Joanna Bator, „Chmurdalia”

“Chmurdalia” to kontynuacja „Piaskowej góry”, ale równie dobrze można ją czytać jako osobną książkę. Mam wrażenie, że ta druga część jest od pierwszej dojrzalsza, i literacko, i konceptualnie, i zwyczajnie ciekawsza.

„Chmurdalia” zaczyna się, gdy Dominika budzi się ze śpiączki, w którą zapadła po wypadku, i powoli odzyskuje sprawność fizyczną. Coś jednak zmieniło się w Dominice, w jej postrzeganiu świata, i zamiast wrócić do Wałbrzycha z niemieckiego szpitala, gdzie uratowano jej życie, wyrusza w bezcelową włóczęgę po świecie. Autorka opisuje książkę jako rodzaj „odwrotnej Odysei”, gdzie Odys, miast wracać do domu, zwiedzając przy okazji kawał świata, z tego domu ucieka … i zwiedza kawał świata. Ale moim zdaniem to nie tak. Moim zdaniem „Chmurdalia” to normalna, nie – odwrotna, wersja Odysei. Dominika musi odnaleźć dom, ten dom, który nosi w sobie, utkany ze zdjęć, z ludzkich historii, z tajemnic przodków, dom, których kryje własną tożsamość i nie jest to łatwa sprawa. Niczym zwodniczy śpiew syren, przywołuje Dominikę jej matka Jadzia, ze swoim wyczyszczonym na glanc mieszkaniem i uporządkowanym światem pachnącym domestosem i domowym jedzeniem.

Ponadto, wyprawa Dominiki, choć z pozoru wydaje się niezwykła, opisuje w jakiś sposób doświadczenie jej pokolenia. Rówieśnicy Dominiki nie mogli powtórzyć losu rodziców (bo kopalnie zamknięto, komunizm upadł, a wraz z nim mit o roli proletariatu) ani dziadków (bo ci często całe życie przepracowali na roli, uprawiając małe poletka i głodując na przednówku – któż chciałby takiego losu?) a do tego otwarto granice, a za granicami objawił się świat kolorowy, bogaty i ciekawy. Trudno się dziwić, że rówieśnicy Dominiki, wychowani w biednych latach osiemdziesiątych, na szarym osiedlu z wielkiej płyty, w homogenicznym środowisku, bez większych perspektyw na przyszłość, czują się w tym dorosłym, przesyconym różnorodnością świecie zagubieni i przytłoczeni. Co więcej, losy Jadź-matek dzieci transformacji są czasem komiczne w swojej typowości.

Książka składa się z historii, historie są jak nici, często się plączą, supłają, zazębiają. Bardzo podobała mi się konstrukcja, gdzie bohaterowie, pozornie nie mający ze sobą nic wspólnego, jak żydowski przedsiębiorca z Brooklynu, czarna dziewczyna, i służąca spod Częstochowy, okazują się związani nie tylko teraźniejszością, ale i przeszłością. To podkreśla, że po pierwsze, ten różnorodny świat jest mały i powiązany, a po drugie, jak bardzo nasze losy wpływają na losy innych ludzi. Wątki splątują się naprawdę mocno wokół zgrabnego, nieco tragikomicznego motywu nocnika Napoleona, który, najpierw użyty w celu do tego przeznaczonym, potem traktowany jak skarb i trzymany pod kluczem, trafia w końcu na parapet pewnego nowojorskiego mieszkania by pełnić w nim rolę doniczki na paprotkę.
Moją ulubioną postacią jest w książce Grażynka. Kobiety z osiedla Piaskowa Góra potępiają ją za rozwiązłość, i jednocześnie zazdroszczą; Grażynka ostatecznie zostaje żoną niemieckiego hodowcy trzody chlewnej i radzi sobie lepiej, niż jakakolwiek sąsiadka z bloku mogła sobie to wyobrazić. Jest w Grażynce, kierującej się własnym instynktem, uczuciami i dobrym sercem coś bardzo pierwotnego, jakiś rodzaj kobiecości samowładnej, kobiecości, która może istnieć równie dobrze bez męskości, kobiecości nieobciążonej winą, opiniami innych i oczekiwaniami społecznymi. Może dlatego Grażynka jest w stanie kochać własne dzieci ani za bardzo, ani za mało i pozwolić im odejść, kiedy są gotowe?

Jakby dla kontrastu, Jadzia, mama Dominiki, po zniknięciu córki nie może sobie znaleźć miejsca. W pewnym sensie „Chmurdalia” opisuje też wędrówkę, jaką musi przejść Jadzia, by na nowo zdefiniować to, kim jest, po tym jak umarła jej mama, mąż i teściowa a Dominika wyprowadziła się z domu. Scena, kiedy nieśmiała dotąd Jadzia broni honoru swojej córki fiksum-dyrdum przed matką księdza Adama przy pomocy torebki i pięści, jest prześmieszna, ale i symboliczna – w tej scenie Jadzia odkrywa własną siłę, godzi się z własną tożsamością i przyjmuje do wiadomości, że Dominika nie będzie miała wielkiego ślubu w Częstochowie, ani męża bogatego niemieckiego przedsiębiorcy, ale co z tego. Jadzia zaprzyjaźnia się w końcu z byłym sąsiadem gejem, starszym, kulturalnym panem, i jest to układ idealny: sąsiad poszukuje domu, ciepła rodziny, w którym mógłby się ukryć i ogrzać, a Jadzia kogoś, komu mogłaby dać dom i dla kogo mogłaby gotować, piec i robić przetwory. Ta zrekonstruowana rodzina-nie rodzina jest tym, co ma i na razie nie będzie mieć niczego innego. To też w sumie bardzo symboliczne dla rodziców pokolenia Dominiki: dzieci wyjeżdżają w świat, podróżują, zdobywają wykształcenie, poślubiają obcokrajowców, dokonują nietypowych wyborów, a rodzice muszą przedefiniować pojęcie rodziny.

Może to głupie porównanie, ale książka jest jak kapusta. Ma warstwy, ludzkie dramaty i historie czasem pokrywają się, a czasem nie, by w końcu, po usunięciu wszystkich liści, odsłonić trzpień-głąb, twarde jądro wszystkich historii, Dominikę poszukującą swojej nierealnej Chmurdalii, Jadzię stacjonarną i zakorzenioną, i samo-definiującą się Grażynkę.

Moim zdaniem lepsze od „Piaskowej góry”.

Reklamy

Joanna Bator, „Piaskowa góra”

Piaskowa Góra, Joanna Bator

Niektóre książki są jak lepka, brzydka przyjemność, jak takie, powiedzmy, jedzenie słodyczy w środku nocy, czytanie gazet o polityce w ubikacji albo przeglądanie głupich serwisów w internecie, które śmieszą, choć nie powinny.

Grzeszne przyjemności mają to do siebie, że przede wszystkim są przyjemne. I taka jest właśnie książka Joanny Bator, przyjemna, od razu wciąga i dobrze się ją czyta. Czytelnik wraz z pisarzem tapla się w losach bohaterów, z których każdy jest na swój sposób – wybaczcie słownictwo – chujem, z jakimś osobliwym umiłowaniem dla brzydoty i głupoty poznaje brud ich codzienności, ich przyziemnych i kiczowatych marzeń, ich prymitywizmu, i przynajmniej przez pierwszą część książki, żadna postać nie jest pozytywna. Joannie Bator trzeba oddać, że stara się obserwować swoich bohaterów i przynajmniej trochę zrozumieć kim są i skąd się wzięli. W książce, co ciekawe, nie ma dialogów, strumień tekstu jednolitego i bryłowatego płynie czasem bardziej wartko, czasem dość pokracznie, jakkolwiek po pięćdziesięciu stronach czytelnik zna już całą rodzinę Chmurów z jej przeszłością i aspiracjami na przyszłość.

Może łatwo się w tym świecie odnaleźć, bo chyba każdy, kto wychował się w Polsce, kto urodził się w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych pamięta tę wspólnotę losu, gdzie wszyscy – inteligenci i robotnicy, biedni i bogaci, choć bogatych prawie nie było – marzyli o tym samym, kupowali to samo i tak samo urządzali mieszkania wstawiając meblościankę i niski niepraktyczny stół-ławę. W książce pełno jest zresztą szczegółów, tej drobnej, zapomnianej codzienności: Jadzia marzy o fototapecie i o ubraniach z niemieckiego katalogu „Otto”, robi sobie modne w latach osiemdziesiątych fryzury i makijaże, które dziś wzbudziłyby co najwyżej uśmiech politowania, ogląda „niewolnicę Isaurę” i ubiera się w stylu na dziunię, w lila-róż. Mam zresztą wrażenie, że autorka trochę naśmiewa się z Jadzi, pokazując jej Cholonkowaty świat, ale nie z właściwym u Janosha humorem, ale raczej z rodzajem obrzydzenia, albo obrzydzeniem wymieszanym z fascynacją. Jadzia ma małe marzenia i uprzedzona jest do wszystkiego, co obce, co dziwne, co inne, co nie pasuje, do obcokrajowców, do homoniewiadomo, do dziwnych wyborów własnej córki, do innych religii. Mam wrażenie, że w tej postaci autorka postanowiła skupić wszystko to, czego nienawidzi w Polsce małomiasteczkowej i prowincjonalnej, obserwując ją z dokładnością zoologa. Jadzia zresztą osadzona została pośród innych „Jadź”, z równie zapaskudzonymi sumieniami, skłonnością do plotkarstwa i brakiem akceptacji dla tego, co inne, i ten opis małej społeczności z Wałbrzyskiego osiedla wyszedł pani Bator wiarygodny. Ten brzydki świat kisi się we własnym sosie (a sos czasem fermentuje lub pleśnieje) i istnieje na mocy własnych praw; ludzie żyją w nim albo biologią, albo przyziemną codziennością, a aspiracje wyższe niż technikum górnicze albo zawodówka fryzjerska wydają się podejrzane. Dzieci mają za zadanie powtórzyć los rodziców, i tylko czasem coś lub ktoś stanie na drodze. Problem w tym, że w miarę upływu stron prosty świat Jadzi, żony górnika, i drobnej urzędniczki, powoli przestaje być porządny, bo i jej pochodzenie, i pochodzenie jej męża okazuje się raczej niestandardowe. Nijak nie da się uniknąć wpływu historii najnowszej, która pokomplikowała życie chyba każdej rodzinie, i choć ludzie skoszarowani w blokach komunistycznego osiedla „Piaskowa Góra” wydają się bardzo podobni, wielu może opowiadać tragiczne historie o tym, jak przesiedlono ich z Kresów albo o obozach, okrutnych SSmanach i pomordowanych Żydach, których twarzy nie da się zapomnieć. I chociaż Jadzia chce wierzyć, że to wszystko to przeszłość, historia, że ominęło jej rodzinę, i istnieje tylko to co tu i teraz, fototapeta z wodospadem i nowa wersalka, historia nijak nie chce ominąć jej.

Jedną sprawą, która mnie w książce drażniła jest brak rozróżnienia autorki między prostotą a prymitywizmem. W zasadzie wszyscy bohaterowie książki są prymitywni; tymczasem brak wykształcenia nie oznacza, że ktoś pozbawiony jest sumienia, wrażliwości na piękno czy odruchów dobra. W sumie ciekawym tematem na książkę o współczesnej Polsce byłoby uczynienie bohaterami ludzi, którzy skończyli studia, ale pozostali tak samo prymitywni jak środowisko, z którego wyszli. Zamiast pracować w kopalni, Stefan pracowałby w banku i sprzedawał ludziom produkty bankowe w postaci kredytów we frankach na czterdzieści lat, zamiast schabowych z kartoflami jadłby sushi i pił kawę ze Starbucksa, i zamiast wczasów górniczych zabierałby rodzinę do Egiptu albo Tunezji; ale nadal ulubioną rozrywką (poza gapieniem się w sześćdziesięciocalowy telewizor) byłoby picie dużych ilości alkoholu, dupczenie żony bądź konkubiny w rytmie i stylu pornosa, i zazdroszczenie sąsiadom stanu ich posiadania, a w szczególności nowego samochodu.

W tym prymitywnym środowisku wyrasta, niczym ziele na kraterze, Dominika, która nijak do niego nie pasuje, podobnie zresztą, jak jej koleżanka o lesbijskich skłonnościach i kolega-Grek, i ten opis przynależności i jednocześnie braku przynależności jest fascynujący. Nie pasuje również Grażynka, piękna i hojnie szafująca swoimi wdziękami, chcąca pocieszyć cały świat, a w szczególności smutnych i samotnych facetów.

Dobry jest opis egzaltowanej pobożności Jadzi, bardzo powierzchownej, potrzebnej chyba jedynie, by wyznaczać granicę między tym, co swoje, a tym co obce (w tym „kocimi wiarami”). Jadzia jakoś nie widzi związku między uniesieniami w kościele i zapachem kadzidła, a poddawaniem się skrobankom. Zresztą w świecie Piaskowej Góry niechciane owoce miłości albo zrywów chuci usuwa się za dodatkową opłatą w gabinecie doktora, i nikt nie musi o tym wiedzieć. W świecie rządzonym biologią ksiądz może sobie mówić z ambony co mu się podoba, ale, jak twierdzi praktyczna Jadzia, co on tam wie o życiu?

Mam w swojej rodzinie, i chyba ma każdy, zarówno Jadzie, jak i przedsiębiorczych wujków Kazimierzy, którzy na wszystkim są w stanie zrobić interes i poznałam też kilka Grażynek i ze dwie Dominiki. Jako portret Polski prowincjonalnej, Polski zwykłej, Polski aspirującej, tej Polski, o której nikt nie mówi w telewizji, bo ani to szczególna patologia, ani to jednostki szczególnie się wyróżniające, książka wyszła udana, choć lekceważąco-kpiący stosunek do bohaterów może czasem trochę razić. Denerwowało mnie też to, że za książkę porządnie nie zabrał się redaktor. Niektóre zdania, płynące wartko, pospiesznie, mają tak dziwny szyk, że zmuszają do zatrzymania się i przeczytania ich trzy razy, by w ogóle zrozumieć, o co autorce chodzi. Jeśli domorosła redaktorka Kasia widzi takie rzeczy, to tym bardziej powinien je wyłapać ktoś, kto redakcją zajmuje się zawodowo.

Książka pełna jest celnych obserwacji rzeczywistości i to jest też cieszy; Joanna Bator wywleka na światło dzienne te wszystkie drobne wstydliwe sprawy, którymi ludzie potrafią się przejmować, ba, nawet nimi żyć, ale mało kto się przyznaje. Brakowało mi trochę zestawienia Piaskowej Góry i jej klimatu z czymś jednoznacznie szlachetnym i czystym; chyba jedyna taka postać to nauczyciel matematyki, który dostrzega talent w Dominice, i ratuje ją od zawodówki krawieckiej, internowany i wydalony z uniwersytetu dysydent, człowiek, który w nauczaniu widzi misję.

Podsumowując, bo czemu nie, brzydka przyjemność okazała się warta poświęconego jej czasu.