Post o odchudzaniu

Co jakiś czas zaglądam w statystyki bloga. Najpopularniejszym moim postem jest oczywiście ten dotyczący mojej historii odchudzania (co mnie akurat nie dziwi). WordPress pokazuje też „frazy wyszukiwarek”, dzięki którym czytelnicy znaleźli się na moim blogu. Poza frazami, które uznaję za najzupełniej normalne, bo sama swego czasu dręczyłam nimi google („schudłam 30 kg”, „blogi ludzi, którzy schudli”, „mam 30 kg nadwagi” i inne w tym duchu), niemal za każdym razem trafiam na takie zapytania, że włosy stają mi dęba.

Kilka przykładów (pisownia oryginalna):

– „czy ktos schudl jedzac tylko platki owsiane i jak szybko

– „czy moge schudnac na wodzie i ciemnym chlebir ale pozniej.nie /zgrobnac”
-”glodna na diecie od dietetyka”
– „jak pic maslanke aby schudnac”, „
schudlam dzieki maślance
– „jadlam same salatki i schudlam”
– „czy mozna schudnac jedzac do 16”

– ”jak zrobić aby na wadze wychodziła mniejsza waga niż 58 kg”
– “co zrobic guy zjadlam ciasto na dukanie”
– “czy schudne na chlebie wasa”
– “dieta 800 kcal blog”
– “schudłam 30 kg w 2 miesiące”
-”ile schudne jedzàc na kolacje serek wiejskiś”

Ustosunkuję się więc do każdego z tych stwierdzeń, skoro najwyraźniej moich czytelników tak bardzo one interesują.

czy ktos schudl jedzac tylko platki owsiane i jak szybko
Owsianka jest ogólnie bardzo zdrowa, ma dobry wpływ na cerę i trawienie. Problem w tym, że gotowana owsianka (taka zwykła, najtańsza, bo o różnych „fitellach” dosładzanych syropem glukozowo-fruktozowy nawet nie wspomnę) ma indeks glikemiczny porównywalny z czekoladą. Oznacza to, że po zjedzeniu owsianki poziom cukru we krwi podnosi się ekspresowo. Owsianka stanowi więc świetny posiłek „wysokoenergetyczny”, np. przed porannym bieganiem albo jako szybkie śniadanie. Niestety, po takim posiłku cukier opadnie równie szybko jak się podniósł, i czeka nas… głód.

Gdzieś czytałam o diecie jednodniowej, w której cały dzień jadło się płatki owsiane (z mlekiem i bez), i myślę, że dla tak zwanego „oczyszczenia organizmu” jest to zapewne skuteczna metoda. Jednak wątpię, by sprawdziła się jako strategia długoterminowa. Od siebie – nie polecam.

czy moge schudnac na wodzie i ciemnym chlebir ale pozniej.nie /zgrobnac”

Schudnąć możesz. Taka dieta nazywała się dawniej postem i raz na jakiś czas nikomu nie szkodzi. Ciemny chleb (prawdziwy, nie barwiony melasą) zawiera całkiem sporo soli mineralnych, błonnika a nawet pewną ilość białka. Razowy chleb dostarczy też witamin z grupy B. Niestety istnieją witaminy rozpuszczalne tylko w tłuszczach (A, D, E i K), i prawdopodobnie (nawet jeśli do tego czasu nie nabawisz się kurzej ślepoty, jaszczurczej skóry albo problemów neurologicznych) zaczniesz rzucać się na masło i oliwę. Poza tym, niedobór witaminy C (źródło: kiszona kapusta, cytrusy, większość warzyw) grozi szkorbutem. Niestety, tak już jest – potrzebujemy tłuszczu i warzyw w diecie. Jeśli zdecydujesz się na dietę chlebowo-wodną, ogranicz ją do mniej więcej miesiąca i łykaj jakąś silniejszą multiwitaminę (wiem, wiem – niezdrowo, ale cóż…) – na wszelki wypadek.
Metoda na „niezgrubnięcie” jest taka sama jak przy każdej innej diecie – wychodzenie z diety. Przez jakiś po tym, kiedy zakończysz dietę, dodawaj kolejne składniki: np. w pierwszym tygodniu dodajesz codziennie łyżeczkę masła, w drugim łyżeczkę masła i 200 kcal warzyw, itp. itd., aż nie dojdziesz do „normalnego” zapotrzebowania kalorycznego. To potrwa, i to dobrych parę tygodni. Jeśli natychmiast po diecie wrócisz do ciast, czekolady i przejadania się, efekt jojo murowany.

glodna na diecie od dietetyka”

A myślałaś, że nie będziesz głodna? Coś mi się wydaje, że różne portale o odchudzaniu, „babskie pisma”, i reklamy diet wyrządziły wiele szkody, bo wmówiły kobietom, że nie ma dla nich nic lepszego od diety, a dieta to piękne kolorowe warzywa i uprawianie sportu w ładnych nowych ubraniach… Rzeczywistość okazuje się nie być aż taka różowa.

Dieta nie polega oczywiście na głodowaniu, i mam nadzieję, że jest to prawda powszechnie znana. Ale mało kto mówi o tym, że dieta nie polega też na tym, że cały czas mamy pełny żołądek. Albo inaczej: żołądek, bywa, owszem, pełny, ale znajdują się tam dania mało kaloryczne, typu gotowana cukinia, chude mięso, marchewka czy pomidory. Trudno się dziwić, że człowiek szybko robi się głodny. Jeśli jesz poniżej własnego minimum energetycznego (około 1200, może 1300 kalorii u większości kobiet, nieco więcej w latach nastoletnich), to siłą rzeczy organizm upomni się o swoje. Głód na diecie zależy też od przyzwyczajeń sprzed diety, i niekoniecznie pojawi się od razu (bywa, że dopiero po miesiącu), ale – niestety – jest zjawiskiem kompletnie normalnym, zwłaszcza, jeśli podjęłaś się diety długoterminowo.

– „jak pic maslanke aby schudnac”, „schudlam dzieki maślance”

Zależy o jakiej maślance mowa. Maślanki bywają wzbogacane mlekiem w proszku oraz cukrem i dodatkami. Od maślanki o smaku straciatella na pewno nie schudniesz 😀

Maślanka ogólnie (ta bez mleka – fuj) jest całkiem zdrowa. Zawiera dużą ilość soli mineralnych i nie powinna zawierać laktozy. Gasi głód i pragnienie, pomaga w trawieniu, i ma jakieś 100 kcal/szklankę (czyli raczej mało). Jak chcesz (i możesz), to pij, albo włącz do diety, i niech ci wyjdzie na zdrowie, jakkolwiek nie opierałabym diety tylko i wyłącznie na maślance.

„jadlam same salatki i schudlam”

Obawiam się, że gdybyś nic nie jadła, też byś schudła. Sałatki (mam na myśli te bez majonezu) stanowią dobre źródło witamin i błonnika (i w zależności od składu, czasem także weglowodanów złożonych). Polane oliwą z oliwek, stają niezłą metodę na dostarczenie organizmowi zdrowych tłuszczów. Niestety, do życia potrzebujemy też białka… i w naszym cudownym polskim klimacie, gdzie przez trzy czwarte roku jest zimno, także ciepłych posiłków. Dieta sałatkowa, jak każda mono-dieta, czyli dieta oparta na jednym typue jedzenia, nie nadaje się do stosowania na dłużej. Ponadto, po zakończeniu diety istnieje ryzyko efektu jojo, bo organizm, przyzwyczajony do wyjątkowo lekkostrawnych potraw i niedojadania, szybko zacznie wariować, kiedy wrócimy do „normalnego” jedzenia.

czy mozna schudnac jedzac do 16”

To akurat jest bardzo dobre pytanie. Złote zasady dietetyki: jedz pięć razy dziennie, i ostatni posiłek jedz mniej więcej 2 godziny przed snem, okazują się wcale nie być aż takie niepodważalne. Istnieje spora grupa osób, zwłaszcza za Wielką Wodą, która wierzy, że jedzenie często i mało jest dla człowieka raczej nienaturalne i że układ trawienny też powinien sobie czasem odpocząć. W związku z tym, osoby te propagują jedzenie jedynie przez 8h na dobę i post przez resztę czasu tj. 16h (nazywa się to „postem interwałowym”) – dla kobiet może być 10h jedzenia/14h postu. Czyli jeśli jesz śniadanie o 7, to ostatni posiłek jesz nie później niż o 17 (dla kobiet) lub 15 (dla mężczyzn). Jeśli ćwiczysz, ćwicz przed pierwszym posiłkiem. Metoda jest jedną z niewielu (jeśli ćwiczysz!), gdzie palisz tkankę tłuszczową a nie mięśnie. Ze swoich własnych doświadczeń wiem, że chudłam jeśli odpuszczałam jedzenie wieczorem (po 17). Myślę, że sprawa jest bardziej skomplikowana – jedni chudną, inni nie – ale warta wypróbowania.

jak zrobić aby na wadze wychodziła mniejsza waga niż 58 kg”

Nie wiem. Ja takich liczb jeszcze nie widziałam, a noszę rozmiar 36/38 przy wzroście 170 cm.

co zrobic guy zjadlam ciasto na dukanie”

Najlepiej od razu zakończ Dukana i zjedz drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty kawałek. A tak serio: nie załamuj się. Wróć do diety od następnego posiłku. Jeden kawałek ciasta nie powinien mieć wielkiego wpływu na rezultaty długoterminowe.

czy schudne na chlebie wasa”

Tak. Moja koleżanka Filotea schudła swego czasu przez studniówką (właśnie na chlebie Wasa) i na samej studniówce wyglądała obłędnie. Tylko że są tańsze metody, i chleb Wasa nie jest wcale taki zdrowy jak się wydaje. I potem łatwo przytyć, gdy zamieni się go na normalny chleb.

dieta 800 kcal blog”

Pomyliłeś/aś adres. Chociaż są ludzie, którzy jedzą 800 kcal i nie chudną, więc nie przekreślałabym tej metody, i nie wyzywała od nierozsądnych.

schudłam 30 kg w 2 miesiące”

O ile nie był to efekt stresu, zmian hormonalnych (np. dojrzewania, zmian po ciąży, choroby tarczycy) albo bardzo intensywnego wysiłku fizycznego, nie mogło stać się to w „normalny sposób”. Albo stosowałaś jakąś wyjątkowo restrykcyjną dietę, albo podejrzane tabletki, albo też jesteś poważnie chora (masz tasiemca?, takie zmiany może powodować nowotwór i inne wyniszczające choroby).

Nie wiem, czy wpisujesz takie hasło w wyszukiwarkę w nadziei, że ktoś tak szybko schudł i tobie też się uda. Ale jeśli tak, idź kobieto po rozum do głowy i działaj racjonalnie: normalne tempo to 1 kg na tydzień, co daje 30 tygodni, a biorąc pod uwagę to, że czasem waga spada a czasem nie, raczej 35. Czyli ponad pół roku. I nie próbuj tego przyspieszać, bo schudniesz 30 kg … i przytyjesz 45 kg w szybkim czasie.

ile schudne jedzàc na kolacje serek wiejskiś”

To zależy, co i ile jesz na inne posiłki i jaką wcześniej jadłaś kolację. Moja Mama odchudzała się jako nastolatka (w latach 60!) jedząc na kolację biały ser z miodem (cóż, w tamtych czasach nie istniały serki wiejskie ani plastikowe opakowania, a ser sprzedawano zawiniety w kawałek nawoskowanego, wilgotnego papieru… ale dość dygresji), ograniczając ziemniaki na obiad i rezygnując ze słodyczy. Nie miała za wiele do zrzucenia, ot, parę kilo – metoda okazała się skuteczna. Jeśli serek połączysz z innymi, niekoniecznie wielkimi ograniczeniami, to schudniesz… w zależności od reszty diety i aktywności, pewnie od 0.5 kg na tydzień wzwyż.

Reklamy

Ja-izm

Ja-izm

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie moja przyjaciółka Agnesi, która wysłała mi ten oto link TUTAJ Agnesi, mama rocznego szkraba, miała do tego tekstu dość osobisty stosunek. Sama nie mam dzieci, więc może będę trochę teoretyzować, ale ten tekst mnie serio wkurzył.

Jakie są konsekwencje bycia matką, wiedziało dobrze pokolenie mojej Mamy i Babci. Dziecko, małe, wiecznie głodne, zziębnięte, chore albo zasiusiane wymaga przez pierwsze parę lat opieki i uwagi. Temat macierzyństwa jest na blogach bardzo popularny, wałkowany na wszelkie możliwe sposoby i z różnych perspektyw. To, co mnie w tekście zirytowało to stawianie sprawy w kontekście „JA i moje PASJE” konta „dziecko, które nie wynagradza trudów macierzyństwa”. Kiedy słyszę o pasjach, przypomina mi się natychmiast taka okładka „Faktu” z dzieciobójczynią znaną powszechnie jako „mama Madzi”, która stwierdza niefrasobliwie, że teraz, po śmierci córki, ma wrezcie czas by realizować swoje pasje. Przepraszam, ale nie mogę, po prostu nie mogę powstrzymać się od tego komentarza.

Droga autorko tekstu, pragnę zauważyć, że świat nie obraca się wokół ciebie. Jeśli weszłaś w związek małżeński licząc na coś, co nazywasz autonomią, licząc na to, że będziesz wiecznie w centrum zainteresowania, a twoje potrzeby będą najważniejsze, no to … podpowiem ci, i nie trzeba do tego jakiejś wielkiej psychoanalizy, że jak dotąd, robisz to źle. Małżeństwo polega na stawianiu małżonka, jego potrzeb, dobra i szczęścia przed własnymi (powinno to dotyczyć OBU stron). Jeśli w związku nie nauczyłaś się wyrzekać egocentryzmu, zaciskać zębów i czasem robić z uśmiechem czegoś ekstra po prostu dla dobra drugiej osoby … to trochę to dziwne. Czyżbyś była jedną z tych polskich matek, które wybierają sobie nieobecnego męża, i chociaż bardzo je to frustruje, tak naprawdę nie spodziewają się od tego męża pomocy w domu i przy dziecku?

Uderzyło mnie jeszcze coś innego. Cały tekst jest hymnem na cześć „jaizmu”. Mówi się, że żyjemy w czasach skrajnego indywidualizmu, ale właściwie określiłabym to raczej jako „ja-izm”, prąd myślowy (?), gdzie ja i moje życie, potrzeby, zachcianki, samorealizacja i spełnienie stoją ponad wszystkim innym: ponad starym, dobrym powołaniem, moralnością, i innymi ludźmi (chyba, że ci inni ludzie to rodzina). Powiedzmy szczerze, czym są te mityczne „pasje” z artykułu? Niewiele znam ludzi z prawdziwą pasją. Poznałam za to całe szeregi zainteresowane spełnianiem pięciominutowych zachcianek i kreowanych przez agencje reklamowe „potrzeb”. Większość tych pasji też obraca się wyłącznie wokół „ja”. Na przykład podróże mogą być autentyczną pasją, ale dość często sprowadzaka się do sposobu na zabicie nudy i podbicie statusu towarzyskiego na fejsbuku. Znam ludzi, którzy autentycznie kochają sport. Ale jakimś dziwnym trafem to wcale nie ci zamieszczają na fejsbuku statusy z endomondo i milion zdjęć w najmodniejszych ciuchach do biegania.

Tekst można streścić w krótkim „jak to? Świat jest taki niesprawiedliwy! Nie mam autonomii, jestem zmęczoną matką, a przecież NALEŻY mi się lepsze życie”. Po prostu jaizm w pełnej krasie. Do tego w jaizmie, w przeciwieństwie do zwykłego hedonizmu, nie ma jakiejś takiej niewielkiej, ale wstydliwej dawki cynizmu. Jaizm moralnie usprawiedliwia egocentryzm nazywając go samorealizacją. Jaizm uznaje, że jak coś nie działa (związek, małżeństwo), to po co naprawiać, po co zmieniać, albo szukać winy w sobie, skoro można poszukać ekscytacji gdzie indziej. Jaizm stawia też przed matką zadanie nie do wykonania: od pierwszych tygodni życia dziecka ma być supermamą, bo przecież jak to możliwe, że ONA miałaby NIE PODOŁAĆ? Jaizm sprawia, że matki są tak skupione na dzieciach, że walczą o nie (i za nie) na każdym kroku: począwszy od konfliktów w piaskownicy a skończywszy na nauczycielach z liceum i narzeczonych. Dziecko nie wychowuje się w większej strukturze (otoczone rodzeństwem, bliższą lub dalszą rodziną, kolegami z podwórka i szkoły, pouczane przez wychowawców i sąsiadki), ale w izolacji, starannie opatulone kloszem matczynej, źle pojętej „miłości”. Trudno się dziwić, że taka matka jest wiecznie zmęczona: scedowanie choć części odpowiedzialności na ojca, na dziadków, na szkołę, na rodzeństwo, na trenera z klubu sportowego i wychowawczynię pewnie by ją nieco odciążyło… ale mogło by się wtedy, o zgrozo, okazać, że dziecko popełni jakiś błąd, nie poradzi sobie z czymś, przekona się, że nie jest pępkiem świata, albo dostanie uwagę za zachowanie, i – cóż za tragedia! – będzie musiało z tym żyć, bo matka nie poleci do szkoły robić awanturę.

Wracając do pasji, pasje są czymś wartym realizowania za cenę macierzyństwa, jeśli są to pasje typu misyjnego. Jeśli chcesz zmienić świat, jeśli masz w życiu do zrealizowania jakąś misję, jeśli twój wyuczony zawód predestynuje cię do bycia osobą nie do zastąpienia… ale jeśli „pasje” sprawadzają się do hedonistycznych zachcianek (podróże, imprezy, ploteczki, zakupy), to czy naprawdę przyjęcie na świat małego człowieka i nauczenie go jak odróżniać dobro od zła nie jest więcej warte?

W moim środowisku istnieje wiele legend o kobietach-naukowcach, które rodziły dzieci niemal w laboratoriach albo pisały prace z dzieckiem przy piersi; ale znam też opowieści w których kobieta najpierw „odchowywała” dzieci a dopiero potem, już zdrowo po czterdziestce, pisała najlepsze prace w życiu. Macierzyństwo stanowi raczej misję i powołanie, część życia, nie zachciankę i nie chodzi w nim o jakieś mityczne „wynagradzanie trudów”. No sorry, ale dziecko, które czuje się winne, bo matka przesiedziała nad jego łóżeczkiem miesiące, bo było chore, bo miało kolki, bo ząbkowało, bo płakało, nie wyrośnie chyba na szczęśliwego dorosłego. Traktowanie dzieci na równi z „samorealizacją” też wydaje mi się raczej niesprawiedliwe. O ile kobieta chce zdobyć certyfikat A, B i C, nauczyć się języka D, E i F, zwiedzić kraj G i H albo skończyć studia podyplomowe z I i J, to są to cele bardzo określone i konkretne. Dzieci natomiast stanowią zjawisko mocno nieprzewidywalne, i nigdy nie wiadomo, na co się trafi. A nie zawsze trafiają się geniusze i miss polonie. Czasem trzeba tę nieprzewidywalność życia zaakceptować z dobrodziejstwem inwentarza.

Innym artykułem (dla odmiany, ten to ja wysłałam do Agnesi), który mnie poruszył był ten TUTAJ I nawet nie sam temat (in vitro) uznałam za uderzający, ale ton artykułu. Pani, z którą dziennikarka prowadzi wywiad traktuje dzieci, jakby były niemal „prawem człowieka”, jakimś towarem, który każdy może kupić i jeszcze wybrać w najlepszym sorcie (normalnie, jak w zakupach na Amazonie). W jej wypowiedziach „medycyna reprodukcyjna” brzmi niemal jak „medycyna produkcyjna”, w której firma gromadzi materiały dobrej jakości (spermę od zdrowych, ładnych i wykształconych dawców) i wytwarza z nich towar, na który jest popyt. Ten artykuł też pełen jest ducha jaizmu. Jeśli kobieta zachce mieć dziecko, to przecież powinna je mieć, tak jak nową sukienkę i buty, bo przecież jej się NALEŻY, i nieważne, że często to dziecko wyrośnie w dziwacznym układzie rodzinnym, nieważne, że w pewnie usłyszy, że przecież jego poczęcie kosztowało rodziców/matkę 300 tys złotych, więc czemu jest TAKIE?, nieważne, że często nie pozna swojego prawdziwego ojca, nieważne, że będzie osobą bez korzeni, ewenementem prosto z laboratorium… O ile desperacja par jest zrozumiała, to moralność „wszystko jest dobre, co ma dobry DLA MNIE skutek” już niekoniecznie. Bo takim samym procesem myślowym można uzasadnić zabijanie ludzi kalekich (obciążają służbę zdrowia i psychikę członków rodziny), zabójstwo „bezwartościowych” jednostek (jak w „Zbrodni i karze”), wszelkie typy zdrady małżeńskiej i zdrady stanu (bo przecież „i tak było nie ok, więc nikomu nie dzieje się krzywda”). I taka jest kwintesencja ja-izmu, religii współczesnego społeczeństwa.