Pisała w ciemności {She wrote in darkness}

Jest taki wiersz Zagajewskiego, „Pisała w ciemności”, poświęcony Ryszardowi Krynickiemu. Wiesz pochodzi z tomu Ziemia Ognista (1994) i jak na Adama Zagajewskiego, jest dość nietypowy. Nie ma gry słów, niewiele w nim zachwytu i zdumienia związanego ze złożonością i niepoznawalnością świata. Wiersz zaczyna się tak:

Pisała w ciemności.
Rozpacz dyktowała jej słowa
ciężkie jak warkocz komety.

I jest w opisie Nelly Sachs, piszącej przy zgaszonym świetle, i rozpacz, i nadzieja, i ból, i egzaltacja. Ale zostawmy to na chwilę, bo w sumie nienawidzę analizy wierszy. Wspominam jednak o tym kawałku poezji i powspominam jeszcze trochę, ze szczegółami, bo przypomniało mi się o Nelly Sachs i o Zagajewskim  przez przypadek. Zresztą, nie pierwszy raz wiersze i piosenki przypominają mi się przez przypadek, a potem zaczynają rządzić moim życiem. Niekiedy czuję się jak Eugenia Ginzburg, którą w łagrze ratowały wiersze – zapamiętane, przypomniane, czytane, pisane. Zresztą, tak, jak i ona – pamięć mam naprawdę dobrą (staromodna cecha, nieprawdaż?).

Pozwólmy jednak płynąć wierszowi.

Ciemność pisała
ująwszy tę niemłodą kobietę
jak wieczne pióro.

I to jest moja ulubiona zwrotka. Nie dlatego, że nadaje się na cytat czy opis, ale dlatego, że zawiera najistotniejszą moim zdaniem część przesłania, prostą, podstawową prawdę o pisaniu. Nie, to nie poeta pisze, to nie pisarz pisze, czasem tym książko- i wierszotwórczym czynnikiem jest właśnie ciemność, czasem to pióro pomiata pisarzem, czasem po prostu trzeba pisać – i w ciemności (w niesprzyjających okolicznościach), i ciemnością (radząc sobie jakoś z własnym bólem).

Wiersz się kończy tak:

Gdy zasypiała
budziły się kosy
i nie było przerwy
w smutku i w śpiewie.

No i to też jest zakończenie proste niczym u Paolo Coehlo, chociaż może odrobinę mądrzejsze, a zresztą, może tylko dla mnie jest ono przejrzyste jak majtki Dody. Mamy więc w tej ostatniej zwrotce świt, który przynosi ulgę, nie, smutek i ból nie maleje ani tym bardziej nie znika, ale smutek i ból zamienia się w piękno, w złożoność świata, w siłę.

Czemu tak przeżywam ten wiersz? Być może mam do niego po prostu osobisty stosunek.

Być może zdecydowałam się jednak komunikować ze światem.

Oczekujcie update’ów, moi wierni czytelnicy.

 

Reklamy

Dwie Siły {The Two Forces}

Są we mnie dwie siły.

Jedna ma włosy jasne, prawie popielate. Jest krucha, delikatna, ledwo zauważalna, prawie przezroczysta, i tylko jej ciężkie, robocze trzewiki wydają się istnieć naprawdę.

Ta siła patrzy zazwyczaj w tył albo w dół, jakby nie bardzo mogła się zdecydować, jakby to, co powinno być kamieniem węgielnym, fundamentem, danym na drogę węzełkiem, jakby to, co powinno być kotwicą okazało się kamieniem młyńskim przytwierdzonym do szyi. Ta siła lubi wiersze i książki, lubi spadające gwiazdy, męczące majowe wieczory i zapach błota świeżo po deszczu. Ta siła – co nie jest specjalnie miłe – lubi również bawić się w kotka i myszkę z samą sobą. Szczerze mówiąc, tę siłę znam nieco lepiej.

Bo jest we mnie również druga siła. Ta druga siła jest porywcza i gwałtowna. Ta druga siła to siła przemian. Jest nowa i – jak zauważyłam – czasem pcha mnie do niebezpiecznych kroków. Ta siła jest jak kołowrót albo jak Błędne Koło z obrazów Malczewskiego, jak jazda rozpędzoną do stu kilometrów na godzinę górską kolejką, jak pierwszy pocałunek, jak kroki w ciemnościach, w nieznanym mieście. Ta siła patrzy w przód. Ta siła jest odważna, czasem bezrefleksyjna, w tej sile dużo jest zaufania i nie ma w niej ani trochę lęku. Ta siła lubi podróże, rzeczy nowe i niebezpieczne, lubi życie jako takie, lubi się bawić, i śmiać, i całować z całej siły, aż do krwi.

Ta siła ma niebieskie, niewinne, jasne dziecięce oczy i tą prostą odwagę, z którą mówi się „tak” patrząc prosto w oczy.

Te siły ciągną mnie w przeciwnych kierunkach, lub mówiąc poprawnie, mają przeciwne zwroty.

Żadnej nie oddałam do tej pory kierownictwa.

Stoję na rozdrożu a każdy krok w którąkolwiek stronę będzie oznaczał oddanie się pod kuratelę.

Sile numer 1.

Sile numer 2.

Sile numer 1.

Sile numer 2.

Sile numer 1.

Albo sile numer 2.

Sile numer 1 albo sile numer 2.

Sile numer 2 lub sile numer 1.

Sile numer 1.

Sile numer 2.

Szukam, błądzę na oślep, zanoszę ciężkie, karykaturalne modlitwy, siła-pytanie jest jak plecak, noszę go codziennie ze sobą, i tylko ciężar jest bardziej przytłaczający niż komputer i książka do genetyki.

Są dni, będą dni, były dni, a ty, a ty, zaufaj sobie, zaufaj własnej mądrości, będziesz wiedzieć, będziesz, będziesz, … tak, będziesz.

 

Tandeta

Zebrało mi się na słuchanie tandety. Proszę, nie obraźcie się, SDM jest jednak tandetne. Może nie tak jak niejaki Rubik, ale nie jest to muzyka wysokich lotów.

Z tym, że dotąd nie wiedziałam, że ta tandeta jest taka erotyczna.

Długi czas słuchałam tego na okrągło, co nieodmiennie wkurzało moją rodzinę.

„Ty się pochyl róża – bóg
ty się do mnie pochyl
i na ucho jak kolczyk róża – bóg

Moje ucho ma dzban
z niego pić tylko tobie nikomu
a twój kolczyk jak ucho na dzban

O modlitwę mnie wabisz o, wabisz
że błysk noża
w najpiękniejsze serce kozy

Z tobą czystość zachować to gorzej
każdy lew by się spalił już dawno
las popiołu z jego grzywy nic więcej

Ty się pochyl róża – bóg
ty się do mnie pochyl we mnie
wytryśniemy jak słońce wytryśnie ”

Jako że google translator przerabia to na maksymalną sieczkę, i chociaż jest to jakby trochę nieprzetłumaczalne (a mój angielski równie paskudny jak … mój polski) spróbuję uchronić was przed pokusą tłumaczenia tego – niewątpliwego – cudu polskiej poezji śpiewanej. Sens tego porównać można tylko do Zegarmistrza  Swiatlo. Swoja droga, ciekawe jak google translator radzi sobie z sarkazmem?

You lean, you rose-god
You lean on me
and on the ear like an earring, you rose-god

My ear has a pitcher
Only you can drink from it, but noone else
your earring like a pitcher’s ear handle

For prayers you decoy me, oh, decoy
like a flash of a knife
in the most beautiful heart of goat

To save chastity with you – it’s worse
every lion would long have been burned
Forest of ash from his mane, nothing more

You lean, you rose-god
to me you lean, inside me
We will gush as the sun will gush

Przed interpretacją trochę chroni mnie przyzwoitość, ale te wszystkie wytryskania, pochylania się „we mnie” i inne takie, zwłaszcza wobec wzmianki o czystości nie sugerują niczego niewinnego. Nie wiem jednakże czemu znalazłam kiedyś w domu kasetę z między innymi tą piosenką, podpisaną krzywym, pięcioletnim (może sześcioletnim?) dziecinnym pismem mojej przyjaciółki z lat dziecinnych, pochodzącej z ulta-konserwatywnej rodziny 🙂

Rozpad {Disintegration}

Szklanka z drinkiem rozpada się w rękach na tysiąc kawałków.

Kawałki lecą na wszystkie strony raniąc moje ręce, ale powoli, jak w zwolnionym filmie. Przecząc prawom fizyki, lecą jednocześnie w górę, w dół, na boki.

Nie boli, przynajmniej nie fizycznie.

Modlę się, żeby stracić przytomność, przestać czuć, zapomnieć.

Modlę się o sen.

Ale kombinacja alkoholu i leków sprawia, że przybiegają dławione uczucia, przybiegają myśli. Najpierw pojedyńczo a potem strumieniem, wezbraną rzeką. Płaczę cicho, skulona w ciemności na fotelu, w obcym mieszkaniu, w obcym mieście, w obcym kraju.

Szklanka rozpada się.

Uderzenie.

Głos Veljanova.

Najtrudniejsze ze wszystkich wspomnień, cichy dom w nocy.

Łzy.

Obojętność.

Miarowe ruchy ramion przy pływaniu kraulem.

Niebo po zachodzie słońca, jasna łuna, oświetlone księżycem chmury.

Będzie dobrze, mówi S.

Pierwszy od tygodnia normalny posiłek o mało mnie nie zabija.

Zachrypnięty głos ojca Johna i smutna pieśń o radości.

Naboje do shotguna ustawione w rządek na kuchennym blacie.

Nie rozumiem pytania kelnerki, bo nie rozróżniam słów.

Czujniki w lusteku tamtego samochodu powodują, że lusterko samo się składa gdy podjeżdżamy za blisko.

Sen, który nie przychodzi.

Głos Veljanova.

Spacer w stanie absolutnego wykończenia.

Świat wiruje, wiruje.

Karuzela skrajnych i sprzecznych emocji.

Ból taki, że przecina twarz na pół.

Pierwszy raz w życiu nie potrafię się modlić.

Szklanka rozpada się.

Translation – that’s for you, Ani:

A glass with a drink breaks in the hands into thousands of pieces.

Chunks are flying towards all the sides, hurting my hands, but slowly, as in slow motion. Contradicting the laws of physics, they fly up, down, sideways.

It does not hurt, at least not physically.

I pray to lose consciousness, to stop feeling, to forget.

I pray for sleep.

But the combination of alcohol and drugs causes suppressed feelings to hasten, and thoughts to hasten. First they come individually and then they come as a stream, as a swollen river. I am crying softly, crouched in the darkness on a chair, in a foreign apartment, in a foreign city, in a foreign country.

Glass breaks down.

Strike.

Veljanov’s voice.

The hardest of all memories, a quiet home at the night.

Tears.

Indifference.

Regular arm movements while swimming freestyle.

The sky after sunset, bright glow, moon-lit clouds.

It will be good, says S.

First normal meal from a week almost kills me.

Hoarse voice of father John and the sad song of joy.

Shotgun cartridges arranged in a row on the kitchen counter.

I don’t understand waitresses questions because I can’t distinguish the words.

Sensors in the mirror of that car causes it to fold when we drive up too close.

Sleep did not come.

Veljanov’s voice.

Walking in the state of complete exhaustion.

The world is spinning, spinning.

Carousel of extreme and conflicting emotions.

Pain that tears my face in half.

First time in my life I can not pray.

Glass breaks down.

It is ours to hold the banner
Is ours to hold it long
It is ours to carry forward
Our love must make us strong
{Loreena McKenitt, Beneth the Phrygian Sky, fragment}