Dominika Słowik “Atlas. Doppelganger”.

Jak wspominałam wielokrotnie, nie potrafię pisać wstępów. Ponieważ nie chcę zaczynać od streszczania książki, ani od banałów, ani też przeklejać z innych recenzji, zacznę od opinii: moim zdaniem powieść Słowik jest mocno przereklamowana.

Książka składa się z mieszanki wspomnień z „lat dziewięćdziesiątych”, opowieści dziadka-gawędziarza, absurdalnych, niekiedy śmiesznych, i zazwyczaj nieco bezsensownych, oraz z osobnej, jakby wciśniętej na siłę, historii niejakiego Sadowskiego. W sposobie prowadzenia narracji autorka przypominała mi bardzo Kapuścińskiego, który podobnie, pisał dobrym językiem historie o intrygujących początkach, ale pozbawione zakończenia, urwane w najistotniejszym punkcie.

Wielu recenzentów (i wydawca) porównuje prozę Słowik do Brunona Schulza. Może brak mi wrażliwości, może lata przez komputerem zamieniły mnie w literacką troglodytkę, ale do Schulza Dominice Słowik daleko, i nie dlatego, że jest złą pisarką, ale dlatego, że brakuje jej tej specyficznej, nieco poetyckiej wrażliwości na słowa, a także wychowania na klasycznych tekstach (myślę, że często czytelnicy nie zwracają uwagi na to, jak wiele jest w opowiadaniach Schulza języka Starego Testamentu w przekładzie Jakuba Wujka).

„Atlas…” to zdecydowanie NIE realizm magiczny. Jeśli miałabym jakoś nazwać styl Dominiki Słowik, nazwałabym go „realizmem chujowym” lub „realizmem pojebanym”. W książce raził mnie bowiem język, i dziwi mnie, że przepuścił to redaktor (o ile jakiś redaktor w ogóle tę książkę przeczytał). Zawsze uważałam, że przekleństwa mają swoje miejsce w języku. Są historie, których nie da się opowiedzieć bez niecenzuralnych słów, istnieją emocje, na które nie ma innych nazw, są światy, które istnieją tylko w otoczeniu „kurw” i „chujów”. Są tez autorzy, którzy znają tylko język pełen przekleństw i gdyby opowiedzieli swoją historię w jakikolwiek inny sposób, wyszłoby to sztucznie. Ale Dominika Słowik nie używa przekleństw by pokazać autentyczne emocje bohaterów, ani też nie tworzy świata i bohaterów na tyle prymitywnych, by „kurwy” i „chuje” budowały klimat. Autorka pisze ładnym, spójnym, literackim językiem i tylko co jakiś czas rzuca „pojebało” (np. opowiadając o dziadku, że „i tak miał rozjebane serce”) albo podobne słowo, które do reszty opowieści pasuje niczym kwiatek do kożucha, i które razi. Rozmawiając o tym przez telefon z moją Mamą stwierdziłam, że niby można zrobić kupę na środku salonu, tylko po co? I właśnie tak funkcjonują przekleństwa w „Atlasie”: są zupełnie niepotrzebne, rażą i smrodzą niczym nieszczęsna kupa na środku salonu.

Książka to pewnego rodzaju zapiski z dzieciństwa, obrazki z procesu dojrzewania. To, czego brakowało mi zarówno w bohaterce, jak w i w jej najlepszej przyjaciółce Annie, to ta na poły nieuświadomiona, nienazwana dziecięca wrażliwość i tęsknota za pięknem i dobrem. Bohaterki żyją w brzydkim świecie, wychowują się bowiem na osiedlu przy kopalni. Świat ten akceptują i chyba nawet lubią, a jedyną odskocznią od widoku kominów, szkoły i nudnego życia parafii są opowieści dziadka. Swoją drogą, gdyby mnie ośmioletniej ktoś opowiedział historię jak ta, gdzie marynarze łowią ryby używając za przynętę żywego kota z żyłką przewleczoną blisko kręgosłupa, to po pierwsze, powiedziałabym o tym rodzicom, po drugie, nie spotkałabym się z takim dziadkiem nigdy więcej, a po trzecie – nie mogłabym przez jakiś czas spać. Bohaterek nie razi też chamstwo z jakim dziadek traktuje żonę i to, co mówi za jej plecami. I w Annie i w bohaterce tkwi jakiś dziwny prymitywizm, którego nie są w stanie przeskoczyć na tyle, by nazwać tkwiącą w nich tęsknotę i przyznać się do emocji (jedynie w ostatniej scenie zapach pól i widok dymu zdaje się przyzywać Annę). Z kościoła i pierwszej Komunii obie dziewczynki nie rozumieją chyba zupełnie nic. I zresztą, taki jest duch książki, wrażenie, jakie zostaje po przeczytaniu: autorka opisuje świat, którego nie rozumie, i o ile w samym nierozumieniu nie ma niczego złego, to w ogóle nie stara się go zrozumieć, nie wczuwa się w emocje bohaterów, w ich historie, w ból i w dramat wkraczania w kapitalizmo-feudalizm, który staje się udziałem pokolenia rodziców. Do tego, co zauważyło wielu recenzentów, jest w tym pseudo-opisie dużo cynizmu. Jak pokazuje historia Sadowskiego, który z listów i osobistych rzeczy znalezionych na opuszczonym osiedlu usiłuje skonstruować jakąś sieć powiązań między byłymi mieszkańcami, mapę minionej rzeczywistości, i z tej mapy (jak i z map dziadka) nic kompletnie nie wynika, więc Sadowski… poddaje się i wyjeżdża. I myślę, że to jest główne przesłanie książki: z map nie wyczytasz nic, może poza wrażeniem, tęsknotą, nie próbuj zrozumieć, bo i tak nie zrozumiesz, a zresztą, po co – weź i wyjedź.

Książkę reklamowano jako „o zobaczcie! Ktoś napisał (w końcu!) o latach dziewięćdziesiątych! Spodziewajcie się objawienia!”. Tymczasem, dobre powieści rozgrywające się w jakichś „czasach” mają to do siebie, że zawierają przesłanie uniwersalne, dla którego czasy są tylko tłem, zbiorem rekwizytów. W książce Słowik rekwizyty stanowią tak integralną część, że obawiam się, że czytelnik, który urodził się w tym roku, i który książkę przeczyta za dwadzieścia lat, w ogóle jej nie zrozumie. O czasie przemian pisała też Joanna Bator i moim zdaniem, pisała dużo lepiej („Chmurdalia”), starając się uchwycić ducha przemian, ale i stworzyć opowieść o ludzkim losie, o miłości, o posiadaniu dzieci, opuszczaniu gniazda, akceptacji wyborów i inności. Jeśli odrzucić te fałszywe reklamy wydawcy i różnych „Gazet”, i wysokie oczekiwania, to zostanie niegłupia, choć dość specyficzna książka, i rozumiem dlaczego może się podobać. Mnie się podobała dość średnio, jakkolwiek moja opinia może być dość skrzywiona, bo zupełnie inaczej pamiętam moje dzieciństwo i lata dziewięćdziesiąte. Pamiętam, z nich – poza brzydotą i biedą, poza rytuałami typu Pierwszy Listopada, rodzinnymi nasiadówkami, chodzeniem do magla i świątecznym sprzątaniem – moją tęsknotę za pięknem, prawdą i sprawiedliwością, sztukę, wokół której dorastałam, dziedzictwo, którego uczyłam się od rodziców i dziadków, w szkole, w harcerstwie i czytając niezliczone książki. Bohaterki „Atlasu” wydają się oderwane: od historii, od przeszłości, od narodowych traum (sorry, takie są w każdej polskiej rodzinie, i bez nich się nie da), i to czyni książkę dość sztuczną. Opowieści dziwnej treści, jakimi karmi dziadek bohaterkę i Annę mógłby snuć chyba każdy dziadek w każdym kraju świata – nie ma w nich ani opowieści partyzanckich, ani opowieści o tym „jak to przed wojną wszystko było porządne”, ani niczego w tym stylu, tak, jakby świat zaczął się gdzieś za Komuny, gdy powstawały fabryki, kopalnie i bloki, i nie istniało żadne PRZEDTEM.

Ale żeby nie było że tylko narzekam, zróbmy podsumowanie, wypisując pozytywne i negatywne aspekty książki.

Na plus:

+ język i styl (wyjąwszy przekleństwa)

+ obserwacje rzeczywistości (na przykład: styl ubierania chłopców w latach dziewięćdziesiątych w ogromne puchowe kurtki…, dzieci idące w rocznicę pierwszej Komunii do kościoła w przymałych ubrankach z poprzedniego roku i wiele podobnych)

+ zakończenie

+ motyw map, które Anna usiłuje kopiować, i jak widzi bohaterka, czasem nakłada dwie na siebie – ciekawy i nietypowy wymiar symboliczny

+ rozdwojenie postaci dziadka

Na minus:

– przekleństwa i bulwarowe słowa pojawiające się bez powodu

– jednocześnie osadzenie książki w latach dziewięćdziesiątych i kompletne oderwanie od historii i szerszego kontekstu (życia politycznego, przemian społecznych)

– cynizm

– urwane opowieści dziadka

– reklama na wyrost

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s