Michał Witkowski “Lubiewo” i Michał Witkowski „Drwal”

Kiedy skończyłam „Lubiewo”, stało się dla mnie oczywiste dlaczego książka ta otworzyła Witkowskiemu drogę do salonów a samo dziełko zostało uznane za „kultowe” (jak ja nie lubię tego słowa, ale, no cóż).

Zaletą „Lubiewa” jest to, że nie jest przegadane, ba, powiedziałabym, że jest wycyzelowane, oszczędne, pozbawione zbędnych słów, wątków i postaci. Powieść otwiera (przynajmniej komuś takiemu jak ja, wychowanemu w tak zwanym dobrym domu – gejów to ja widywałam chyba tylko pracując jako statystka w operze) nowy świat: świat pederastów z czasów przediternetowych, świat męskiego pożądania, świat ciot, pikiety, lujów, seksu w parkach i „drutowania”. Ten świat istnieje niejako obok głównonurtowego, a przynajmniej istniał kilkanaście lat temu. Gdy byłam dzieckiem, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, każdy wiedział, gdzie znajduje się w Poznaniu gejowski park i nieraz wracając po nocach pociągiem od babci mijaliśmy samochody z panami czekającymi na innych panów (w sumie wcale mnie nie dziwi, że w uporządkowanym Poznaniu nawet pikieta, to jest homoseksualny podryw, była świetnie zorganizowana). Witkowski odkrywa ten świat, wchodzi do mieszkań podstarzałych homoseksualistów, zagląda im do łazienek i garnków, opisuje go z całym jego bogactwem, z jego subkulturami, z jego zwyczajami, z jego brzydotą, biedą, teatralnością.
Książka składa się z porwanych historii różnych znanych polskich homoseksualistów. Są to głównie smutne historie starzejących się panów, którzy klepią biedę i nie mają rodzin, które by się nimi zajęły, w tym jednego, który zaraził się HIVem i po latach uprawiania przygodnego seksu śmierć wydaje mu się konceptem nierealnym. Niektóre historie są śmieszne, inne na swój sposób liryczne, jeszcze inne wypełnione tą specyficzną męsko-damską seksualnością, jeszcze inne mają w sobie jakąś zoologiczną dokładność opisu. Witkowski niczego nie idealizuje. Opisuje wizyty u lekarza, i odwieczne, krępujące pytanie „a zachowania ryzykowne były?”, relacjonuje pierwsze homoseksualne doświadczenia w obskurnym miejskim szalecie i odwiedza biedne mieszkanie Patrycji i Lukrecji. Luje, zapraszani do domu, najpierw biją i przypalają pedała… by potem go, na deser, zgwałcić.
Rewelacjom Witkowskiego daleko do broszur zachęcających do poparcia dla małżeństw homoseksualnych. Przesłanie książki to raczej: „hej, zobaczcie, jest taki świat, rządzi się takimi a takimi prawami, ten świat odchodzi w przeszłość ze względu na kapitalizm i popularność internetu, ale innego świata nie będzie”. Gdzieś w książce jeden gej mówi do drugiego, że „teraz to są kluby dla gejów i wszystko ma wymiar zabawy. Jakże to tak, bez grzechu, bez winy?” Żeby było ciekawiej stare cioty z książki Witkowskiego chodzą często do kościoła, niczym stare dewotki. Z jednej strony przebija się z „Lubiewa” tęsknota za zachodnią swobodą obyczajów („ach ci zachodni geje, ich penisy tłuste i syte”) a z drugiej, za czasami inwigilacji, zakazów, podrywu w ciemnych parkach, i krycia się z homoseksualizmem, jakby ten zakazany owoc miał większą wartość i był, paradoksalnie, normalniejszy.

Jeden recenzent z Gazety Wyborczej nazwał Lubiewo „przeraźliwie wulgarnym”. Niestety, nie ma w języku polskim słów, którymi można by opisać pederastię. Może dlatego, że sprawa przez lata odbywała się w ukryciu, zarówno to, o czym mówią stare cioty, jak i to jakiego używają języka wydaje się brzydkie, jakby używali do tego przekleństw. Sama nie nazwałabym „Lubiewa” wulgarnym. Może dlatego, że wyszło w 2007 roku, jezcze przed erą popularności Miley Cyrus gwałcącej na scenie nadmuchiwanego fiuta i nagiej Rihanny. Wulgarne jest przede wszystkim pożądanie rozbudzane sztucznie, natomiast „Lubiewo” opowiada historie o pożądaniu, którego panowie ze skłonnością do innych panów nie są w stanie utrzymać w ryzach, nawet za cenę własnego bezpieczeństwa, a bywa, że i życia. Może wydawać się to komiczno-tragiczne, dla niektórych nawet odpychające, ale na pewno nie wulgarne.

Ogólnie, „Lubiewo” jest po prostu dobrą książką.

***

Za to zawiodłam się na „Drwalu”. Akcja wlecze się niczym czas w Międzyzdrojach poza sezonem. Irytowały mnie (jak zwykle) szczegóły: w 1994 roku pani Doktorowa czeka na … smsa bawiąc się swoją komórką wielkości cegły, i kupuje do tej super komórki różne ciekawe etui. Podpowiadam autorowi, że smsy to wynalazek późniejszy. Za czasów analogowych cudów techniki Centertela do wysyłania smsów służyły pagery. I wybór etui też nie porażał. W jednym miejscu z soboty robi się pobiedziałek, za to bez przerwania ciągłości akcji. Lujowi szyją rany na pogotowiu po ponad sześciu godzinach od ich zadania, czego normalnie się nie robi. W opisie przybycia Krana promem nie zgadza się czas (Kran przybywa o piątej rano a potem robi się od razu wieczór, nie pamiętam dokładnie, ale coś tam zdrowo zgrzytało).

Książka ma świetne kawałki, takie jak opis związku pieniężno-miłosnego pani Doktorowej z Kranem, scena z wizytą u skąpej Stułbi, czy wszystko, co dotyczy luja Mariusza oraz postać miescowego watażki pana Kazimierza. Ale ma też książka kawałki nader kiepskie, i miejscami razi maniera językowa (w co drugim zdaniu czasownik na końcu, serio?), końcówka wyszła tandetna (rozwiązanie akcji w starym zamku, sala zdradzanych mężów, tandeta do sześcianu, naprawdę?), i na dokładkę rozwój wypadków nie zachęca do czytania.

Luj Mariusz, chociaż opisany fajnie i przemieniony w archetyp młodego, zdrowego chłopaka z polskiej prowincji, wielbiciela bluz nike’a, fajek, czipsów i piwa, wydaje się klonem Saszy z „Barbary Radziwłłówny”, jakkolwiek w „Drwalu” jest o wiele szaczegółowiej sportretowany.

Akcja rozgrywa się w zimowych Międzyzdrojach. Bohater, pisarz uciekający od warszawskiego chaosu, przyjeżdza do domku drwala, by tam odreagować i zacząć pisać kryminał. Ale ze spokojnego pobytu niespecjalnie coś wychodzi, bo ani drwal nie okazuje się takim do końca drwalem ani zimowe Międzyzdroje oazą spokoju, a mały domek w głuszy widział niejedną tajemnicę. Witkowski miał całkiem niezły pomysł na wątek kryminalny, ale wykonanie trochę kuleje. Moim zdaniem o wiele, wiele lepiej popisał się w „Zbrodniarzu i dziewczynie”. „Drwal” jest niezłym czytadłem, ale … niczym poza tym.

Reklamy

One thought on “Michał Witkowski “Lubiewo” i Michał Witkowski „Drwal”

  1. Bardzo fajnie napisane:) Ja po przeczytaniu „Lubiewa” byłam raczej zniesmaczona i skłaniam się ku opinii, że to jest jednak wulgarne i obrzydliwe. Jakoś tak wolę, żeby literatura upiększała świat i zjawiska na nim występujące zamiast go jeszcze bardziej obnażać. Taki mój malutki komentarz. Pozdrawiam, Andzia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s