Książki – mix mini-recenzji

Łukasz Orbitowski, “Inna dusza”

Ta książka to “Orbitowski bez Orbitowskiego”. Napisana została oszczędnym, prostym językiem, i pozbawiona jest odwołań do popkultury, skojarzeń i gry z czytelnikiem. Jest to opowieść o trzech przyjaciołach, z których jeden ma „inną duszę” (i jak się okaże później, także inny mózg) i ich dorastaniu w latach 90. Lata 90 Orbitowski przedstawia bez mitologizacji, bez opisywania ich rzekomego czaru i bez nostalgii. Niczym Max Kolonko, Orbitowski mówi, jak było: opowiada o drogich lodach „Magnum”, wizytach w drogerii w której dezodorant „Fa” i podpaski „Libresse” wydawały się towarami luksusowymi z innego świata, o osiedlu i ulicy, gdzie sąsiedzi ze sobą rozmawiali, i o ojcu alkoholiku. Autor stosuje ciekawy zabieg: nie usiłuje analizować myślenia mordercy, nie miesza pisarstwa z psychologią, za to zwyczajnie je opisuje. Ponoć Orbitowski spędził nieco czasu czytając akta sądowe, i w książce jest coś z beznamiętności akt, realizm policyjnego opisu pozbawionego uczuć, suchego. Prosty realizm w książce uderza, podobnie jak brak jakiejkolwiek oceny moralnej działań bohaterów. Autor pisze też o swoich młodocianych bohaterach używając ich kategorii myślowych, ich pojmowania świata, ich wrażliwości, i to udaje się nader dobrze. Moim zdaniem wiarygodny i dobry jest wątek alkoholowej rodziny jednego z bohaterów, ojca pijaka, współuzależnionej matki i dziecka, które przejmuje rolę rodzica… ale także sprawa aspiracji życiowych, wyjścia z tej rodziny, ze świata bezrobocia i biedy. Tym, co Orbitowski robi inaczej i lepiej niż inni polscy autorzy, jest niewątpliwie zrozumienie dla świata Polski B, C i D, świata, gdzie 20 zł na lepszy obiad to wielki wydatek i gdzie rodziny mają w okolicznych sklepach konta w „zeszytach”. Orbitowski tym światem nie pogardza, jak np. Ziemkiewicz, po prostu go ogląda i się w niego wczuwa, traktuje jak coś normalnego, coś, co po prostu jest, blisko, bardzo, bardzo blisko. W przeciwieństwie do bardziej społecznie zaangażowanych dziennikarzy i pisarzy, Orbitowski nie szuka też dla tego świata usprawiedliwienia. Wbrew temu, co napisano o „Innej duszy”, stwierdzić, że jest to „najlepsza książka Orbitowskiego” mógł tylko ktoś, kto brzydzi się fantastyką (niczym Żakowski lustracją, hehe). Bo najlepszą książką w mojej opinii nadal pozostają „Wigilijne psy”. Ale przeczytać warto.

Swietłana Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa”

Istnieje taka książka noblisty Knuta Hamsuna „Błogosławieństwo ziemi”. Książkę Aleksiejewicz można podsumować jako „przekleństwo ziemi”. Książka jest rewelacyjną, wielogłosową opowieścią o tragedii Czarnobyla, ale nie taką pisaną wg statystyk skażania, ale opowieścią o ludziach, ich losach, chorobach, życiu. Książka ma bardzo specyficzną konstrukcję, bo składa się z wielu dość osobliwie, niechronologicznie poskładanych opowieści. Najpierw ma się wrażenia chaosu, później wszystko zaczyna się układać, nici się plączą i tworzą spójny wzór. Konstrukcja książki przypomina nieco tkanie; pierwsze historie, te najbardziej szokujące, z dosłownymi opisami choroby popromiennej, stanowią główne wątki, a pozostałe historie to nici, które, wplątują się między nie, tworząc osnowę. Tragedia Czarnobyla staje się dla autorki pretekstem do dyskusji nad narodowością i tożsamością Białorusinów, i nad tym, czym był i jest komunizm. Czarnobyl staje się doświadczeniem pokoleniowym, doświadczeniem powszechnym, tak powszechnym jak kołchozy, pomniki Lenina i świat zorganizowany na socjalistyczną modłę. Ale Czarnobyl staje się też przebudzeniem ze snów o potędze, o dobrym życiu, pokojowym atomie i materializmie, który zwycięży brud, bylejakość, chciwość i biedę, oraz pozwoli zbudować spójną świadomość Białorusinów jako narodu, nie w odwołaniu do Rosji i nie w odwołaniu do Polski. Opisy ludzkich tragedii – chorób, chorych dzieci, rodzin, które straciły najbliższych – poprzetykane są opisami zaniedbań władzy: niefrasobliwością, późną ewakuacją czy sprzedażą produktów rolnych ze skażonych terenów. Pojawiają się opisy ludzkiej chciwości, często wyrosłej z biedy: skażony dobytek, zakopany na chybcika w dołach byle jak przysypanych cienką warstwą ziemi, zostaje rozkradziony i rozsprzedany. Książka jest z jednej strony przejmująca i smutna a z drugiej, na skażona ziemi, wśród chorych ludzi następuje dziwne przebudzenie: z wiary w komunizm , z ufności władzy do odrębności i samoświadomości. Najbardziej przejmuje jedna z ostatnich historii, w której bohaterka prowadzi rozmowę z gościem z zagranicy i mówi „zobacz, jak tu u nas pięknie” a gość odpowiada „ale to przecież wszystko skażone”. Ale bohaterka i tak kocha tę ziemię, z jej skażeniem, tak, jak może to czynić tylko ktoś, kto z tej ziemi pochodzi i na niej się urodził.

Swietłana Aleksijewicz „Cynkowi chłopcy”

Książka z kategorii „ciężkie lektury”. Składa się z opowieści żołnierzy, ich żon, matek i dzieci oraz „pracownic cywilnych”, których w jakiś sposób dotknął Afganistan. Żołnierze często jadą tam jako naiwni osiemnastolatkowie, przekonani, że komunizm jest tym, czego bratni naród afgański naprawdę potrzebuje. Wracają – jeśli nie w cynkowych trumnach, których nie da się otworzyć – to połamani psychicznie, ze stresem pourazowym, bez rąk, nóg, pozbawieni wzroku, bez marzeń i nadziei. Książka ma przynajmniej dwie warstwy. Pierwszą stanowi opis ludzkich tragedii, rozliczenie z wojną w Afganistanie, gdzie najpierw słano ludzi, a potem, gdy zmienił się dyskurs polityczny, ganiono ich za to, że walczyli. Druga warstwa to rozliczenie z komunizmem w ogóle, podobnie jak w „Czarnobylskiej modlitwie”, przebudzenie polityczne i społeczne. Ludzie, których wychowały komunistyczne szkoły i teorie marksizmu-leninizmu, zaczynają czytać Sołżenicyna i Szałomowa i nagle to, w co wierzyli w młodości, wszystkie te ideały, gdzieś znikają. Swoją drogą poruszające są opisy afgańskich krajobrazów skontrastowane z prymitywizmem rosyjskich baz: niedożywieniem, jedzeniem konserw jeszcze z drugiej wojny światowej, złym wyposażeniem, falą. Książka jest wołaniem o rozliczenie i sprawiedliwość: „cynkowi chłopcy” zostawili w Afganistanie młodość, złudzenia, zdrowie, a często i życie, a po powrocie do Rosji traktuje ich się jako uczestników niewygodnej wojny, jak śmieci. Co więcej, wielu z nich obserwowało Afgańczyków: normalnych ludzi, którzy walczyli o swoją własną ziemię, i czuło, że robią źle, strzelając do nich, ale rozkaz jest w wojsku rozkazem – a potem za wykonywanie rozkazów w nagrodę dostaje się ludzką pogardę. Moim zdaniem ważna i potrzebna książka. Niekoniecznie do czytania do poduszki.

Marcin Wolski, „Miejsce dla dwojga”

Prawdziwa grafomania, bez kitu. Jeśli lubicie książki, gdzie jednym jedynym elementem względnie na poziomie jest sprawny język, to „Miejsce dla dwojga” zostało stworzone właśnie dla was. Powielanie najgłupszych frazesów, bzdurna historia nietrzymająca się kupy, wybuchy, mafia, ładna panna i nieatrakcyjny bohater z pewną dysfunkcją, który usiłuje dobrać się do jej majtek. Zdaje się, miało być to śmieszne. Swoją drogą, mój absolutnie ulubiony motyw z podobnych książek to bohater podglądający kobietę i stwierdzający, że „miała na sobie stanik nie pierwszej świeżości”. Powiedziałabym, że jako kobieta mam czasem problem, żeby ustalić świeżość stanika po zapachu, a co dopiero po wyglądzie. W sumie bardzo dobra książka – o ile chcemy zwyczajnie wyłączyć mózg na kilka godzin.

Wit Szostak „Sto dni bez słońca”

Ta książka również miała być śmieszna. Ale nie była. Główny bohater, niejaki Lesław Strebroń, naukowiec z powołania, żyje w świecie literatury (kiepskiej), własnych przemyśleń (niezbyt oryginalnych) oraz emocjonalnych uniesień (pretensjonalnych). Srebroń zostaje wysłany na stypendium na nieistniejący mały uniwersytet na brytyjskiej wyspie. Spotyka tam – przez przypadek – człowieka, którego uważa za swojego mistrza. Profesor ów okazuje się jednak mało interesującym dziadkiem (czego bohater oczywiście nie zauważa), który ponad konwersacją na tematy intelektualne preferuje piwo, towarzystwo młodszej kobiety oraz rozmowy o wrastających paznokciach. Pewna feministka z nadwagą wykorzystuje naiwność Srebronia do własnych seksualnych celów. Ogólnie, bohater staje się raczej pośmiewiskiem wśród międzynarodowego towarzystwa na wyspie: uwielbienie patosu, kiepskiego pisarstwa i brak jakiejkolwiek refleksji, oraz traktowanie nauki czołobitnie, jako świętej krowy nie przysparza mu zwolenników. Swoją drogą, ludzie zesłani na wyspę nie stanowią elity intelektualnej Europy, a raczej zbieraninę dziwadeł zainteresowanych bardzo niszowymi tematami („pochód penisa przez dzieje Europy”), ale nasz bohater – jak nietrudno się domyślić – ma na ten temat odmienne zdanie.

Może dlatego, że poznałam paru Srebroniów w realnym życiu, wobec Srebronia z książki czułam przede wszystkim współczucie, oraz – być może – trochę zażenowania. Było mi żal tego, jak bardzo wszyscy się z niego śmieją, jak głupie błędy popełnia, jak bardzo jest niedostosowany. Do tego Srebroń darzy nabożnym szacunkiem polskiego niszowego pisarza, Filipa Włócznika (myślę, że jego prototypem był Andrzej Pilipiuk) i wypisuje sobie jego najbardziej banalne myśli, uznając je za genialne. Chociaż nie istnieje angielskie tłumaczenie dzieł Włócznika, Srebroń dręczy tym autorem swoich angielskojęzycznych studentów – siłą rzeczy studenci za nim nie przepadają.
Książka moim zdaniem jest nieco tragikomiczna, ale nie śmieszna. Stwoszowi wyszła parodia powieści akademickiej z polskim zaściankowym naukowcem-humanistą w roli głównej, naukowcem, który nie rozumie prostego kodu kulturowego, nie tylko dlatego, że pochodzi z kraju nad Wisłą, ale również dlatego, że żyje w swoim świecie, więc zamiast być tylko śmieszny, jest dość żałosny. Tylko że mnie ta parodia zupełnie nie śmieszyła.

Szczepan Twardoch „Drach”

Książka najpierw mnie wciągnęła a potem wydała się czystym efekciarstwem. Historię w zamyśle ma opowiadać ziemia śląska, opowiadać ze swojego wnętrza. Równolegle śledzimy losy kilkunastu postaci, przede wszystkim zaś Nikodema i jego pra-pradziadka Józefa. Nikodem żyje w czasach współczesnych a jego przodek na początku dwudziestego wieku. Nikodem jest sławnym architektem, jego przodek zwykłym górnikiem. Losy obydwu są w pewnym sensie podobne, bo obaj zakochują się w nieodpowiedniej kobiecie i dla obu – choć z różnych przyczyn – kończy się to szpitalem psychiatrycznym. Tę historię można było opowiedzieć o wiele lepiej, jako historię o powtarzalności ludzkich losów, o przywiązaniu do ziemi, o przodkach i potomkach. I historia obroniłaby się bez problemu. Ale nie. Zamiast tego dostajemy manieryczny język („Józef jedzie szosą na rowerze marki Wanderer”), który ma chyba naśladować sposób myślenia pokolenia uzależnionego od zakupów i Starbucksa. I o ile w przypadku Nikodema jest to jak najbardziej usprawiedliwione, to mogę się założyć, że Józef raczej nie przywiązywał do takich spraw wagi. Dostajemy też pseudogłębokie przemyślenia na miarę ćwierćintelektualisty. Szczapana Twardocha stać na więcej.

Lucie Di Angeli-Ilovan, „Żniwo Gniewu”

Zaczynało się dobrze. Zaczynało się ciekawie. Tytuł zapowiadał poważną, dobrą książkę. Dopiero potem, dopiero, kiedy przeczytałam gdzieś w sieci opinię pani Kalicińskiej, że książka „powinna być lekturą w szkole” zrozumiałam, w czym rzecz.

Książka opowiada losy sióstr (dwóch, przyznajmy, niezbyt mądrych kobiet), które wychowały się w małym, kresowym miasteczku. Jedna wychodzi za mąż za polskiego oficera, druga za ideowego żydowskiego komunistę. Oba małżeństwa kończą się tragicznie, choć z różnych względów. Siostry są więc w trakcie wojny skazane tylko na siebie. Jedna z nich dorabia się dwójki dzieci, co dodatkowo komplikuje życie. Historia z książki to historia o przetrwaniu za wszelką cenę, o nadziei, ludzkiej życzliwości i ludzkiej podłości. Do mnie ta historia nie trafiła. Postaci są rysowane bardzo grubą kreską, zwłaszcza te epizodyczne, prawie jak w komiksie. Głównym bohaterkom brakowało głębi, jakiegoś magicznego tchnienia, które z postaci z papieru zrobiłoby postaci z ciała. Książka zawiera kilka przepisów kulinarnych; nie wiem dlaczego, ale ja w tych przepisach nie dostrzegłam niczego specjalnie wyjątkowego. Czytałam w życiu wiele książek o wojnie i okupacji, także z perspektywy kobiet, dzieci, rodzin, mieszkańców gett, i ta po prostu nie trafiła w moją wrażliwość, tak jak trafił w nią „Ciężki piasek” Rybakowa czy „Liście na wietrze” Felicji Konarskiej. Jeśli podobał wam się „Dom nad rozlewiskiem” (mnie nie), to „Żniwo gniewu” będzie wam się również podobać (mnie nie).

Mary Chamberlain “Krawcowa z Dachau”

Kolejna wojenna książka pisana z perspektywy kobiety. Historia jest dość nierealistyczna, ale nie takie się zdarzały w trakcie wojny. Bohaterką jest młoda, ambitna Ada, obdarzona genialnym talentem do szycia. Dziewczyna dzięki rozlicznym zbiegom okoliczności trafia do domu komendanta obozu w Dachau by pracować tam jako krawcowa pani komendantowej. Mnie w książce zastanawiało wiele rzeczy, zwłaszcza po powrocie Ady do Anglii: dlaczego nie poszuka sobie pracy jako krawcowa w jakimś zakładzie krawieckim, dlaczego nie pojedzie do Paryża, skoro zna francuski, dlaczego ufa facetowi, który w oczywisty sposób zaplątany jest w nieczyste interesy, dlaczego nie poszuka sobie „normalnego” narzeczonego – kawalerów z wojenną traumą, szukających żony, która by ich słuchała nie brakuje, dlaczego nie odnowi kontaktu z miłym amerykańskim żołnierzem, który się w niej zakochał? Książkę wyróżnia jednak język i styl. Wrażliwość Ady, jej tęsknoty i ból są pokazane bardzo realistycznie i przekonująco; czasem czytelnik, tak jak i Ada, sam nie wie, czy coś stało się naprawdę czy też wytworzyła to wyobraźnia Ady, karmiona śmiertelnym strachem i głodem, i stęskniona za obecnością drugiego człowieka. Autorka dobrze oddaje realia powojennej Anglii, biedy, zniszczeń i powolnego wracania do normalności. Szkoda tylko, że zakończenie jest takie smutne.

Hanya Yanagihara „Małe życie”

Kategoria: ciężkie lektury. Książka podobała mi się mniej więcej do połowy (do strony 450), bo od połowy zaczęłam tworzyć alternatywne scenariusze. Bohaterami książki są czterej przyjaciele z koledżu, którzy robią karierę w Nowym Jorku. Jest wśród nich artysta, architekt, prawnik i aktor. Chociaż początki są trudne, to każdy z chłopców odnajduje „swoją drogą” do sukcesu i pieniędzy. Pod tym względem książka przypomina trochę „seks w wielkim mieście”. Nie brakuje opisów imprez, światowego życia, loftów, drogich knajp i ciuchów. Problem w tym, że za ten „seks w wielkim mieście” ktoś musi zapłacić. Jeden z bohaterów daje korepetycje małemu Felixowi, synowi biznesmena, i więziony w prywatnych szkołach i drogim domu chłopiec za sukces rodziców płaci nieszczęściem i brakiem przyjaciół. Jeden z bohaterów był w przeszłości molestowany seksualnie, i jego walka o normalność stanowi jeden z głównych tematów książki. Co uderza, jakieś siedemdziesiąt procent postaci w tej książce to homoseksualiści. Każdy niemal bohater, jeśli sam nie jest homoseksualny, to na pewno ma homoseksualnego brata lub ciotkę. Rozumiałabym dwadzieścia procent, nawet czterdzieści w środowisku artystycznym, ale siedemdziesiąt, serio? Zdecydowanie brakuje też normalnych postaci heteroseksualnych kobiet i żon: na ośmiuset stronach pojawiają się cztery czy pięć i wszystkie są słabo zarysowane (dodatek do męża) bądź zupełnie epizodyczne.

O ile skutki molestowania seksualnego (przez katolicki kler, rzecz jasna), geje w Nowym Jorku i kariera młodych japiszonów to tematy, delikatnie mówiąc, mocno wyeksploatowane, to czytając tą książkę nie ma się poczucia wtórności. Autorka poświęca wiele uwagi przyjaźni i lojalności, granicom przyjaźni i granicom odpowiedzialności za drugiego człowieka, a także niepełnosprawności i powolnemu godzeniu się z ograniczeniami ciała, co czyni książkę świeżą. Dużo jest też w książce przemyśleń dotyczących upływającego czasu, wyborów życiowych, matematyki i filozofii. W zewnętrznej warstwie jest to powieść o dojrzewaniu, dorosłości, sile przyjaźni. Z innej perspektywy, książka traktuje o traumach, które są tak silne, że, wbrew zapewnieniom współczesnego świata, iż każdy problem psychiczny da się naprawić, nie można z nimi wygrać, nawet dzięki terapii, lekom i wspierającemu otoczeniu. Książka opowiada też o krzywdzie i o kryzysie zaufania. Bohater, raz oszukany przez kogoś komu ufał i kto twierdził, że go kocha, nie jest w stanie zaufać już nikomu.

Gdzieś w połowie książki (uwaga – spojler!) dwaj bohaterowie – w tym ten molestowany – postanowią przekształcić przyjaźń w „coś więcej”. I tu autorka idzie w tani sentymentalizm. Opisy tego, jak się czule dotykali, całowali, gładzili, nagle sprawiają, że dobra książka staje się Harlekinem. Moim zdaniem o wiele ciekawiej byłoby, gdyby molestowany bohater postanowił spróbować związać się z kobietą. Nawet jeśli sam nie jest tym specjalnie zainteresowany, to nie wierzę, po prostu nie wierzę, że wokół kogoś na jego stanowisku, z dobrymi zarobkami i własnym drogim mieszkaniem w centrum, a w dodatku singla, nie kręcą się jakieś spragnione lepszego życia panie – nawet jeśli są to harpie czy Amerykanki uważające, że męża, tak, jak samochód, należy wciąż wymieniać na lepszy model. Wokół takich facetów niemal zawsze obracają się przyjaciółki i pocieszycielki, sorry. Po pierwsze, taki rozwój wypadków zmienił by dynamikę kontaktów między przyjaciółmi z koledżu, a po drugie, zmusiłby bohatera do zmierzenia się z własnym dzieciństwem, gdy sam zostanie ojcem. Ale nie. Zamiast tego dostajemy homo-czułości, oraz problemy z seksem, gdyż jak wiadomo, seks jest sensem życia (o czym nasz bohater wie aż za dobrze – głównie z powodu bycia seks-zabawką dla innych).

W książce podobał mi się temat niepełnosprawności. Jeden z bohaterów opiekuje się swoim bratem z porażaniem mózgowym. I kocha tego brata – takiego, jakim on jest, czyta mu książki i opowiada o swoim życiu, mimo że brat nie reaguje. Inny bohater po wypadku ma poważne problemy z atakami bólu, i później, także z chodzeniem. Autorka opisuje wstyd, złość i upokorzenie, jakie temu towarzyszą. Bohater wie, że sprawa zmierza to smutnego końca – i to też opisane zostało nader akuratnie.

Podsumowując, książka jest ciężka i trudna, ale też niegłupia. Gdyby nie sentymentalizm byłaby wybitna.