Poprzeczne paski na paznokciach i inne takie

Wiem, że ten post pasuje do tego bloga jak piernik do wiatraka, ale co tam. Postanowiłam go wyprodukować, bo nie mogłam nic znaleźć na ten temat w polskiej części sieci, i myślę, że mogę komuś pomóc.

Otóż, wbrew teoriom lekarzy i kobiecych pism, natura (tudzież Pan Bóg, co kto woli) obdarzyła mnie mocnymi, gęstymi włosami w ładnym złotym kolorze i jakby dla równowagi, bo przecież nie można mieć w życiu za dobrze, paznokciami ala koszmar kosmetyczki.

Nawet nie to, żebym je obgryzała. Wystarczy, że na dworze jest wiatr, że sprzątam bez rękawic, ba, że umyję naczynia – skórki wysychają i pękają. Oczywiście, jeśli siebie nie upomnę, ciągnę za to, co wystaje i wiadomo, jakie są konsekwencje. Zakażenia robią mi się w zasadzie bez przerwy (bez jaj, dobre parę razy wylądowałam z tego powodu u chirurga).

Co więcej, paznokcie zawsze miałam jakieś takie miękkie i o dziwnym kształcie. Nie szło ich zapuścić, bo zapuszczone natychmiast się łamały albo rozdwajały (albo jedno i drugie).

Do tego, na kciukach pojawiły się jakiś czas temu poprzeczne bruzdy. Miałam je od dość długo – pewnie od czasu studiów, może od liceum, może i 10 lat. Nie wyglądało to na grzybicę, bo płytka paznokciowa była na kciukach raczej cienka niż gruba i miała normalny kolor. Pogodziłam się więc, że taka już uroda moich dłoni. Nie żebym zupełnie olewała sprawę, wcierałam jakieś tam kremy, jak mi się przypomniało. Mój obecny Luby pilnuje też, żebym nie obrywała skórek i nie robiła krzywdy paznokciom.
Na początku lata kupiłam krem do skórek i Luby zasugerował, żebym poszukała w internecie, skąd te poprzeczne linie, bo chyba wydawało mu się to podejrzane i nienaturalne. Zabawiłam się w detektywa, nie pierwszy raz zresztą. Niby szukałam wcześniej, ale nic, co byłam znalazłam nie chciało do mojego przypadku pasować. Czytałam na przykład o liniach Beau, o tym, że paznokcie rosną brzydko z powodu braku witamin B, nadużywania alkoholu, złej diety, chorej wątroby i paru innych. Te przyczyny mnie zupełnie nie dotyczą. Krew badam przecież regularnie, alkohol piję w homeopatycznych ilościach a o odżywianie bardzo dbam. Aż w końcu, eureka, szukając po obrazkach i wpisując angielskie hasła w google, znalazłam przyczynę problemu.

Rozwiązanie okazało się i prostsze i trudniejsze niż myślałam. Problem nazywa się „tic habit deformity” i polega na zniszczeniu macierzy paznokcia przez… nieumiejętne wycinanie skórek albo tak zwane „dziubanie”. Nie podejrzewałam, że można sobie zrobić taką przywdę po prostu przez grzebanie jednym panokciem przy drugim, sero. Ale w moim przypadku tak to właśnie wyglądało. Gdy byłąm zdenerwowana, wpychałam skórki do środka, przede wszystkim palcem wskazującym przeciwnej ręki. I tak przez lata, zresztą, przez okres studiów, w czasie największego stresu dłonie miałam w koszmarnym stanie.
Są na „tic habit deformity” różne „terapie”, w ostateczności można nawet dać leki na nerwicę, nałożyć superglue, zakleić kciuki plastrami … zaryzykowała i  spróbowałam metody „nie rób tego więcej” 😀 I przestałam. Skórki odrosły, po dłuższym czasie paznokcie wzięły się i naprawiły 🙂 i ta nowa część rośnie normalnie.

 

IMAG0770
IMAG0768
A teraz parę porad jak dbać o problemowe dłonie (i to nie są porady ala „Claudia”, czyli jak z pięknych zrobić jeszcze piękniejsze, tylko jak z jednego wielkiego zakażenia i rany zrobić coś, na co można spojrzeć bez obrzydzenia i z czym można żyć bez bólu).

1. Twoim najlepszym przyjacielem jest maść z antybiotykiem (niech błogosławiony będzie wynalazca Neosporinu!). Maść trzymaj tuż przy łóżku i przed pójściem spać smaruj wszystko, co zmierza ku zakażeniu, każdą rankę i zadrę. U mnie działa.

2. Twoim drugim przyjacielem są rękawice gumowe. Bez nich w ogóle nie zaczynaj sprzątania. Wysypuj talkiem dla niemowląt, by nie pociły ci się dłonie.

3. Kiedy kupujesz krem do rąk, nie może być na bazie wazeliny (90% kremów w drogeriach jest). Ważne by miał witaminy i był do „rąk i paznokci”.

4. Noś rękawiczki. Jeśli jeździsz rowerem, muszą być z palcami i tu nie ma innego wyjścia. Jeśli biegasz, biegaj w rękawiczkach.

5. Obcinaj paznokcie krótko, tuż przy skórze. Nie będzie wtedy pokusy, by je obgryzać, czy przy nich „dziubać”.

7. Skórki zostaw własnemu losowi. Niech sobie wyglądają źle. Ich wycinanie nasila problem, odrastają grubsze i brzydsze.

8. Płynu do odkażania rąk używaj tylko w wyjątkowych okolicznościach. Mydło w łazience powinno być w płynie, normalne, nie antybakteryjne.

9. Całkiem dobrze działa „Regenerum” 🙂

10. Spraw sobie „stress ball” (gumową, giętką piłkę) jeśli naprawdę musisz czymś zająć dłonie. U mnie działa, i tylko mój  gumowy ludzik „stress ball” stracił już ucho 😀

 

Reklamy

Dziesięć najgłupszych mitów dotyczących biegania

1. “Od biegania schudniesz”
… albo przytyjesz. Ja sama byłam w tej drugiej grupie, podobnie zresztą, jak moja siostra. Bieganie rozbudowuje mięśnie. Poza tym, apetyt rośnie w tempie wykładniczym w stosunku do przebytych kilometrów, serio.
2. „Od biegania spadnie ci brzuch”
… albo i nie. Rozbudowanego mięśnia piwnego nie likwiduje się paroma treningami. Znam mężczyzn, którzy mimo niezłej kondycji (i codziennych biegów) zachowali całkiem spory bojler, znam kobiety, którym brzuch po prostu nie spada. Podejrzewam, że aby „pozbyć się brzucha” lepsza jest siłownia… i dieta. Bywa, że to kwestia genetyczna i wystający brzuch po prostu z nami zostanie, czy schudniemy, czy nie.
3. „Trzeba się rozciągać”
Zdjęciami z rozciągania na ogół okraszone są zdjęcia na blogach poświęconych bieganiu. Ja się nie rozciągam, bo tego nie znoszę (rozgrzewkę ograniczam do pięciu minut marszu przed biegiem). Rozciągam się tylko po biegu, i to tylko i wyłącznie wtedy, gdy mnie coś boli. W ciągu roku biegów pięć razy w tygodniu zarobiłam tylko jedną kontuzję związaną z bieganiem … I jedną kontuzję w trakcie treningu interwałowego, przed którym się rozciągałam. Ta druga okazała się gorsza.
4. „Od biegania wcale nie rosną mięśnie”
Ta, jasne. Całe szczęście trochę zmieniło się postrzeganie kobiecego piękna i kobieta z mięśniami przestała być uważana za szczyt nieatrakcyjności. Wystarczy przejrzeć zdjęcia z dowolnego maratonu (takiego dla amatorów) albo poszukać w sieci zdjęć osób uprawiających bieganie długodystansowe zawodowo. Jeśli ktoś ma do tego skłonności i dużo trenuje, będzie wyglądał jak na obrazku z atlasu anatomii. Dotyczy to także kobiet. Sprawa jest prosta: jeśli nie chcesz mieć wielkich ud o twardości stali – nie biegaj.
5. „Od biegania poprawią ci się wszystkie parametry zdrowia (typu ciśnienie, wyniki badań krwi)”
Strony poświęcone bieganiu rzadko i nieśmiało wspominają o czymś takim, jak anemia u biegaczek. Bieganie, tak jak każdy inny intensywny wysiłek fizyczny, zwiększa zapotrzebowanie na żelazo. Wniosek: dieta jest ważna, i nie, nie możesz jeść samych jogurtów i dietetycznych płatków jeśli podchodzisz do biegania poważnie.
Bieganie może też nieźle namieszać w hormonach. Jedna z moich koleżanek, która jeszcze w liceum uprawiała sport wyczynowo, pierwszy okres dostała będąc już na studiach.
6. „Bieganie nie powoduje zwiększenia krwawienia miesiączkowego i pomaga na PMS”
Autorem tego mitu jest chyba ktoś, kto nigdy nie miał okresu (mężczyzna?). Każdy wysiłek zwiększa krwawienie. Krwawienie zwiększa też ciepły prysznic i wiele innych rzeczy. A co do PMSu … wolę się nawet nie wypowiadać 🙂
7. „Od biegania będziesz mniej zmęczona i będziesz mieć więcej energii” (autor: lekarz psychiatra)
Nie, nie i jeszcze raz nie! Człowiek ma ograniczoną ilość energii jaką może zużyć w ciągu dnia. Można oczywiście biegać zamiast chodzić losowo od strony do strony w sieci, ale energii nie przybędzie, bo niby skąd miałaby się ona brać? Z powietrza?
Jestem za to w stanie uwierzyć we wzrost energii po ćwiczeniach z Ewą Chodakowską, po pilatesie czy siłowni. Bieganie raczej odbiera siły i domaga się wyrzeczeń niż magicznie dodaje energii.
8. „Bieganie jest tanie, wszystko, co potrzebujesz to buty”
Wyznawcom tego mitu polecam wizytę w sklepie sportowym. Nawet nie chodzi o to, że każdy początkujący musi posiadać kolekcję akcesoriów, ale same buty to niezły wydatek. Nawet „buty z Lidla” nie są tanie. Co więcej, jeśli ktoś ma dziwne nietypowe stopy, koślawą postawą etc to buty mają już dość zaporową cenę. Poza tym, butów nie kupuje się raz. Trzeba je zmieniać co 1000 kilometrów (przynajmniej). Złe, zużyte buty prowadzą do kontuzji.

Co do „wystarczy ci zwykły dres” polecam godzinny bieg przy 40 stopniowym upale w bawełnianym dresie przyklejającym się do ciała, w oparach własnego wonnego potu.

Ponadto, bieganie zwiększa apetyt. Zwłaszcza na zdrowe produkty, nasze organizmy nie są głupie. Na samym jedzeniu można zbankrutować.
9. „Bieganie wpływa korzystnie na libido”
Nie bez powodu spowiednicy zalecali dorastającym chłopcom (i chyba dalej zalecają) „sport i zimne prysznice”. Nadmiar energii, napięcie, często przechodzące w napięcie seksualne dość dobrze rozładowuje sport. Rozmawiałam z paroma biegającymi osobami i myślę, że wpływ biegania na libido jest korzystny chyba tylko wtedy, gdy ktoś przez „korzystny” rozumie mentalną kastrację. Może i można dłużej i częściej… tylko nie ma się na to ochoty.
10. „Bieganie to najprostszy sport. Nie trzeba się niczego uczyć, wystarczą dobre chęci.”
To nieprawda, że niczego nie trzeba się uczyć. Trzeba się nauczyć chociażby oddychania. Zła technika stawiania stóp prowadzi do kontuzji. A i dobre chęci bez zwykłej systematyczności są niewiele warte.

Sobie do pamiętnika 6: kryzys wartości.

Kiedyś, dawno temu wierzyłam w różne rzeczy. W sumie polityką interesowałam się od dziecka, czytałam za dorosłe, zupełnie nieodpowiednie gazety, w tym Naszość, nie żebym z tego za wiele rozumiała, ale świat „dorosłych” gazet był przecież taki wciągający. Razem z dziećmi sąsiadów rysowałam wampiry-Kwasule (parodia Kwaśniewskiego), naturalnie w marynarkach w sierpy i młoty, jakoś tak w trzeciej klasie podstawówki. Wychowana w Bogo-ojczyźnianym, a raczej gazeto-polskim środowisku, chętnie chodziłam deklamować wiersze przed kombatantami i poruszała mnie każda patriotyczna pieśń i patriotyczna akademia. Wierzcie mi, albo i nie, ale miałam własny tomik wierszy Bełzy – nie wiem, kto mi to dał, ale pomysł chyba nie był zbyt dobry – i z własnej nieprzymuszonej woli uczyłam się tych wierszy na pamięć. Jako nastolatki, razem z H., robiąc na złość siostrze Angeli zamieniałyśmy ćwiczenia z religii w feerię politycznych komentarzy, zwłaszcza, że program religii w ósmej klasie zawierał głównie naukę społeczną KK. Wątpię, żebyśmy – a przynajmniej żebym ja – coś z tej polityki rozumiała, ale pisałam, a jakże, zagmatwane i dziwne odpowiedzi w ćwiczeniach. Tak, podbudowywało to moje czternastoletnie ego.

Co prawda jestem trochę tradi-hipsterem (nie ma jak sarkazm), bo na mszę łacińską chodziłam od ósmego roku życia, czyli pewnie od 1992 czy 1993 roku, jakkolwiek łaciny nauczyłam się dopiero w liceum i dopiero wtedy zrozumiałam głębię i piękno łacińskiej liturgii. W lodowatej, nieogrzewanej kaplicy przeżywałam co niedzielę rodzaj religijnego przebudzenia, zaczęłam w tym dostrzegać sens i pełnię. Jeśliby mnie ktoś wtedy spytał, czy moja wiara oparta jest na emocjach, oburzona powiedziałabym, że przecież, że nie. Nie wątpię, patrząc na to dzisiaj, że były w tym wszystkim przeżycia duchowe, ale emocje też były. Może nie doświadczałam lednickiej ekstazy czy transu ala Taize czy jakichś wspólnotowych doznań związanych z emocjami tłumu, i pewnie coś, co mnie poruszało było głębsze i bardziej subtelne, ale gdy teraz o tym myślę, wiem, że to wszystko oparte było na dość słabym konstrukcie.

W wieku lat osiemnastu trafiłam do KoLibra. Miałam tam swoją szczególną pozycję – byłam jedyną dziewczyną, najmłodszą wśród bystrych, oczytanych chłopaków. W KoLibrze zaczęłam czytać i myśleć, słuchać i pisać, i wyszłam z bogoojczyźnianej – dziś powiedzielibyśmy, propisowskiej – orientacji politycznej i przeżyłam, jak wiele innych osób z mojego pokolenia „ukąszenie libertariańskie”. W sumie bycie libertarianką w czasie studiów było całkiem cool. Jeśli nie miałam ochoty dyskutować o polityce, a po dwóch latach w KoLibrze i dwóch latach dyskusji i kłótni po prostu się wypaliłam, mówiłam, spytana, czy jestem za PiSem czy za PO, że jestem libertarianką. Generalnie dobrze żyłam z ludźmi, nie chciałam być uważana za jakąś zasadniczą a libertarianizm naprawdę można naciągnąć do każdej opinii. Jakoś przebrnęłam przez studia, wierząc w „różne rzeczy”.

W katolickiej szkole, dawano nam do czytania Miłujcie Się w czasie rekolekcji (pamiętam chyba tylko i wyłącznie „Świadectwa”) i wmawiano dość skutecznie prostą (do wypowiedzenia) prawdę „czekaj do ślubu”. Problem w tym, że życie do którego nas przygotowywano nie istniało. Kto by przewidział jak bardzo zmieni się świat? I zupełnie nie wiem, czemu ignorowano w tej szkole fakt, że dziewczynki, nawet te kilkunastoletnie, przeżywają coś takiego, jak pożądanie, i nie, nie musi to wcale być myślenie o mężu.

Jako osiemnastolatka uważałam, że już jestem dorosła, w pełni rozwinięta, i że nie pozostało nic do okrycia. A nawet jeśli zostało, niczym papier toaletowy, rozwinęłam się na pełną długość, i nie mogę się już dalej rozwijać. Fakt faktem, byłam przemądrzałym, przeuczonym dzieckiem, i potem przeuczoną nastolatką. W pewnym stopniu, nie miałam innego wyjścia.

Myślałam, wyjeżdżając po raz pierwszy z domu, a potem wyjeżdżając po raz drugi, tym razem na serio, że wszystko, co jest we mnie takie już pozostanie. Że konstrukt, który dostałam w domu, który uformowała we mnie katolicka szkoła i dobre liceum jest tak silny, że nie da się go zmienić. Że jest jak szkielet z tytanu. Że nie da się go zgiąć.

Ale ten szkielet był jak zbroja. Nie, nie jak zbroja z piosenki Kaczmarskiego. Może bardziej niż zbroja, nazwałabym to łuską. Po pewnym czasie zbroja stała się za ciasna i zaczęła wyglądać po prostu śmiesznie.

Może w sumie źle to odbieram, zawsze byłam trochę schizoidalna, trochę psychotyczna i trochę autystyczna, i żyłam we własnym świecie, ale wyjazd z domu i trafienie do ekstremalnie zróżnicowanego, dość liberalnego środowiska skutecznie zmieniło moje poglądy. W sumie, do tego roku nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.

Pierwsze było chyba ubezpieczenie. W usa jest ono prywatne, i jest to wymarzony, kapitalistyczny system, i generalnie, ten system po prostu nie działa (o czym przekonałam się na własnej skórze… i niejednokrotnie przekonał się też mój portfel). Generalnie, potem nastąpiła lawina.

Starałam się, naprawdę starałam, nie mieć wcale poglądów. Nie myśleć. Żyć dobrze z ludźmi. Wierzyć w Świętego Spokoja. Ale są takie sytuacje, kiedy trzeba wybierać. Kiedy trzeba wiedzieć, co jest dobre, co złe. I kiedy jest się przypartym do muru.

Długo trwałam w takim stanie. Na Frondzie i Rebelce (katolickich forach) zobaczyłam jakby swoje poglądy, wygłaszane z innych ust… i poglądy te wydały mi się fundamentalne, głupie i lekko egzaltowane. Niedojrzałe. Lubiłam się droczyć, i nadal lubię i dorobiłam się statusu skandalistki, osoby bez wstydu, waliłam wprost pytania, których zadać nie chciał nikt, nierzadko też udawałam głupią. Ale nie, nie miałam żadnego celu w mojej grze. Wkładanie kija w mrowisko może być przecież celem samym w sobie. Myślę, że było we mnie dużo złości, i nadal jest, złości, która płynie z kontrastu i niespójności pomiędzy tym, w co nauczono mnie wierzyć, a tym, jaki świat jest naprawdę (albo jakim go interpretuję) . Stałam trochę w rozkroku, niepewna własnych poglądów, niepewna seksualności, niepewna, kim jestem i dokąd iść, niepewna, co jest dobre a co złe.

Problem w tym, że jeśli ma się partnera do rozmowy, jeśli buduje się poważniejsze związki z ludźmi, nie tylko w sensie związków romantycznych, trzeba rozmawiać. I nie wszystkie rozmowy są łatwe. I trzeba jakoś uzasadniać własne poglądy. Podejrzewam, że przez pierwsze trzy lata doktoratu albo i dłużej nie miałam właściwych partnerów do rozmowy, albo zwyczajnie nie chciałam ich mieć. Pierwszym znakiem powrotu do czasu rozmów był chyba L. Pamiętam, jak kiedyś całą noc przerzucaliśmy się jakimiś naukowymi dowodami (nie, żebym wierzyła w naukę… w końcu sama ją uprawiam) na różne katolickie mądrości i nie-mądrości (L. jest ateistą) i zdałam sobie sprawę, że uzasadniam opinie, w które nie wierzę za grosz, bo nie zgadzają się ze zdrowym rozsądkiem. Jakoś „różne rzeczy” znalazły się w szufladce z napisem „do weryfikacji”.

I w efekcie rozmów z L. i z C. sama już nie wiem, w co wierzę. Wiem, wiem co powiedzą katolicy: że przebywam w nieodpowiednim towarzystwie. Ale to nie tak. Dużo widziałam. Swoje wiem. Nie jestem klonem rodziców. Mam perspektywę, i ta perspektywa czasem boli i czasem sprawia problem.

Jestem na tym dziwnym etapie rozwoju kiedy stary konstrukt leży i płacze, ale nowego nie ma. I powiem wam szczerze: jest to stan wkurzający. Nie wiem, co jest moimi poglądami a co nie. Pora decydować. Pora wybierać, a kurde, myślałam, że jak wybiorę raz, że jak raz wybiorę, że jak ktoś wybierze dla mnie, w wieku osiemnastu lat, to wszystko już takie zostanie. Że kapitał, który mam z domu wystarczy mi na zawsze.

Pora pisać, pisać, pisać.

Co ze mnie wyjdzie?

Delikatnie rzecz ujmując, cholera wie.

Trzymajcie kciuki.

16 kwietnia

Tutaj nikt nie mówi o tym inaczej: April 16th. Niektórzy pamiętają bardzo dobrze: widziałam jedną moją koleżankę trzęsącą się z niepokoju, kiedy po zabójstwie policjanta na uniwersyteckim parkingu przez nieznanego sprawcę siedzieliśmy zamknięci na klucz od środka i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Procedury bezpieczeństwa znamy wszyscy, i we wszystkich salach można się zamknąć od środka.  To przecież byli studenci, tacy jak my, profesorowie, Hindusi, pełny przekrój społeczności; to mogliśmy być my – ale nie byliśmy. Jakkolwiek termin „masakra w Virginia Tech” zarezerwowany jest dla internetu. Niczym określenia Murzyna zaczynające się na „n” – zakazane słowo, słowo, którego nie wolno używać, niepoprawne słowo, złe słowo, złe zaklęcie, coś, w co nikt nie chce wierzyć  i z  czym nikt się nie pogodził.

Ale to się stało, i na pomniku ktoś wciąż zostawia świeże kwiaty.

Nie wiem dlaczego, ale zapamiętałam 16 kwietnia 2007. Pamiętam jak jechałam tramwajem przez miasto tonące we wczesnowiosennym słońcu, bo dzień był bardzo jasny, trasą pestki, bo zajęcia miałam na 8 rano na morasku. Pamiętam wykład profesora Łuczaka, o zaawansowanych zagadnieniach matematyki dyskretnej, i to, że ten poranny wykład był rodzajem gimnastyki dla mózgu i że bolał mnie po nim umysł – czułam się, jakbym zwiedzała obszary o których nie miałam dotąd pojęcia. Pamiętam, że potem był wykład profesora Skrzypczaka. Siedziałam koło K, w pierwszej czy drugiej ławce, po lewej stronie sali, po stronie bliżej okna i pisałam wiersz – w sumie, nie wiem o czym był ten wykład. Jako, że  datuję na ogół to, co piszę, mam z tego dnia dwa wiersze, oba napisane rano. Czy wtedy na Virginia Tech było już „po”? Nie wiem.

W sumie przypominam sobie, ze tego dnia zajrzałam do wiadomości i wyczytałam o 16 kwietnia. I było to oczywiście bardzo smutne – ale pomyślałam, co mnie obchodzą wydarzenia na jakimś dalekim uniwersytecie gdzieś w usa? Może już wtedy przeczułam, gdzie rzuci mnie los… bo to zapamiętałam.

O tym skojarzeniu pomyślałam kiedyś rano idąc na zajęcia, wbita w tłum studentów i wykładowców. Była mniej więcej 7.30. Nie wiem czemu tej jesieni poranki listopadowe są bardzo, bardzo jasne – zimne i jasne, świetliste. Pod pachą miałam segregator z notatkami, jakieś quizy do oddania, tonę papierów. Wyglądam młodo, prawie dziecinnie, ale my, instruktorzy, zawsze rozpoznajemy się w tłumie: żołnierze  tej samej armii. Poranny uśmiech pięknej Dr L dodaje mi zawsze sił.

„Jest ósma rano i armia nauczycielek
wyrusza na wyprawę,

uzbrojona w dzienniki,

jak wojsko Hernana Corteza,
które spaliło za sobą statki,
idą nauczycielki, drobne stopy
i pomalowane paznokcie, a
po ich przejściu pozostaje –
wiadomo – jałowa ziemia.”

pisałam wtedy, 16 kwietnia, 2007 (to jest fragment). Czy przeczułam, wiedziałam, kim chcę się stać? Dzisiaj wykładam rachunek różniczkowy i wiem, że uczenie jest moim powołaniem. Ale czy po moim przejściu zostaje jałowa ziemia? Dla studentów staram się być raczej starszą siostrą, taką harcerską instruktorką i nie prowadzę zajęć jakoś strasznie autorytarnie. Grunt, to wkładać w to serce i być blisko ludzi, no i nie bać się porażki – zdrowe parę razy zacięłam się przy tablicy i to też było okej. Studenci, owszem, narzekają czasem na mój akcent – ale zawsze dodają, że jestem dla nich miła. Co ciekawe, odkryłam to powołanie do uczenia stosunkowo późno, i co więcej, długo uczyłam się, że zajęcia są dla studentów, a nie dla mnie. W Polsce wykładowcy i ćwiczeniowcy, których podziwiałam najbardziej – przede wszystkim ze względu na mocną, charyzmatyczną osobowość – zajęcia prowadzili przede wszystkim dla siebie, żeby zaprezentować własną wspaniałość. Dziś myślę, że i ja byłam dziecinna i nieodporna, że dawałam się na to nabrać, ale i oni byli dość niedojrzali i nie rozumieli istoty rzeczy.

Tamtego dnia napisałam też jeszcze jeden wiersz. Czyżbym, wtedy, 2 lata przed wyjazdem przeczuwała, co się stanie? Przed samym wyjazdem panicznie bałam się samolotu, i leżałam czasem w ogrodzie, koło mnie w słońcu dojrzewały winogrona, winogrona, których wiedziałam, że nie zdążę zebrać i potem nikt nie przytnie w porę winorośli,  i patrzyłam na niebo, na przesuwające się po niebie kształty, na białe linie…

„Tak naprawdę nadal czekam, a worek z poezją
pewnie zgubił się w czasie przeprowadzki, a może
to tylko nieduży woreczek, schowany gdzieś
między dwujęzycznym Jesieninem a przemądrzałą
encyklopedią. Wróżyłam dziś z ziemi, kamieni
i nieba, z lekkich białych linii, jakie pozostawiają
odrzutowce, a odpowiedź, znam odpowiedź.”

(fragment)

O tym jak schudłam 30 kilogramów

W sumie zastanawiałam się od dawna JAK napisać ten wpis.

„świadectwo” wydawało mi się zbyt osobiste i nie pasujące do tego bloga.

Na diecie byłam 7 miesięcy i chociaż była to dieta racjonalna, zaplanowana przez dietetyka i podparta aktywnością fizyczną, długie miesiące byłam głodna i jedzenie stało się obsesją. Jakoś nie umiałam pisać o diecie bez chorych emocji.

Odchudzałam się w życiu wiele razy. Pierwszy raz chyba w siódmej klasie. Większość z tych prób stanowiły desperackie próby pozbycia się kilogramów po wizycie w sklepie z ciuchami dla nastolatek (gdy byłam nastolatką, większość dziewczyn nosiła jeszcze rozmiary typu 34-36, dziś myślę, że 40 to chyba standard). Na ogół przestawałam jeść słodycze i kolacje, i tak trwałam kilka tygodni lub miesięcy. Coś tam na ogół chudłam, ale nigdy spektakularnie. Zresztą, ciężko mi oszacować, bo nie mieliśmy w domu wagi. Pamiętam, że w tej nieszczęsnej siódmej klasie ważyły nas jakieś panie z awfu, które przyszły do naszej szkoły badać jakie to (nie)sprawne są dzieci, i już wtedy znajdowałam się na granicy nadwagi.

Po okresach diet i wyrzeczeń wracałam w końcu do słodyczy, dokładki do obiadu i późnych kolacji. Kilogramy też powoli wracały.

Mówi się, że nadwaga wynika ze złych nawyków żywieniowych, objadania się słodyczami i tłustymi potrawami i braku ruchu. Może nigdy nie byłam specjalnie wysportowana, ale jakaś niesprawna też nie;

nawet mając ponad 20 kg nadwagi byłam w stanie pływać.

1.5 h bez przerwy.

4 razy w tygodniu.

Na rowerze przeganiałam facetów.

Pod górkę.

Nawyki, jakie wyniosłam z domu tez nie są jakieś specjalnie niezdrowe. Z domu wyniosłam obsesję na punkcie zdrowej żywności, unikanie wszystkiego co przetworzone, zawiera glutaminian sodu lub konserwanty. Golonkę znam głównie z opowieści – jakoś za tłustymi mięsami nikt w naszym domu nie przepadał.

Jeszcze jako dziecko uwielbiałam ciężki, ciemny razowy chleb.

Fakt faktem, w domu jedliśmy bardzo późno, i czasem był to naprawdę wielki posiłek po 23. Przy dojazdach utrzymanie normalnego rytmu jedzenia wymaga przeorganizowania całego życia rodzinno-kuchennego a na to nie byluśmy chyba gotowi.

Zaczęłam się odchudzać, bo przy wzroście 170 cm ważyłam 93 kg co daje dolną granicę otyłości.

Uczciwie powiem, że poszłam do lekarza, bo trochę mnie ta waga jednak przeraziła.

Miałam 24 lata. Pani doktor dała mi złotą radę, żebym jadła  mniej na kolację i na tym skończyły się jej kompetencje. Czy to mówi się 24-letniej dziewczynie z poważną nadwagą?

Ogólnie, mój problem z odchudzaniem okazał się dość złożony. Ze względu na alergię pokarmową (i ogólne zagrożenie wyniszczenia organizmu) odpadła supermodna w tamtym czasie dieta Dukana. Nie wiem dlaczego, ale wszystkie „diety”, które znalazłam w sieci to diety dla mlekopijów. Wszędzie są jogurty, maślanki, serki wiejskie i homo oraz jajka (na wszystko to jestem uczulona; małe ilośći są ok – ale serio, poszukajcie w sieci, ilości mlekopochodnych produktów w standardowej „dietce” doprowadziłaby mnie chyba do rozstroju żołądka połączonego z mega-wysypką). Tak więc trzymając się pewnych zasad, głównie unikania słodyczy, ograniczania chleba i makaronu oraz białka na kolację schudłam 13 kg (jeżdziłam tez codziennie na rowerze).

Niestety, na etapie 80 kg moja waga stanęła i nie chciała ruszyć.

Jadłam czy nie jadłam (w pewnym momencie złapałam się na tym, że jem po 800 kcal dziennie i na basenie było mi wyjątkowo słabo), nie chudłam. Trochę tak, jakby mój organizm się zbuntował i uznał, że 80 kg to jednak dobra waga.

Zaprzestałam więc prób i przytyłam jakieś 4kg, głównie dlatego, że miałam boreliozę i gotowanie pozostało poza zasięgiem moich możliwości, w związku z czym żywiłam się w restauracjach. Uprzedzam pytanie – nie, nie jadłam w fast-foodach, po prostu w usa porcje są tak wielkie, że najadłby się duży, ćwiczący fizycznie facet.

W sierpniu 2011 zaczęłam jeszcze raz, tym razem z lepszym planem. Poszłam do dietetyka, zapłaciłam za ułożenie diety, wyłożyłam sprawę z mlekiem, jogurtami i chlebem wasa (fuj).

Nie powiem, było mi ciężko. Przez 7 miesięcy jadłam kasze i warzywa (to akurat do dziś lubię), gotowane kurczacze mięso i kiwi. Do niektórych potraw do dziś mam uraz (płatki owsiane z jogurtem, zestaw biały ser-olej lniany-pomidor). Dieta była ok – wiedziałam, że nie brakuje mi żadnych witamin ani mikroelementów i poza tym, że byłam ciągle głodna czułam się dobrze.

Jeden z najbardziej wnerwiających obrazków, pojawiających się na stronach typu onet i w babskich gazetkach jest pani na siłowni (na ogół stojąca na stepperze) z zielonym jabłuszkiem w ręku. Nie wiem skąd ten mit, ale przepraszam bardzo, jedząc same jabłuszka trudno jest ćwiczyć, bo po prostu nie ma się na to ani siły ani ochoty. Ja w każdym razie nie miałam ochoty na pływanie w zimnej wodzie przy pustym żołądku i świadomości, że i tak zjadłam już dzisiaj tyle co trzeba.

Dieta wyłaczyła mnie z życia społecznego. W usa socjalizowanie się z ludźmi polega na wspólnym jedzeniu. Nie, nie mówcie mi, że mogłam brać sałatki – nie mogłam. Zresztą, kto widział amerykańską „sałatkę”, polaną dressingiem (jakieś 200 kcal), posypaną żółtym serem i z „grillowanymi” na kiepskim oleju kawałkami kurczaka ten wie, o co chodzi. Poza tym, kolacja (a na ogół socjalizowanie odbywa się w porach wieczornych) powinna być białkowa, a dość częśto do wyboru miałam hamburgera oraz inne smażone w głębokim oleju przysmaki (hamburger może mieć nawet 800 kcal). Wizyty w czyimś domu zawsze mnie stresowały. Głupio przynosić własne jedzenie (co czasem robiłam) i głupio odmawiać jak częstują.

Poza tym, dorobiłam się obsesji na punkcie jedzenia. Serio, spędzałam dużo czasu przeglądając fora w poszukiwaniu tematów „dlaczego nie chudnę” i szukając dietetycznych przepisów. Myślę, że przez dobre 2 miesiące myślałam tylko o jedzeniu.

Dietę złamałam parę razy (na przykład na święta Bożego Narodzenia, święto dziękczynienia, przez tydzień, kiedy brałam antybiotyki etc). Jednak mocno skurczył mi się żołądek i i tak nie byłam w stanie zjeść za dużo. Kiedy rezygnowałam z diety, starałam się jeść przede wszystkim mięso i unikać słodyczy, ciast i wszelkich ryżów, kasz, chleba i kartofli. Z reguły to opóźniało chudnięcie, ale nie powodowało tycia.

Poza tym mało osób pamięta, że po diecie należy zastosować „wychodzenie z diety”. Był to sześciotygodniowy proces w moim przypadku, kiedy stopniowo zwiększałam ilość kalorii. Wychodzenie z diety jest bolesnym procesem i łatwo wtedy przytyć. Poza tym, codziennie w panice stawałam na wagę i obserwowałam zmiany. Ale zmian nie było. Przynajmniej – nie w górę.

Dietetycy zazwyczaj twierdzą, że ważyć należy się co 2-3 dni. Moim zdaniem ten mit trzeba obalić. Ważyć się trzeba codziennie ( przed śniadaniem, po skorzystaniu z toalety), zwłaszcza, jeśli nie robiliśmy tego wcześniej. Prawda jest taka, że np kobiety gromadzą wodę przed okresem. U jednych jest to 0.5 kg, u innych prawie 3 kg. Warto poobserwować swój organizm. Poza tym, wyczytałam gdzies o pewnej pani, która odchudzając się chudła tylko w pierwszej fazie cyklu. Zawsze przed okresem zatrzymywała jej się waga a po okresie było 3 kg mniej.

Na wagę ma też wpływ aktywność fizyczna, większy posiłek, brak snu i wiele innych czynników. Warto ważyć się przez jakiś czas codziennie i po prostu to poobserwować. Potem nie będzie nas przerażał dodatkowy kilogram, jeśli przypomnimy sobie, że np poprzedniego dnia zjedliśmy za dużo soli.

Najgorszą, absolutnie najgorszą torturą w czasie diety było dla mnie picie wody. Mój organizm ma naturalny system regulacji, który mówił, że jak jem tak mało, to nie powinnam pić – będę mniej głodna. Na nieszczęście od wody też się chudnie, więc wmuszałam w siebie ohydną, chlorowaną wodę (ta w butelkach jest niewiele lepsza). Rozumiem picie po 2 litry jak jest bardzo ciepło, ale w zimie? Nie wiem na czym to polega, odwodniona nie byłam chyba nigdy w życiu, i ponoć wodę wchłaniamy lepiej z pożywieniem (a ja lubię wszystko mocno rozgotowane), woda jest też w herbacie i kawie, ale jak nie piłam wody-wody, nie chudłam. Więc torturowałam się wodą i do dzisiaj to robię.

Myślę, że „dieta” i w ogóle całe odchudzanie i utrzymywanie wagi ma więcej wspólnego z psychologią czy socjologią niż jedzeniem. Ludzie jedzą z różnych przyczyn. Jemy za dużo, nie dlatego, że jesteśmy głodni, ale dlatego, że jedzenie stoi przed nami. Chyba każdy zaobserwował, że jak idzie po zakupy głodny to kupuje dużo dziwnych produktów, szczególnie fastfoodów i słodyczy. Jemy z nudów, z emocji, jemy dla towarzystwa, jemy „bo wypada”. Myślę, że warto zamiast ulegac tym wszystkim pokusom jeśc po prostu tylko do momentu, kiedy przestajemy być głodni, niezależnie od tego, czy wypada, czy stoi przed nami jedzenie i co mówią emocje.  Sama uczyłam się tego dlugo, i raczej  ta nauka nie należała do najprzyjemniejszych.

Tym niemniej, schudłam i do dziś utrzymuję wagę (jakieś 3 miesiące). Jem względnie normalnie i chodze do restauracji, tylko po prostu przestaję jeść jak przestaję być głodna. Nauczyłam się jeść o względnie stałych porach i raczej często a mało. Za każdym razem, kiedy mam ochotę na nocną kanapkę albo na dodatkowe parę kęsów w restauracji przypominam sobie o bólach procesu odchudzania, i o tym, że drugi raz nie chciałabym tego przechodzić.

O tym  co jadłam, jak zmieniało się ciało i inne takie TUTAJ

Inny post o odchudzaniu: TUTAJ

Pierwsze zdjęcie: ja w fazie „szczytowej” – waga 93 kg, rozmiar amerykańskie 16. Dwa następne zdjęcia: ja 30kg chudsza, rozmiar 4-6.

Autolans część dalsza

Moje dwa nowe opowiadania:

Igor, poeta blokowiska (to w sumie wysłałam tez na konkurs, bo reguły nie wykluczają tekstów publikowanych w sieci): LINK

oraz

Ataman, który spotkał się z ogólnym niezrozumieniem i sprzecznym odbiorem, od zachwytu do komentarzy w rodzaju „przynudzanie”: LINK

Deine Lakaien

Jest takie pytanie, którego szczerze nienawidzę.

To pytanie brzmi: a czego ty słuchasz?

Wiem, wiem, stereotypowe wyobrażenie o fanie rapu/hiphopu to luzak i przypalacz, metal i got musi być satanistą, Rihanna jest dla imprezowych lasek a doktorantowi przystoi głównie muzyka poważna.

No i właśnie problem w tym, że nie moge powiedzieć, czego słucham, bo na moim dysku jest dokładnie wszystko, od „crappy popu” (specjalny rodzaj popu z tekstami na poziomie „shake it, shake it”) do Emilie Autumn, dark elektro, dark metalu, Kaczmarskiego (pełnej dyskografii), poezji śpiewanej, kolekcji typu „w górach jest wszystko co kocham”, mam też Elvisa, Muddy’ego Watersa i jakiś dziwny hip-hop sprzed paru lat (dużo, nie wiem skąd to mam).

Nie lubię muzyki poważnej, chyba że na żywo. Kompletnie nie rozumiem, jak ludzie mogą się przy tym uczyć, bo jak dla mnie jest to o wiele bardziej rozpraszające niż poezja śpiewana i pop.

Słucham więc wszystkiego po trochu i niczego tak do końca.

Mój ulubiony zespół to Deine Lakaien. Oczywiście do wyobrażenia o tradi-dziewczęciu i fance lefebrystów pasuje to mniej więcej jak Piłat w Credo (żeby utrzymać podobny ton). Deine Lakaien to niemiecki zespół złożony z Ernsta Horna (pianino) i Alexandra Veljanova (śpiew). Grają coś pomiędzy darkwave, dark elektro, new romantic i paroma innymi gatunkami (mało się znam na okołogotyckich klimatach). Słuchać zaczęłam ich na pierwszym roku studiów, i pamiętam dobrze jak siedziałam z discmanem przy biurku, uczyłam sie analizy 1 i godzinami słuchałam „Wunderbar” z płyty „White Lies”. Potem odkrywałam więcej i więcej utworów, i tak już zostało. Były lepsze płyty (White Lies, Kasmodiah) i gorsze płyty (April Skies), były przypływy i odpływy (dni kiedy DL było za ciężkie, i dni, kiedy kochałam wszystko, co śpiewa Veljanov), ale w sumie jest to najtrwalsza moja muzyczna fascynacja. Lubię DL także za to, że nie jest to tandeta, w sensie nie jest to kolejna Britney albo inny drący się metalowiec, bo i owszem, można ich lubić lub nie, ale trzeba oddać Hornowi, że umie grać i Veljanovowi, że umie śpiewać. Ponadto DL gra od 1986 – nie jest to zjawisko sezonowe. Fakt faktem, na początku kariery śpiewali po angielsku tak, że teksty rozumiałam np „love Meladie” i zastanawiałam się kim jest Meladie i dopiero potem znalazłam słowa w sieci i było tam „Love will not die” 🙂

Teksty DL, poza Szałamowem, są wyryte w mojej pamięci najmocniej. Zawsze wracają. Wyłażą w najmniej spodziewanych miejscach. Może ich nie rozumiem – mają duży „margines interpretacji”. Są mocne. Są ciężkie, ale tylko z wierzchu, w brzmieniu, w elektronicznym rytmie, bo w środku, w głębszej warstwie są raczej świadectwem sporej wrażliwości, cierpienia, bólu świata. Bywają trudne. Bywają „niemieckie” (tylko Niemcy mogą je strawić). Bywają prawdziwe, tak jak mój ulubiony cytat „experience keeps me alive” z „As it is” (który mam nad biurkiem w pracy). Podejrzewam, że jakby ktoś się dobrze przyjrzał, to znajdzie rytm ich piosenek w moich opowiadaniach, zwłaszcza rytm powtórzeń, refrenów.

Moja najpierwsza fascynacja: Wunderbar. Przeraźliwie smutna piosenka gościa, który wyszedł przez bar i śpiewa… do latarni.

Over and done, w tej chwili wydaje mi się to za ciężkie, ale kiedyś słuchałam tego w kółko:

Piosenka o rozstaniu, lub ogólnie, o radzeniu sobie z problemami, smutna i z bardzo dobrym tekstem („As it is”):

A to jest o życiu:

A tego słuchałam, hm, będziecie wiedzieli kiedy:

To jest mocne jakkolwiek tekst jest mocno niebrawarystyczny („come seduce me on me knees and we will see and we will see”). Zastanawiałam się czy nie pociąć tego utworu i nie ustawić sobie „have you ever been in heaven” jako dzwonka na komórkę…

A to z nowej płyty, trochę bardziej melodyjne (Horn poza DL gra w dwóch zespołach mediewistycznych).

I zagadkowy tekst: