykańskich przepisów, po prostu (ku zdumieniu i zgrozie mojej byłej współlokatorki) zmniejszam ilość cukru o połowę a efekt i tak jest raczej słodki. Jeśli już muszę zrobić „icing” (rodzaj kremu do dekoracji), to używam do tego bitej śmietany rozrobionej z niewielką ilością cukru i żelatyną, bo na myśl o prawdziwym icingu (serek typu filadelphia, mnóstwo cukru i masło albo wersja z paczki – głównie tłuszcze utwardzone) robi mi się niedobrze.

Tym, co odróżnia Amerykę od Polski jeśli chodzi o jedzenie jest to, że dzieci od małego mają wybór, co i ile chcą jeść, i ten wybór jest szanowany. W szkolnej stołówce dziecko bierze to, na co ma ochotę i w restauracji też jest menu dziecięce. Dzięki temu większość ludzi wie, co lubi i czego nie i jest w stanie regulować wielkość porcji. Ponadto polski stosunek do jedzenia, wynikający pewnie z lat ucisku i biedy: trzeba jeść, póki jest, bo potem nie będzie, też nie ma tu miejsca. Tak, to prawda, że porcje w restauracjach bywają ogromne. Ale też można zawsze poprosić o pojemnik na resztki. Kelner bez żadnego zdziwienia przynosi ładne styropianowe pudełko, często z wytłoczonym znakiem firmowym restauracji, i można zabrać resztą posiłku do domu: zapłaciłeś – to twoje. Często w ten sposób z jednego posiłku robią się dwa lub trzy. Czyżby pani Żychlińska nie odkryła tej prostej prawidłowości? Czyżby pani Żychlińska nie zorientowała się, że „standardowe” śniadanie w restauracji śniadaniowej to o wiele za dużo jedzenia jak na niewielką kobietę? Mogę się założyć, że można było skomponować coś małego i taniego. No i, powiedzmy szczerze, nikt nie je takich wielkich śniadań na co dzień. Wyjście na śniadanie to raczej rodzaj święta, celebracji wolnego poranka. Na ogół w sobotę bądź niedzielę.

Trzeba też dodać, że Amerykanie, nawet na prowincji, masowo ćwiczą. Siłownia nie jest domeną jedynie wielkich sterydów i odchudzających się kobiet a bieganie sportem pięknych i nowobogackich. Jakiś sport uprawiają bądź uprawiali prawie wszyscy (chudzi i grubi) i nigdy nie spotkałam tutaj dziewczyny, która bałaby się ćwiczyć „bo urosną jej mięśnie”. Patyczkowate nóżki polskich blogerek modowych większość amerykańskich facetów uznałaby za żałosne i niekobiece. W Polsce popularność sportu dopiero się rodzi; gdy dorastałam wśród intelektualistów w późnych latach dziewięćdziesiątych bycie wysportowanym uważano za swego rodzaju ujmę na inteligencji. Dzisiaj znam biegających doktorów prawa i wygimnastykowane panie profesor.

Nie, nie wszyscy są w USA grubi. Klasa średnia, podobnie jak w Polsce, ma niezłą wiedzę dotyczącą racjonalnego żywienia i roli ćwiczeń. Dzieciaki – wszystkie, a nie tylko te, które mają do tego talent, którego nie da się ukryć – uprawiają różne dyscypliny sportu. Oczywiście zdarzają się odchylenia, ludzie z dużą otyłością i chorobliwie wychudzeni, ale stawiałabym, że osiemdziesiąt procent tej grupy albo ma bmi w normie albo ma jedynie lekką nadwagę. Otyli bywają – nie: są! – częściej ludzie biedni. Nie tylko dlatego, że kiepskie jedzenie jest tanie, ale też dlatego, że często ludzie jedzą by zaspokoić jakieś inne potrzeby; stres, depresję czy biedę łatwiej odreagować jedząc lody albo popkorn niż jedząc selera naciowego.

Możecie narzekać, że moje obserwacje się zbyt wiarygodne, bo mieszkam w miasteczku uniwersyteckim, gdzie większość mieszkańców to studenci (sport i dobra przemiana materii), profesorowie i ich żony (z reguły z fiołem na punkcie odżywiania i dużą pensją) oraz personel pomocniczy pracujący dla uniwersytetu (laboranci, admini etc – na ogół z wyższym wykształceniem). Kiedyś znalazłam się jednak w kościele w mieście Columbia w stanie Karolina Południowa. Była to normalna niedzielna msza i kościół był wypełniony po brzegi. W kościele, o dziwo, większość ludzi wyglądała całkiem normalnie. Rodziny z dziećmi, seniorzy, młodzież – nie zobaczyłam ani jednej otyłej osoby. Karolina Południowa i w ogóle południe to zagłębie niezdrowego jedzenia; ludzie są tu w stanie wszystko, nawet masło, usmażyć w głębokim oleju. Ale widocznie znają umiar… Jeśli kościół to nie jest dostatecznie losowa próbka, dodam, że nie widziałam za wielu otyłych osób ani na ulicach ani w restauracjach.

Za to kiedy wracam do Polski, mam wrażenie że otyłych przybywa z każdym przyjazdem. Najbardziej żal mi przekarmionych, grubych dzieci, bo wiem z własnego doświadczenia jak ciężko z tego zaklętego kręgu wyjść i jakiej siły to wymaga.

Ktoś napisał w komentarzu do artykułu, że w czy, kuchnia Amerykańska jest gorsza od polskiej? Amerykanie mają swoje steki – kotlet z dobrej wołowiny smażony na suchej patelki lub grillu bez przypraw i dodatków, Polacy swoje schabowe – wieprzowy, posolony kotlet w grubej panierce z bułki tartej smażony w głębokim tłuszczu. Oni – hamburgery (jak pisałam, samo mięso, bez soli), my – kotlety mielone, w których ważnym składnikiem jest rozmoczona bułka i smażona cebula. No właśnie polska kuchnia wcale nie jest lepsza. Amerykanie są po prostu bogatsi.

Wiele polskich potraw wywodzących się z tradycji chłopskiej i robotniczej to kreatywne połączenia tłuszczu i mąki. Mięso było składnikiem drogim i trudnodostępnym, więc, jeśli ktoś pracował fizycznie, trzeba było nieźle nakombinować, żeby zjeść dużą ilość kalorii w niewielkim objętościowo posiłku. Te wszystkie kluski, łazanki, naleśniki, smażone placki… normalnie samo zdrowie. Idea żywienia się chudym mięsem i żarciem dla królików (czyli warzywami) jest stosunkowo nowa i moim zdaniem w USA przebiła się do świadomości społecznej dużo wcześniej (przynajmniej wśród bardziej wykształconych osób) niż w Polsce.

Dodam na koniec, że pani Żychlińska zdaje się gardzić grubasami, bo zapewne jako dietetyczka posiadła „wiedzę tajemną” na temat jedzenia. Owszem, dziewczyny w jej wieku nie są tutaj w USA takimi chucherkami jak jej równolatki w Polsce, ale chucherko nie jest też ani okazem zdrowia ani atrakcyjności.

Advertisements

6 thoughts on “Raport z ulicy Postępu: niezdrowe amerykańskie jedzenie.

  1. Kilka uwag:
    1) Kiedy byłam w USA (rok 1988, 1992 i 2004, za każdym razem w innym stanie), za każdym razem był to rok, gdy praktycznie nie jadłam chleba – tak trudno było dostać pieczywo, które odpowiadałoby moim gustom, czyli nie „nadmuchane” polepszaczami. Nawet „razowy” chleb z piekarni nie smakował tak jak powinien.
    2) Kuchnia amerykańska być może nie jest aż tak niezdrowa, jak się ją maluje, ale spotkałam się z takimi nawykami żywieniowymi, które sprawiłyby, że Polak złapałby się za głowę.
    Amerykańskie śniadanie to częstokroć lurowata kawa + lukrowany doughnut, ewentualnie śniadanie w typie angielskim, bazujące na smażeninie. Wariant dla dzieci – wściekle słodki breakfast cereal, czekoladowy albo farbowany na wszystkie kolory tęczy (np. Fruit Loops), z odrobiną mleka. Powszechnym a mocno niezdrowym przyzwyczajeniem jest picie dużych ilości słodkich napojów gazowanych, które częściowo są odpowiedzialne za epidemię otyłości. A napój Kool-Aid, czyli sama chemia w proszku, w różnych smakach?
    3) Różnego rodzaju gotowe potrawy – z proszku, z puszki, frozen dinners do odgrzania w mikrofali – były w USA popularne już w latach 60., więc całkiem sporo ludzi… nie umie gotować, nie wyniosło z domu tradycji gotowania „from scratch”, tylko żywią się tymi gotowcami.
    4) „Wzbogacanie” jedzenia barwnikami i konserwantami jest – mam wrażenie – znacznie powszechniejsze niż w Europie (należę do osób, które wczytują się w etykietki na produktach spożywczych, i pamiętam, jak ciężko w USA dostać np. ogórki konserwowe, które nie zawierają „yellow no. 5” czyli tartrazyny; były na dziale żywności ekologicznej, kosztowały 2x drożej niż te zwykłe, a w Polsce w pierwszym lepszym osiedlowym sklepie mam do wyboru niefarbowane ogórki z pięciu firm…)
    5) Statystyka mimo wszystko mówi, że w USA więcej jest ludzi otyłych, niż w jakimkolwiek kraju europejskim. Szczególnie dużym problemem są osoby monstrualnie otyłe, ważące po 250, 300 kg i więcej – stanowią olbrzymie obciążenie dla systemu opieki zdrowotnej. Nie spotkasz ich na ulicy ani w kościele, bo siedzą w domach, ewentualnie jadą autem do supermarketu, po którym poruszają się na elektrycznym wózku.
    Oczywiście, że lepiej wykształceni Amerykanie odżywiają się zdrowo i uprawiają sport. ALE! Masa paskudnych przyzwyczajeń rozlazła się na resztę świata z USA – wspomniane już słodkie napoje gazowane, „movie popcorn” czyli chrupanie chipsów i prażonej kukurydzy w kinie, żywność wysokoprzetworzona naładowana barwnikami i inną chemią… W ramach anegdoty – w roku 1988, przyjeżdżając do USA z krainy komunistycznej biedy i kolejek w sklepach, rodzice i ja wcale nie zachwyciliśmy się obfitością wszystkiego, wprost przeciwnie. Chleb niedobry, mleko z kanisterka paskudne i śmierdzące plastikiem, kaszy nie ma, buraków nie ma, kalarepki nie ma, kapusty kiszonej nie ma… lipa 😉 (teraz te wszystkie produkty można już kupić w lepszych supermarketach, wtedy nie).
    A – polemizowałabym, czy polska chłopska kuchnia to bardziej kotlet mielony i kluski śląskie, czy raczej kasza gryczana ze zsiadłym mlekiem, barszcz bądź żurek z kartoflami, kiszona kapusta, razowy chleb i ruskie pierogi ze śmietaną 😉 Ale ja z Lublina jestem 😉

    • 1) Co do chleba, to każdy naród (i tradycja) ma pod tym względem inne gusta. Mieszkałam przez jakiś czas we Włoszech i tam też nie było tego, co rozumiałam przez chleb: były za to bułkowate twory, które wyglądały bardzo ładnie, ale smakowały jak wata i miały zerową zawartość błonnika; Polska jest drugim na świecie producentem żyta (drugim po Rosji oczywiście) a ciasta z żytniej razowej mąki nie da się zmusić do rośnięcia samymi drożdżami – musisz mieć zakwas i trzeba długiej, dwunastogodzinnej fermentacji. Zanim zorientowałam się, że chleb w za dużych ilościach mi szkodzi, piekłam sama chleb na zakwasie. Zakwas wyhodowałam też sama. Co ciekawe, zakwas przywiozłam mojej Mamie w Polsce, bo jakość pieczywa też poszła w dół na łeb na szyję … trudno dostać chleb, jaki pamiętam z dzieciństwa, chyba, że w Piotrze i Pawle albo Almie za 10 zł/bochenek. Mama mąkę kupuje w małym eko-młynie pod Nowym Sączem i piecze chleb w domu. Rodzice też należą do tych, którzy konserwantów nie lubią 🙂
      Nie każdy chleb w USA jest pełen konserwantów i niedobry; najbardziej popularne firmy produkują watowane paskudztwo, ale jak się dobrze rozejrzysz, znajdziesz chleby (nawet w Walmarcie), owszem, o fakturze tostowego, ale bez konserwantów i polepszaczy, i będzie to droższe, ale raczej minimalnie.
      2) Nie wiem co takiego przerażającego w śniadaniu składającym się z pączka i kawy (mój ex-promotor, w USA od 30 lat z okładem, twierdził, że jakość kawy mocno się poprawiła przez ten czas); pączek ma 200-320 kalorii i jeśli za 3h następuje pora lunchu, to nie jest to taki głupi pomysł (porządne śniadanie ma koło 500). A tak w ogóle niezdrowe, słodkie jedzenie lepiej jeść na śniadanie, kiedy metabolizm jest rozkręcony, niż na podwieczorek. Słodkie śniadania (rogalik i kawa) jedzą też Francuzi; sama całe dzieciństwo mieszkałam nad piekarnią i codziennie jadłam na śniadanie drożdżówkę (popijając mocną herbatą yunnan) 🙂 Mnie raczej przeraża jedzenie na śniadanie jogurtu z płatkami albo chleba z sałatą, papryką czy pomidorem (mdłości na cały dzień gwarantowane). Węglowodany proste i tłuszcz bez dodatków (czyli pączek) szybko się trawią i dobrze budzą.
      Smażelina – kiełbaski, jajka, wiórki ziemniaczane, bekon – to raczej wersja odświętna, bo kto normalny ma czas przygotowywać takie coś na codzień? W PL też jemy czasem jajecznicę albo naleśniki…
      Słodkie płatki dla dzieci też zrobiły się popularne w PL. Tutaj płatki jedzą też dorośli (USA to naród mlekopijów) i bardzo, ale to bardzo popularna jest owsianka, także ta niedosładzana.
      4) Konserwanty (z przewagą benzoesanu sodu i sorbinianu potasu) królują również na Polskich stołach, i to od lat 90. TO prawda, że z ogórkami jest w USA problem, ale znalazła się jedna normalna firma (do dostania w Walmarcie), która wypuściła ogórki bez syfu (cena 3.19 za słoik) – jednak dużo ludzi czyta etykietki. Nic dziwnego, że w polskim osiedlowym sklepie są ogórki w pięciu odmianach – w końcu to ważny skłądnik polskiej diety. Tu w każdym sklepie dostaniesz ze 20 odmian bekonu 🙂
      5) USA goni pod tym względem Wielka Brytania (i jeśli wziąć pod uwagę tylko mężczyzn, również Niemcy). I to o jakieś może z 3%.
      6) Słodkie napoje są wszędzie, przecież pamiętam z dzieciństwa te „pyszne” oranżady, których Mama nie chciała kupować: woda, cukier, benzoesan sodu, sztuczny barwnik i sztuczny aromat. W Polsce chyba społeczeństwo chroni przed ich nadużywaniem cena. Tutaj za 2 dolary kupisz dwulitrową butlę, i to „prawdziwej” Fanty. No i czipsy. W USA chociaż dostaniesz takie bez tłuszczów trans. Popkorn nie jest taki zły jak się wydaje (o ile nie dodajesz łyżki masła na każde ziarenko kukurydzy) – ma sporą zawartość białka.
      Odpowiem też anegdotą: w Polsce większość kaszy gryczanej pochodzi z Grecji. Kasza była zmorą mojego dzieciństwa; nienawidziłam piątkowych obiadów, które składały się z kaszy, ogórków ze śmietaną i jajka. W brudnym międzynarodowym sklepie kupiłam w USA kasze importowaną z Rosji i zdziwiłam się, że kasza może być taka dobra 🙂
      Pisząc o kuchni chłopskiej miałam na myśli jej odmianę chłopsko-robotniczą. Chyba nie powiesz, że okraszanie wszystkiego skwarkami i podsmazaną cebulą, zasmażana kiszona kapusta, grochówka na wędzonych kościach z pływającymi okami tłuszczu, gęsty od kaszy i tłuszczu krupnik, wiejskie zsiadłe mleko z wmieszaną w nie śmietaną, bliny i naleśniki z masłem to są dania dietetyczne 😀

  2. Mój osobisty problem, gdy chodzi o lurowatą kawę i pączka, to że nie jestem w stanie przełknąć ani jednego, ani drugiego, nie lubię pączków i nie mogę pić kawy 🙂 a poza tym to strasznie słodko i strasznie mało jedzenia, „nic konkretnego” jak mawiało się u mnie w domu.

    Smażelinę na śniadanie niektórzy Amerykanie, z tego co się orientuję, jadają w miejscach typu McDonalds (ci, którzy chętnie jedzą w biegu, na mieście). Dużo fast-foodów ma ofertę śniadaniową i zwykle jest to oferta niezbyt zdrowa. BTW gdzieś wyczytałam jako ciekawostkę, że w amerykańskiej armii często serwowanym daniem śniadaniowym są „hash browns” czyli rodzaj placków ziemniaczanych…

    Chleb o fakturze tostowego – no właśnie ta faktura jest problemem… Kwestia preferencji, wolę już jeść kaszę albo płatki owsiane, jeśli nie ma takiego chleba, jaki lubię. Na Twój chleb na zakwasie wprosiłabym się z chęcią 🙂 Tak, w Polsce teraz nie ma takiego chleba, jaki pamiętam z dzieciństwa – piętki z takiego chleba uwielbiałam bardziej niż cokolwiek innego – podobny (ale nie taki sam) jadłam w Niemczech, kosztował ok. 4 euro za bochen. W tym osiedlowym sklepie, w którym kupuję ogórki konserwowe, są dobre razowe chleby z lokalnej piekarni, po 3 zł coś tam za bochenek ważący bodajże 400 g.

    Że słodkie i konkretne rzeczy najlepiej jeść na śniadanie jeśli już, to wiem, też tak robiłam latami (niska glukoza po przebudzeniu – rano jestem zawsze wściekle głodna, moje śniadania spokojnie mają z 800-900 kcal, a jestem niedużą osobą z BMI ok. 18), chociaż staram się z tego nawyku leczyć (jako 19-latka potrafiłam 60% dziennej dawki kalorii zeżreć na śniadanie w postaci płatków kukurydzianych, jogurtu owocowego, serka, bananów i chleba z żółtym serem – to zdecydowanie nie był dobry pomysł, mimo że same produkty są zdrowe.)

    Tak, Wielka Brytania goni USA, gdy chodzi o statystyki otyłości, w dużej mierze chyba dlatego, że część populacji ma podobne nawyki żywieniowe. Take-aways oraz słodkie napoje gazowane przynajmniej częściowo odpowiadają za tę sytuację.

    Dieta robotniczo-chłopska z dużą ilością smalcu i skwarek jest oczywiście paskudna, ale nie identyfikowałabym jej z polską tradycją żywieniową, która jest znacznie bogatsza. A kiedy wszystkie wspomniane dania odchudzimy z tłuszczu, nagle okaże się, że są fajne i nietuczące! Kiszona kapusta na ciepło niezasmażana, krupnik na wywarze z warzyw, zsiadłe mleko – mniam. Poczciwe ziemniaki też przestają być samym złem, jeśli się ich nie będzie smażyć ani polewać jakąś dziką ilością tłuszczu.

    Będę stać na stanowisku, że parę niezdrowych przyzwyczajeń mimo wszystko przyszło do Polski z Zachodu – zresztą to chyba widzimy obie. Spadła popularność „domowego” jedzenia na rzecz wysoko przetworzonej żywności, która kiedyś po prostu nie była u nas dostępna, upowszechniły się najrozmaitsze słodycze, chrupki i gazowane napoje. Efekty już widać, polska młodzież szkolna jest teraz wyraźnie grubsza niż w latach 80.

  3. Nie moge uwierzyc w to co autorka pisze. Mieszkam w Stanach od 14 lat (w Illinois a od roku w Texasie) i do dzis nie moge przyzwyczic sie do amerykanskiego jedzenia szczegolnie do produktow, z ktorych potrawy sa robione. Bylam trzy miesiace na wakacjach w Polsce i musze przyznac, ze pod wzgledem jedzenia byl to Raj na ziemi. Teraz po powrocie bardzo trudno mi jest przyzwyczaic sie z powrotem do kuchni amerykanskiej, szczegolnie ilosci cukru w napojach, chleba, jakosci tutejszych wypiekow, szynki itd.

  4. Ten artykuł jest beznadziejny
    Najwiecej nowotworów na ziemi jest w stanach zjednoczonych
    Gdy tu przyjechałem 15 lat temu ważyłem 80 kg teraz wazę 60. Jedzenie pełne cukru i hormonów
    A te tacki z ” restauracji” są tak tandetne jak ten ten styropian
    Szkoda czytać tych bzdur

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s