Słodka kraina dzieciństwa (?)

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wywiad z niejaką Dominiką Słowik. Książki nie czytałam – może kiedyś przeczytam jak dostanie mi się w ręce tym czy innym sposobem.

Autorka w wywiadzie (skądinąd ciekawym i niegłupim) mówi o tęsknocie do ”idyllicznej krainy lat dziecinnych”, o mitologizacji, o nostalgii i sentymentalizmie. Wywiad – a jakże, w końcu to GazWyb – nie jest wolny od dyskusji o „pokoleniu”, ulubionym terminie ludzi, którzy nie potrafią pojąć świata takim, jakim on jest i drąży ich przymus klasyfikowania i opisywania, choć Dominika Słowik raczej się przed tym broni.

Przewijająca się w wywiadzie „kraina dzieciństwa” jakoś tak mnie uderzyła. Podobna tęsknota pojawia się na przykład w „Lilce” Kalicińskiej, gdy tytułowa Lilka umiera i siostra opowiada jej o „słodkiej krainie lat dziecinnych”. Czasem myślę, że niektórzy nie przeżyli w życiu niczego ważnego, niczego bardziej doniosłego niż własne dzieciństwo, i zastanawiam się właściwie, czemu. Czy dorosłe życie to naprawdę taki ciąg rozczarowań i walk, i ani miłość, ani przygody, ani przyjaciele, ani odpowiedzialność i wolność nie są tak naprawdę „fajniejsze”? Nie wiem, co zrobiłam nie tak, ale, kurde, gdybym mogła do tych moich lat dziecinnych wrócić, przeżyłabym je inaczej, mądrzej, ale nade wszystko, wcale nie chcę do nich wracać.

Ostrzegam, będę pisała o sobie, czego staram się od jakiegoś czasu unikać, ale tutaj nie potrafię inaczej. Będą wspomnienia, tyle że – co jest moim celem – bez sentymentalizmu.

Moje dzieciństwo mieści się w szeroko pojętej kategorii dzieciństw normalnych. Wychowałam się w pełnej, wierzącej rodzinie i jestem tak zwanym środkowym dzieckiem. Rodzice spędzali z nami czas, czytali nam książki i dużo rozmawiali.

Posiadam takie wspomnienie, dość wyblakłe. Mam sześć, może pięć lat i siedzę przy stole w przedszkolu (katolickim, nowoczesnym jak na tamte czasy – z religią i angielskim). Dostaliśmy takie książeczki z darów z obrazkami do kolorowania. Pod każdym obrazkiem znajdował się krótki tekst i na tych książeczkach ćwiczyliśmy czytanie. To, co mnie w tej mojej książeczce irytowało to to, że dzieci na obrazkach miały otwarte buzie i ciągle się śmiały. Wiedziałam przecież, że dzieci mają swoje problemy i zdecydowanie nie śmieją się cały czas, i chociaż problemy te w porównaniu do problemów rodziców mogą wydawać się błahe, dziecko tego nie wie i w jego świadomości i postrzeganiu świata te problemy są PRAWDZIWE.

Z dzieciństwa pamiętam samotność i to, że nienawidziłam bycia dzieckiem. Moi Rodzice nie bali się puszczać nas samopas (w domu nie było za wielu zakazów ani nakazów w stylu „musisz wrócić przed ósmą”) i nieraz usiłowałam się zapisać na jakieś zajęcia albo do biblioteki, i nikt nie traktował mnie poważnie (chyba, że w banku, gdy płaciłam rachunki – widok stosiku stuzłotowych banknotów przemawiał paniom kasjerkom do rozumu), i kazano przyjść z rodzicami. Oczywiście przybytki te były czynne w porach, w których moi Rodzice prowadzili zajęcia albo mieli lepsze rzeczy do roboty i w efekcie nie mogłam się zapisać.

Z dzieciństwa pamiętam konflikt między odpowiedzialnością (byłam traktowana w domu jak miniaturowy dorosły) i tym, jak świat postrzegał dzieci – jako istoty będące własnością rodziców. Chciałam decydować sama o sobie, i nie rozumiałam, dlaczego reszta świata ma na ten temat inne zdanie.

Wychowałam się w centrum Poznania, w kamienicy. W dresiarskiej dzielnicy bezrobotnych od dwóch pokoleń czasem ścierały się lokalne mafie i nocą płonęły samochody a w tajemnicznym hotelu „Trzy Światy” można było wynająć pokój na godziny. Czas przemian wymieszał brzydotę i kicz, nieremontowane (lub remontowane okropnie) przedwojenne kamienice, z których odpadał tynk z kolorowymi szyldami projektowanymi chyba w Corelu 2.0 i w jego specyficznej estetyce jak z pierwszej serii clip-artów.

Przez pięć lat podstawówki (od czwartej do ósmej klasy) chodziłam do prywatnej żeńskiej szkoły. Szkoła znajdowała się daleko od domu i jeździłam tam tramwajem (sama, i tak, zaczepiali mnie pedofile). Po szkole wszystkie jechałyśmy do domów i odrabiałyśmy lekcje przez resztę dnia. Raczej nie odwiedzałyśmy się po szkole – za daleko i nikt nie miał na to czasu ani sił. Myślę, że jeśli istnieje w moim „pokoleniu” jakieś „doświadczenie pokoleniowe”, jest to właśnie pierwsze w wolnej Polce zetknięcie z prywatnym szkolnictwem. Moi Rodzice, tak jak i rodzice przyjaciółki mojej Racheli, nigdy nie pojęli, że prywatna szkoła, do której chodzą córki przedsiębiorców, polityków, lekarzy, prawników i naukowców stanowi zjawisko mocno odmienne od komunistycznej osiedlowej podstawówki, gdzie mieszały się dzieci robotnicze i inteligenckie. W prywatnej szkole nauki i obowiązków nigdy nie brakowało, i co więcej, panowała tam ogromna konkurencja. Niezależnie od tego, czy ktoś był utalentowany czy nie, zadania nie odrabiały się przecież same. Mój Tata przychodził do pokoju mojego i siostry i złościł się, że już dwudziesta druga, a my jeszcze nie umyte i nie w łóżkach. To nie tak, że lubiłyśmy siedzieć po nocach, zwyczajnie zadań i nauki było tak dużo, że inaczej się nie dało.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe niewyspanie (w harcerstwie instruktorzy powtarzali nawet „wyśpisz to się w trumnie”, jakby brak snu był wyrazem jakiegos osobliwie pojetego heroizmu). Pobudka o szóstej trzydzieści, potem szkoła, powrót o szesnastej – siedemnastej obiad, godzina odpoczynku i lekcje, lekcje, lekcje, do dwudziestej trzeciej a czasem i do północy. Następnie ten sam kierat od nowa, i tak przez cały tydzień. Wysypiałam się chyba tylko w weekendy. Moja siostra, absolwentka tej samej szkoły zauważyła, że wszystkie dziewczynki w jej klasie są niskie. Ciekawe, czy to efekt niedosypiania w dzieciństwie? W mojej klasie wyższa ode mnie (czyli ponad 170 cm) wyrosła tylko jedna osoba.

Z dzieciństwa pamiętam, że często porównywano mnie do innych dzieci, i bardzo to przeżywałam. Byłam szczerze pobożna, i brałam nauki księży (choć nie wszystkich, i nie zawsze) bardzo serio. Wychowana na starych, poczciwych książkach w rodzaju „Serca” Amicisa mocno się winiłam, kiedy reflektowałam się, że mogłam zrobić dobry uczynek, a nie zrobiłam.

Z dzieciństwa pamiętam opowieści mojej Babci o pewnej dalekiej krewnej (zdaje się wnuczce którejś z Babci sióstr), która jest „taka grzeczna” (w domyśle – my jesteśmy za to wyjątkowo niegrzeczni). Dziś wiem, że tak zwana grzeczność (tak, tak, w latach dziewięćdziesiątych zwracano powszechnie uwagę na wychowanie i dzieci się wychowywało, a nie hodowało ku uciesze jak koty) nic nie znaczy; co więcej, z grzecznych dzieci często nie wyrastają dojrzali, odpowiedzialni dorośli z pomysłem na życie.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe upominanie o to, jaka jestem niechlujna i niestaranna, że mam brzydkie zeszyty, bazgrolę, wiecznie czegoś zapominam, regularnie gubię sieciówkę, legitymację i klucze. Przez całą szkołę podstawową po dniu pisania notatek ręce miałam po łokcie brudne od atramentu. Ciągle coś na siebie wylewałam (do dziś to robię – dlatego mam dużo ubrań, bo po prostu szybko je brudzę… i zostałam rodzinną specjalistką od wywabiania plam :)). Dziś podejrzewam, że miałam jakąś formę AD(H)D, ale że uczyłam się dobrze, nikt się nie zorientował. W dorosłym życiu nauczyłam się akceptować ten brak koncentracji i dowiedziałam się że tak, są na to leki. Nad pewnymi aspektami pracowałam (nad pismem np., organizacją czasu), ale myślę, że świat, w którym ciągle słyszę, że mam patrzeć na rozmówcę, albo przestać rysować na lekcji, albo że mam się – do cholery! – skupić, był światem idyllicznym. Wątpię, żeby inne odczucia posiadała moja przyjaciółka Rachela, jedna z niewielu znanych mi osób z prawdziwą dysortografią (zdiagnozowaną z opóźnieniem).

W prywatnej szkole czułam się „nie dość dziewczynką”, bo obowiązywał tam jeden jedyny słuszny archetyp dziewczynki. Dziewczynka powinna umieć śpiewać, grać na jakimś instrumencie (fałszowałam wręcz koncertowo), pomagać w domu, być schludna i inne podobne. Choć jako dziecko pisałam wiersze (opublikowane w gazetce parafialnej, a jakże), to interesowała mnie matematyka, i później, także komputery… Całkowity brak talentu muzycznego też stanowił spore źródło kompleksów. Nie mam też poczucia rytmu i mimo stosownych zajęć, nigdy nie nauczyłam się tańczyć. Dzieciństwo wspominam jako okres wiecznej nieadekwatności, bycia „zawodem”.

Z dzieciństwa pamiętam ból, dużo bólu. Przez całe wczesne dzieciństwo bolały mnie kolana i nogi. Bolały strasznie, rozrywającym, mocnym bólem, na który nic nie pomagało (podejrzewam, że bolały, bo rosły, badano mnie, ale niczego specjalnego nie znaleziono). Dopóki nie wycięto mi migdałków (pod koniec liceum), często chorowałam na anginę i zapalenie gardła, i tutaj też ból był taki, jakbym miała w gardle sporego kaktusa. Choroba stanowiła dobry pretekstem, by zostać w domu i w końcu się wyspać, ale spanie na przemian z oglądaniem agrobiznesu (mieliśmy dwa kanały), przy wysokiej gorączce, bólu gardła i zapchanym nosie nie było atrakcyjną perspektywą (zostawałam w domu sama). Długie lata miałam zajady. Mama smarowała je spirytusem, piłam drożdże, próbowałam jakichś maści – i nic. Bolało paskudztwo potwornie, pękało i piekło. W czasach bez smartfonów, i ze względu na to, że nie mieliśmy w domu termometru, często wychodziłam z domu za ciepło ubrana i potem pociłam się (w podkoszulce, koszulce, swetrze i kurtce, obciążona wielkim, ciężkim plecakiem) wracając po południu ze szkoły. Nadwrażliwa skóra swędziała i bolała. Z idyllicznej krainy pamiętam więc mało przyjemne wrażenia dotykowo-czuciowe 🙂 Nadwrażliwość skóry jest zresztą w pewnym wieku zupełnie normalna.

Jak wspominałam, traktowano mnie w domu jak małego dorosłego. Kiedyś usłyszałam, że „no na wsi czternastoletnie dziewczyny to już gotują całe obiady”. Nie wiem, czemu wzięłam sobie ten komentarz do serca, i chociaż bez problemu gotowałam jako trzynastolatka (sama – Rodziców często nie było w domu), to miałam kompleksy, że nie potrafię ugotować zupy (nauczyłam się nieco później, miałam AŻ piętnaście lat 🙂 ). Nie rozumiałam (co rozumiem dzisiaj), że nie dało się jednocześnie być wzorowym dzieckiem, które pomaga w domu, codziennie odkurza, sprząta swój pokój, gotuje, chodzi po zakupy (lata dziewięćdziesiąte to czas małych spożywczaków), wyprowadza psa i jeszcze ma same szóstki w szkole… bo póki co, cyborga nie stworzono i dzieci muszą spać. Później dowiedziałam się, że moje koleżanki z klasy nie potrafiły sobie zrobić kanapki (którą to umiejętność posiadłam chyba w przedszkolu) a mamy chodziły za nimi i sprzątały, o gotowaniu nie wspominając. Myślę, że jako dziecko, w efekcie porównywania i specyficznej wrażliwości, oceniałam się bardzo surowo… Dodam, że na erasmusie nauczyłam moją dwudziestoczteroletnią polską współlokatorkę obsługiwać pralkę, bo w jej domu zawsze prała mama.

Coś mi się wydaje, że dzieciństwo to czas kształtowania, prób i błędów, i nie wszystkie te procesy kształtujące charakter należą do przyjemnych. Część jest przygodą, część jest zabawą a część to poniżenie i wstyd. Dzieciństwo to czas pierwszych doświadczeń, także pierwszego cierpienia, bólu i straty. Ponieważ są to doświadczenia pierwsze w swoim rodzaju, nie istnieje dla nich jeszcze skala porównawcza, więc zostają zapamiętane jako przeżycia bardzo mocne. Oczywiście później, kiedy patrzy się na nie z perspektywy dorosłości łatwo je trywializować czy mityzować, łatwo zapomnieć ich intensywność i negatywność, ale wtedy, w dzieciństwie rozpacz i ból stanowiły ważną część krainy zdecydowanie nie cudownej.

Z rzekomo idyllicznych lat dziewięćdziesiątych pamiętam ich estetykę (a raczej jej brak). Nawet jako to niechlujne dziecko, donaszające ciuchy po innych i średnio zainteresowane własnym wyglądem czy modą, wiedziałam, że świat w którym się poruszam jest BRZYDKI. Jedną z niewielu spraw, które wspominam z jako taką nostalgią są początki kapitalizmu. Jednakże, kapitalizm przyniósł dziwaczne reperkusje. Po latach szarości i zacofania nagle pojawiły się kolorowe produkty, podpaski Always, herbata Lipton, cukierki nimm 2, świerszczyki i niełamiące się plastikowe kredni Comte i inne podobne artefakty, i w sklepach panowała estetyka pod tytułem: im bardziej kolorowo, tym lepiej. W takim stylu ubierano dzieci, w takim stylu mieliśmy tornistry, piórniki, zeszyty, buty, kurtki. W tych kolorowych do obłędu rzeczach siedzieliśmy w pomalowanych olejną, sraczkowatą bądź brudnożółtą farbą klasach, w szarych szkołach z betonu. Kontrast walił po oczach. Zorientowałam się chyba podczas mody na długopisy żelowe (dostałam cały komplet w neonowych kolorach), że kolory, może i owszem fajne, ale nie da się nimi nic ładnego narysować… bo kompletnie do siebie nie pasują! Pamiętam erę wymiany komunistycznych wersalek z oparciami z płyty paździerzowej na nowe wersalki, w podobnym stylu, tyle, że kapitalistyczne, i podobnie, wymianę meblościanek, zasłon i dywanów na równie brzydkie, tyle, że kolorowe. Czasem myślę, że w tamtym świecie naprawdę trudno było dostać coś ładnego: drewniane, zdrowsze meble bez foraldehydu, płócienne zasłony albo tradycyjny kredens. Mam wrażenie, że idylle są przynajmniej ładne. Sorry, ale lata dziewięćdziesiąte naprawdę nie były.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że niektórym ludziom rodzice zafundowali fajne dzieciństwo, izolując od problemów, walcząc za dzieci z systemem i wyręczając w każdym obowiązku. Dorosłość okazała się zawodem, bo nagle wyszło na jaw, że nie można się całe życie bawić i nie zawsze mama z tatą wezmą za konsekwencje tej zabawy odpowiedzialność. Mnie od niczego nie izolowano, nie zakazywano, nie chroniono, ale też wychowywano – i wymagano. Nigdy później, nawet na doktoracie, nawet ucząc się do egzaminów z kosmosu, które musiałam na nim zdać, nie pracowałam tak ciężko jak w prywatnej szkole.

Dorosłe życie przyniosło ulgę, wolność poszukiwań, czas na sen. Jeśli kiedyś uczyłam się jednocześnie dobrze się bawiąc, był to pierwszy rok studiów. Co więcej, już jako dorosła, samoświadoma osoba, która opuściła rodzinny dom zrozumiałam, że czasem trzeba poprosić o pomoc i czasem istotnie ta pomoc… pomaga. Że na niektóre przypadłości są leki, i nie, nie zawsze da się „wziąć w garść”, i nie ma w tym nic wstydliwego, bo po co się męczyć. Że (ale to dluższa historia) nie jestem pępkiem świata, nie jest nim moja „samorealizacja”, „samorozwój”, moje „pasje” ani moja „kariera”, tylko, że jestem częścią większej całości, i im mniej myślę o sobie, tym ciekawszy staje się świat wokół.

Jednym słowem: „cudowna kraina lat dziecinnych” nie istnieje. Denerwują mnie opowieści o niej, i nie są to opowieści osób w wieku Danuty Szaflarskiej, ale opowieści moich rówieśników czy autorów nawet młodszych. Może w tej modzie na wspominanie kryje się zawód światem, a może jest to konsekwencja przeróżnych „mód” obowiązujących ostatnio w wychowywaniu dzieci?

Reklamy

One thought on “Słodka kraina dzieciństwa (?)

  1. Bardzo mądre rzeczy piszesz, nie tylko tu, ale ogólnie w tych fragmentach bloga, które czytałam. Nawet jeżeli podejrzewam, że mogłybyśmy sie w niektórych kwestiach nie zgadzać (choć akurat chyba w tej się zgadzamy), to i tak Twoje zdanie wydaje mi się warte poznania.
    Będę czytać 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s