Michał Witkowski “Lubiewo” i Michał Witkowski „Drwal”

Kiedy skończyłam „Lubiewo”, stało się dla mnie oczywiste dlaczego książka ta otworzyła Witkowskiemu drogę do salonów a samo dziełko zostało uznane za „kultowe” (jak ja nie lubię tego słowa, ale, no cóż).

Zaletą „Lubiewa” jest to, że nie jest przegadane, ba, powiedziałabym, że jest wycyzelowane, oszczędne, pozbawione zbędnych słów, wątków i postaci. Powieść otwiera (przynajmniej komuś takiemu jak ja, wychowanemu w tak zwanym dobrym domu – gejów to ja widywałam chyba tylko pracując jako statystka w operze) nowy świat: świat pederastów z czasów przediternetowych, świat męskiego pożądania, świat ciot, pikiety, lujów, seksu w parkach i „drutowania”. Ten świat istnieje niejako obok głównonurtowego, a przynajmniej istniał kilkanaście lat temu. Gdy byłam dzieckiem, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, każdy wiedział, gdzie znajduje się w Poznaniu gejowski park i nieraz wracając po nocach pociągiem od babci mijaliśmy samochody z panami czekającymi na innych panów (w sumie wcale mnie nie dziwi, że w uporządkowanym Poznaniu nawet pikieta, to jest homoseksualny podryw, była świetnie zorganizowana). Witkowski odkrywa ten świat, wchodzi do mieszkań podstarzałych homoseksualistów, zagląda im do łazienek i garnków, opisuje go z całym jego bogactwem, z jego subkulturami, z jego zwyczajami, z jego brzydotą, biedą, teatralnością.
Książka składa się z porwanych historii różnych znanych polskich homoseksualistów. Są to głównie smutne historie starzejących się panów, którzy klepią biedę i nie mają rodzin, które by się nimi zajęły, w tym jednego, który zaraził się HIVem i po latach uprawiania przygodnego seksu śmierć wydaje mu się konceptem nierealnym. Niektóre historie są śmieszne, inne na swój sposób liryczne, jeszcze inne wypełnione tą specyficzną męsko-damską seksualnością, jeszcze inne mają w sobie jakąś zoologiczną dokładność opisu. Witkowski niczego nie idealizuje. Opisuje wizyty u lekarza, i odwieczne, krępujące pytanie „a zachowania ryzykowne były?”, relacjonuje pierwsze homoseksualne doświadczenia w obskurnym miejskim szalecie i odwiedza biedne mieszkanie Patrycji i Lukrecji. Luje, zapraszani do domu, najpierw biją i przypalają pedała… by potem go, na deser, zgwałcić.
Rewelacjom Witkowskiego daleko do broszur zachęcających do poparcia dla małżeństw homoseksualnych. Przesłanie książki to raczej: „hej, zobaczcie, jest taki świat, rządzi się takimi a takimi prawami, ten świat odchodzi w przeszłość ze względu na kapitalizm i popularność internetu, ale innego świata nie będzie”. Gdzieś w książce jeden gej mówi do drugiego, że „teraz to są kluby dla gejów i wszystko ma wymiar zabawy. Jakże to tak, bez grzechu, bez winy?” Żeby było ciekawiej stare cioty z książki Witkowskiego chodzą często do kościoła, niczym stare dewotki. Z jednej strony przebija się z „Lubiewa” tęsknota za zachodnią swobodą obyczajów („ach ci zachodni geje, ich penisy tłuste i syte”) a z drugiej, za czasami inwigilacji, zakazów, podrywu w ciemnych parkach, i krycia się z homoseksualizmem, jakby ten zakazany owoc miał większą wartość i był, paradoksalnie, normalniejszy.

Jeden recenzent z Gazety Wyborczej nazwał Lubiewo „przeraźliwie wulgarnym”. Niestety, nie ma w języku polskim słów, którymi można by opisać pederastię. Może dlatego, że sprawa przez lata odbywała się w ukryciu, zarówno to, o czym mówią stare cioty, jak i to jakiego używają języka wydaje się brzydkie, jakby używali do tego przekleństw. Sama nie nazwałabym „Lubiewa” wulgarnym. Może dlatego, że wyszło w 2007 roku, jezcze przed erą popularności Miley Cyrus gwałcącej na scenie nadmuchiwanego fiuta i nagiej Rihanny. Wulgarne jest przede wszystkim pożądanie rozbudzane sztucznie, natomiast „Lubiewo” opowiada historie o pożądaniu, którego panowie ze skłonnością do innych panów nie są w stanie utrzymać w ryzach, nawet za cenę własnego bezpieczeństwa, a bywa, że i życia. Może wydawać się to komiczno-tragiczne, dla niektórych nawet odpychające, ale na pewno nie wulgarne.

Ogólnie, „Lubiewo” jest po prostu dobrą książką.

***

Za to zawiodłam się na „Drwalu”. Akcja wlecze się niczym czas w Międzyzdrojach poza sezonem. Irytowały mnie (jak zwykle) szczegóły: w 1994 roku pani Doktorowa czeka na … smsa bawiąc się swoją komórką wielkości cegły, i kupuje do tej super komórki różne ciekawe etui. Podpowiadam autorowi, że smsy to wynalazek późniejszy. Za czasów analogowych cudów techniki Centertela do wysyłania smsów służyły pagery. I wybór etui też nie porażał. W jednym miejscu z soboty robi się pobiedziałek, za to bez przerwania ciągłości akcji. Lujowi szyją rany na pogotowiu po ponad sześciu godzinach od ich zadania, czego normalnie się nie robi. W opisie przybycia Krana promem nie zgadza się czas (Kran przybywa o piątej rano a potem robi się od razu wieczór, nie pamiętam dokładnie, ale coś tam zdrowo zgrzytało).

Książka ma świetne kawałki, takie jak opis związku pieniężno-miłosnego pani Doktorowej z Kranem, scena z wizytą u skąpej Stułbi, czy wszystko, co dotyczy luja Mariusza oraz postać miescowego watażki pana Kazimierza. Ale ma też książka kawałki nader kiepskie, i miejscami razi maniera językowa (w co drugim zdaniu czasownik na końcu, serio?), końcówka wyszła tandetna (rozwiązanie akcji w starym zamku, sala zdradzanych mężów, tandeta do sześcianu, naprawdę?), i na dokładkę rozwój wypadków nie zachęca do czytania.

Luj Mariusz, chociaż opisany fajnie i przemieniony w archetyp młodego, zdrowego chłopaka z polskiej prowincji, wielbiciela bluz nike’a, fajek, czipsów i piwa, wydaje się klonem Saszy z „Barbary Radziwłłówny”, jakkolwiek w „Drwalu” jest o wiele szaczegółowiej sportretowany.

Akcja rozgrywa się w zimowych Międzyzdrojach. Bohater, pisarz uciekający od warszawskiego chaosu, przyjeżdza do domku drwala, by tam odreagować i zacząć pisać kryminał. Ale ze spokojnego pobytu niespecjalnie coś wychodzi, bo ani drwal nie okazuje się takim do końca drwalem ani zimowe Międzyzdroje oazą spokoju, a mały domek w głuszy widział niejedną tajemnicę. Witkowski miał całkiem niezły pomysł na wątek kryminalny, ale wykonanie trochę kuleje. Moim zdaniem o wiele, wiele lepiej popisał się w „Zbrodniarzu i dziewczynie”. „Drwal” jest niezłym czytadłem, ale … niczym poza tym.

Reklamy

Michał Witkowski „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”

Jak już brnąć przez jakiegoś autora, to od razu hurtowo. No więc, póki co, robię to hurtowo.

Najpierw krótka ankieta: czy mi się podobało? Nie. I trochę tak. Ale głównie nie.

Opinie o książce to albo różne pseudopolonistyczne dyrdymały, za to w pięknym uczonym stylu Marii Janion, albo też „co za książka, same wulgaryzmy”. Mnie tam wulgaryzmy nie rażą i w książce nie występuje ich wcale tak znowu dużo. Wulgaryzmy mają swoją rolę w języku i pewnie nie należy ich używać ani publicznie ani też w rozmowach z szefem, jakkolwiek wylgaryzmy są takie plastyczne, cudownie emocjonalne i prymitywne, no i istnieją okoliczności, gdy zwyczajnie nie ma lepszych ani innych słów.

Książka nie posiada za bardzo fabuły, Składa się głównie ze strumienia świadomości, z gawędy bez chronologii, łądu i składu, potoku czystych emocji, czystego wkurwu, czystej satyry, warstw i warstw odwołań do tradycji, literatury i kultury, która tę tradycję stworzyła, do polskości i jej jądra, ukrytego chyba pod metaforyczną strzechą betonowego „kloca polskiego”.

Bohater, pan Hubert vel Barbara, właściciel małomiasteczkowego lombardu, lokalny ubogi mafiozo na dorobku, sprzedawca zapiekanek z przyczepy, dres w spodniach szwedach i flejersie, ale za to z wrażliwością i sposobem myślenia inteligenta po polonistyce, paser i gorliwy katolik wznoszący świętokradcze modły do Matki Boskiej, by zesłała raka na głównego konkurenta, jest postacią bardziej niespójną i nierzeczywistą od Wędrowycza. Zamysł autora był zdaje się taki, by rozliczyć się z latami dziewięćdziesiątymi, z epoką tragiczno-komiczną, gdy z fuzji kapitalizmu i socjalizmu powoli rodził się nasz własny, krajowy feudalizm. W polskim błocku z tęsknoty za słońcem i ciepłem wyrastają solaria w stylu Laguna (jakże doskonale współgra to z szarą krainą węglowego pyłu!) i drobni przedsiębiorcy dorabiają się na drobnych oszustwach a duzi – na dużych. Witkowski chciał uchwycić ducha tej epoki, ducha przemian, mentalność świeżo upieczonych „przedsiębiorców”, ale moim zdaniem uchwycił jakieś dwadzieścia procent a resztę sobie dopowiedział i powiedzmy szczerze, dopowiedział źle. Nie wiem, gdzie uchował się taki Witkowski w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale podejrzewam, że był grzecznym chłopczykiem z dobrego domu i grzecznie siedział w tym domu po szkole, odrabiał lekcje, chodził na angielski albo pianino i czytał mądre książki. Bo wyprodukować taką wizję mógł chyba tylko ktoś, kto wychował się pod kloszem, a życie i świat oglądał z zewnątrz, zza szyby, niby coś tam z niego rozumiejąc, głównie rozumowo, ale nie czując zapachów, smaków, niuansów, związku z innymi ludźmi i ich losami.

Żeby nie było, czytając książkę pokładałam się niejednokrotnie ze śmiechu. Te cudowne, barwne opisy, gdy pan Hubert sprzedaje zapiekanki z rozdeptanymi starymi pieczarkami i rozrzedzonym keczupem albo scena, gdy główny bohater przychodzi na spotkanie jakiejś organizaci typu Amway, która właśnie szuka pracowników i usiłuje używać technik rekrutacyjnych świeżo zza Oceanu, soczysty, mocny, bogaty aż do barokowości język, przerysowane postacie biurew z sanepidu, bezwstydnie grubych od konsumowania łapówek, zbieractwo i „zaradność” Huberta, który kolekcjonuje kubki dodawane do kawy i inne gadżety czynią książkę po prostu uroczą. Rewelacyjny jest też fragment książki, w którym Hubert udaje się na pielgrzymkę do Lichenia i po tym, jak zderzył się z sarną, brnie przez noc, a właściwie brnie przez polską mitologię, przez warstwy nie-warstwy historii i literatury, od Światowida do Mickiewicza, i spotyka na drodze różne absurdalne postaci, bezgłową Matkę Boską i wracający z koncertu zespół śpiewającyh pań. Okazuje się, że tym znienawidzonym przez licealistów językiem Reja i Skargi, językiem nowelek Konopnickiej i Prusa a nawet masochistycznym językiem Żeromskiego da się opowiedzieć bardzo współczesną historię, pełną rozedrganych emocji, ludzkiego brudu, małostek i popędów, i wcale nie brzmi to jak na bogoojczyźnianym przedstawieniu Barbary Wachowicz. Z drugiej strony, Witkowski kompletnie nie czuje polskiej ludowej, powszechnej pobożności. Ktoś podsumował książkę, że widać, że „Polacy wybierają sobie z religii co im się podoba”. Myślę, że może tak i jest w pewnych okolicznościach i w innych tradycyjnie katolickich czy jueochrześcijańskich krajach, ale w kraju buraka pobożność funkcjonuje raczej jako cykl zbiorowych ekstaz, które najpiew wznoszą się niemal do Nieba a potem opadają i wszystko wraca do normy (a norma jest generalnie niska). Nie dziwi mnie pogubienie Witkowskiego w temacie, bo nie radzi sobie z nim chyba żaden współczesny pisarz. Ci co bardziej konserwatywni dla odmiany przeginają w drugą stronę.

Książka ma jakby dwie części i ta pierwsza jest bardziej niespójna niż druga. W druga części, która zaczyna się pielgrzymką do Lichenia spotykamy mafioza Amala, barona na włościach (o dziwo, nie SLDowskiego), wydaje się jednym wielkim hymnem na cześć tęsknoty za Sarmacją. Pan Amal, nieślubny syn żołnierza i upośledzonej umysłowo kobiety, wychowany w chacie bez prądu i z pęcherzem zamiast szyby, dorabia się na różnych mniej lub bardziej legalnych interesach. Sprowadza swoją matkę wraz z jej kurną chatą, ale zaraz za jej domem buduje prawdziwy dworek (z plastikowym dachem i kolumnami, bo skąd ma wiedzieć, jak wygląda dworek?), jest symbolem pokolenia o przetrąconych losach, pokolenia, które usiłuje szukać okruchów przeszłości, tożsamości, ciągłości, tradycji, polskości. Amal, syn niepiśmiennej Niemki, kupuje sobie szlachectwo i herb na bazarze i wiesza w bogatym domu razem z portetami „przodków”. Ta nowa generacja pragnie gdzieś tam kontynuować tradycję starej, co prawda nie bardzo wiedząc jak i nie mając do tego narzędzi, podobnie jak Domika Kulczyk wyszła za pana Lubomirskiego, mariaż nowych pieniędzy ze starymi, fuzja chłopa z panem, Sarmacji ze stylem „Laguna”.

Hubert nazywany jest Barbarą Radziwiłłówną i ma chyba tę postać przywodzić czytelnikowi na myśl, ale mnie tam nie przywodził, może zabrakło mi wrażliwości, nie wiem. Może miał uosabiać takiego właśnie aspirującego parweniusza, niepewnego jak się zachowywać w nowej rzeczywistości i ile można uszczknąć z niej dla siebie?

Wkurzały mnie w książce szczegóły. Na przykład we wczesnych latach dziewięćdziesiątych Hubert śpiewa piosenki Golców (którzy nie byli jeszcze znani), albo żona Amala-sarmaty (była prostytutka, dziś główna obrończyni życia poczętego) ręcznie doi krowy (już wtedy istniały dojarki mechaniczne, i był to zresztą jeden z tych biznesów, na których można się było dorobić); pewnie jest takich rzeczy więcej.

Naprawdę dobre jest za to zakończenie. W zakończeniu pan Hubert-Barbara Radziwiłłówna przytula się do swojego giermka (dwórki?) i w końcu czuje się bezpiecznie. I w tym kryje się chyba cała wymowa ksiązki, całe przesłanie, i być może)nawet mądrość, bo to nasze polskie rozchwianie, niepewność tożsamości, te wszyskie oszustwa, by jakoś wyjść na swoje i związać koniec z końcem, bo jak nie wychujasz innych, to inni wychujaą ciebie, pragnienie, by się nagłabać, póki można, nawet kosztem innych czy sumienia,­ wynika z zachwianego poczucia bezpieczeństwa, z tego wiecznego strachu o przyszłość, o jutro, o to, czy system i zaborca znów nie zabierze, nie podepcze, nie wysiuda.


Michał Witkowski, “Zbrodniarz i dziewczyna”

Od kiedy zorientowałam się, jak mieć łatwy dostęp do nowości literackich, czytam je w hurtowych ilościach, nadrabiając zaległości z lat emigracji. W domu rodzinnym nigdy nie zastanawiało mnie specjalnie skąd biorą się nowe dobre książki i jak rozróżnia się je od tych niedobrych. Szłam po prostu do sypialni Rodziców, wybierałam na chybił-trafił to, co przyciągnęło mój wzrok i (o ile nie był to kryminał) na ogół pozycja okazywała się warta czytania. A na emigracji – posucha. Nie dość, że książek po polsku nie ma (choć po jednym profesorze, który wyjechał na stałe do Izraela odziedziczyłam kolekcję Gombrowicza), to jak są – trzeba czytać z komputera, jakbym przy pisaniu programów miała go jeszcze za mało. No, ale dostałam na gwiazdkę w zeszłym roku oldschoolowy, cudownie powolny, hipsterski, rzekłabym, tablet blackberry, który nie posiada ani święcącego ipadowego ekranu, ani też nie ma na niego gier i modnych aplikacji, i nadaje się przede wszystkim do czytania. No i się zaczęło nadrabianie zaległości z wielu lat.

Co więcej, odkryłam też audiobooki. Najpierw słuchałam ich w trakcie biegania, bo bieganie, sorry, nie jest czynnością ani mistyczną, ani intelektualną (mamy w Polsce najwyraźniej jakieś specjalne audiobooki, bo moi amerykańscy znajomi byli w szoku jak to usłyszeli), ale potem odkryłam, że po prostu lubię, jak ktoś mi czyta. Może dlatego, że moi Rodzice przykładali dużą wagę do czytania nam-dzieciom na głos i to codziennie. Wychodziłoby więc na to, że niektórzy mają swoje comfort food, a ja mam, zdaje się, comfort reading.

Zupełnie pogubiłam się na rynku książek po angielsku. Angielskojęzycznej literatury jest mnóstwo, wszystko ładnie wydane, świeci kolorową okładką, i jak tu rozróżnić. Nie istnieje też polskie kryterium polityczno-religijne i skąd mam wiedzieć, że nie trafię na gumę do żucia dla mózgu typu Nora Roberts? Próbowałam najpierw z amerykańskimi autorami, których szczerze podziwiam, ale czytanie Cormaca McCarthy w oryginale było (i nadal jest) ponad moje siły. W końcu z braku lepszego kryterium zaczęłam czytać autorów nominowanych do Pulitzera i na ogół odkrywałam nowe lądy. Co miłe, proceder ten okazał się bezpieczny finansowo, bo biblioteka uiwersytecka, poza pracami naukowymi i podręcznikami do mechaniki płynów, algorytmiki i gramatyki posiada również dobrze zaopatrzony dział ze współczesnym literaturą piękną, a wszystko można wypożyczyć na pół roku.

Piszę ten przydługi wstęp, by wyjaśnić, dlaczego ostatnio na blogu jest tak dużo o książkach a tak mało o życiu. Po prostu czytam jak głupia, dużo i szybko, i być może to jest właśnie ta oznaka wyjścia z depresji.

Michał Witkowski fascynował mnie od dawna, może dlatego, że jakoś trudno go przeoczyć wśród newsów o „gwiazdach” prężących się na tle ścianek, a każda gwiazda odessana z tłuszczu, długonoga, drogo i wulgarnie ubrana. Cudownym odkryciem było, że pisać to on umie lepiej nawet niż robić sobie żarty z blogerek modowych.

Książkę czyta się (przynajmniej pierwszą część) bardzo dobrze. Mnie osobiście urzekły chyba najbardziej opisy przejść Pawła-Pauli, homoseksualnego nauczyciela języka polskiego z zawodówki, opisującego z werwą swoje relacje z literaturą i uczniami, do których nic nie trafia oraz mityczne miejsce o nazwie Monte Video. Druga część jest – jak na mój gust – o wiele zbyt makabryczna, dosłowna i cielesna, ale i tutaj są naprawdę dobre kawałki, jak na przykład to, gdy po oglądnięciu sekcji główny bohater przez jakiś czas widzi ludzi jako pojemniki ciasno wypakowane jelitami, płucami, wątrobami i płynami ustrojowymi.

W książce jest coś z atmosfery „Śmierci w Wenecji”, jakiegoś niewypowiedzianego niepokoju, młodości i piękna w których kryje się zapowiedź śmierci, zgnilizny i rozkładu. Książka jest też emocjonalnie gęsta, intensywna, przesycona. Witkowski ma najwyraźniej talent do opowiadania świata opisując jego zapachy, smaki, wrażenia i nastroje, czasem rubasznie, czasem prawie lirycznie, a czasem po prostu śmiesznie. To emocjonalne naładowanie, co ciekawe, pozbawione manieryzmu i wulgarności, jest siłą prozy Witkowskiego, bo czuć je także w innych jego książkach.

Mimo że dużo w „Zbrodniarzu i dziewczynie” małych i dużych obserwacji rzeczywistości, Witkowski odwołuje się raczej do literatury i wrażliwości niż do popkultury, co moim zdaniem jest po prostu ciekawsze. Witkowski przyjmuje świat z dobrodziejstwem inwentarza, z jego brakiem gustu, pretensjonalnością i brzydotą, z zasikanym publicznym szaletem, z panem żulem tak brudnym, że brud wżarł się w ciało, z dziewczynkami z zawodówki uważającymi każdy wyzywający tandenty strój za „elegancki”, z jego stroną fizyczną, tabletkami na przeczyszczenie, włosami łonowymi, antydepresantami i parciem na zwieracze i mieli, mieli ten świat i wypuszcza taki przemielony, umorfowany na własną modłę, ulepszony przez literaturę, kulturę i słowa, i zamiast Holonka, wychodzi z tego inteligenta gra z czytelnikiem, śmieszna, ale niegłupia.

Jedną z takich obserwacji, czym jakoś nie mogę się nie podzielić, jest komentarz do reklam radiowych. Od dobrych dziesięciu lat, co reklama w radiu, to gorsza. Nie, żeby reklamowali tam jakieś normalne rzeczy, płyny do mycia naczyń, pastę do zębów albo chociażby „produkty bankowe”, nie, nie, w radiu zawsze jest Janette Kalytta, żele na nadżerki, środki na rozwolnienie, potencję, nietrzymanie moczu, po prostu w sam raz do słuchania na przerwie śniadaniowej w pracy. Witkowskiego najwyraźniej też to drażni, bo poświęca temu zagadnieniu naprawdę dużo miejsca. Inne ciekawe zjawisko w książce to pojawiające się tu i ówdzie postacie kobiet-biurew, z farbowanymi włosami, z miną urzędniczki ZUSu, nieuprzejmych lub zwyczajnie wrednych, pozbawionych kobiecości, brzydkich i do bólu skąpych. Mnie takie kobiety przerażały od wczesnej podstawówki (trochę jest takich w każdej polskiej szkole). Może Witkowski ma na to zjawisko więcej wrażliwości, bo jest pedałem? Moim zdaniem ciekawe jest spojrzenie faceta, który nie czuje pożądania w stosunku do kobiet na kobiety właśnie, i to nie na te, które są piękne, młode i zadbane, i wobec których obiektywnego piękna trudno przejść obojętnie.

„Zbrodniarz i dziewczyna” najpierw rozwija się lekko, jest romans, kaczka i gnocci, trener personalny, życie ułożone i fajne, starbucksy i złota młodzież z iphone’ami, panie kelnerki i siłownia, by później miły romans przerodził się w niespecjalnie miłe śledztwo, na dodatek z makabrycznymi ofiarami zbrodni, a już na końcu zbrodnia i brud świata nie może pozostać poza bohaterami, wkracza w ich życie, zmienia je i staje się nim. Właśnie ten rozwój wypadków, od lekkiej powieści obyczajowej, do ciężkiego kryminału, gdzie zbrodniarz jest znany, ale nie wiadomo, komu uda się wywinąć, ta osobliwa konstrukcja jest siłą książki, i paradoksalnie, to wcale nie razi.

Fajne są też opisy homoseksuanych fascynacji autora. Nie żadne tam LGBT, miłość do grobowej deski, ale uczucie, uczucie przede wszystkim! I pożądanie. Bo Michaś vel Michaśka, główny bohater, wcale się nie wstydzi fascynacji lujami i ich dresowatą męskością zapakowaną w przywiezione z Londynu dresy Lonsdale’a, młodymi ślicznymi licealistami o ciałach pozbawionych tłuszczu, męskością dziecinną, bobasowatą, jasnowłosą, męskością hipsterską, nieco infantylną i aspirującą.

Czytając tę książkę było mi jakoś blisko do autora, chociaż w przeciwieństwie do niego jestem całkowicie heteroseksualna. Może dlatego, że sama wyrosłam w tak zwanym inteligenckim domu, gdzie rządziły święte prawa gościnności, religijne wychowanie było oczywistością (co ciekawe, Witkowski nie jest obrazoburczy – religię przyjmuje również z dobrodziejstwem inwentarza, a bohater zapala w katedrze świeczki Matce Boskiej) i czytało się klasykę, a może dlatego, że życie nauczyło mnie też nie oceniać, brać rzeczywistość jaką jest i tylko przemielać ją przez własną wrażliwość by uczynic ją znośną.

Podsumowując, bo tekst powinien mieć początek i koniec – było warto. Po prostu. Co prawda druga część książki nie jest dla osób o wrażliwym żołądku i plastycznej wyobraźni, i spodobać się może chyba tylko wielbicielom sadistic pl i pornografii dla nekrofili, ale zarówno intryga, fabuła, jak i wykonanie są warte brnięcia przez tą część.