Książki – mix mini-recenzji

Łukasz Orbitowski, “Inna dusza”

Ta książka to “Orbitowski bez Orbitowskiego”. Napisana została oszczędnym, prostym językiem, i pozbawiona jest odwołań do popkultury, skojarzeń i gry z czytelnikiem. Jest to opowieść o trzech przyjaciołach, z których jeden ma „inną duszę” (i jak się okaże później, także inny mózg) i ich dorastaniu w latach 90. Lata 90 Orbitowski przedstawia bez mitologizacji, bez opisywania ich rzekomego czaru i bez nostalgii. Niczym Max Kolonko, Orbitowski mówi, jak było: opowiada o drogich lodach „Magnum”, wizytach w drogerii w której dezodorant „Fa” i podpaski „Libresse” wydawały się towarami luksusowymi z innego świata, o osiedlu i ulicy, gdzie sąsiedzi ze sobą rozmawiali, i o ojcu alkoholiku. Autor stosuje ciekawy zabieg: nie usiłuje analizować myślenia mordercy, nie miesza pisarstwa z psychologią, za to zwyczajnie je opisuje. Ponoć Orbitowski spędził nieco czasu czytając akta sądowe, i w książce jest coś z beznamiętności akt, realizm policyjnego opisu pozbawionego uczuć, suchego. Prosty realizm w książce uderza, podobnie jak brak jakiejkolwiek oceny moralnej działań bohaterów. Autor pisze też o swoich młodocianych bohaterach używając ich kategorii myślowych, ich pojmowania świata, ich wrażliwości, i to udaje się nader dobrze. Moim zdaniem wiarygodny i dobry jest wątek alkoholowej rodziny jednego z bohaterów, ojca pijaka, współuzależnionej matki i dziecka, które przejmuje rolę rodzica… ale także sprawa aspiracji życiowych, wyjścia z tej rodziny, ze świata bezrobocia i biedy. Tym, co Orbitowski robi inaczej i lepiej niż inni polscy autorzy, jest niewątpliwie zrozumienie dla świata Polski B, C i D, świata, gdzie 20 zł na lepszy obiad to wielki wydatek i gdzie rodziny mają w okolicznych sklepach konta w „zeszytach”. Orbitowski tym światem nie pogardza, jak np. Ziemkiewicz, po prostu go ogląda i się w niego wczuwa, traktuje jak coś normalnego, coś, co po prostu jest, blisko, bardzo, bardzo blisko. W przeciwieństwie do bardziej społecznie zaangażowanych dziennikarzy i pisarzy, Orbitowski nie szuka też dla tego świata usprawiedliwienia. Wbrew temu, co napisano o „Innej duszy”, stwierdzić, że jest to „najlepsza książka Orbitowskiego” mógł tylko ktoś, kto brzydzi się fantastyką (niczym Żakowski lustracją, hehe). Bo najlepszą książką w mojej opinii nadal pozostają „Wigilijne psy”. Ale przeczytać warto.

Swietłana Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa”

Istnieje taka książka noblisty Knuta Hamsuna „Błogosławieństwo ziemi”. Książkę Aleksiejewicz można podsumować jako „przekleństwo ziemi”. Książka jest rewelacyjną, wielogłosową opowieścią o tragedii Czarnobyla, ale nie taką pisaną wg statystyk skażania, ale opowieścią o ludziach, ich losach, chorobach, życiu. Książka ma bardzo specyficzną konstrukcję, bo składa się z wielu dość osobliwie, niechronologicznie poskładanych opowieści. Najpierw ma się wrażenia chaosu, później wszystko zaczyna się układać, nici się plączą i tworzą spójny wzór. Konstrukcja książki przypomina nieco tkanie; pierwsze historie, te najbardziej szokujące, z dosłownymi opisami choroby popromiennej, stanowią główne wątki, a pozostałe historie to nici, które, wplątują się między nie, tworząc osnowę. Tragedia Czarnobyla staje się dla autorki pretekstem do dyskusji nad narodowością i tożsamością Białorusinów, i nad tym, czym był i jest komunizm. Czarnobyl staje się doświadczeniem pokoleniowym, doświadczeniem powszechnym, tak powszechnym jak kołchozy, pomniki Lenina i świat zorganizowany na socjalistyczną modłę. Ale Czarnobyl staje się też przebudzeniem ze snów o potędze, o dobrym życiu, pokojowym atomie i materializmie, który zwycięży brud, bylejakość, chciwość i biedę, oraz pozwoli zbudować spójną świadomość Białorusinów jako narodu, nie w odwołaniu do Rosji i nie w odwołaniu do Polski. Opisy ludzkich tragedii – chorób, chorych dzieci, rodzin, które straciły najbliższych – poprzetykane są opisami zaniedbań władzy: niefrasobliwością, późną ewakuacją czy sprzedażą produktów rolnych ze skażonych terenów. Pojawiają się opisy ludzkiej chciwości, często wyrosłej z biedy: skażony dobytek, zakopany na chybcika w dołach byle jak przysypanych cienką warstwą ziemi, zostaje rozkradziony i rozsprzedany. Książka jest z jednej strony przejmująca i smutna a z drugiej, na skażona ziemi, wśród chorych ludzi następuje dziwne przebudzenie: z wiary w komunizm , z ufności władzy do odrębności i samoświadomości. Najbardziej przejmuje jedna z ostatnich historii, w której bohaterka prowadzi rozmowę z gościem z zagranicy i mówi „zobacz, jak tu u nas pięknie” a gość odpowiada „ale to przecież wszystko skażone”. Ale bohaterka i tak kocha tę ziemię, z jej skażeniem, tak, jak może to czynić tylko ktoś, kto z tej ziemi pochodzi i na niej się urodził.

Swietłana Aleksijewicz „Cynkowi chłopcy”

Książka z kategorii „ciężkie lektury”. Składa się z opowieści żołnierzy, ich żon, matek i dzieci oraz „pracownic cywilnych”, których w jakiś sposób dotknął Afganistan. Żołnierze często jadą tam jako naiwni osiemnastolatkowie, przekonani, że komunizm jest tym, czego bratni naród afgański naprawdę potrzebuje. Wracają – jeśli nie w cynkowych trumnach, których nie da się otworzyć – to połamani psychicznie, ze stresem pourazowym, bez rąk, nóg, pozbawieni wzroku, bez marzeń i nadziei. Książka ma przynajmniej dwie warstwy. Pierwszą stanowi opis ludzkich tragedii, rozliczenie z wojną w Afganistanie, gdzie najpierw słano ludzi, a potem, gdy zmienił się dyskurs polityczny, ganiono ich za to, że walczyli. Druga warstwa to rozliczenie z komunizmem w ogóle, podobnie jak w „Czarnobylskiej modlitwie”, przebudzenie polityczne i społeczne. Ludzie, których wychowały komunistyczne szkoły i teorie marksizmu-leninizmu, zaczynają czytać Sołżenicyna i Szałomowa i nagle to, w co wierzyli w młodości, wszystkie te ideały, gdzieś znikają. Swoją drogą poruszające są opisy afgańskich krajobrazów skontrastowane z prymitywizmem rosyjskich baz: niedożywieniem, jedzeniem konserw jeszcze z drugiej wojny światowej, złym wyposażeniem, falą. Książka jest wołaniem o rozliczenie i sprawiedliwość: „cynkowi chłopcy” zostawili w Afganistanie młodość, złudzenia, zdrowie, a często i życie, a po powrocie do Rosji traktuje ich się jako uczestników niewygodnej wojny, jak śmieci. Co więcej, wielu z nich obserwowało Afgańczyków: normalnych ludzi, którzy walczyli o swoją własną ziemię, i czuło, że robią źle, strzelając do nich, ale rozkaz jest w wojsku rozkazem – a potem za wykonywanie rozkazów w nagrodę dostaje się ludzką pogardę. Moim zdaniem ważna i potrzebna książka. Niekoniecznie do czytania do poduszki.

Marcin Wolski, „Miejsce dla dwojga”

Prawdziwa grafomania, bez kitu. Jeśli lubicie książki, gdzie jednym jedynym elementem względnie na poziomie jest sprawny język, to „Miejsce dla dwojga” zostało stworzone właśnie dla was. Powielanie najgłupszych frazesów, bzdurna historia nietrzymająca się kupy, wybuchy, mafia, ładna panna i nieatrakcyjny bohater z pewną dysfunkcją, który usiłuje dobrać się do jej majtek. Zdaje się, miało być to śmieszne. Swoją drogą, mój absolutnie ulubiony motyw z podobnych książek to bohater podglądający kobietę i stwierdzający, że „miała na sobie stanik nie pierwszej świeżości”. Powiedziałabym, że jako kobieta mam czasem problem, żeby ustalić świeżość stanika po zapachu, a co dopiero po wyglądzie. W sumie bardzo dobra książka – o ile chcemy zwyczajnie wyłączyć mózg na kilka godzin.

Wit Szostak „Sto dni bez słońca”

Ta książka również miała być śmieszna. Ale nie była. Główny bohater, niejaki Lesław Strebroń, naukowiec z powołania, żyje w świecie literatury (kiepskiej), własnych przemyśleń (niezbyt oryginalnych) oraz emocjonalnych uniesień (pretensjonalnych). Srebroń zostaje wysłany na stypendium na nieistniejący mały uniwersytet na brytyjskiej wyspie. Spotyka tam – przez przypadek – człowieka, którego uważa za swojego mistrza. Profesor ów okazuje się jednak mało interesującym dziadkiem (czego bohater oczywiście nie zauważa), który ponad konwersacją na tematy intelektualne preferuje piwo, towarzystwo młodszej kobiety oraz rozmowy o wrastających paznokciach. Pewna feministka z nadwagą wykorzystuje naiwność Srebronia do własnych seksualnych celów. Ogólnie, bohater staje się raczej pośmiewiskiem wśród międzynarodowego towarzystwa na wyspie: uwielbienie patosu, kiepskiego pisarstwa i brak jakiejkolwiek refleksji, oraz traktowanie nauki czołobitnie, jako świętej krowy nie przysparza mu zwolenników. Swoją drogą, ludzie zesłani na wyspę nie stanowią elity intelektualnej Europy, a raczej zbieraninę dziwadeł zainteresowanych bardzo niszowymi tematami („pochód penisa przez dzieje Europy”), ale nasz bohater – jak nietrudno się domyślić – ma na ten temat odmienne zdanie.

Może dlatego, że poznałam paru Srebroniów w realnym życiu, wobec Srebronia z książki czułam przede wszystkim współczucie, oraz – być może – trochę zażenowania. Było mi żal tego, jak bardzo wszyscy się z niego śmieją, jak głupie błędy popełnia, jak bardzo jest niedostosowany. Do tego Srebroń darzy nabożnym szacunkiem polskiego niszowego pisarza, Filipa Włócznika (myślę, że jego prototypem był Andrzej Pilipiuk) i wypisuje sobie jego najbardziej banalne myśli, uznając je za genialne. Chociaż nie istnieje angielskie tłumaczenie dzieł Włócznika, Srebroń dręczy tym autorem swoich angielskojęzycznych studentów – siłą rzeczy studenci za nim nie przepadają.
Książka moim zdaniem jest nieco tragikomiczna, ale nie śmieszna. Stwoszowi wyszła parodia powieści akademickiej z polskim zaściankowym naukowcem-humanistą w roli głównej, naukowcem, który nie rozumie prostego kodu kulturowego, nie tylko dlatego, że pochodzi z kraju nad Wisłą, ale również dlatego, że żyje w swoim świecie, więc zamiast być tylko śmieszny, jest dość żałosny. Tylko że mnie ta parodia zupełnie nie śmieszyła.

Szczepan Twardoch „Drach”

Książka najpierw mnie wciągnęła a potem wydała się czystym efekciarstwem. Historię w zamyśle ma opowiadać ziemia śląska, opowiadać ze swojego wnętrza. Równolegle śledzimy losy kilkunastu postaci, przede wszystkim zaś Nikodema i jego pra-pradziadka Józefa. Nikodem żyje w czasach współczesnych a jego przodek na początku dwudziestego wieku. Nikodem jest sławnym architektem, jego przodek zwykłym górnikiem. Losy obydwu są w pewnym sensie podobne, bo obaj zakochują się w nieodpowiedniej kobiecie i dla obu – choć z różnych przyczyn – kończy się to szpitalem psychiatrycznym. Tę historię można było opowiedzieć o wiele lepiej, jako historię o powtarzalności ludzkich losów, o przywiązaniu do ziemi, o przodkach i potomkach. I historia obroniłaby się bez problemu. Ale nie. Zamiast tego dostajemy manieryczny język („Józef jedzie szosą na rowerze marki Wanderer”), który ma chyba naśladować sposób myślenia pokolenia uzależnionego od zakupów i Starbucksa. I o ile w przypadku Nikodema jest to jak najbardziej usprawiedliwione, to mogę się założyć, że Józef raczej nie przywiązywał do takich spraw wagi. Dostajemy też pseudogłębokie przemyślenia na miarę ćwierćintelektualisty. Szczapana Twardocha stać na więcej.

Lucie Di Angeli-Ilovan, „Żniwo Gniewu”

Zaczynało się dobrze. Zaczynało się ciekawie. Tytuł zapowiadał poważną, dobrą książkę. Dopiero potem, dopiero, kiedy przeczytałam gdzieś w sieci opinię pani Kalicińskiej, że książka „powinna być lekturą w szkole” zrozumiałam, w czym rzecz.

Książka opowiada losy sióstr (dwóch, przyznajmy, niezbyt mądrych kobiet), które wychowały się w małym, kresowym miasteczku. Jedna wychodzi za mąż za polskiego oficera, druga za ideowego żydowskiego komunistę. Oba małżeństwa kończą się tragicznie, choć z różnych względów. Siostry są więc w trakcie wojny skazane tylko na siebie. Jedna z nich dorabia się dwójki dzieci, co dodatkowo komplikuje życie. Historia z książki to historia o przetrwaniu za wszelką cenę, o nadziei, ludzkiej życzliwości i ludzkiej podłości. Do mnie ta historia nie trafiła. Postaci są rysowane bardzo grubą kreską, zwłaszcza te epizodyczne, prawie jak w komiksie. Głównym bohaterkom brakowało głębi, jakiegoś magicznego tchnienia, które z postaci z papieru zrobiłoby postaci z ciała. Książka zawiera kilka przepisów kulinarnych; nie wiem dlaczego, ale ja w tych przepisach nie dostrzegłam niczego specjalnie wyjątkowego. Czytałam w życiu wiele książek o wojnie i okupacji, także z perspektywy kobiet, dzieci, rodzin, mieszkańców gett, i ta po prostu nie trafiła w moją wrażliwość, tak jak trafił w nią „Ciężki piasek” Rybakowa czy „Liście na wietrze” Felicji Konarskiej. Jeśli podobał wam się „Dom nad rozlewiskiem” (mnie nie), to „Żniwo gniewu” będzie wam się również podobać (mnie nie).

Mary Chamberlain “Krawcowa z Dachau”

Kolejna wojenna książka pisana z perspektywy kobiety. Historia jest dość nierealistyczna, ale nie takie się zdarzały w trakcie wojny. Bohaterką jest młoda, ambitna Ada, obdarzona genialnym talentem do szycia. Dziewczyna dzięki rozlicznym zbiegom okoliczności trafia do domu komendanta obozu w Dachau by pracować tam jako krawcowa pani komendantowej. Mnie w książce zastanawiało wiele rzeczy, zwłaszcza po powrocie Ady do Anglii: dlaczego nie poszuka sobie pracy jako krawcowa w jakimś zakładzie krawieckim, dlaczego nie pojedzie do Paryża, skoro zna francuski, dlaczego ufa facetowi, który w oczywisty sposób zaplątany jest w nieczyste interesy, dlaczego nie poszuka sobie „normalnego” narzeczonego – kawalerów z wojenną traumą, szukających żony, która by ich słuchała nie brakuje, dlaczego nie odnowi kontaktu z miłym amerykańskim żołnierzem, który się w niej zakochał? Książkę wyróżnia jednak język i styl. Wrażliwość Ady, jej tęsknoty i ból są pokazane bardzo realistycznie i przekonująco; czasem czytelnik, tak jak i Ada, sam nie wie, czy coś stało się naprawdę czy też wytworzyła to wyobraźnia Ady, karmiona śmiertelnym strachem i głodem, i stęskniona za obecnością drugiego człowieka. Autorka dobrze oddaje realia powojennej Anglii, biedy, zniszczeń i powolnego wracania do normalności. Szkoda tylko, że zakończenie jest takie smutne.

Hanya Yanagihara „Małe życie”

Kategoria: ciężkie lektury. Książka podobała mi się mniej więcej do połowy (do strony 450), bo od połowy zaczęłam tworzyć alternatywne scenariusze. Bohaterami książki są czterej przyjaciele z koledżu, którzy robią karierę w Nowym Jorku. Jest wśród nich artysta, architekt, prawnik i aktor. Chociaż początki są trudne, to każdy z chłopców odnajduje „swoją drogą” do sukcesu i pieniędzy. Pod tym względem książka przypomina trochę „seks w wielkim mieście”. Nie brakuje opisów imprez, światowego życia, loftów, drogich knajp i ciuchów. Problem w tym, że za ten „seks w wielkim mieście” ktoś musi zapłacić. Jeden z bohaterów daje korepetycje małemu Felixowi, synowi biznesmena, i więziony w prywatnych szkołach i drogim domu chłopiec za sukces rodziców płaci nieszczęściem i brakiem przyjaciół. Jeden z bohaterów był w przeszłości molestowany seksualnie, i jego walka o normalność stanowi jeden z głównych tematów książki. Co uderza, jakieś siedemdziesiąt procent postaci w tej książce to homoseksualiści. Każdy niemal bohater, jeśli sam nie jest homoseksualny, to na pewno ma homoseksualnego brata lub ciotkę. Rozumiałabym dwadzieścia procent, nawet czterdzieści w środowisku artystycznym, ale siedemdziesiąt, serio? Zdecydowanie brakuje też normalnych postaci heteroseksualnych kobiet i żon: na ośmiuset stronach pojawiają się cztery czy pięć i wszystkie są słabo zarysowane (dodatek do męża) bądź zupełnie epizodyczne.

O ile skutki molestowania seksualnego (przez katolicki kler, rzecz jasna), geje w Nowym Jorku i kariera młodych japiszonów to tematy, delikatnie mówiąc, mocno wyeksploatowane, to czytając tą książkę nie ma się poczucia wtórności. Autorka poświęca wiele uwagi przyjaźni i lojalności, granicom przyjaźni i granicom odpowiedzialności za drugiego człowieka, a także niepełnosprawności i powolnemu godzeniu się z ograniczeniami ciała, co czyni książkę świeżą. Dużo jest też w książce przemyśleń dotyczących upływającego czasu, wyborów życiowych, matematyki i filozofii. W zewnętrznej warstwie jest to powieść o dojrzewaniu, dorosłości, sile przyjaźni. Z innej perspektywy, książka traktuje o traumach, które są tak silne, że, wbrew zapewnieniom współczesnego świata, iż każdy problem psychiczny da się naprawić, nie można z nimi wygrać, nawet dzięki terapii, lekom i wspierającemu otoczeniu. Książka opowiada też o krzywdzie i o kryzysie zaufania. Bohater, raz oszukany przez kogoś komu ufał i kto twierdził, że go kocha, nie jest w stanie zaufać już nikomu.

Gdzieś w połowie książki (uwaga – spojler!) dwaj bohaterowie – w tym ten molestowany – postanowią przekształcić przyjaźń w „coś więcej”. I tu autorka idzie w tani sentymentalizm. Opisy tego, jak się czule dotykali, całowali, gładzili, nagle sprawiają, że dobra książka staje się Harlekinem. Moim zdaniem o wiele ciekawiej byłoby, gdyby molestowany bohater postanowił spróbować związać się z kobietą. Nawet jeśli sam nie jest tym specjalnie zainteresowany, to nie wierzę, po prostu nie wierzę, że wokół kogoś na jego stanowisku, z dobrymi zarobkami i własnym drogim mieszkaniem w centrum, a w dodatku singla, nie kręcą się jakieś spragnione lepszego życia panie – nawet jeśli są to harpie czy Amerykanki uważające, że męża, tak, jak samochód, należy wciąż wymieniać na lepszy model. Wokół takich facetów niemal zawsze obracają się przyjaciółki i pocieszycielki, sorry. Po pierwsze, taki rozwój wypadków zmienił by dynamikę kontaktów między przyjaciółmi z koledżu, a po drugie, zmusiłby bohatera do zmierzenia się z własnym dzieciństwem, gdy sam zostanie ojcem. Ale nie. Zamiast tego dostajemy homo-czułości, oraz problemy z seksem, gdyż jak wiadomo, seks jest sensem życia (o czym nasz bohater wie aż za dobrze – głównie z powodu bycia seks-zabawką dla innych).

W książce podobał mi się temat niepełnosprawności. Jeden z bohaterów opiekuje się swoim bratem z porażaniem mózgowym. I kocha tego brata – takiego, jakim on jest, czyta mu książki i opowiada o swoim życiu, mimo że brat nie reaguje. Inny bohater po wypadku ma poważne problemy z atakami bólu, i później, także z chodzeniem. Autorka opisuje wstyd, złość i upokorzenie, jakie temu towarzyszą. Bohater wie, że sprawa zmierza to smutnego końca – i to też opisane zostało nader akuratnie.

Podsumowując, książka jest ciężka i trudna, ale też niegłupia. Gdyby nie sentymentalizm byłaby wybitna.

Reklamy

Michał Witkowski „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”

Jak już brnąć przez jakiegoś autora, to od razu hurtowo. No więc, póki co, robię to hurtowo.

Najpierw krótka ankieta: czy mi się podobało? Nie. I trochę tak. Ale głównie nie.

Opinie o książce to albo różne pseudopolonistyczne dyrdymały, za to w pięknym uczonym stylu Marii Janion, albo też „co za książka, same wulgaryzmy”. Mnie tam wulgaryzmy nie rażą i w książce nie występuje ich wcale tak znowu dużo. Wulgaryzmy mają swoją rolę w języku i pewnie nie należy ich używać ani publicznie ani też w rozmowach z szefem, jakkolwiek wylgaryzmy są takie plastyczne, cudownie emocjonalne i prymitywne, no i istnieją okoliczności, gdy zwyczajnie nie ma lepszych ani innych słów.

Książka nie posiada za bardzo fabuły, Składa się głównie ze strumienia świadomości, z gawędy bez chronologii, łądu i składu, potoku czystych emocji, czystego wkurwu, czystej satyry, warstw i warstw odwołań do tradycji, literatury i kultury, która tę tradycję stworzyła, do polskości i jej jądra, ukrytego chyba pod metaforyczną strzechą betonowego „kloca polskiego”.

Bohater, pan Hubert vel Barbara, właściciel małomiasteczkowego lombardu, lokalny ubogi mafiozo na dorobku, sprzedawca zapiekanek z przyczepy, dres w spodniach szwedach i flejersie, ale za to z wrażliwością i sposobem myślenia inteligenta po polonistyce, paser i gorliwy katolik wznoszący świętokradcze modły do Matki Boskiej, by zesłała raka na głównego konkurenta, jest postacią bardziej niespójną i nierzeczywistą od Wędrowycza. Zamysł autora był zdaje się taki, by rozliczyć się z latami dziewięćdziesiątymi, z epoką tragiczno-komiczną, gdy z fuzji kapitalizmu i socjalizmu powoli rodził się nasz własny, krajowy feudalizm. W polskim błocku z tęsknoty za słońcem i ciepłem wyrastają solaria w stylu Laguna (jakże doskonale współgra to z szarą krainą węglowego pyłu!) i drobni przedsiębiorcy dorabiają się na drobnych oszustwach a duzi – na dużych. Witkowski chciał uchwycić ducha tej epoki, ducha przemian, mentalność świeżo upieczonych „przedsiębiorców”, ale moim zdaniem uchwycił jakieś dwadzieścia procent a resztę sobie dopowiedział i powiedzmy szczerze, dopowiedział źle. Nie wiem, gdzie uchował się taki Witkowski w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale podejrzewam, że był grzecznym chłopczykiem z dobrego domu i grzecznie siedział w tym domu po szkole, odrabiał lekcje, chodził na angielski albo pianino i czytał mądre książki. Bo wyprodukować taką wizję mógł chyba tylko ktoś, kto wychował się pod kloszem, a życie i świat oglądał z zewnątrz, zza szyby, niby coś tam z niego rozumiejąc, głównie rozumowo, ale nie czując zapachów, smaków, niuansów, związku z innymi ludźmi i ich losami.

Żeby nie było, czytając książkę pokładałam się niejednokrotnie ze śmiechu. Te cudowne, barwne opisy, gdy pan Hubert sprzedaje zapiekanki z rozdeptanymi starymi pieczarkami i rozrzedzonym keczupem albo scena, gdy główny bohater przychodzi na spotkanie jakiejś organizaci typu Amway, która właśnie szuka pracowników i usiłuje używać technik rekrutacyjnych świeżo zza Oceanu, soczysty, mocny, bogaty aż do barokowości język, przerysowane postacie biurew z sanepidu, bezwstydnie grubych od konsumowania łapówek, zbieractwo i „zaradność” Huberta, który kolekcjonuje kubki dodawane do kawy i inne gadżety czynią książkę po prostu uroczą. Rewelacyjny jest też fragment książki, w którym Hubert udaje się na pielgrzymkę do Lichenia i po tym, jak zderzył się z sarną, brnie przez noc, a właściwie brnie przez polską mitologię, przez warstwy nie-warstwy historii i literatury, od Światowida do Mickiewicza, i spotyka na drodze różne absurdalne postaci, bezgłową Matkę Boską i wracający z koncertu zespół śpiewającyh pań. Okazuje się, że tym znienawidzonym przez licealistów językiem Reja i Skargi, językiem nowelek Konopnickiej i Prusa a nawet masochistycznym językiem Żeromskiego da się opowiedzieć bardzo współczesną historię, pełną rozedrganych emocji, ludzkiego brudu, małostek i popędów, i wcale nie brzmi to jak na bogoojczyźnianym przedstawieniu Barbary Wachowicz. Z drugiej strony, Witkowski kompletnie nie czuje polskiej ludowej, powszechnej pobożności. Ktoś podsumował książkę, że widać, że „Polacy wybierają sobie z religii co im się podoba”. Myślę, że może tak i jest w pewnych okolicznościach i w innych tradycyjnie katolickich czy jueochrześcijańskich krajach, ale w kraju buraka pobożność funkcjonuje raczej jako cykl zbiorowych ekstaz, które najpiew wznoszą się niemal do Nieba a potem opadają i wszystko wraca do normy (a norma jest generalnie niska). Nie dziwi mnie pogubienie Witkowskiego w temacie, bo nie radzi sobie z nim chyba żaden współczesny pisarz. Ci co bardziej konserwatywni dla odmiany przeginają w drugą stronę.

Książka ma jakby dwie części i ta pierwsza jest bardziej niespójna niż druga. W druga części, która zaczyna się pielgrzymką do Lichenia spotykamy mafioza Amala, barona na włościach (o dziwo, nie SLDowskiego), wydaje się jednym wielkim hymnem na cześć tęsknoty za Sarmacją. Pan Amal, nieślubny syn żołnierza i upośledzonej umysłowo kobiety, wychowany w chacie bez prądu i z pęcherzem zamiast szyby, dorabia się na różnych mniej lub bardziej legalnych interesach. Sprowadza swoją matkę wraz z jej kurną chatą, ale zaraz za jej domem buduje prawdziwy dworek (z plastikowym dachem i kolumnami, bo skąd ma wiedzieć, jak wygląda dworek?), jest symbolem pokolenia o przetrąconych losach, pokolenia, które usiłuje szukać okruchów przeszłości, tożsamości, ciągłości, tradycji, polskości. Amal, syn niepiśmiennej Niemki, kupuje sobie szlachectwo i herb na bazarze i wiesza w bogatym domu razem z portetami „przodków”. Ta nowa generacja pragnie gdzieś tam kontynuować tradycję starej, co prawda nie bardzo wiedząc jak i nie mając do tego narzędzi, podobnie jak Domika Kulczyk wyszła za pana Lubomirskiego, mariaż nowych pieniędzy ze starymi, fuzja chłopa z panem, Sarmacji ze stylem „Laguna”.

Hubert nazywany jest Barbarą Radziwiłłówną i ma chyba tę postać przywodzić czytelnikowi na myśl, ale mnie tam nie przywodził, może zabrakło mi wrażliwości, nie wiem. Może miał uosabiać takiego właśnie aspirującego parweniusza, niepewnego jak się zachowywać w nowej rzeczywistości i ile można uszczknąć z niej dla siebie?

Wkurzały mnie w książce szczegóły. Na przykład we wczesnych latach dziewięćdziesiątych Hubert śpiewa piosenki Golców (którzy nie byli jeszcze znani), albo żona Amala-sarmaty (była prostytutka, dziś główna obrończyni życia poczętego) ręcznie doi krowy (już wtedy istniały dojarki mechaniczne, i był to zresztą jeden z tych biznesów, na których można się było dorobić); pewnie jest takich rzeczy więcej.

Naprawdę dobre jest za to zakończenie. W zakończeniu pan Hubert-Barbara Radziwiłłówna przytula się do swojego giermka (dwórki?) i w końcu czuje się bezpiecznie. I w tym kryje się chyba cała wymowa ksiązki, całe przesłanie, i być może)nawet mądrość, bo to nasze polskie rozchwianie, niepewność tożsamości, te wszyskie oszustwa, by jakoś wyjść na swoje i związać koniec z końcem, bo jak nie wychujasz innych, to inni wychujaą ciebie, pragnienie, by się nagłabać, póki można, nawet kosztem innych czy sumienia,­ wynika z zachwianego poczucia bezpieczeństwa, z tego wiecznego strachu o przyszłość, o jutro, o to, czy system i zaborca znów nie zabierze, nie podepcze, nie wysiuda.


Ciemno prawie noc – recenzja

Dotąd nie podejrzewałam, że książki, które nominowano do NIKE nadają się do czytania. Wydawało mi się, że po przeczytaniu dwudziestu (maksymalnie) stron, książki te zmieniają się zwyczajnie w ozdobę salonu. Jeszcze w liceum próbowałam z „Wojną polsko-ruską” Doroty Masłowskiej, ale z drętwej powieści wiało nudą. Na dokładkę dresiarze, jakby Masłowska wydając swoją książkę rzuciła na nich zaklęcie, w ciągu kilku lat zniknęli z bram. Myślę, że pojechali szukać lepszego losu do Anglii, i nawet firmowy dres stał się na powrót strojem sportowym, który zakłada się na siłownię i do biegania.

„Ciemno prawie noc” zaczyna się bardzo dobrze i wciąga od pierwszych stron. Alicja Tabor, dziennikarka, wraca po piętnastu latach niebytności do Wałbrzycha, gdzie się urodziła i wychowała. Teraz zamierza napisać reportaż o zaginionych dzieciach. W mieście dzieją się osobliwe zjawiska: pojawia się samozwańczy prorok, a potem jego następca-oszust, giną dzieci, ktoś zabija koty. W dodatku powrót do rodzinnego domu, domu, w którym rozegrała się niejedna tragedia, jest dla Alicji mocnym doświadczeniem.

Ale im dalej czytałam, tym bardziej powieść mnie denerwowała. Bo po pierwsze, pisarze mają różny stosunek do swoich bohaterów. Jedni, jak Tołstoj, darzą ich wyrozumiałością, innych rozczulają ludzkie słabości, jeszcze inni lubią się przez własnych bohaterów wykrzyczeć. A Joanna Bator chyba zwyczajnie nie lubi ludzi. O ile dla Alicji posiada dużo zrozumienia, to w zasadzie wszyscy, z którymi Alicja się zetknie, pokazani są jako paskudne, prymitywne, odrażające typy. Poczynając od sceny w pociągu, gdzie Alicja obserwuje współpasażerów, przez taksówkarza-gadułę do matek zaginionych dzieci i dyrektora-poleszczuka – ci ludzie wydają się zbudowani z innej gliny, niż Alicja, która urządziła sobie swoje nie-prymitywne życie w ładnym warszawskim mieszkaniu. W którymś z pierwszych rozdziałów Alicja stwierdza, że przeraża ją, jak cienka jest granica, która oddziela ją od stania się taką właśnie prowincjuszką, pędzącą żałosne życie na brzydkiej kanapie przykrytej brzydkim kocem. Z tym, że Alicja różni się od tych ludzi w zasadzie niczym.

Po drugie, świat w książce wydaje się zbudowany z papieru, pozbawiony głębi. Alicja, która rzekomo jest reporterką, nie próbuje ani swoich rozmówców zrozumieć, ani im współczuć. Pojawia się galeria komiksowych postaci, takich jak Celestyna i jej kolega, właściciel sklepu ze zwierzętami. Pan Albert i tragedia jego potrójnej tożsamości jawią się jako niespecjalnie poruszające. Czytałam recenzję, gdzie ktoś napisał, gdyby Joanna Tabor utrzymała swoją powieść w konwencji baśni, może wszystko by do siebie pasowało. A tak, baśń zahacza o dramat po-kopalnianego Wałbrzycha, toczonego bezrobociem, biedą i brakiem perspektyw. Baśń zahacza o tragedię losów powojennego pokolenia i przesiedleńców. Baśń zahacza o problem pedofilii i przemocy. I to już są nieco za poważne tematy jak na baśń.

Trudno uciec od skojarzeń między ludźmi gromadzącymi się na rynku, słuchającymi proroka-grafomana, kupującymi kości ze sprofanowanych grobów i nawołującymi do ekshumacji Jana Kołka a tragedią smoleńską. Joanna Bator chciała chyba utrwalić ducha tłumnej pseudo-pobożności, wspólnotowego przeżywania wydarzeń, i chociaż „ołtarzyki smoleńskie”, jakie widuje się w niektórych domach są nieco groteskowe, to jednak mam wrażenie, że autorka pisze o czymś, czego kompletnie nie rozumie. Dużo lepiej poradził sobie z podobnym tematem, również w lekko surrealistycznej konwencji, Łukasz Orbitowski w „świętym Wrocławiu”. Ale może Łukasz Orbitowski po prostu zszedł między ludzi, pił z nimi w knajpach i słuchał z zajęciem opowieści o życiu i śmierci. W kontekście zbiorowego zrywu, trochę drażnią manieryczne wstawki, potarzanie słów typu „trup trup”, które nie niosą za sobą znaczeń.

Przez pięć lat studiów dojeżdżałam pociągiem na uczelnię. Było to trzydzieści kilometrów, 30-40 minut drogi, i często obserwowałam ludzi w pociągu i słuchałam ich rozmów. Częstowano mnie wysokoprocentowym balsamem galicyjskim, wciskano święte obrazki i dowiedziałam się jak się robi nalewkę z czarnego bzu. Joanna Bator zna swoich bohaterów chyba tylko i wyłącznie z pociągu – nie usiłuje zdrapać tej zewnętrznej warstwy, zajrzeć im w serca, zobaczyć, kim i jacy są naprawdę. Bo to, że ktoś jest biedny i że nie ma wykształcenia nie oznacza, że jest prymitywny. Myślę, że za dużo w autorce warszawskiej wyniosłości czy „światowości”, by przy brudnym stole wyłożonym ceratą słuchać opowieści zmęczonej życiem matki i cieszyć się kontaktem z drugim człowiekiem.

Świat książki jest czarno-biały. Dobre kociary, złe kotojady. Zło pojawia się znikąd (rosyjscy żołnierze gwałcący Rosemarie) i skaża. Kto został skażony, zaraża innych i nie sposób przerwać tego procesu. Próbuje Ewa, siostra Alicji, i musi złożyć w ofierze życie by ocalić młodszą siostrę. Do tego linia podziału w tym dwukolorowym świecie przebiega w dość dziwnym miejscu. Przemoc jest na przykład zawsze zła. Patriotyzm nie istnieje i zredukowany został do wariatów z forum internetowego i proroka-grafomana. Zła jest bieda, zła jest matka, która ma pięcioro dzieci a każde z innym ojcem, ale na przykład to, że Joanna sypia z Marcinem bez żadnych zobowiązań, jakby rodzące się przywiązanie nie było, przynajmniej po części, sprawą biologii, jest już całkiem w porządku. Transwestyta Czesio-Celestyna, jako wyklęty i wyśmiewany w dzieciństwie, musi też być z założenia dobry. Dobre są również kociary, jakby to, że ktoś karmi koty czyniło z niego świętego.

To co mi się w książce podobało to rozrzucone tu i ówdzie zdania, małe obserwacje rzeczywistości, czasem sformułowania: „Dziś myślę, że przeczuwałyśmy, iż ta chwila będzie jak skarb dla tego, kto ocaleje, i ją przechowa”. To jest siłą książki, nie zakochana w sobie Alicja, nie jej komiksowa świta, nie powierzchowny portret biednego Wałbrzycha i jego mieszkańców. Tak, jak pisałam, drażni maniera. Nie mam pojęcia po co w książce trzy długie i nudne rozdziały o nazwie „bluzg”. Przyznaję, że dwa z trzech ominęłam, bo ani to specjalnie śmieszne, ani specjalnie mądre. Czyżby taplanie się w internetowej kloace sprawiało autorce przyjemność? I bez tych rozdziałów wiadomo, że internet pełen jest nawiedzonych i idiotów. Czyżby autorka chciała jeszcze bardziej podkreślić prymitywizm Polaków?

Książkę skończyłam w dwa dni – i wciągnęła, i denerwowała. I tylko jednej rzeczy nie rozumiem: dlaczego, do jasnej anielki, to ma być Wielka Literatura? Bo moim zdaniem, jest to po prostu sprawnie napisane, niegłupie… czytadło.

 

 

 

Igrzyska Śmierci (książka) – recenzja

Nie mam w zwyczaju chodzić na ekranizacje książek, których nie przeczytałam. Kiedy znalazłam się w kinie na pierwszej części „Igrzysk Śmierci”, nie miałam jednak pojęcia, że istnieje jakaś książka. Oglądałam w tamtym czasie tak wiele nijakich, beznadziejnych filmów, że uznałam „Igrzyska Śmierci” za zachwycające; oczywiście mój towarzysz, główny amator kiepskich filmów tej opinii nie podzielił. Ale tyle dygresji.

Dzięki filmowi dotarłam do książki. Okazało się, że – ło matko – istnieją aż trzy części sagi. Ponieważ biegam pięć razy w tygodniu i słuchanie muzyki może się stać naprawdę nudne, przestawiłam się na audiobooki. „Igrzyska Śmierci” nadawały się do tego całkiem dobrze. Pani czytająca książkę nie miała wnerwiającego głosu, a książkę czyta się lekko i nie wymaga ona wielkiego skupienia.

Może to nawet dobrze, że najpierw znalazłam się w kinie, bo książka przypomina scenariusz i bardzo trudno jest rozdzielić adaptację filmową od powieści. Jakoś Jenifer Lawrece zrosła się z postacią Katniss i i tak nie mogłabym sobie wyobrazić Katniss inaczej. Oczywiście słuchając o kolejnych bohaterskich czynach Katniss brałam pod uwagę, że to powieść dla „młodzieży” (nienawidzę tego słowa, więc biorę w cudzysłów, żeby je trochę oswoić) i że przedstawiony świat musi być trochę przejaskrawiony, nieco czarno-biały z małą gamą odcieni szarości, zdarzały się jednak takie fragmenty, że aż robiło mi się niedobrze od podniosłości. Szczególnie w trzeciej części, w scenie, gdzie Katniss broni szpitala, dawka patosu o mało nie zwaliła mnie z nóg (biegłam i chodnik pokrywała cienka warstwa zdradliwego lodu – więc był to raczej niebezpieczny fragment). Podejrzewam, że gdybym czytała to jako dwunastolatka, dla odmiany drżałabym z zachwytu… niestety „Igrzyska Śmierci” wydano w 2008 i nie miałam na to szansy.

Myślę, że pani Collins o wiele lepiej rozumie, w jaki sposób funkcjonuje telewizja (te wszystkie sceny z ustawianiem kamer, kręceniem propagit, przygotowaniami do występów) niż jak funkcjonuje system totalitarny. Susan Collins włożyła sporo wysiłku, by przekonująco opisać biedę i brak wolności, ale i tak jest w świecie Panem coś bardzo sztucznego. Choć nie życzę tego autorce, myślę, że po prostu są sprawy, które trzeba przeżyć, by je zrozumieć, i naprawdę zrozumieć, by móc je opisać.

Młodemu czytelnikowi łatwo utożsamić się z Katniss. Owszem, życie w Panem pełne jest okrucieństw, ale który nastolatek nie chciałby się znaleźć w centrum zainteresowania, gwiazdą wybraną przypadkowo z tłumu, a w końcu – Kosogłosem, któremu wszystko wolno i od którego wszystko zależy? Która dziewczynka nie chciałaby, by robiono jej makijaż, podsuwano stroje, ba, szyto stroje specjalnie dla niej (stylista Katniss, Cinna), która dziewczynka nie chciałaby mieć adoratora wiernego niczym Peeta? Można pomyśleć, że w jakimś sensie większość czytelników żyje w dwunastym Dystrykcie, walcząc o przetrwanie, czekając, aż przypadek sprawi, że staną się gwiazdami telewizji, że trafią do lepszego świata, świata blichtru, stręczycielstwa, wielkich pasji i rozgrywek – ale świata, w którym nie ma głodu i biedy i gdzie niemal każda choroba jest uleczalna. Tutaj Susan Collins zagrała niemal genialnie.

Mimo mocno naiwnych i zbyt podniosłych fragmentów, książka nie jest wcale płytka. Są też – często nierozwinięte, a szkoda – naprawdę ciekawe wątki, na przykład to, kiedy Katniss orientuje się, że poddany procesowi osaczania Peeta stracił zainteresowanie jej osobą, i czuje się tym upokorzona. Nieźle wykreowaną postacią jest też przechodząca depresję mama Katniss. I naprawdę uderzające wyszło też autorce zakończenie, które wywraca na nice koncepcję biało-czarnego świata Panem, tak, jak w miarę dojrzewania ludzie uczą się, że nie ma jasnego podziału na dobro i zło i dobrych i złych ludzi.

Z drugiej strony, w książce widać mocny wpływ gier wideo. Dużo, naprawdę dużo jest scen, które przypominają raczej scenariusz gry rpg niż literaturę piękną, albo, co gorsza (bo gry rpg mogą być jednak niegłupie), sceny z World of Warcraft. Sekwencje ucieczki w trzeciej części, zmiechy zatrzymane w „ostatnim momencie”… krwiożercze małpy, rzeki krwi. Inne fragmenty przywodziły na myśl kiepski film akcji – główni bohaterowie, tutaj Katniss i jej dwaj lowelasi, stają się jedynymi członkami z drużyny, którym wolno ocaleć. Trzecia część to mieszanka takiego właśnie filmu akcji, gry wideo, patetyzmu niczym z akademii na część kombatantów i naprawdę ciekawych wątków.

Siłą książki są postaci. Katniss Everdeen wyróżnia się na tle innych bohaterek książek dla dziewczyn. Nie przypominam sobie zbyt wielu książek, gdzie dziewczyna (kobieta) przedstawiona była jako wojowniczka (poza kiepskim fantasy rzecz jasna). Za to klasykę literatury dziecięco-młodzieżowej wypełniają dzielni i waleczni chłopcy (np. Tomek Wilmowski, Staś Tarkowski czy nieustraszony Harry Potter) i miłe dziewczynki, które zwyciężają swoje małe bitwy dzięki dobremu sercu, życzliwości i cierpliwości („Mała księżniczka”, „Słoneczko”). Nie żebym uważała, że każda dziewczynka powinna być męska, ale przeżywałam dramat, gdy jedyny wniosek, jaki potrafiłam wyciągnąć z książek z dzieciństwa i lat nastoletnich był taki, że po pierwsze nie potrafię, a po drugie nie chcę być dziewczynką. Katniss wystaje z tego kanonu, bo jako jedenastolatka wzięła odpowiedzialność za własną rodzinę (i to się zdarza, nawet współcześnie, i nawet w bogatszych krajach) i nigdy nie przejmowała się specjalnie, co ludzie o niej myślą. Zdenerwowała mnie za to scena, gdy szkolna koleżanka Katniss stwierdza po czasie, że „przecież wszyscy ją podziwiali, że jest taka odważna i że poluje”. Miałam ochotę zedrzeć słuchawki z uszu i rozdeptać odtwarzacz mp3, serio.

Dodam, że wykreowanie męskiej Katniss sprawiło, że książka dociera tak do chłopców, jak i do dziewczynek, bo z wielu dziewczynkom spodobają się opisy strojów Katniss a chłopcom za to zaimponuje jej waleczność. Susan Collins mądrze zagrała tą postacią.

Uroczy trójkącik (Katniss, Peeta i Gale), sceny walki jak z „Maxa Paina”, Katniss niepokorna i niezależna niczym brudny Harry, narady wojenne z prezydent Coin, które mogłyby być scenami The Office, genialny wynalazca Beetee (w każdym Jamesie Bondzie jest taki)… zlepek popkulturowych wątków i motywów, posklejanych do kupy w dość awangardowy sposób, ale zawsze dość żałosnych, sprawia, że książka jest tandetna. Za to sceny, kiedy Katniss w depresji odmawia ruszania się z domu, kiedy cierpi odurzona opiatem o nazwie morfalina, kiedy śni koszmary, okazjonalne wstawki, jak wspomniany wcześniej moment, gdy Katniss czuje się upokorzona tym, że Peeta przestał ją kochać, czynią z „Igrzysk Śmierci” książkę całkiem niezłą. W zakończeniu pada zdanie „… ale są przecież o wiele gorsze zabawy”. I są o wiele gorsze książki. Tę polecam, radzę jednak czytać jak czytadło, biorąc serio co lepsze fragmenty i nie traktując co głupszych zbyt poważnie.

Haruki Murakami

Jest taki fragment w „Wolności” Franzena, kiedy Patty opisuje swoją najlepszą przyjaciółkę z koledżu, Elizę. Otóż Eliza jest osobą, w której wszystko jest dobre i ładne, ale tylko do połowy. Jest więc do połowy piękna, bo obdarzona ładnymi, gęstymi włosami i interesującymi oczami… i nieciekawa dolną częścią twarzy. Opis ciągnie się pewnie przed dobry akapit czy dwa.

Ten opis nasunął mi się, kiedy jakoś usiłuję myśleć o twórczości Murakamiego. Murakami też jest dobrym pisarzem, ale hm, tak gdzieś w połowie. Bo druga połowa to kompletna tandeta. Mój polonista z liceum dostawał apopleksji, kiedy ktoś usiłował – kopiując bryki i sciagę.pl – twierdzić że Wokulski był pół-romantykiem i pół-pozytywistą. Kazał takiemu delikwentowi wyjaśniać, któraż to część Wokulskiego (od pasa w dół czy w górę? Prawa czy lewa?) jest pozytywistyczna a która romantyczna, naturalnie przy salwach śmiechu reszty klasy. Dygresję tę sprzedaję tutaj, na blogu, żeby podkreślić, że ze sformułowaniami typu „pół taki pół siaki” należy uważać, zwłaszcza w odniesieniu do ludzi.

Ale twórczości Murakamiego po prostu nie da się inaczej podsumować.

Nawet gdybym chciała te połowy doprecyzować, na przykład dookreślić, że 54% procent jest dobre, 46% jest paskudne… jakoś nie mogę. Moim zdaniem w tym przypadku istotnie jest po równo, pół na pół.

Przeczytałam c 4 ksiązki (Sputnik Sweetheart, Krajobraz z Owcą, 1Q84 i Norwegian Wood) i w każdej z nich (może poza Norwegian Wood) jest zawsze jakiś wątek (tudzież postać), który lub która jest grą z popkulturą, odwołaniem do znanych z amerykańskich filmów scen-symboli. W 1Q84 mamy kobietę-zabójczynię i czarny charakter pojawiający się w towarzystwie dwóch ochroniarzy znających sztuki walki; w Krajobrazie z Owcą wybuch pod koniec książki jest po prostu bardzo tandetny. W większości książek występuje też jakaś bohaterka, której kariera została złamana przez losowe, głupie wydarzenie czy wydarzenia. Trzeba jednak przyznać, że Murakami ciekawie tworzy bohaterów, stara się być blisko, opisać ich codzienność, jakkolwiek trzeba przyznać, że nie jest na ogół mistrzem w odtwarzaniu ich stanów wewnętrznych (ze współczesnych pisarzy dobrze radzi sobie z tym Franzen).

Bohaterowie wydają się w pewnym sensie niepełni. Czasami, czytając te książki miałam wrażenie, jakbym oglądała serial. Wykreowany świat wydaje się bardzo podobny do rzeczywistego, a jednak dość uproszczony i coś jest z nim nie tak. Bohaterom brakuje wymiaru duchowego (jedno jedyne odniesienie do religii w tych czterech książkach to szalona dziewczyna Wanabego prosząca go, by zapalił trociszkę i pomodlił się za jej zmarłego ojca). Swoją drogą, nauczyłam się przy okazji nowego słowa po polsku 🙂 Nawet nie chodzi o nieobecność wiary czy religii, ale o postawienie podstawowych egzystencjalnych pytań: kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, skąd pochodzimy. Bohaterów Murakamiego, nawet w obliczu śmierci, jakoś te kwestie specjalnie nie zajmują i trudno się z tym pogodzić, choć może to kultura ludzi wschodu. Jednak przyjaźnię się z Azjatami i prawidłowość jest na ogół taka, że im dalej na wschód, tym bardziej uduchowieni ludzi.

Jeden mój kolega-pisarz zaliczył Murakamiego do „pisarzy mocno erotyzujących”. To też nie tak (no chyba, że ktoś wychował się wyłącznie na „literaturze chrześcijańskiej”). Seks jest częścią życia bohaterów, ani lepszą, ani gorszą, i nie ma w ani jednej z tych książek zbędnych w większości kontekstów, rozbudzających wyobraźnię opisów, seks jest po prostu seksem (bo czym ma niby być?), ale nie jest pornografią. Jest czymś, co łączy i dzieli ludzi. Czymś, co po prostu JEST. Częścią świata.

A jednak te książki wciągają. Przemiany bohaterów, ich samotność, pragnienia, relacje z innymi – to stanowi o wartości książek. Większość recenzentów napisała na przykład, że Sputnik Sweetheart to studium samotności bohaterów. Moim zdaniem to nie studium samotności, a studium relacji, skomplikowanych, dziwacznych, poplątanych. Do tego wyszło Murakamiemu drobiazgowe, dobrze napisane studium (chociaż recenzenci uznali oczywiście książkę za nudną, najsłabszą w twórczości Murakamiego… moim zdaniem to jedyna, którą można nazwać „głęboką”). Ciekawa jest codzienność mieszkańców Japonii, ich wyprawy do sklepów spożywczych i zwyczaje kulinarne. Ciekawa jest pozorna zwykłość bohaterów, i ich zagubienie połączone z całkiem dobrym radzeniem sobie  z życiem. 1Q84 przypominało mi bardzo „Dolinę Sumienia” Diaczenków. Tam też mieliśmy kobietę i mężczyznę, połączonych wspólną tajemnicą i rozdzielonych okolicznościami, zamkniętych w przestrzeni miasta.

To, co mnie denerwowało to zupełnie zbędne wątki gmatwające fabułę, trudno zgadnąć, po co. W 1Q84 Tengo jedzie do „Miasta Kotów” by zająć się ojcem w stanie wegetatywnym. Little people formują powietrzną poczwarkę na łóżku ojca Tengo, ale nigdy nie dowiemy się, dlaczego, po co. Takich kawałków znajdziemy dużo więcej. Niepotrzebne sceny, postaci i szczegóły.

Ale mimo wymienionych zalet, podtrzymuję swoje zdanie, że Murakami jest w połowie dobry, w połowie tandetny. Taki Krajobraz z Owcą zaczyna się świetnie, by doprowadzić nas do naprawdę tandetnego zakończenia. Rozmowa z wysłannikiem tajemniczego biznesmena napisana została tak stereotypowo, że aż chce się krzyczeć. W każdej z książek znajduje się oryginalny pomysł, często zupełnie nieźle rozwinięty, podobnie jak stworzony świat, który wydaje się sympatyczny i zrozumiały i … duża ilość „klocków” ze świata filmów akcji  poukładanych tak, by mniej więcej wszystko „trzymało się kupy”. Te znane klocki-archetypy przeplecione są z niebanalnymi obserwacjami świata.

Sama nie wiem, jak ten wpis zakończyć. Wyobraźcie sobie połączenie Kafki albo Camusa z Ludlumem. To jest właśnie Murakami.

Ziemkiewicz „Zgred”

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam zabierając się za „Zgreda” zaraz po „Ciele obcym”. „Ciało Obce” miało bowiem tę zaletę, że czego jak czego, ale silnych opisów, emocji i wrażeń to w książce nie brakowało, a gwałtowne porywy umieszczonej między lędźwiami „różdżki przewodniej” bohatera (a także szczery bunt umysłu, serca i sumienia przeciwko tym porywom) powodowały, że trudno było się nudzić. Za „Zgreda” zabrałam się trochę z rozpędu, i zmęczywszy pierwsze trzydzieści stron opisów cukrzycowych przygód Rafalskiego i ogólnie, rozterek pana w średnim wieku, pomyślałam, że chyba nigdy tego nie skończę.

Ale przygięta do łóżka (rekonwalescencja po badaniach zajęła mi więcej czasu niż powinna) trochę z przekory, trochę z braku lepszego zajęcia czytałam dalej. A im dalej było, tym robiło się ciekawiej.

Książka jest szczera. Jest taka, jak sam Ziemkiewicz (albo Ziemkiewicz znany z mediów, i nie mam zresztą podstaw by sądzić, że jest to tylko kreacja) – jest zlepkiem felietonów, przemyśleń, wrażeń, cytatów, myśli, i chociaż sprawia wrażenie dość chaotycznej, taka w gruncie rzeczy nie jest. To, co spaja książkę, to podszczypywana z różnych perspektyw wizja Polski, kraju rządzonego przez mafie i kliki, gdzie demokracja się nie udała, a z fuzji kapitalizmu i socjalizmu wyszedł najprawdziwszy feudalizm. Oglądamy tę wizję z różnych stron, z perspektywy historycznej (rozważania Rafalskiego o ojcu i „prylu”), politycznej (rozważania o Wałęsie), kulturalnej (rozważania o Michniku), lokalnej (sprawa pomnika) i rodzinnej. Książka jest dobrze osadzona w tu i teraz, w takiej a nie innej Polsce, z taką, a nie inną historią, z takimi, a nie innymi politykami, z takimi a nie innymi duchownymi i z takim a nie innych społeczeństwem…i z takim a nie innym Rafalskim-Ziemkiewiczem. Wyszedł trochę portret, trochę diagnoza, trochę chaotyczne rodzinne wspomnienia.

Generalny zarzut z recenzji, które czytałam: książka nie jest odkrywcza, nie jest wybitna i nie jest na miarę autora. Z pierwszymi dwoma jęko-stękami trudno się nie zgodzić. Trzeci wydawał mi się za to dyskusyjny. Moim zdaniem Ziemkiewicz to nie mistrz długiej formy i jego najbardziej nieudana (najnudniejsza) książka to Walc Stulecia (odsądzajcie mnie za to od czci i wiary, naprawdę, mam to gdzieś, poza pomysłem nic w tej książce nie ma), za to dla odmiany wracam co i rusz do opowiadań („Jawnogrzesznica” i „Godzina Przed Switem”…). Więc może to nawet lepiej, że „Zgred” jest taki poszatkowany – lepiej się to czyta jako zbiór felietonów i mniej lub bardziej luźnych myśli i może dlatego po 250 stronach nie czułam sie zmęczona i przytłoczona.

Pewnie, że przemyślenia co do wartości ojcostwa, rodziny i tradycji nie są odkrywcze ani nowe. Gdzieś czytałam, że z relacji ze Smoleńskiej tragedii wyszła Ziemkiewiczowi straszna tandeta. Nie mnie to oceniać, nie byłam wtedy w kraju i nie przezywałam zbiorowych emocji, jakkolwiek coś mi się wydaje, że podobnie jak Janda rozlicza się ze śmiercią męża w „Tatararaku” (ja jej to wyszło to już osobna kwestia) i gra na ekranie jest prymarną, najbardziej naturalną formą radzenia sobie z emocjami  dla aktorki, tak formą rozliczenia dla Ziemkiewicza-pisarza jest pisanie. Nie da się opowiedzieć o narodowej tragedii na świeżo tak, żeby to miało sens, ręce i nogi, i żeby się jeszcze naród z tym zgodził. Jak podkreslał w moich licealnych czasach polonista, mimo upływu tylu lat nie doczekaliśmy się jeszcze porządnej, literackiej książki o stanie wojennym. Co ciekawe, od kiedy skończyłam liceum minęło prawie 9 lat a książki jak nie było, tak nie ma.

W ogóle to w głębokiej podstawówce moja polonistka, wyjaśniając meantry literatury i poezji, kochała sformułowanie „skrzydlate słowa”. „Skrzydlate słowa” w jej rozumieniu były to uniwersalne frazesy, dobrze rozumiane i znane, przynoszące takie a nie inne znaczenia i skojarzenia. Ogólnie, po czasie zaliczenia egzaminu do liceum „skrzydlate słowa” wydawały mi się frazesami i robiłam wszystko, by uniknąć ich banalności. Ale są w naszym narodzie prawa uniwersalne, taki Mickiewiczowski „rząd dusz” powiedzmy, wiecznie żywe niczym Lenin. Tak samo kiedy w głębokiej podstawówce nauczyłam się o konflikcie pozytywizmu i romantyzmu, myślałam, że to sprawa z dziewiętnastego wieku, przegrana, zapomniana, ot, historia. Tymczasem w książce Ziemkiewicza ten właśnie konflikt pozytywistyczno-romantyczny jest jak najbardziej żywy, może odbywa się w innej scenerii i inne są akcesoria, za to pytania o postawę pozostają z grubsza takie same. Czyżby Rafalski-Ziemkiewicz usiłował nam dowieść, że wyrósł z romantyzmu i że staje się pragmatykiem? Nie wiem po co w książce postać Irka – czyżby po to, by tę przemianę podkreslić? Albo zmusić do zadania pytania – jak zostać pragmatykiem, ale nie stracić ideałów? życie za to toczy się czasem w sposób kompletnie nieprzewidywalny – dylemat wyeliminowuje się w końcu sam. Wybaczcie moje prostactwo, tego też chyba nie zrozumiałam.

Czas na podsumowanie, chociaż coś tak pociętego, jak ta książka trudno dobrze podsumować, bo nie ma tu jednej, głównej przewodniej myśli, nie ma wyłaniającej się spod linijek tekstu jasnej tezy. „Zgred” to dobry tytuł – bo oto Ziemkiewicz-Rafalski z bohatera buntownika (znanego z wszystkich chyba innych książek) przeistacza się w osiadłego, w sumie wciąż wkurzonego na świat gościa, którego główną troską jest jednak wychowanie dzieci i zdrowie żony oraz teścia. Nie, żeby poglądy autora się zmieniły, jest w nich jednak jakiś rys dojrzałości (choć może to nadużycie), jakieś rozliczenie, jakiś etap w życiu post-sweterkowego post-opozycjonisty, nieunikniony, i w pewnym sensie, jest to etap, na którym wyrasta się z bohaterów w rodzaju Hrabiego z „Ciała Obcego” i ich sterowanych przewodnią różdżką dylematów.

Cukiernia Pod Aniołem – recezja

Kupiłam tę książkę (a raczej kupili mi Rodzice) przez przypadek. Po prostu księgarnia na lotnisku nie była najlepiej zaopatrzona i nie było tam najnowszej Grocholi (chciałam Grocholę!). Pierwszy tom skończyłam jeszcze w trakcie lotu nad Atlantykiem, drugi zaczęłam na lotnisku w Waszygtonie. Wciągnęło mnie.

Książka pani Gutowskiej-Adamczyk to raczej czytadło niż wielka literatura, ale jak na czytadło jest raczej nietypowa. Po pierwsze, nie zawiera jakże powszechnej w babskich czytadłach historii o „zwykłej kobiecie”, która pod wpływem rozwodu (odejścia męża/kochanka) zmienia się w kobietę niezwykłą. Po drugie, ludzie i ich emocje wydają się w tej książce jacyś tacy normalni (a nawet względnie przyzwoici). Wybory bohaterów mają swoje też konsekwencje. Romanse zazwyczaj kończą się ciążą. Nierozważne śluby prowadzą do skandali i nieszczęść. Bywa, że czasem los staje się przewrotny, ale to już inna sprawa.

Książka opisuje rodzinną historię, gdzie losy szlachty (Zajezierskich) plączą się z losami chłopów i amerykańskich emigrantów, ale historia ta nie jest chronologiczna, śledzimy bowiem jednocześnie losy Zajezierskich pod koniec XIX wieku i Hryciów-cukierników w roku 1995. Na wykopaliskach archeologicznych znalezione zostają zwłoki kobiety, zmarłej prawdopodobnie w trakcie drugiej wojny światowej. Kobieta ma ze sobą pierścień, który – jak się okaże później – z różnych względów ma wielkie znaczenie dla kilku różnych rodzin. Oba wątki – i ten współczesny, i ten historyczny – prowadzą powoli do rozwiązania zagadki. Ale większość powieści nie jest wcale jakaś specjalnie sensacyjna.

Jest w tej książce naprawdę dużo opisów codzienności bohaterów: co jedzą, jak wyglądają święta, jak zmieniają się obyczaje. Wielka historia, ta znana z podręczników, przechodzi czasem bokiem, a czasem idzie dokładnie przez środek Zajezierzyc, jakkolwiek prawie zawsze wpływa na atmosferę i na życie codzienne. Patrząc na patronaty możnaby spodziewać się książki o wiele mniej anty-niemieckim i anty-rosyjskim wydźwięku, ale niektóre fragmenty naprawdę w wymowie przyćmiewają różnych autorów pretendujących do ultra-patriotyzmu… Nie jest to jednak pokazane całkowicie jednoznacznie. Moi zdaniem jednym z najlepszych wątków w tej książce, najlepiej wymyślonym (?) i opisanym jest krótki fragment, w którym Toroszyn, Rosjanin, wymusza na hrabinie,  która ośmieliła się popatrzeć na niego z pogardą i nazwać okupantem, by mu się oddała, i jest to jedyny raz w życiu hrabiny, gdy przeżywa ona przyjemność seksualną. Jest w tym wątku coś mocno niepokojącego, głęboko ludzkiego, poplątanego, tak jak poplątane są nasze uczucia – ból rzadko jest wyłącznie bólem i radość rzadko wyłącznie radością.

Poza tym książka ma w sobie coś ze zrozumienia ducha czasów i, o dziwo, raczej antykomunistyczny wydźwięk. Autorka nie stara się piętnować kasty „panów”, a raczej zrozumieć ich racje. Nie stara się też potępiać nowoczesnego stylu życia Giny, która ku niezadowoleniu rodziców zostaje aktorką. Ale nawet Gina, romansująca, żyjąca bez ślubu, i lubiąca luksus okazuje się tak czy siak patriotką, i bardzo porządną kobietą, taką trochę w stylu Hanki Ordonówny.

Dialogi nie są siłą tej książki. Dialog nie jest i nie powinien być dosłownym zapisem rozmowy (kto usiłował zapisywać nagrane rozmowy łatwo to zrozumie), ale nie powinien też być przesadnie napuszony. Nie umiem określić, co tu zgrzytało, ale chyba jedni autorzy mają ucho do dialogów a inni nie.

Generalnie ta książka mnie zaskoczyła. Przesłaniem, bohaterami, i w jakimś sensie wejściem w chyba niespecjalnie wyeksplorowany obszar podobnych historii rodzinnych, pełnych romansów, zakochań, tęsknot, powrotów…. opisanych ze zrozumieniem dla ludzkich słabości i w świetle jakiegoś tam systemu wartości (może autorka wcale tego nie chciała?), gdzie honor to honor a podłość to podłość. Nie nazwałabym „cukierni pod Amorem” dziełem patriotycznym, ale i takie wnioski wysnuć można z lektury.