Michał Witkowski „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”

Jak już brnąć przez jakiegoś autora, to od razu hurtowo. No więc, póki co, robię to hurtowo.

Najpierw krótka ankieta: czy mi się podobało? Nie. I trochę tak. Ale głównie nie.

Opinie o książce to albo różne pseudopolonistyczne dyrdymały, za to w pięknym uczonym stylu Marii Janion, albo też „co za książka, same wulgaryzmy”. Mnie tam wulgaryzmy nie rażą i w książce nie występuje ich wcale tak znowu dużo. Wulgaryzmy mają swoją rolę w języku i pewnie nie należy ich używać ani publicznie ani też w rozmowach z szefem, jakkolwiek wylgaryzmy są takie plastyczne, cudownie emocjonalne i prymitywne, no i istnieją okoliczności, gdy zwyczajnie nie ma lepszych ani innych słów.

Książka nie posiada za bardzo fabuły, Składa się głównie ze strumienia świadomości, z gawędy bez chronologii, łądu i składu, potoku czystych emocji, czystego wkurwu, czystej satyry, warstw i warstw odwołań do tradycji, literatury i kultury, która tę tradycję stworzyła, do polskości i jej jądra, ukrytego chyba pod metaforyczną strzechą betonowego „kloca polskiego”.

Bohater, pan Hubert vel Barbara, właściciel małomiasteczkowego lombardu, lokalny ubogi mafiozo na dorobku, sprzedawca zapiekanek z przyczepy, dres w spodniach szwedach i flejersie, ale za to z wrażliwością i sposobem myślenia inteligenta po polonistyce, paser i gorliwy katolik wznoszący świętokradcze modły do Matki Boskiej, by zesłała raka na głównego konkurenta, jest postacią bardziej niespójną i nierzeczywistą od Wędrowycza. Zamysł autora był zdaje się taki, by rozliczyć się z latami dziewięćdziesiątymi, z epoką tragiczno-komiczną, gdy z fuzji kapitalizmu i socjalizmu powoli rodził się nasz własny, krajowy feudalizm. W polskim błocku z tęsknoty za słońcem i ciepłem wyrastają solaria w stylu Laguna (jakże doskonale współgra to z szarą krainą węglowego pyłu!) i drobni przedsiębiorcy dorabiają się na drobnych oszustwach a duzi – na dużych. Witkowski chciał uchwycić ducha tej epoki, ducha przemian, mentalność świeżo upieczonych „przedsiębiorców”, ale moim zdaniem uchwycił jakieś dwadzieścia procent a resztę sobie dopowiedział i powiedzmy szczerze, dopowiedział źle. Nie wiem, gdzie uchował się taki Witkowski w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale podejrzewam, że był grzecznym chłopczykiem z dobrego domu i grzecznie siedział w tym domu po szkole, odrabiał lekcje, chodził na angielski albo pianino i czytał mądre książki. Bo wyprodukować taką wizję mógł chyba tylko ktoś, kto wychował się pod kloszem, a życie i świat oglądał z zewnątrz, zza szyby, niby coś tam z niego rozumiejąc, głównie rozumowo, ale nie czując zapachów, smaków, niuansów, związku z innymi ludźmi i ich losami.

Żeby nie było, czytając książkę pokładałam się niejednokrotnie ze śmiechu. Te cudowne, barwne opisy, gdy pan Hubert sprzedaje zapiekanki z rozdeptanymi starymi pieczarkami i rozrzedzonym keczupem albo scena, gdy główny bohater przychodzi na spotkanie jakiejś organizaci typu Amway, która właśnie szuka pracowników i usiłuje używać technik rekrutacyjnych świeżo zza Oceanu, soczysty, mocny, bogaty aż do barokowości język, przerysowane postacie biurew z sanepidu, bezwstydnie grubych od konsumowania łapówek, zbieractwo i „zaradność” Huberta, który kolekcjonuje kubki dodawane do kawy i inne gadżety czynią książkę po prostu uroczą. Rewelacyjny jest też fragment książki, w którym Hubert udaje się na pielgrzymkę do Lichenia i po tym, jak zderzył się z sarną, brnie przez noc, a właściwie brnie przez polską mitologię, przez warstwy nie-warstwy historii i literatury, od Światowida do Mickiewicza, i spotyka na drodze różne absurdalne postaci, bezgłową Matkę Boską i wracający z koncertu zespół śpiewającyh pań. Okazuje się, że tym znienawidzonym przez licealistów językiem Reja i Skargi, językiem nowelek Konopnickiej i Prusa a nawet masochistycznym językiem Żeromskiego da się opowiedzieć bardzo współczesną historię, pełną rozedrganych emocji, ludzkiego brudu, małostek i popędów, i wcale nie brzmi to jak na bogoojczyźnianym przedstawieniu Barbary Wachowicz. Z drugiej strony, Witkowski kompletnie nie czuje polskiej ludowej, powszechnej pobożności. Ktoś podsumował książkę, że widać, że „Polacy wybierają sobie z religii co im się podoba”. Myślę, że może tak i jest w pewnych okolicznościach i w innych tradycyjnie katolickich czy jueochrześcijańskich krajach, ale w kraju buraka pobożność funkcjonuje raczej jako cykl zbiorowych ekstaz, które najpiew wznoszą się niemal do Nieba a potem opadają i wszystko wraca do normy (a norma jest generalnie niska). Nie dziwi mnie pogubienie Witkowskiego w temacie, bo nie radzi sobie z nim chyba żaden współczesny pisarz. Ci co bardziej konserwatywni dla odmiany przeginają w drugą stronę.

Książka ma jakby dwie części i ta pierwsza jest bardziej niespójna niż druga. W druga części, która zaczyna się pielgrzymką do Lichenia spotykamy mafioza Amala, barona na włościach (o dziwo, nie SLDowskiego), wydaje się jednym wielkim hymnem na cześć tęsknoty za Sarmacją. Pan Amal, nieślubny syn żołnierza i upośledzonej umysłowo kobiety, wychowany w chacie bez prądu i z pęcherzem zamiast szyby, dorabia się na różnych mniej lub bardziej legalnych interesach. Sprowadza swoją matkę wraz z jej kurną chatą, ale zaraz za jej domem buduje prawdziwy dworek (z plastikowym dachem i kolumnami, bo skąd ma wiedzieć, jak wygląda dworek?), jest symbolem pokolenia o przetrąconych losach, pokolenia, które usiłuje szukać okruchów przeszłości, tożsamości, ciągłości, tradycji, polskości. Amal, syn niepiśmiennej Niemki, kupuje sobie szlachectwo i herb na bazarze i wiesza w bogatym domu razem z portetami „przodków”. Ta nowa generacja pragnie gdzieś tam kontynuować tradycję starej, co prawda nie bardzo wiedząc jak i nie mając do tego narzędzi, podobnie jak Domika Kulczyk wyszła za pana Lubomirskiego, mariaż nowych pieniędzy ze starymi, fuzja chłopa z panem, Sarmacji ze stylem „Laguna”.

Hubert nazywany jest Barbarą Radziwiłłówną i ma chyba tę postać przywodzić czytelnikowi na myśl, ale mnie tam nie przywodził, może zabrakło mi wrażliwości, nie wiem. Może miał uosabiać takiego właśnie aspirującego parweniusza, niepewnego jak się zachowywać w nowej rzeczywistości i ile można uszczknąć z niej dla siebie?

Wkurzały mnie w książce szczegóły. Na przykład we wczesnych latach dziewięćdziesiątych Hubert śpiewa piosenki Golców (którzy nie byli jeszcze znani), albo żona Amala-sarmaty (była prostytutka, dziś główna obrończyni życia poczętego) ręcznie doi krowy (już wtedy istniały dojarki mechaniczne, i był to zresztą jeden z tych biznesów, na których można się było dorobić); pewnie jest takich rzeczy więcej.

Naprawdę dobre jest za to zakończenie. W zakończeniu pan Hubert-Barbara Radziwiłłówna przytula się do swojego giermka (dwórki?) i w końcu czuje się bezpiecznie. I w tym kryje się chyba cała wymowa ksiązki, całe przesłanie, i być może)nawet mądrość, bo to nasze polskie rozchwianie, niepewność tożsamości, te wszyskie oszustwa, by jakoś wyjść na swoje i związać koniec z końcem, bo jak nie wychujasz innych, to inni wychujaą ciebie, pragnienie, by się nagłabać, póki można, nawet kosztem innych czy sumienia,­ wynika z zachwianego poczucia bezpieczeństwa, z tego wiecznego strachu o przyszłość, o jutro, o to, czy system i zaborca znów nie zabierze, nie podepcze, nie wysiuda.


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s