Joanna Bator, „Piaskowa góra”

Piaskowa Góra, Joanna Bator

Niektóre książki są jak lepka, brzydka przyjemność, jak takie, powiedzmy, jedzenie słodyczy w środku nocy, czytanie gazet o polityce w ubikacji albo przeglądanie głupich serwisów w internecie, które śmieszą, choć nie powinny.

Grzeszne przyjemności mają to do siebie, że przede wszystkim są przyjemne. I taka jest właśnie książka Joanny Bator, przyjemna, od razu wciąga i dobrze się ją czyta. Czytelnik wraz z pisarzem tapla się w losach bohaterów, z których każdy jest na swój sposób – wybaczcie słownictwo – chujem, z jakimś osobliwym umiłowaniem dla brzydoty i głupoty poznaje brud ich codzienności, ich przyziemnych i kiczowatych marzeń, ich prymitywizmu, i przynajmniej przez pierwszą część książki, żadna postać nie jest pozytywna. Joannie Bator trzeba oddać, że stara się obserwować swoich bohaterów i przynajmniej trochę zrozumieć kim są i skąd się wzięli. W książce, co ciekawe, nie ma dialogów, strumień tekstu jednolitego i bryłowatego płynie czasem bardziej wartko, czasem dość pokracznie, jakkolwiek po pięćdziesięciu stronach czytelnik zna już całą rodzinę Chmurów z jej przeszłością i aspiracjami na przyszłość.

Może łatwo się w tym świecie odnaleźć, bo chyba każdy, kto wychował się w Polsce, kto urodził się w latach siedemdziesiątych albo osiemdziesiątych pamięta tę wspólnotę losu, gdzie wszyscy – inteligenci i robotnicy, biedni i bogaci, choć bogatych prawie nie było – marzyli o tym samym, kupowali to samo i tak samo urządzali mieszkania wstawiając meblościankę i niski niepraktyczny stół-ławę. W książce pełno jest zresztą szczegółów, tej drobnej, zapomnianej codzienności: Jadzia marzy o fototapecie i o ubraniach z niemieckiego katalogu „Otto”, robi sobie modne w latach osiemdziesiątych fryzury i makijaże, które dziś wzbudziłyby co najwyżej uśmiech politowania, ogląda „niewolnicę Isaurę” i ubiera się w stylu na dziunię, w lila-róż. Mam zresztą wrażenie, że autorka trochę naśmiewa się z Jadzi, pokazując jej Cholonkowaty świat, ale nie z właściwym u Janosha humorem, ale raczej z rodzajem obrzydzenia, albo obrzydzeniem wymieszanym z fascynacją. Jadzia ma małe marzenia i uprzedzona jest do wszystkiego, co obce, co dziwne, co inne, co nie pasuje, do obcokrajowców, do homoniewiadomo, do dziwnych wyborów własnej córki, do innych religii. Mam wrażenie, że w tej postaci autorka postanowiła skupić wszystko to, czego nienawidzi w Polsce małomiasteczkowej i prowincjonalnej, obserwując ją z dokładnością zoologa. Jadzia zresztą osadzona została pośród innych „Jadź”, z równie zapaskudzonymi sumieniami, skłonnością do plotkarstwa i brakiem akceptacji dla tego, co inne, i ten opis małej społeczności z Wałbrzyskiego osiedla wyszedł pani Bator wiarygodny. Ten brzydki świat kisi się we własnym sosie (a sos czasem fermentuje lub pleśnieje) i istnieje na mocy własnych praw; ludzie żyją w nim albo biologią, albo przyziemną codziennością, a aspiracje wyższe niż technikum górnicze albo zawodówka fryzjerska wydają się podejrzane. Dzieci mają za zadanie powtórzyć los rodziców, i tylko czasem coś lub ktoś stanie na drodze. Problem w tym, że w miarę upływu stron prosty świat Jadzi, żony górnika, i drobnej urzędniczki, powoli przestaje być porządny, bo i jej pochodzenie, i pochodzenie jej męża okazuje się raczej niestandardowe. Nijak nie da się uniknąć wpływu historii najnowszej, która pokomplikowała życie chyba każdej rodzinie, i choć ludzie skoszarowani w blokach komunistycznego osiedla „Piaskowa Góra” wydają się bardzo podobni, wielu może opowiadać tragiczne historie o tym, jak przesiedlono ich z Kresów albo o obozach, okrutnych SSmanach i pomordowanych Żydach, których twarzy nie da się zapomnieć. I chociaż Jadzia chce wierzyć, że to wszystko to przeszłość, historia, że ominęło jej rodzinę, i istnieje tylko to co tu i teraz, fototapeta z wodospadem i nowa wersalka, historia nijak nie chce ominąć jej.

Jedną sprawą, która mnie w książce drażniła jest brak rozróżnienia autorki między prostotą a prymitywizmem. W zasadzie wszyscy bohaterowie książki są prymitywni; tymczasem brak wykształcenia nie oznacza, że ktoś pozbawiony jest sumienia, wrażliwości na piękno czy odruchów dobra. W sumie ciekawym tematem na książkę o współczesnej Polsce byłoby uczynienie bohaterami ludzi, którzy skończyli studia, ale pozostali tak samo prymitywni jak środowisko, z którego wyszli. Zamiast pracować w kopalni, Stefan pracowałby w banku i sprzedawał ludziom produkty bankowe w postaci kredytów we frankach na czterdzieści lat, zamiast schabowych z kartoflami jadłby sushi i pił kawę ze Starbucksa, i zamiast wczasów górniczych zabierałby rodzinę do Egiptu albo Tunezji; ale nadal ulubioną rozrywką (poza gapieniem się w sześćdziesięciocalowy telewizor) byłoby picie dużych ilości alkoholu, dupczenie żony bądź konkubiny w rytmie i stylu pornosa, i zazdroszczenie sąsiadom stanu ich posiadania, a w szczególności nowego samochodu.

W tym prymitywnym środowisku wyrasta, niczym ziele na kraterze, Dominika, która nijak do niego nie pasuje, podobnie zresztą, jak jej koleżanka o lesbijskich skłonnościach i kolega-Grek, i ten opis przynależności i jednocześnie braku przynależności jest fascynujący. Nie pasuje również Grażynka, piękna i hojnie szafująca swoimi wdziękami, chcąca pocieszyć cały świat, a w szczególności smutnych i samotnych facetów.

Dobry jest opis egzaltowanej pobożności Jadzi, bardzo powierzchownej, potrzebnej chyba jedynie, by wyznaczać granicę między tym, co swoje, a tym co obce (w tym „kocimi wiarami”). Jadzia jakoś nie widzi związku między uniesieniami w kościele i zapachem kadzidła, a poddawaniem się skrobankom. Zresztą w świecie Piaskowej Góry niechciane owoce miłości albo zrywów chuci usuwa się za dodatkową opłatą w gabinecie doktora, i nikt nie musi o tym wiedzieć. W świecie rządzonym biologią ksiądz może sobie mówić z ambony co mu się podoba, ale, jak twierdzi praktyczna Jadzia, co on tam wie o życiu?

Mam w swojej rodzinie, i chyba ma każdy, zarówno Jadzie, jak i przedsiębiorczych wujków Kazimierzy, którzy na wszystkim są w stanie zrobić interes i poznałam też kilka Grażynek i ze dwie Dominiki. Jako portret Polski prowincjonalnej, Polski zwykłej, Polski aspirującej, tej Polski, o której nikt nie mówi w telewizji, bo ani to szczególna patologia, ani to jednostki szczególnie się wyróżniające, książka wyszła udana, choć lekceważąco-kpiący stosunek do bohaterów może czasem trochę razić. Denerwowało mnie też to, że za książkę porządnie nie zabrał się redaktor. Niektóre zdania, płynące wartko, pospiesznie, mają tak dziwny szyk, że zmuszają do zatrzymania się i przeczytania ich trzy razy, by w ogóle zrozumieć, o co autorce chodzi. Jeśli domorosła redaktorka Kasia widzi takie rzeczy, to tym bardziej powinien je wyłapać ktoś, kto redakcją zajmuje się zawodowo.

Książka pełna jest celnych obserwacji rzeczywistości i to jest też cieszy; Joanna Bator wywleka na światło dzienne te wszystkie drobne wstydliwe sprawy, którymi ludzie potrafią się przejmować, ba, nawet nimi żyć, ale mało kto się przyznaje. Brakowało mi trochę zestawienia Piaskowej Góry i jej klimatu z czymś jednoznacznie szlachetnym i czystym; chyba jedyna taka postać to nauczyciel matematyki, który dostrzega talent w Dominice, i ratuje ją od zawodówki krawieckiej, internowany i wydalony z uniwersytetu dysydent, człowiek, który w nauczaniu widzi misję.

Podsumowując, bo czemu nie, brzydka przyjemność okazała się warta poświęconego jej czasu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s