Małgorzata Kalicińska „Dom nad rozlewiskiem”

Przyznaję się, co jest i zaletą, i wadą, że czytam losowo. Czasem wielką literaturę, czasem Wędrowycza, czasem romansidła. Nie jestem, i chyba nie byłam nigdy snobką. Uważam, że niewiele istnieje naprawdę złych książek; dla odmiany, dużo jest nieuważnych i bezkrytycznych czytelników. Nieuważna, i owszem, jestem, za to krytycyzmu nigdy mi nie brakowało.

Nie wiem, dlaczego „Dom nad rozlewiskiem” wydał mi się atrakcyjny. Może skusił mnie rozmiar audiobooka – powyżej gigabajta? Leciałam do Europy po poważnych problemach ze wzrokiem i potrzebowałam czegoś, co zajmie mnie na jakieś czternaście godzin (oglądanie filmów, czytanie i praca na laptopie nie wchodziły w grę).

Książka okazała się miejscami cudownie… głupia. W pewnych aspektach – nieco niespójna. A jeszcze w innych – kopiująca i kopiująca wątki dobrze utrwalone w naszej tradycji literackiej, i także te powtarzane do znudzenia w „literaturze kobiecej”. Motyw przewodni tego „dzieła” to wyobrażenie warszawiaka o życiu na prowincji. Jak się na przykład okazuje, na polskiej prowincji ludzie jeżdżą dżipami. Dobrze przeczytaliście. Dżipami, nie UAZami. Jeśli pracujesz, i nie jesteś pijakiem, stać cię na terenówkę (a nie na uno… hm). I tak, jest to prowincja sprzed dziesięciu, piętnastu lat, z czasów bezrobocia i biedy. W ogóle na tej książkowej wsi poza pijakami nikt nie ma problemów finasowych.

Główna bohaterka ma na imię Małgorzata i z warszawianki przyzwyczajonej do wygód staje się, trochę jakby przez przypadek, wieśniaczką. Na początku książki bohaterka pracuje jeszcze w agencji reklamowej wymyślając tam reklamy bzdurnych produktów i kreując na nie sztuczne zapotrzebowanie. Ale cały czas dręczy Małgorzatę jakieś takie poczucie, że to, co robi jest nieuczciwe i nietrwałe, i jakoś kłóci się z naukami druhny Anny z harcerstwa i surowego, zasadniczego ojca. Ale zanim nasza bohaterka dojdzie do tych karkołomnych intelektualnie wniosków, zdąży przepracować w agencji parę lat i zanim skończy się pierwszy rozdział, zdradzi męża dwa razy, chyba z rozpaczy i pogubienia. Ciekawe są opisy życia elit tego kraju, ludzi po studiach, z dobrą pracą i pensją. Agencja, jak się okazuje, to ciągłe popijawy i zwykły prymityw, gdzie królują żałosne rozmowy i niskie pobudki. Mnie tam zastanawiało, gdy to czytałam, czemu Małgorzata nie zrezygnuje z pracy? Czemu pcha się w jakieś dziwne związki, z których wiadomo, że nic nie będzie? Czemu nie słucha autorytetów w które wierzy – mądrej Marii Szyszkowskiej (zostawiam bez komentarza) – dlaczego nie podąża za głosem serca i sumienia? A potem cudowna przemiana następuje zupełnie nagle.

Inną sprawą, która mnie w książce zadziwiła jest jak łatwo Małgorzata odnajduje kontakt ze swoją mamą. Mama ta – pani Basia – była w wychowaniu córki praktycznie nieobecna, bo mówiąc brzydko, uciekła od jej ojca z gachem i ojciec chciał córkę od całej sytuacji odizolować. Przy spotkaniu po latach nie ma ani wielkich emocji, ani pretensji, ani nawet bólu – coś mi tu zdrowo zgrzytało; takich spraw nie wybacza się ot, tak.

W książce pełno jest rozwodników i zdrad. Bohaterowie idealizują pokolenie dziadków, i małżeństwa, które trzymały się po pięćdziesiąt lat, nie widząc, że dziadków często nie łączyła rzadna tam wspólnota dusz, a raczej wspólna walka o przetrwanie… i cierpliwość i tolerancja na słabości drugiej osoby. Te małżeństwa nie były wcale lepiej dobrane, bo w końcu ludzie łączyli się w pary przede wszystkim z osobami z najbliższego otoczenia, więc mieli mniejszy wybór. Raczej, raz związani sakramentem i przysięgą przed społecznością, małżonkowie nie mieli innego wyjścia, jak sprawić, żeby małżeństwo jakoś tam działało (i wielu się to udawało). Dobrzy bohaterowie książki rozwodzą się kulturalnie, za porozumieniem stron, bez awantur i prania brudów z sypialni na sali sądowej. Za to ci źli bohaterowie wywlekają, co tylko mogą. Ogólnie, to uwielbiam facetów-bezbronnych misiów po przejściach. Użalających się nad swoim losem i ex-żonami harpiami, co to nic, tylko ich dręczyły i dręczyły, aż misiu nie wytrzymał, i jebs, małżeństwo się rozpadło. Tacy panowie, jak zauważyłam, zasiedlają głównie polskie książki, bo w tych tłumaczonych z innych języków występuje ich jakby mniej. Spotkałam paru podobnych panów w „realu” i ich użalanie się nad losem pod butem wrednej żony-sekutnicy raczej mnie irytowało niż wzruszało. Ciekawe, czy to zasługa tego, że Polska to kraj funkcjonalnego matriarchatu (nie w sferze publicznej, ale w sferze rodziny) i tak postępuje wychowany przez mamusię misio?

Motyw przewodni, poza powrotem na wieś, stanowi uwielbiane przez kobiecą literaturę „poszukiwanie szczęścia”. Nieważne, że szczęście jednej osoby zakłada deptanie szczęścia drugiej, nieważne, że krzywdzi się postronnych (dzieci, rodziców) rykoszetem, nieważne, że to szczęście nie istnieje – szukać trzeba, a jakże. A już w ogóle najlepiej przez wypróbowywanie kolejnych mężczyzn, bo może któryś będzie Panem Idealnym? Podejście, sorry, ale jak u licealistki. A jak coś nie działa, to po co naprawiać? Po co szukać winy w sobie? Można przecież od razu wymienić na nowszy model – i już. No nie ukrywam, że nie znoszę takich historii. Co innego serio skrzywdzona przez los bohaterka (ulubiony archetyp w książkach z podobnej kategorii), a co innego poszukiwaczka przygód i rezygnacja ze zgodnego, choć nieco pozbawionego ognia małżeństwa. Ciekawe jest to, że bohaterka widzi przecież dlaczego jej małżeństwo było, jakie było, ale nie próbuje niczego naprawiać. Szukanie właściwego kochanka okazuje się bowiem przyjemniejsze.

Naprawdę interesujące są relacje między bohaterami. Małgorzata zaprasza swojego ex-męża wraz z kochanką na Święta; ex-mąż mieszka cały czas w jej warszawskim domu, a na to wszystko patrzy córka, też tam mieszkająca, co prawda dorosła, ale przykład idzie z góry. Z powieści wyłania się nowoczesna, patchworkowa rodzina: babcia z „chłopakiem” (bo od męża odeszła, gach ją zostawił, więc związała się z panem numer trzy, nie bardzo wiem, jak go nazwać – babciny kawaler?), Małgorzata z dwoma kochankami, takim, który chce ją i takim, którego chce ona, obaj łypią na siebie podczas „rodzinnej” Wigilii, ex-mąż Małgorzaty z kochanką, córka Małgorzaty w otwartym narzeczeństwie (?) z chłopakiem, który wyjechał na studia za granicę i ma tam na boku swoją uroczą Pocahontas… Ja wiele zrozumiem, ale ten układ rodzinny trochę mnie przerósł.

Co więcej, choć Małgorzata wygłasza umoralniającą gadkę do swojej córki i jej przyjaciółki Pauli, odradzając im zdrady i żonatych mężczyzn, a także mówiąc, że kobieta, która to robi jest „kurwą”, najwyraźniej zdrada i głupi, przypadkowy seks (oczywiście na pierwszej randce… bo pan objął ją ramieniem albo był choć trochę czuły… albo ładnie pachniał) najwyraźniej są okej. Małgorzata w ogóle nie żałuje tego, co robiła, tego, jak łatwo to się stało. Wcale się nie dziwię, że nie jest w stanie zbudować sensownego związku, jeśli myli seks z miłością, a seks jest dla niej czymś raczej zwyczajnym, co można robić z każdym.

Jak zauważył jeden z czytelników, książka jest wyjątkowo feministyczna. Wszystkie postaci kobiece (Małgorzata, jej chutliwa mamusia, Marianna i Bronia, Ada-kochanka ex-męża, Mania, Paula, Wrona, Kaśka, kobiety wczasowiczki, Monika) są pozytywne. Jedyną złą kobietą jest Karolina – matka księdza, no, ale nie można przepuścić okazji by przyłożyć Kościołowi. Inne, epizodycznie wspominane złe kobiety to „młode dziumdzie”, które dzięki młodemu i ładnemu ciału mogą, o zgrozo, sprzątnąć napalonej czterdziestce niezły męski kąsek sprzed nosa. Dla odmiany postaci męskie dzielą się na panów poczciwych i porządnych (Wiktor, ex-mąż), ale za to kiepskich w łóżku, co z miejsca ich dyskwalifikuje, panów czułych i miłych, ale z jakimś felerem lub za młodych (Grzesiek, Janusz), alkoholików i damskich bokserów (wiele postaci epizodycznych, sąsiadów), gejów (Janne), ślicznych i wzorowych, ale niedostępnych, oraz panów, których można zaakceptować (Tomasz, Andrzej), bo poddają się kobietom z Rozlewiska, i nie widzą nic osobliwego w dziwacznych układach rodzinnych. Takie zjawisko jak mężczyzna normalny, średni, ani brzydki, ani piękny, nie kierujący się członkiem, wierny i gotów stworzyć normalny związek z normalną kobietą nie występuje. A może czarownice z rozlewiska takich przeaczają, albo… odpychają? W ogóle chyba najlepiej podsumowuje stosunek pani Kalicińskiej do mężczyzn opis tego, zamieszczony w jednym z ostatnich rozdziałów książki, jak to Małgorzata wraz z córką (!) udają się na występ Chippendalesów, i tam świetnie się bawią, podziwiając męskie ciała i zgrabne tyłeczki w stringach. I tym jest dla nich mężczyzna – seksualną zabawką, przedmiotem użytkowym, powinien zapewniać dobrą zabawę, winien wysłuchiwać kobiecych trosk i rozwiązywać kobiece problemy a swoich problemów nie mieć. Pojawia się też taka scena, gdy Małgorzata udaje się do Janusza, a ten, zamiast rzucić się na nią i zacząć pieścić albo cholera wie co, zaczyna opowiadać o problemach w pracy. Jak reaguje Małgorzata? Jest zła! Bo jak on śmie opowiadać o takich sprawach! Przecież to ONA ma problemy z budową pensjonatu, niech się schowają jego głupie troski!

Nader ciekawym motywem jest w książce alkohol, bo leje się on strumieniami, serio. Wychowałam się w rodzinie, która od alkoholu specjalnie nie stroniła, ale żeby polewać wódki niemal do każdego posiłku? Orzechówka, jarzębak, heineken – to codziennie. Małgorzata się martwi lub nie może spać – bułgarski koniak na poprawę humoru. Zwierzanie się mamusi – środki rozluźniająco-rozweselające wlewają się w nie obie. Co interesujące, wszyscy w tej książce jeżdżą samochodami i mieszkają raczej daleko od siebie … Ponadto, jak się okazuje, poważny problem z alkoholem ma Janusz, a nie mieszkańcy domu nad rozlewiskiem. Bo zapija. Bo pije na umór, do nieprzytomności, za to rzadko, bo może raz w miesiącu. Natomiast codzienny koniak lub nalewka na smutki to już normalność, nic złego.

Żeby nie było, wychwyciłam w książce kilka bardzo pozytywnych przesłań. Jednym jest troska, jaką zajmuje się rodzina niepełnosprawną intelektualnie i niemłodą już ciotką Kaśką. Inny to letnik, ojciec rodziny, pobożny (ale, jak zauważają czarownice znad rozlewiska, „normalny”), który wkłada dużo energii w „bycie” z synem (zresztą bardzo dobrze wychowanym) oraz jego karmiąca piersią ciepła żona – to oni stają się inspiracją dla lekkoducha Wiktora by się ustatkować i by pomyśleć o rodzinie. Dobra też wydała mi się „psychoterapia” jaką uprawia Małgorzata pewnej wczasowiczce i przekonuje ją, żeby przestała żyć tylko dla siebie.

Zdrowo wpieniło mnie zakończenie, bo Małgorzata, ta „mądra” kobieta po przejściach, która zmieniła swoje życie, podejmuje decyzję, której można by oczekiwać chyba tylko od zakochanej dwudziestolatki, ewentualnie od dziewczyny w ciąży. No ale… jej sprawa. Myślę, że nie, w ten sposób nie znajdzie upragnionego „szczęścia”.

Lista wniosków i ciekawostek, które wychwyciłam w książce (kolejność losowa):

– „Mało kto mógł sobie za komuny pozwolić na luksus nie należenia do Partii” . Tylko czemu ta sztuka udała się moim Rodzicom i dziadkom, a także rodzicom i dziadkom moich znajomych? Czyżby całe życie spędzili w jakiejś innej Polsce?

– Jeśli życie seksualne w małżeństwie jest nieudane, należy najpierw parę razy zdradzić, a potem porzucić męża. Bo po co komu jakieś dyrdymały typu terapia, szukanie pomocy, seksuolog, rozmowa? Po rozstaniu Małgorzata ze zdziwieniem zauważa, że jej się z ex-mężem przecież świetnie rozmawia…
– Można zaprzyjaźnić się z kochanką ex-męża.

– Można się z kimś przespać, stwierdzić, że to nie to, a potem dalej się przyjaźnić, bo czemu nie?
– Pani Karolina, samotna matka, wychowała synka z przeznaczeniem do stanu kapłańskiego, bo przecież nie mogłaby pozwolić, by jej dziecko zawłaszczyła sobie jakaś baba. Tymczasem, by dostać się do seminarium trzeba (lub trzeba było) zaprezentować świadectwo ślubu kościelnego rodziców. Kościół nie jest aż taki głupi i się przez takimi Karolinami zabezpiecza.

– Najmądrzejsze, co może zrobić w życiu kobieta to zostać buddyjską mniszką. Buddyzm to w ogóle najwyższy stopień oświecenia. Ciekawe czy Małgorzata wie, że ograniczenia seksualne KK to nic w porównaniu z tym, co praktykują ludzie traktujący buddyzm poważnie.

– Lepiej związać się z pełnym wdzięku alkoholikiem niż z kimś stabilnym i niepijącym, o ile tylko alkoholik jest dobry w łóżku.

– Własnej córce można opowiadać o standardach moralnych, samej będąc latawicą. Ale hipokryci i podwójne standardy to przecież inni, nie Małgorzata.

– Rozwód to dobre rozwiązanie, o ile jest „kulturalny”. W ogóle „kultura” to najwyższa wartość, szkoda, że tak dziwnie rozumiana.

– Wyjazdy firmowe służą temu, by każdy mógł się przespać z każdym (i napić z każdym).

– Najważniejsze w życiu to dobre jedzenie (wiejski smalec, wiejska śmietana, parówki, tłusty drób…), dobry seks i dobry alkohol (domowe nalewki, piwo Heineken). Oraz robienie przetworów. Wtedy kobieta jest szczęśliwa. Jakoś związek między dietą a chorobami serca zostaje w tym chaosie nieustannej zakrapianej biesiady przeoczony.

– I na deser: jednoręki bohater może „zatrzeć ręce” (licentia poetica?)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s