Filmy {Movies}

Mój gust filmowy, w przeciwieństwie do literackiego (tak mi się wydaje, haha) jest naprawdę pospolity. Powód jest bardzo prosty, bo nie mam tu ani doświadczenia, ani jakiegoś szczególnego rozeznania. Gdy byłam mała, do telewizora trzeba mnie było przekonywac siłą, a potem jakoś nigdy nie nabawiłam sie nabożeństwa do dziesiątej muzy.

Filmy lubię za historie, które opowiadają, no i oglądam z przeciętną raczej częstotliwością, głównie na własnym laptopie.

Piszę tego posta, bo na ogół podoba mi się to, co podoba się wszystkim (z niewielkimi wyjątkami, typu Shrek), i co jest zrobione tak, by się podobać (Spielberg, Polański, Coppola etc) a tu w tym tygodniu trafiłam na dwa filmy, które „powszechnie” uważane są za dobre, a mi wydawały się po prostu tandetne. Albo mój gust się zmienił, albo miałam pecha, ale kurde, dręczy mnie to na tyle, że produkuję tego posta.

Obejrzałam nie taki stary (2008) film pt „chłopiec w pasiastej piżamie”. No już bardziej wzruszająco być nie może – ośmiolatek w środku nazistowskich Niemiec, tatuś komendant obozu, przyjaźń z żydowskim dzieckiem. Problem w tym, że mimo nieźle odtworzonych realiów czasów, mody, wystroju wnętrz i względnie przyzoitego aktorstwa film mnie kompletnie nie przekonał. Nie przekonał mnie Budapeszt udający Berlin. Nie przekonał mnie obóz o zupełnie dziwacznej kontstrukcji. Nie przekonała mnie cukierkowa, oderwana od rzeczywistości fabuła.

Jest w tym filmie jakaś generalna nieprawda. Wiem, że o Holokauście powiedziano już wszystko, albo i więcej niż wszystko, więc temat ten jest mocno zmityzowany. I że trudno jest opowiedzieć jeszcze raz, tak, by to chwytało za serce, rozum, szokowało. Mity można tworzyć w różny sposób – tutaj Holokaust ma wymiar trochę Buki skrzyżowanej z kapitanem Hookiem, i wydaje się niemniej nierzeczywisty. A przecież da się opowiedzieć o tej tematyce z perspektywy dziecka, ale nie ujmując tragiczności tematyce (jak w Życie jest piękne). Każdy, kto czytał opowiadania Borowskiego i tak jak ja, nie mógł po nich spać, wie, że spłycanie tak trudnej tematyki to zwyczajnie gwałt na pamięci. Nawet nie umiem tego sprecyzować – nie oglądajcie tego, po prostu.

Drugi tandetny film z tego tygodnia to „Juno”. O tym filmie czytałam tyle pozytywnych rzeczy: że jest prolejferski, że jest fajny, że jest śmieszny i życiowy, i w ogóle. Aktorka grająca Juno jest świetna, ale z tym naprawdę trudno się kłócić. Reszta to po prostu kino moralnego niepokoju dla… lemingów* (określenie z Rebelyi). Dodam uczciwie – dla lemingów z gimnazjum. Film wydaje się głęboki niczym książki Paolo Coehlo. Juno, szesnastolatka, zachodzi w ciążę ze swoim kolega, który nie jest jej chłopakiem (a jest lemingiem do sześcianu). Ciąży nie usuwa raczej ze względu na kaprys – każdy wie, że Juno to taka „inna” dziewczyna, indywidualistka. Dla dziecka szuka więc rodziny zastepczej… i znajduje bogatą parę, kobietę rozpaczliwie napaloną na dziecko i jej męża Piotrusia Pana… No i tak to się zaczyna. Nie wiem, co wy pamiętacie, ze swojego dojrzewania, ale ja pamiętam dręczący niepokój i jakąś taką niepewność, co do decyzji, dojrzałości, przyszłości – Juno w ogóle tego nie przechodzi. Oddaje dziecko i wszystko wraca do normy, picuś po okresie romansu z inną laską wraca do niej i grają sobie punkowe piosenki, jakby nic się nie stało, nie było dziecka, połogu, niepokoju, wątpliwości, matczynej miłości… Jeśli takie są współczesne nastolatki, to… żal, żal tego świata. Jeśli tak ma wyglądać indywidualizm…. W ogóle, nie dość, że to tandeta, to jeszcze po obejrzeniu zostanie takie wstrętne pytanie – czy taki jest ten świat? Punkowy, badziewiasty, głupi…? Nie oglądajcie tego, chyba, że chcecie, żeby wam było smutno.

*leming – gatunek pokrewny do Młodego Wykształconego Z Wielkiego Miasta, mniej więcej tak, jak podaje ta definicja

I taka uwaga na koniec: słowo „holokaust” jest pochodzenia greckiego i dlatego pisze się je przez „k” a nie przez „c”.

 

Reklamy

Obciach y żenada {The total embarassment}

Starałam się dotąd prowadzić mojego bloga tak, by pisać głównie o „wysokiej” kulturze, o jakichś mądrych książkach, wierszach i filmach lub ewentualnie notować własne, warte uwagi spostrzeżenia.

Tymczasem, do napisania tego wpisu zainspirował mnie wątek na stronie gejzety ( gejzeta ). Żeby nie było, że włóczę się po tym forum, dodam, że wątek ten był podlinkowany na stronie głównej. Na stronę gejzety wchodzę codziennie, żeby przekonać się, czy jest we mnie jeszcze dość niezgody i na ile zdradziłam ideały mojej młodości, i na ile jeszcze mam siłę walczyć o państwo, w którym komunizm został rozliczony i które nie pcha się z butami w łóżko i życiorysy obywateli. We wspomnianym wątku czytelnicy – pretendujący do miana i roli intelektualistów – zwierzają się z okropnych sekretów dotyczących tego, co ich zachwyca, choć nie powinno.

Osobiście nie uważam książek Małgorzaty Musierowicz za jakiś specjalny obciach. Ze współczesnych pisarek młodzieżowo – kobiecych wydaje mi się jedną z oryginalniejszych, ponadto lubię jej ciepły, niewymuszony styl. Do tego mieszkam (w Polsce) w tej samej gminie, więc przemawia przeze mnie lokalny patriotyzm. Tym niemniej, w inspirującym zjawisku pop-kultury, kultury niskiej, kultury durnej i bzdurnej nieraz znajdowałam fascynujących autorów, fascynujące piosenki i w ogóle fascynujące zjawiska. Ponadto są pisarze i filmy, których wypada znać… a ja ich zwyczajnie nie trawię, choć powiedzmy, że popieram ich poglądy.

Zacznijmy od pierwszego.

Lubię filmy akcji. Oczywiście nie wszystkie, bo co to za przyjemność oglądać idiotyczną rąbankę, gdzie główny bohater podrzuca dwa razy większych facetów na sufit, ma ponad 100 nabojów w magazynku i nie imają się go kule. Pamiętam z jaką pasja czytałam w pierwszej klasie liceum „Tożsamość Bourne’a” (na muzyce). W szkole wypadało szpanować Brechtem, Dostojewskim, Goethem (do dziś pamiętam minę nauczyciela, który odkrył w moich rękach „sotnie łysego Iwanki” Romana Danaka, książkę, o której istnieniu nie miał pojęcia) a Ludlum był po prostu w bardzo złym guście. Awansowałam pewnie na królową obciachu, co nie zmieniało faktu, że wtedy, na muzyce, dzieje Bourne’a wydawały mi się bardziej pociągające od wszystkiego innego, co czytałam dotąd. Potem mi oczywiście przeszło.

Podobają mi się niemal wszystkie patriotyczne filmy z przesłaniem, takie w stylu „Patrioty” z Melem Gibsonem albo „Gladiatora”, albo jednego z najlepszych filmów jakie znam: „Ostatniego Samuraja”.

Lubię Harry’ego Pottera. Co z tego, że daleko mi do jego linii ideologicznej (nie chodzi mi o jakieś antychrześcijańskie przesłanie, to nie ma za wiele do rzeczy), bo z pierwszych rozdziałów zawsze kapie przerażające lewactwo w najgorszym, bo skierowanym do dzieci, guście. Przeczytałam pierwsze pięć tomów kompletnie wciągnięta (szóstego i siódmego nie miałam od kogo pożyczyć, nikt nie dał mi w prezencie, a kupować nie chciałam).

Grocholę czytałam z wypiekami na twarzy, wywieszonym językiem i pełną świadomością, że to jest głupie, nie na poziomie i w ogóle. Grochola tym swoim prostym, mówionym językiem codzienności potrafi czarować. Nie ma lepszych książek do samolotu.

Lubię proste intelektualno-zręcznościowe gry (w tym moje ukochane z dzieciństwa, wcale nie był to mario, a dyna blaster, cheese terminator i chips challenge, ze współczesnych: world of goo) i lubię gry rąbanki, takie w stylu nieodżałowanego Max Payne’a… Całe szczęście (dla mnie) gry na maca nie są popularne.

Wchodzę na stronę rzeczpospolitej tylko po to, by sprawdzić dział „styl życia”, ewentualnie „plus minus”, ale ostatnio dostęp jest ograniczony bez żadnej ludzkiej formy płatności w rodzaju paypala. Polityka mnie niespecjalnie rusza. Najbardziej lubię blog Joanny Bojańczyk, ewentualnie felietony Ziemkiewicza.

Podobały mi się „granica”, „lord jim” i „czekając na Godota”, co w kombinacji z tym, co mi się nie podobało lub czego nie przeczytałam (patrz poniżej) ponoć czyni mój gust literacki wartym uczczenia minutą ciszy.

Czasem lubię słuchać Rubika i Lady Gagi. Rubik jest cudownie, kiczowato emocjonalny, a Lady Gaga nie ukrywa, że w tego typu popie chodzi tylko o wyuzdanie i skandal, i za tę szczerość zyskała moją sympatię.

Na dodatek jeden z moich ulubionych filmów to „Boondock Saints” (Święci z Bostonu), ponoć apoteoza przemocy i nie-wiadomo-czego-jeszcze. Za każdym razem tak samo mi się podoba.

A teraz kategoria druga: co mnie NIE zachwyca, choć niby powinno.

Nie przeczytałam Władcy Pierścieni. Serio. Próbowałam trzy razy i najdalej doszłam do połowy trzeciego tomu. Co więcej, nigdy nie obejrzałam „Gwiezdnych wojen” ani „odysei kosmicznej 2001”, bo jakoś wszyscy zawsze o tym rozmawiali a nikt nie zapraszał do oglądania.

Nie trawię Pratchetta, za co na portalu NF odsądzano mnie od czci i wiary.

Średnio trafia do mnie Terlikowski. Lubię za to zimny jak ostrze sztyletu styl Michalkiewicza. Wiem, że nie powinnam ich porównywać, bo nie piszą o tym samym, ale jakoś tak mi się nasunęło.

Nie przepadam za fantasy, ile można czytać o elfach, krasnoludach i ratowaniu świata. Chyba nie tego szukam w literaturze. Dla odmiany ratowanie świata w stylu Silverberga nie drażni mnie aż tak bardzo.

Nie lubię kryminałów, jestem w stanie od biedy strawić Alistaira McLeana (i jeszcze jednego amerykańskiego autora, którego nazwisko wypadło mi z pamieci), ale na przykład Agatha Christie poraża mnie rozwlekłością. Nie bardzo przepadam za Chmielewską. Do tego nie znoszę horrorów (szczególnie w formie filmów), za wyjątkiem opowiadań Ziemkiewicza „tańczący mnich” i „godzina przed świtem”.

Mam ambiwalentny stosunek do Sapkowskiego i Olgi Tokarczuk. Z jednej strony ich podziwiam, z drugiej krytykuję, a chyba powinnam li tylko czołobitnie podziwiać.

Nie wiem co ludzie widzą w „walcu stulecia” Ziemkiewicza. Pomysł fajny, ale książka jest, delikatnie mówiąc, ciężkostrawna. Za to do opowiadań wracam za każdym razem, gdy mam okazję.

W ogóle to śmieszą mnie wszystkie „niezbędniki inteligenta”. Inteligent tym się charakteryzuje, że nie trzeba mu mówić, co ma się mu podobać a co nie… bo to on sam ustala, co mu się podoba a co nie, taka już jego dola (i rola).

A teraz, przyznajcie się: które z tych „obciachowych” zjawisk (rzeczy, elementów popkultury) do Was trafiają lub nie trafiają? Komentarze mile widziane!

O „życiu na podsłuchu” (Das Leben der Anderen, Niemcy, 2006) {about the movie „the lives of others”}

Nie lubię filmów. Mam jakieś swoje ulubione, na przykład Czas Apokalipsy Coppoli, ale mało jest takich, które mnie wciągają.
Ten film obejrzałam przypadkiem. Dopiero potem doczytałam w sieci, że dostał Oscara (lub inną nagrodę, źródła nie były zgodne) jako najlepszy film nieanglojęzyczny.

„Życie na podsłuchu” to film o Stasi i o inwigilacji środowiska artystycznego w Berlinie. Film ma dwóch głównych bohaterów: podsłuchiwanego artystę i podsłuchującego go agenta. W sumie fabuła jest dość tandetna (podsłuchujący ubek zmienia się pod wpływem podsłuchanych rozmów i obserwacji życia swojego podopiecznego, i bierze w końcu jego stronę) i trochę nieprawdopodobna (agenci kontrolowali się nawzajem, więc zapewne ubek-zdrajca nie mógłby tego za długo ukrywać), za to jest w tym filmie jakaś autentyczna, i bardzo przejmująca zresztą, prawda o ludziach, czasach i nastroju, atmosferze czasów. Oglądałam ten film kompletnie wciągnięta w odtworzone z drobiazgowością wnętrza z lat osiemdziesiątych, w świat poubieranych w sweterki i wojskowe kurtki brodatych intelektualistów, pędzących życie wśród okropnych, szarych ulic, socrealistycznych pomników i parków, i stykających się z wyższą kultura w siermiężnych wnętrzach teatrów. Podobał mi się wyraźny kontrast estetyczny i intelektualny między artystami, czytającymi książki, grającymi na pianinie, żyjącymi pięknem a agentami Stasi, i ich czystą, zimną, obojętną główną kwaterą, i niewrażliwością na to, że łamią ludziom życiorysy.

I podobała mi się bardzo postać Gerda Wieslera, agenta Stasi, przechodzącego przemianę, i w tej nieszczególnie autentycznej postaci jest dużo normalnych, ludzkich, pokazanych przekonująco emocji. Gerd w całym filmie mówi niewiele, i fascynujące jest to że grający go Ulrich Muehe gra przede wszystkim… oczami. Dobrze kontrastuje z nim Georg Drayman, śledzony dramaturg, człowiek żyjący czymś wyższym, książkami, relacjami z przyjaciółmi, sztuką. Georg Drayman, który po upadku muru berlińskiego na niesmaczne uwagi na temat śledzenia swojego życia intymnego odpowie byłemu ministrowi kultury wzruszeniem ramion i stwierdzeniem „i tacy ludzie rządzili moim krajem?”

Jest w tym filmie wina i kara, i jest wdzięczność i odkupienie, są ludzie dobrzy i źli, prymitywni i uduchowieni, przyzwoici i odrażający. W otwartym archiwum Stasi Georg pozna prawdę o tym, że był śledzony, i to wyjątkowo dokładnie, i o tym, jego partnerka (mieszkająca z nim aktorka Christa) podpisała oświadczenie o współpracy… I dowie się też, czyją zasługą jest to, że nigdy go nie złapano.

Oglądając te galerie starych samochodów, blokowych wnętrz i towarzyskich spotkań sweterkowców, myślałam wiele razy, że w sumie tęsknię za tymi czasami, które dane mi było poznać w atmosferze wczesnego mojego dzieciństwa i w opowieściach. Ci ludzie, ci słabi, nadwrażliwi okularnicy o coś walczyli, czegoś pragnęli, na czymś im zależało. W książkach, poezji i sztuce szukali zapomnienia, przeciwwagi siermiężności.
Jakie są moje czasy, moja młodość i moje pokolenie, intelektualiści z mojego pokolenia, o ile takich w ogóle moje pokolenie wydało? O co my walczymy? Na zawołanie mediów tłum młodych idiotów idzie bić się z modlącymi się przed krzyżem kobietami… jak o tym czytam, robi mi się słabo.

Ogólnie i podsumowując, jeśli będziecie mieli dostęp do teg filmu, obejrzyjcie go. Obejrzyjcie dla bardzo dobrego aktorstwa, dla świetnej scenografii, dla atmosfery czasów… po prostu obejrzyjcie, bo to dobry film.

Arn – Templariusz (część pierwsza i druga) – recenzja calosci

Zadałam sobie ten czasochłonny trud i obejrzałam obie części filmu, który w polskich kinach wyświetlano jako koszmarny zlepek losowych scen z obu częsci pod nazwą „templariusze – miłość i krew”.

Obejrzałam to z ciekawości, czy istotnie to montaż losowych scen uczynił z polskiej wersji tragi-komiczne patetyczne widowisko. Zainteresowanym polecam youtube’a – dobra jakośc i legalnie, gorzej że obie części są w … 27 dziesięciominutowych kawałkach i nie ma oczywiście polskich napisów.

Więc tak. Ten film ma w sobie coś z baśni i trochę przypomina polskie „ogniem i mieczem” gdyż Arn jest równie fikcyjny jak Skrzetuski. Jako że w „ogniem i mieczem” rolę Skrzetuskiego grał Michał Żebrowski, nasunęło mi się takie skojarzenie. Żebrowski grał też Wiedźima w ekranizacji Wiedźmina, i – Żebrowski nie jest za dobrym aktorem a i film był raczej żałosny – przypomniała mi się taka scena w której filmowy Wiedźmin siedzi wraz z bardem Jaskrem w karczmie i prowadzą drewnianą rozmowę o życiu używając do tego literackiego języka, który w knajpie brzmi naprawdę groteskowo. O ile prozę Sapkowskiego ratuje i wyróżnia właśnie język, o tyle jest on zupełnie nieprzenaszalny na ekran. Ale dośc dygresji, przejdę do sedna. Scena kiedy Arn – vel al Guthi – rozmawiał z Saladynem, a także gdy Saladyn ocalił mu życie przypominała jako żywo właśnie tamte rozmowy Wiedźmina z Jaskrem. Było w tym tyle patosu… może nasze czasy są takie, że patos wydaje się śmieszny. Te sceny są jednak tak mocne, że wydają sie przesazone, nierzeczywiste.

Ogólnie w obu częściach zachwyca pewien rozmach z którym ten film zrealizowano. Jest więcej scen militarnych a także scen z życia codziennego niz w okrojonej wersji. Pojawiaja sie postaci epizodyczne ktore totalnie wycięto (jak dwaj giermkowie Arna). Pojawia sie cały wątek polityczny, i bardzo podobał mi się Knut jako młodzieniec tak porywczy, że zabija któla nie myśląc za bardzo o konsekwencjach politycznych (ta scena jest dobra). To, co jest irytującew w obu wersjach to dośc losowe łacińskie modlitwy, na przykład zaczynanie „Ojcze Nasz” albo hymnów liturgicznych od … połowy.

To, co mi się ogólnie w tym filmie podobało to Joakim Tedson Nätterqvist jako Arn. Nie, Joakim nie jest piękny, nie ma wielkich mięśni z siłowni, nie ma typowo hollywoodzkiej, mocno opatrzonej urody Piotrusia Pana (jak Keanu Reaves, Hugh Grant albo wspomniany Michał Żebrowski). Jego brzydka twarz wkurza na początku filmu… ale potem staje się twarzą bohatera i to jest najważniejsze. Co więcej, mam zawsze problem z rozróżnianiem aktorów (w szczególności twarzy), zwłaszcza, że kanon piękna (i chirurgia plastyczna, rzecz jasna) powoduje że twarze te są na ogół do siebie podobne. Tutaj twarz Arna – nowa, nieładna, nie opatrzona – była duzym atutem.

Jak na baśń to ten film jest całkiem wartościowy (tzn obie części, nie ten losowy zlepek zwany polską wersją). To co, że detale historyczne potraktowano ze swobodą. To co, że Arn jest fikcyjny. Historia o miłości i czekaniu, o zdradzie i bohaterstwie, jest tak archetypiczna, że nie może sie nie podobać, zwłaszcza, że trzeba oddać, zrealizowano ją ciekawie i na dużą skalę. Tak, ten film jest w niektórych miejscach przesadnie patetyczny, aż do groteski… ale na pewno nie jest płytki, nie jest apoteozą przemocy i okrucieństwa, nie jest antyreligijny. Można go uznać za antykościelny (zakonnice są wredne, biskup bawi się w polityczne wojny…) jednak jest dużo scen gdy Cecylia i Arn się modlą, dziękują Bogu, powierzają jego opiece, co pokazuje wiarę – niekoniecznie Kościół jako instytucję – raczej w pozytywnym świetle.

Powiem tak – było warto siedzieć 4h przed komputerem chociażby po to, by się prekonać, że ten film ma jakiś sens, ręce i nogi. Nie chciałam wierzyć, że tak droga produkcja może być tak beznadziejna – i dobrze, że nie wierzyłam.

Templariusze – miłość i krew – recenzja {„Knights templars – love nad blood” – review}

Czasem myślę, że albo mam zwyczajnego pecha, albo mam jakiś szczególny dar, ponieważ niemal zawsze, kiedy pojawiam się w kinie, wybrany na chybił-trafił film okazuje się porażką. Oczywiście, różne są powody dla chodzenia do kina, jakkolwiek to jest już inna bajka.

Zanim poszłam na „Templariuszy”, przejrzałam recenzje na filmwebie i w innych miejscach. Opinie nie były wcale złe. Jeden z droższych filmów w dziejach europejskiej kinematografii, widowiskowa saga, bla bla bla. Jako dziecko najbardziej na świecie interesowała mnie historia i przeczytałam chyba wszystkie historyczno-przygodowe książki z biblioteki (historyczno-przygodowy, do teraz uważam to połączenie za magiczne). Historię rzuciłam w okolicach liceum, jakkolwiek do teraz lubię dobrze zrobione filmy historyczne, tak więc poszłam na ten film z radością, z tym przeczuciem, z oczekiwaniem magii.

Ale moje podejrzenia obudziła już jedna z pierwszych scen, gdy Cecylia rodzi na leżąco. Niezorientowanym wyjaśniam, że rodzenie na leżąco to stosunkowo współczesny obyczaj. Średniowieczne kobiety rodziły na kolanach w pozycji tak zwanej kucznej. Jest mało prawdopodobne, by kobieta w 11 wieku rodziła na łóżku. Ale mniejsza już o takie drobiazgi, idźmy dalej…

Któryś z recenzentów napisał o tym filmie, ze sprawia takie wrażenie, jakby wszystkie części Władcy Pierścieni wepchnięto w jeden godzinny film, i miał swiętą racje. Film składał się więc ze scen-kluczy, i dośc konsekwentnie pomijał takie szczegóły jak życie codzienne bohaterów. Przez to wszystko, co się w nim działo sprawiało wrażenie dość sztucznego. To tak, jakby spróbować opowiedzieć o czyichś losach pokazując narodziny, chrzest, pierwszy dzień w szkole, Komunię, bierzmowanie i ślub… i tylko tyle.

Generalnie film opowiadał prostą, archetypiczną historię o miłości i rozłace, więc siłą rzeczy taka historia nie może się niepodobać; wykonanie i nadmiar patosu – owszem, może. Stereotypowe sceny, kiedy to na przykład Cecylia wypatruje swego lubego na brzegu morza, albo kiedy pomaga tym, którym nikt nie chce pomóc, i zostanie za to wynagrodzona, wydają się raczej groteskowo-komiczne.

Doprawdny, nie wiem także, czy to celowe niczym w greckiej tragedii – jedność miejsca, wydarzeń i czasu – ale wszystkie sceny plenerowe sprawiały wrażenie nakręconych na łące o powierzchni plus minus hektara. Podobnie krajobrazy z Izraela, równie widowiskowe, co nieprawdopodobne. Do tego nikt (reżyser? charakteryzatorzy?) nie postarał się, by bohaterowie w ciągu 20 lat rozłąki chociaż trochę sie zmienili. O ile na twarzy Arna przybyło blizn, to twarz Cecylii zachowała młodzieńczą nieslkazitelną świeżość… Mając na uwadze średniowieczne warunki sanitarne, jest to raczej mało prawdopodobne.

Szczegóły szczegółami, można się spodziewać nieco więcej od tak drogiego filmu, myślałam. Włączyłam tolerancję. Jednak podczas sceny, gdy Cecylia udaje się skończeniu pokuty do swej przyjaciółki królowej i królowa wraz z królem (!) wita ją kwiatami na progu zamku wybuchnęłam głośnym śmiechem, i to chyba zgorszyło resztę sali. Ale moja tolarancja się stanowczo wyczerpała…

Słyszałam o tym filmie – główny, najpoważniejszy zarzut – że jest ANTYKATOLICKI. Zaręczam, jakikolwiek on jest, to antykatolicki na pewno nie. Mimo doznanych krzywd bohaterowie nie tracą wcale wiary, co więcej modlą się dalej razem. Arn dostaje od Cecylii krzyżyk i strzeże go niczym zaręczynowego pierścionka. W dobie pedofilskich skandali w Kościele, kogo szokują wredne zakonnice wymierzające fizyczne i surowe kary? Zreszŧą gołym okiem widać, że ani Cecylii, ani Arnowi nie jest w klasztorze jakoś specjalnie źle. Co więcej, jest to film o porządnych ludziach (za seks pozamałżeński płacą 20-letnią pokutą, i wcale nie są źli o pokutę, raczej o rozdzielenie i o to, że nie mogą wziąć ślubu), pełny normalnych – katolickich – wartości. Jednakże, ten film to po prostu tandeta, nie, nie boję się tego mówić, jest w nim parę niezłych scen, są świetne zdjecia, są dobre kostiumy, są aktorzy bez botoksu i nowe twarze. Ale za te pieniądze można było zrobić coś hmm nieco porządniejszego, wierniejszego historii, mniej groteskowego, przejmującego bez komicznego patosu.

O filmie „Afonia i Pszczoły”

Kolski jest specyficzny i to wiedziałam. Rozumiałam także to, że nie o realnośc chodzi w jego filmach. Poszłam raczej z negatywnym nastawieniem. Zastanawiałam się, co mnie zezłości, albo znudzi, albo zdegustuje – nawet nie czy, tylko co.

Ale o dziwo, film choć może i był miejscami nudny (kolega obudził mnie w pewnym momencie wskazując na kwiatki i mówiąc „o, zobacz, one też śpią”), opowiadał w jakimś sensie prawdziwą historię o emocjach. Miejscami dziwaczny, miejscami oniryczny, tworzy w gruncie rzeczy przemyślaną całość. Gorzej niestety z tym, że Kolski pragnie chyba aby film mówił sam za siebie i nie wyjaśnia widzowi za wiele, a widzowie bywają dość niedomyślni (jak ja na przykład).

Długo zastanawiałam się po co w tym filmie motyw pszczół. W jednej ze scen Afonia wyciąga z ula plaster, patrzy na niego krytycznie i mówi: o królowa stara, mało miodu, zobacz, same trutnie. I rzeczywiście w tym filmie nie ma ani jednej pozytywnej postaci męskiej. Dostajemy zniedołężniałego Rafała, którego Afonia strzyże i karmi, dzikiego Rosjanina Sierę, z którego wyłazi w końcu ktoś okrutny, bezwzględny i cyniczny, oraz parę postaci epizodycznych – są to głównie zapaśnicy a ich głównym zajęciem jest bicie siebie nawzajem. Afonia umiejscowiona jest w tym świecie niczym królowa pszczół. To ona rządzi, karmi, decyduje, daje życie, daje miłość i kiedy widzi jak Siera współżyje z jej córką, po prostu wali go w twarz.

Myślę, że historia opowiedziana w filmie jest nie tyle wielowarstwowa, co wielotorowa. Z jednej strony jest to opowieść o kobiecie żyjącej w emocjonalnej (i także dosłownej) pustce, która rozpaczliwie pragnie miłości, uczuć, fizycznego spełnienia, i która wzorem wielu innych kobiet zakochuje się w pierwszym lepszym facecie, który jest po prostu w jej życiu nowy. Ta gwałtowna, zrodzona z rozpaczy miłość nie ma dobrych skutków – Afonia ukara się za nią odgryzając sobie język. Z kolei z drugiej strony film można traktować jak film o męskości i kalectwie, o sile fizycznej, która pozwala przezwyciężyć zły los lub która okazuje się niszczycielska. Można również myśleć o tym filmie jak o moralnej przypowieści, co w życiu powinno się i co trzeba. Afonia w pewnym momencie mówi do swojego męża kaleki: „no co, jestem ja, jest on, jesteś ty i nie ma się co buntować”, lecz zostanie za te słowa ukarana.

Jest to wreszcie film o radości życia i tym, w jaki sposób emocje przeżywają kobiety. Kamera Afonii, która filmuje wszystko wokół jest tego dobrą metaforą. Kamera pozwala na odtwarzanie wspomnień, nie raz, a tysiąc razy, i nie zmityzowanych, zmienionych przez tęsknotę, ale takich, jakimi były. Kiedy Siera znika, Afonia wraca do lepszych dni dzięki filmom. I upija się przy tym, i śmieje do rozpuku z własnej głupoty, a mąż to widzi, i nic nie mówi, bo nie może, ale jest w jego spojrzeniu milczący wyrzut. I podejrzewam, że Afonia to doskonale wie.

Późniejsze filmy, gdzie Afonia maszeruje przez zamarznięty potok, albo gdy stoi goła i rozpamiętuje, bo jej ciało pamięta jeszcze ręce Siery obrazują to, jak przeżywa zakochanie i tęsknotę kobieta. Afonia wspomnina, wspomina bez końca to, co się stało i nadaje temu mistyczne znaczenia. To nie jest moim zdaniem film o kontraście między fizycznie sprawnym, silnym Sierą a niepełnosprawnym Rafałem. I nie o to w nim chodzi. Wydaje mi się, że owszem, ten film może się wydawać facetom nudny i długawy ale… ale opowiada prawdę o kobietach i o tym, jak one patrzą na pewne sprawy, i jak je przeżywają.

Zakończenie odgadłam dosyć szybko. I choć dobrze podsumowuje film w warstwie symbolicznej, to trudno się go było nie domyślić i to nieco rozczarowuje.

Polecam ten film kobietom. Mężczyznom odradzam, chyba, że mają kobiecą wrażliwość albo lubią spac w kinie.

Wino truskawkowe

Chciałam iść na co innego, może na jakąś super-produkcję, ale w kinach aktualnie po prostu nic nie ma. W czasie, gdy normalny człowiek ma czas i chęć by wybrać się do kina (czyli po południu lub wieczorem) w multipleksach grają głównie denne komedie i „Anioły i Demony”. Całe szczęście niektóre kina – poza multipleksami – pokazują mniej lub bardziej niszowe produkcje. Tym sposobem trafiłam na „Wino truskawkowe”.

Przywitała nas w kinie wystraszona pani z pytaniem, czy my na ten film, bo ona też, i jak się nie zbierze kworum to nici z projekcji (kworum wynosiło 4 osoby). Ale kworum się zebrało i w ogromnej sali na ponad 200 osób zasiedliśmy chyba w szóstkę i oto odsłoniła się kurtyna (niszowe kina miewają tę magię…).

Ogólnie „wino truskawkowe” to film, który rozgrywa się w nieprawdziwym świecie, ale za to opowiada prawdziwą historię (np „Tatarak” dzieje się co prawda w prawdziwym świecie, ale historię opowiada sztuczną i w sztuczny sposób). Miejscem akcji jest niby wioska w Beskidzie Niskim (okolice Dukli) i niby jest to opowieść o polskiej wsi. Mam drugi dom w tamtej części Polski i wiem przecież, że zaprezentowana w tym filmie atmosfera, duch tej ziemi, jest fałszywa. Może odpowiada ona w jakimś sensie klimatowi opowiadań Stasiuka, ale na pewno nie atmoferze wiosek, z których wygnano Łemków, które zmieniło 50 lat pegeerów, koło których śpią na wojennych cmentarzach młodzi chłopcy rozmaitych narodowości. Ci ludzie – bohaterowie filmu – nie mogliby pić wina truskawkowego. Co najwyżej bimber – i to własnej produkcji. Nie piliby z butelki ani ze szklanek – piliby z jednego kieliszka podając go sobie. I wiele szczegółów, które czynią z tego filmu raczej baśń albo też produkcję na pograniczu baśni i dziecięcej zabawy, gdzie realność nie jest wcale taka ważna.

Jednakże historia w filmie – o miłości, śmierci, zemście, winie i karze – wydaje dość prawdziwa (modulo ogólna surrealistyczna oprawa). Jest to zręczne zagranie archetypami (jak piękna, zagubiona w rzeczywistości kobieta, która nie zna swego pochodzenia, jak niekochana, niedoceniona żona, jak mężczyzna usiłujący pogodzić się ze stratą etc ) a więc jest to uniwersalna historia złożona z uniwersalnych motywów i ta konstrukcja sprawia, że to nie może się nie podobać.

Film jest miejscami śmieszno-rozbrajający (gigantyczna truskawa na nalepce na winie, ksiądz z poduszką w konfesjonale, pijacy śpiewający w wigilię „Beatę”, gospodarz chrapiący głośno przy filmie pornograficznym), miejscami liryczno-tragiczny (ścieżka przez potok zrobiona z macew czyli żydowskich nagrobków, zdjęcia zmarłej córki głównego bohatera), miejscami bajkowo-satyryczny (jak powrót jednego z bohaterów z tamtego świata).

Ogólne wrażenie jest … dobre. Nie wykluczam, że dlatego, że ostatnim filmem jaki widziałam był „Tatarak” (a recenzja Ziemkiewicza niestety dobrze go podsumowuje).
Może „wino truskawkowe” nie zachwyca. Nie wbija w fotel. Nie wywraca świata do góry nogami. Ale jest to przyjemny film, taki do oglądania, do posmiania, niepozbawiony refleksji, niegłupi. Może nie nowatorski. Ale jakiś taki „do oglądania”, inny.