Książki – mix mini-recenzji

Łukasz Orbitowski, “Inna dusza”

Ta książka to “Orbitowski bez Orbitowskiego”. Napisana została oszczędnym, prostym językiem, i pozbawiona jest odwołań do popkultury, skojarzeń i gry z czytelnikiem. Jest to opowieść o trzech przyjaciołach, z których jeden ma „inną duszę” (i jak się okaże później, także inny mózg) i ich dorastaniu w latach 90. Lata 90 Orbitowski przedstawia bez mitologizacji, bez opisywania ich rzekomego czaru i bez nostalgii. Niczym Max Kolonko, Orbitowski mówi, jak było: opowiada o drogich lodach „Magnum”, wizytach w drogerii w której dezodorant „Fa” i podpaski „Libresse” wydawały się towarami luksusowymi z innego świata, o osiedlu i ulicy, gdzie sąsiedzi ze sobą rozmawiali, i o ojcu alkoholiku. Autor stosuje ciekawy zabieg: nie usiłuje analizować myślenia mordercy, nie miesza pisarstwa z psychologią, za to zwyczajnie je opisuje. Ponoć Orbitowski spędził nieco czasu czytając akta sądowe, i w książce jest coś z beznamiętności akt, realizm policyjnego opisu pozbawionego uczuć, suchego. Prosty realizm w książce uderza, podobnie jak brak jakiejkolwiek oceny moralnej działań bohaterów. Autor pisze też o swoich młodocianych bohaterach używając ich kategorii myślowych, ich pojmowania świata, ich wrażliwości, i to udaje się nader dobrze. Moim zdaniem wiarygodny i dobry jest wątek alkoholowej rodziny jednego z bohaterów, ojca pijaka, współuzależnionej matki i dziecka, które przejmuje rolę rodzica… ale także sprawa aspiracji życiowych, wyjścia z tej rodziny, ze świata bezrobocia i biedy. Tym, co Orbitowski robi inaczej i lepiej niż inni polscy autorzy, jest niewątpliwie zrozumienie dla świata Polski B, C i D, świata, gdzie 20 zł na lepszy obiad to wielki wydatek i gdzie rodziny mają w okolicznych sklepach konta w „zeszytach”. Orbitowski tym światem nie pogardza, jak np. Ziemkiewicz, po prostu go ogląda i się w niego wczuwa, traktuje jak coś normalnego, coś, co po prostu jest, blisko, bardzo, bardzo blisko. W przeciwieństwie do bardziej społecznie zaangażowanych dziennikarzy i pisarzy, Orbitowski nie szuka też dla tego świata usprawiedliwienia. Wbrew temu, co napisano o „Innej duszy”, stwierdzić, że jest to „najlepsza książka Orbitowskiego” mógł tylko ktoś, kto brzydzi się fantastyką (niczym Żakowski lustracją, hehe). Bo najlepszą książką w mojej opinii nadal pozostają „Wigilijne psy”. Ale przeczytać warto.

Swietłana Aleksijewicz „Czarnobylska modlitwa”

Istnieje taka książka noblisty Knuta Hamsuna „Błogosławieństwo ziemi”. Książkę Aleksiejewicz można podsumować jako „przekleństwo ziemi”. Książka jest rewelacyjną, wielogłosową opowieścią o tragedii Czarnobyla, ale nie taką pisaną wg statystyk skażania, ale opowieścią o ludziach, ich losach, chorobach, życiu. Książka ma bardzo specyficzną konstrukcję, bo składa się z wielu dość osobliwie, niechronologicznie poskładanych opowieści. Najpierw ma się wrażenia chaosu, później wszystko zaczyna się układać, nici się plączą i tworzą spójny wzór. Konstrukcja książki przypomina nieco tkanie; pierwsze historie, te najbardziej szokujące, z dosłownymi opisami choroby popromiennej, stanowią główne wątki, a pozostałe historie to nici, które, wplątują się między nie, tworząc osnowę. Tragedia Czarnobyla staje się dla autorki pretekstem do dyskusji nad narodowością i tożsamością Białorusinów, i nad tym, czym był i jest komunizm. Czarnobyl staje się doświadczeniem pokoleniowym, doświadczeniem powszechnym, tak powszechnym jak kołchozy, pomniki Lenina i świat zorganizowany na socjalistyczną modłę. Ale Czarnobyl staje się też przebudzeniem ze snów o potędze, o dobrym życiu, pokojowym atomie i materializmie, który zwycięży brud, bylejakość, chciwość i biedę, oraz pozwoli zbudować spójną świadomość Białorusinów jako narodu, nie w odwołaniu do Rosji i nie w odwołaniu do Polski. Opisy ludzkich tragedii – chorób, chorych dzieci, rodzin, które straciły najbliższych – poprzetykane są opisami zaniedbań władzy: niefrasobliwością, późną ewakuacją czy sprzedażą produktów rolnych ze skażonych terenów. Pojawiają się opisy ludzkiej chciwości, często wyrosłej z biedy: skażony dobytek, zakopany na chybcika w dołach byle jak przysypanych cienką warstwą ziemi, zostaje rozkradziony i rozsprzedany. Książka jest z jednej strony przejmująca i smutna a z drugiej, na skażona ziemi, wśród chorych ludzi następuje dziwne przebudzenie: z wiary w komunizm , z ufności władzy do odrębności i samoświadomości. Najbardziej przejmuje jedna z ostatnich historii, w której bohaterka prowadzi rozmowę z gościem z zagranicy i mówi „zobacz, jak tu u nas pięknie” a gość odpowiada „ale to przecież wszystko skażone”. Ale bohaterka i tak kocha tę ziemię, z jej skażeniem, tak, jak może to czynić tylko ktoś, kto z tej ziemi pochodzi i na niej się urodził.

Swietłana Aleksijewicz „Cynkowi chłopcy”

Książka z kategorii „ciężkie lektury”. Składa się z opowieści żołnierzy, ich żon, matek i dzieci oraz „pracownic cywilnych”, których w jakiś sposób dotknął Afganistan. Żołnierze często jadą tam jako naiwni osiemnastolatkowie, przekonani, że komunizm jest tym, czego bratni naród afgański naprawdę potrzebuje. Wracają – jeśli nie w cynkowych trumnach, których nie da się otworzyć – to połamani psychicznie, ze stresem pourazowym, bez rąk, nóg, pozbawieni wzroku, bez marzeń i nadziei. Książka ma przynajmniej dwie warstwy. Pierwszą stanowi opis ludzkich tragedii, rozliczenie z wojną w Afganistanie, gdzie najpierw słano ludzi, a potem, gdy zmienił się dyskurs polityczny, ganiono ich za to, że walczyli. Druga warstwa to rozliczenie z komunizmem w ogóle, podobnie jak w „Czarnobylskiej modlitwie”, przebudzenie polityczne i społeczne. Ludzie, których wychowały komunistyczne szkoły i teorie marksizmu-leninizmu, zaczynają czytać Sołżenicyna i Szałomowa i nagle to, w co wierzyli w młodości, wszystkie te ideały, gdzieś znikają. Swoją drogą poruszające są opisy afgańskich krajobrazów skontrastowane z prymitywizmem rosyjskich baz: niedożywieniem, jedzeniem konserw jeszcze z drugiej wojny światowej, złym wyposażeniem, falą. Książka jest wołaniem o rozliczenie i sprawiedliwość: „cynkowi chłopcy” zostawili w Afganistanie młodość, złudzenia, zdrowie, a często i życie, a po powrocie do Rosji traktuje ich się jako uczestników niewygodnej wojny, jak śmieci. Co więcej, wielu z nich obserwowało Afgańczyków: normalnych ludzi, którzy walczyli o swoją własną ziemię, i czuło, że robią źle, strzelając do nich, ale rozkaz jest w wojsku rozkazem – a potem za wykonywanie rozkazów w nagrodę dostaje się ludzką pogardę. Moim zdaniem ważna i potrzebna książka. Niekoniecznie do czytania do poduszki.

Marcin Wolski, „Miejsce dla dwojga”

Prawdziwa grafomania, bez kitu. Jeśli lubicie książki, gdzie jednym jedynym elementem względnie na poziomie jest sprawny język, to „Miejsce dla dwojga” zostało stworzone właśnie dla was. Powielanie najgłupszych frazesów, bzdurna historia nietrzymająca się kupy, wybuchy, mafia, ładna panna i nieatrakcyjny bohater z pewną dysfunkcją, który usiłuje dobrać się do jej majtek. Zdaje się, miało być to śmieszne. Swoją drogą, mój absolutnie ulubiony motyw z podobnych książek to bohater podglądający kobietę i stwierdzający, że „miała na sobie stanik nie pierwszej świeżości”. Powiedziałabym, że jako kobieta mam czasem problem, żeby ustalić świeżość stanika po zapachu, a co dopiero po wyglądzie. W sumie bardzo dobra książka – o ile chcemy zwyczajnie wyłączyć mózg na kilka godzin.

Wit Szostak „Sto dni bez słońca”

Ta książka również miała być śmieszna. Ale nie była. Główny bohater, niejaki Lesław Strebroń, naukowiec z powołania, żyje w świecie literatury (kiepskiej), własnych przemyśleń (niezbyt oryginalnych) oraz emocjonalnych uniesień (pretensjonalnych). Srebroń zostaje wysłany na stypendium na nieistniejący mały uniwersytet na brytyjskiej wyspie. Spotyka tam – przez przypadek – człowieka, którego uważa za swojego mistrza. Profesor ów okazuje się jednak mało interesującym dziadkiem (czego bohater oczywiście nie zauważa), który ponad konwersacją na tematy intelektualne preferuje piwo, towarzystwo młodszej kobiety oraz rozmowy o wrastających paznokciach. Pewna feministka z nadwagą wykorzystuje naiwność Srebronia do własnych seksualnych celów. Ogólnie, bohater staje się raczej pośmiewiskiem wśród międzynarodowego towarzystwa na wyspie: uwielbienie patosu, kiepskiego pisarstwa i brak jakiejkolwiek refleksji, oraz traktowanie nauki czołobitnie, jako świętej krowy nie przysparza mu zwolenników. Swoją drogą, ludzie zesłani na wyspę nie stanowią elity intelektualnej Europy, a raczej zbieraninę dziwadeł zainteresowanych bardzo niszowymi tematami („pochód penisa przez dzieje Europy”), ale nasz bohater – jak nietrudno się domyślić – ma na ten temat odmienne zdanie.

Może dlatego, że poznałam paru Srebroniów w realnym życiu, wobec Srebronia z książki czułam przede wszystkim współczucie, oraz – być może – trochę zażenowania. Było mi żal tego, jak bardzo wszyscy się z niego śmieją, jak głupie błędy popełnia, jak bardzo jest niedostosowany. Do tego Srebroń darzy nabożnym szacunkiem polskiego niszowego pisarza, Filipa Włócznika (myślę, że jego prototypem był Andrzej Pilipiuk) i wypisuje sobie jego najbardziej banalne myśli, uznając je za genialne. Chociaż nie istnieje angielskie tłumaczenie dzieł Włócznika, Srebroń dręczy tym autorem swoich angielskojęzycznych studentów – siłą rzeczy studenci za nim nie przepadają.
Książka moim zdaniem jest nieco tragikomiczna, ale nie śmieszna. Stwoszowi wyszła parodia powieści akademickiej z polskim zaściankowym naukowcem-humanistą w roli głównej, naukowcem, który nie rozumie prostego kodu kulturowego, nie tylko dlatego, że pochodzi z kraju nad Wisłą, ale również dlatego, że żyje w swoim świecie, więc zamiast być tylko śmieszny, jest dość żałosny. Tylko że mnie ta parodia zupełnie nie śmieszyła.

Szczepan Twardoch „Drach”

Książka najpierw mnie wciągnęła a potem wydała się czystym efekciarstwem. Historię w zamyśle ma opowiadać ziemia śląska, opowiadać ze swojego wnętrza. Równolegle śledzimy losy kilkunastu postaci, przede wszystkim zaś Nikodema i jego pra-pradziadka Józefa. Nikodem żyje w czasach współczesnych a jego przodek na początku dwudziestego wieku. Nikodem jest sławnym architektem, jego przodek zwykłym górnikiem. Losy obydwu są w pewnym sensie podobne, bo obaj zakochują się w nieodpowiedniej kobiecie i dla obu – choć z różnych przyczyn – kończy się to szpitalem psychiatrycznym. Tę historię można było opowiedzieć o wiele lepiej, jako historię o powtarzalności ludzkich losów, o przywiązaniu do ziemi, o przodkach i potomkach. I historia obroniłaby się bez problemu. Ale nie. Zamiast tego dostajemy manieryczny język („Józef jedzie szosą na rowerze marki Wanderer”), który ma chyba naśladować sposób myślenia pokolenia uzależnionego od zakupów i Starbucksa. I o ile w przypadku Nikodema jest to jak najbardziej usprawiedliwione, to mogę się założyć, że Józef raczej nie przywiązywał do takich spraw wagi. Dostajemy też pseudogłębokie przemyślenia na miarę ćwierćintelektualisty. Szczapana Twardocha stać na więcej.

Lucie Di Angeli-Ilovan, „Żniwo Gniewu”

Zaczynało się dobrze. Zaczynało się ciekawie. Tytuł zapowiadał poważną, dobrą książkę. Dopiero potem, dopiero, kiedy przeczytałam gdzieś w sieci opinię pani Kalicińskiej, że książka „powinna być lekturą w szkole” zrozumiałam, w czym rzecz.

Książka opowiada losy sióstr (dwóch, przyznajmy, niezbyt mądrych kobiet), które wychowały się w małym, kresowym miasteczku. Jedna wychodzi za mąż za polskiego oficera, druga za ideowego żydowskiego komunistę. Oba małżeństwa kończą się tragicznie, choć z różnych względów. Siostry są więc w trakcie wojny skazane tylko na siebie. Jedna z nich dorabia się dwójki dzieci, co dodatkowo komplikuje życie. Historia z książki to historia o przetrwaniu za wszelką cenę, o nadziei, ludzkiej życzliwości i ludzkiej podłości. Do mnie ta historia nie trafiła. Postaci są rysowane bardzo grubą kreską, zwłaszcza te epizodyczne, prawie jak w komiksie. Głównym bohaterkom brakowało głębi, jakiegoś magicznego tchnienia, które z postaci z papieru zrobiłoby postaci z ciała. Książka zawiera kilka przepisów kulinarnych; nie wiem dlaczego, ale ja w tych przepisach nie dostrzegłam niczego specjalnie wyjątkowego. Czytałam w życiu wiele książek o wojnie i okupacji, także z perspektywy kobiet, dzieci, rodzin, mieszkańców gett, i ta po prostu nie trafiła w moją wrażliwość, tak jak trafił w nią „Ciężki piasek” Rybakowa czy „Liście na wietrze” Felicji Konarskiej. Jeśli podobał wam się „Dom nad rozlewiskiem” (mnie nie), to „Żniwo gniewu” będzie wam się również podobać (mnie nie).

Mary Chamberlain “Krawcowa z Dachau”

Kolejna wojenna książka pisana z perspektywy kobiety. Historia jest dość nierealistyczna, ale nie takie się zdarzały w trakcie wojny. Bohaterką jest młoda, ambitna Ada, obdarzona genialnym talentem do szycia. Dziewczyna dzięki rozlicznym zbiegom okoliczności trafia do domu komendanta obozu w Dachau by pracować tam jako krawcowa pani komendantowej. Mnie w książce zastanawiało wiele rzeczy, zwłaszcza po powrocie Ady do Anglii: dlaczego nie poszuka sobie pracy jako krawcowa w jakimś zakładzie krawieckim, dlaczego nie pojedzie do Paryża, skoro zna francuski, dlaczego ufa facetowi, który w oczywisty sposób zaplątany jest w nieczyste interesy, dlaczego nie poszuka sobie „normalnego” narzeczonego – kawalerów z wojenną traumą, szukających żony, która by ich słuchała nie brakuje, dlaczego nie odnowi kontaktu z miłym amerykańskim żołnierzem, który się w niej zakochał? Książkę wyróżnia jednak język i styl. Wrażliwość Ady, jej tęsknoty i ból są pokazane bardzo realistycznie i przekonująco; czasem czytelnik, tak jak i Ada, sam nie wie, czy coś stało się naprawdę czy też wytworzyła to wyobraźnia Ady, karmiona śmiertelnym strachem i głodem, i stęskniona za obecnością drugiego człowieka. Autorka dobrze oddaje realia powojennej Anglii, biedy, zniszczeń i powolnego wracania do normalności. Szkoda tylko, że zakończenie jest takie smutne.

Hanya Yanagihara „Małe życie”

Kategoria: ciężkie lektury. Książka podobała mi się mniej więcej do połowy (do strony 450), bo od połowy zaczęłam tworzyć alternatywne scenariusze. Bohaterami książki są czterej przyjaciele z koledżu, którzy robią karierę w Nowym Jorku. Jest wśród nich artysta, architekt, prawnik i aktor. Chociaż początki są trudne, to każdy z chłopców odnajduje „swoją drogą” do sukcesu i pieniędzy. Pod tym względem książka przypomina trochę „seks w wielkim mieście”. Nie brakuje opisów imprez, światowego życia, loftów, drogich knajp i ciuchów. Problem w tym, że za ten „seks w wielkim mieście” ktoś musi zapłacić. Jeden z bohaterów daje korepetycje małemu Felixowi, synowi biznesmena, i więziony w prywatnych szkołach i drogim domu chłopiec za sukces rodziców płaci nieszczęściem i brakiem przyjaciół. Jeden z bohaterów był w przeszłości molestowany seksualnie, i jego walka o normalność stanowi jeden z głównych tematów książki. Co uderza, jakieś siedemdziesiąt procent postaci w tej książce to homoseksualiści. Każdy niemal bohater, jeśli sam nie jest homoseksualny, to na pewno ma homoseksualnego brata lub ciotkę. Rozumiałabym dwadzieścia procent, nawet czterdzieści w środowisku artystycznym, ale siedemdziesiąt, serio? Zdecydowanie brakuje też normalnych postaci heteroseksualnych kobiet i żon: na ośmiuset stronach pojawiają się cztery czy pięć i wszystkie są słabo zarysowane (dodatek do męża) bądź zupełnie epizodyczne.

O ile skutki molestowania seksualnego (przez katolicki kler, rzecz jasna), geje w Nowym Jorku i kariera młodych japiszonów to tematy, delikatnie mówiąc, mocno wyeksploatowane, to czytając tą książkę nie ma się poczucia wtórności. Autorka poświęca wiele uwagi przyjaźni i lojalności, granicom przyjaźni i granicom odpowiedzialności za drugiego człowieka, a także niepełnosprawności i powolnemu godzeniu się z ograniczeniami ciała, co czyni książkę świeżą. Dużo jest też w książce przemyśleń dotyczących upływającego czasu, wyborów życiowych, matematyki i filozofii. W zewnętrznej warstwie jest to powieść o dojrzewaniu, dorosłości, sile przyjaźni. Z innej perspektywy, książka traktuje o traumach, które są tak silne, że, wbrew zapewnieniom współczesnego świata, iż każdy problem psychiczny da się naprawić, nie można z nimi wygrać, nawet dzięki terapii, lekom i wspierającemu otoczeniu. Książka opowiada też o krzywdzie i o kryzysie zaufania. Bohater, raz oszukany przez kogoś komu ufał i kto twierdził, że go kocha, nie jest w stanie zaufać już nikomu.

Gdzieś w połowie książki (uwaga – spojler!) dwaj bohaterowie – w tym ten molestowany – postanowią przekształcić przyjaźń w „coś więcej”. I tu autorka idzie w tani sentymentalizm. Opisy tego, jak się czule dotykali, całowali, gładzili, nagle sprawiają, że dobra książka staje się Harlekinem. Moim zdaniem o wiele ciekawiej byłoby, gdyby molestowany bohater postanowił spróbować związać się z kobietą. Nawet jeśli sam nie jest tym specjalnie zainteresowany, to nie wierzę, po prostu nie wierzę, że wokół kogoś na jego stanowisku, z dobrymi zarobkami i własnym drogim mieszkaniem w centrum, a w dodatku singla, nie kręcą się jakieś spragnione lepszego życia panie – nawet jeśli są to harpie czy Amerykanki uważające, że męża, tak, jak samochód, należy wciąż wymieniać na lepszy model. Wokół takich facetów niemal zawsze obracają się przyjaciółki i pocieszycielki, sorry. Po pierwsze, taki rozwój wypadków zmienił by dynamikę kontaktów między przyjaciółmi z koledżu, a po drugie, zmusiłby bohatera do zmierzenia się z własnym dzieciństwem, gdy sam zostanie ojcem. Ale nie. Zamiast tego dostajemy homo-czułości, oraz problemy z seksem, gdyż jak wiadomo, seks jest sensem życia (o czym nasz bohater wie aż za dobrze – głównie z powodu bycia seks-zabawką dla innych).

W książce podobał mi się temat niepełnosprawności. Jeden z bohaterów opiekuje się swoim bratem z porażaniem mózgowym. I kocha tego brata – takiego, jakim on jest, czyta mu książki i opowiada o swoim życiu, mimo że brat nie reaguje. Inny bohater po wypadku ma poważne problemy z atakami bólu, i później, także z chodzeniem. Autorka opisuje wstyd, złość i upokorzenie, jakie temu towarzyszą. Bohater wie, że sprawa zmierza to smutnego końca – i to też opisane zostało nader akuratnie.

Podsumowując, książka jest ciężka i trudna, ale też niegłupia. Gdyby nie sentymentalizm byłaby wybitna.

Reklamy

Ciemno prawie noc – recenzja

Dotąd nie podejrzewałam, że książki, które nominowano do NIKE nadają się do czytania. Wydawało mi się, że po przeczytaniu dwudziestu (maksymalnie) stron, książki te zmieniają się zwyczajnie w ozdobę salonu. Jeszcze w liceum próbowałam z „Wojną polsko-ruską” Doroty Masłowskiej, ale z drętwej powieści wiało nudą. Na dokładkę dresiarze, jakby Masłowska wydając swoją książkę rzuciła na nich zaklęcie, w ciągu kilku lat zniknęli z bram. Myślę, że pojechali szukać lepszego losu do Anglii, i nawet firmowy dres stał się na powrót strojem sportowym, który zakłada się na siłownię i do biegania.

„Ciemno prawie noc” zaczyna się bardzo dobrze i wciąga od pierwszych stron. Alicja Tabor, dziennikarka, wraca po piętnastu latach niebytności do Wałbrzycha, gdzie się urodziła i wychowała. Teraz zamierza napisać reportaż o zaginionych dzieciach. W mieście dzieją się osobliwe zjawiska: pojawia się samozwańczy prorok, a potem jego następca-oszust, giną dzieci, ktoś zabija koty. W dodatku powrót do rodzinnego domu, domu, w którym rozegrała się niejedna tragedia, jest dla Alicji mocnym doświadczeniem.

Ale im dalej czytałam, tym bardziej powieść mnie denerwowała. Bo po pierwsze, pisarze mają różny stosunek do swoich bohaterów. Jedni, jak Tołstoj, darzą ich wyrozumiałością, innych rozczulają ludzkie słabości, jeszcze inni lubią się przez własnych bohaterów wykrzyczeć. A Joanna Bator chyba zwyczajnie nie lubi ludzi. O ile dla Alicji posiada dużo zrozumienia, to w zasadzie wszyscy, z którymi Alicja się zetknie, pokazani są jako paskudne, prymitywne, odrażające typy. Poczynając od sceny w pociągu, gdzie Alicja obserwuje współpasażerów, przez taksówkarza-gadułę do matek zaginionych dzieci i dyrektora-poleszczuka – ci ludzie wydają się zbudowani z innej gliny, niż Alicja, która urządziła sobie swoje nie-prymitywne życie w ładnym warszawskim mieszkaniu. W którymś z pierwszych rozdziałów Alicja stwierdza, że przeraża ją, jak cienka jest granica, która oddziela ją od stania się taką właśnie prowincjuszką, pędzącą żałosne życie na brzydkiej kanapie przykrytej brzydkim kocem. Z tym, że Alicja różni się od tych ludzi w zasadzie niczym.

Po drugie, świat w książce wydaje się zbudowany z papieru, pozbawiony głębi. Alicja, która rzekomo jest reporterką, nie próbuje ani swoich rozmówców zrozumieć, ani im współczuć. Pojawia się galeria komiksowych postaci, takich jak Celestyna i jej kolega, właściciel sklepu ze zwierzętami. Pan Albert i tragedia jego potrójnej tożsamości jawią się jako niespecjalnie poruszające. Czytałam recenzję, gdzie ktoś napisał, gdyby Joanna Tabor utrzymała swoją powieść w konwencji baśni, może wszystko by do siebie pasowało. A tak, baśń zahacza o dramat po-kopalnianego Wałbrzycha, toczonego bezrobociem, biedą i brakiem perspektyw. Baśń zahacza o tragedię losów powojennego pokolenia i przesiedleńców. Baśń zahacza o problem pedofilii i przemocy. I to już są nieco za poważne tematy jak na baśń.

Trudno uciec od skojarzeń między ludźmi gromadzącymi się na rynku, słuchającymi proroka-grafomana, kupującymi kości ze sprofanowanych grobów i nawołującymi do ekshumacji Jana Kołka a tragedią smoleńską. Joanna Bator chciała chyba utrwalić ducha tłumnej pseudo-pobożności, wspólnotowego przeżywania wydarzeń, i chociaż „ołtarzyki smoleńskie”, jakie widuje się w niektórych domach są nieco groteskowe, to jednak mam wrażenie, że autorka pisze o czymś, czego kompletnie nie rozumie. Dużo lepiej poradził sobie z podobnym tematem, również w lekko surrealistycznej konwencji, Łukasz Orbitowski w „świętym Wrocławiu”. Ale może Łukasz Orbitowski po prostu zszedł między ludzi, pił z nimi w knajpach i słuchał z zajęciem opowieści o życiu i śmierci. W kontekście zbiorowego zrywu, trochę drażnią manieryczne wstawki, potarzanie słów typu „trup trup”, które nie niosą za sobą znaczeń.

Przez pięć lat studiów dojeżdżałam pociągiem na uczelnię. Było to trzydzieści kilometrów, 30-40 minut drogi, i często obserwowałam ludzi w pociągu i słuchałam ich rozmów. Częstowano mnie wysokoprocentowym balsamem galicyjskim, wciskano święte obrazki i dowiedziałam się jak się robi nalewkę z czarnego bzu. Joanna Bator zna swoich bohaterów chyba tylko i wyłącznie z pociągu – nie usiłuje zdrapać tej zewnętrznej warstwy, zajrzeć im w serca, zobaczyć, kim i jacy są naprawdę. Bo to, że ktoś jest biedny i że nie ma wykształcenia nie oznacza, że jest prymitywny. Myślę, że za dużo w autorce warszawskiej wyniosłości czy „światowości”, by przy brudnym stole wyłożonym ceratą słuchać opowieści zmęczonej życiem matki i cieszyć się kontaktem z drugim człowiekiem.

Świat książki jest czarno-biały. Dobre kociary, złe kotojady. Zło pojawia się znikąd (rosyjscy żołnierze gwałcący Rosemarie) i skaża. Kto został skażony, zaraża innych i nie sposób przerwać tego procesu. Próbuje Ewa, siostra Alicji, i musi złożyć w ofierze życie by ocalić młodszą siostrę. Do tego linia podziału w tym dwukolorowym świecie przebiega w dość dziwnym miejscu. Przemoc jest na przykład zawsze zła. Patriotyzm nie istnieje i zredukowany został do wariatów z forum internetowego i proroka-grafomana. Zła jest bieda, zła jest matka, która ma pięcioro dzieci a każde z innym ojcem, ale na przykład to, że Joanna sypia z Marcinem bez żadnych zobowiązań, jakby rodzące się przywiązanie nie było, przynajmniej po części, sprawą biologii, jest już całkiem w porządku. Transwestyta Czesio-Celestyna, jako wyklęty i wyśmiewany w dzieciństwie, musi też być z założenia dobry. Dobre są również kociary, jakby to, że ktoś karmi koty czyniło z niego świętego.

To co mi się w książce podobało to rozrzucone tu i ówdzie zdania, małe obserwacje rzeczywistości, czasem sformułowania: „Dziś myślę, że przeczuwałyśmy, iż ta chwila będzie jak skarb dla tego, kto ocaleje, i ją przechowa”. To jest siłą książki, nie zakochana w sobie Alicja, nie jej komiksowa świta, nie powierzchowny portret biednego Wałbrzycha i jego mieszkańców. Tak, jak pisałam, drażni maniera. Nie mam pojęcia po co w książce trzy długie i nudne rozdziały o nazwie „bluzg”. Przyznaję, że dwa z trzech ominęłam, bo ani to specjalnie śmieszne, ani specjalnie mądre. Czyżby taplanie się w internetowej kloace sprawiało autorce przyjemność? I bez tych rozdziałów wiadomo, że internet pełen jest nawiedzonych i idiotów. Czyżby autorka chciała jeszcze bardziej podkreślić prymitywizm Polaków?

Książkę skończyłam w dwa dni – i wciągnęła, i denerwowała. I tylko jednej rzeczy nie rozumiem: dlaczego, do jasnej anielki, to ma być Wielka Literatura? Bo moim zdaniem, jest to po prostu sprawnie napisane, niegłupie… czytadło.

 

 

 

Haruki Murakami

Jest taki fragment w „Wolności” Franzena, kiedy Patty opisuje swoją najlepszą przyjaciółkę z koledżu, Elizę. Otóż Eliza jest osobą, w której wszystko jest dobre i ładne, ale tylko do połowy. Jest więc do połowy piękna, bo obdarzona ładnymi, gęstymi włosami i interesującymi oczami… i nieciekawa dolną częścią twarzy. Opis ciągnie się pewnie przed dobry akapit czy dwa.

Ten opis nasunął mi się, kiedy jakoś usiłuję myśleć o twórczości Murakamiego. Murakami też jest dobrym pisarzem, ale hm, tak gdzieś w połowie. Bo druga połowa to kompletna tandeta. Mój polonista z liceum dostawał apopleksji, kiedy ktoś usiłował – kopiując bryki i sciagę.pl – twierdzić że Wokulski był pół-romantykiem i pół-pozytywistą. Kazał takiemu delikwentowi wyjaśniać, któraż to część Wokulskiego (od pasa w dół czy w górę? Prawa czy lewa?) jest pozytywistyczna a która romantyczna, naturalnie przy salwach śmiechu reszty klasy. Dygresję tę sprzedaję tutaj, na blogu, żeby podkreślić, że ze sformułowaniami typu „pół taki pół siaki” należy uważać, zwłaszcza w odniesieniu do ludzi.

Ale twórczości Murakamiego po prostu nie da się inaczej podsumować.

Nawet gdybym chciała te połowy doprecyzować, na przykład dookreślić, że 54% procent jest dobre, 46% jest paskudne… jakoś nie mogę. Moim zdaniem w tym przypadku istotnie jest po równo, pół na pół.

Przeczytałam c 4 ksiązki (Sputnik Sweetheart, Krajobraz z Owcą, 1Q84 i Norwegian Wood) i w każdej z nich (może poza Norwegian Wood) jest zawsze jakiś wątek (tudzież postać), który lub która jest grą z popkulturą, odwołaniem do znanych z amerykańskich filmów scen-symboli. W 1Q84 mamy kobietę-zabójczynię i czarny charakter pojawiający się w towarzystwie dwóch ochroniarzy znających sztuki walki; w Krajobrazie z Owcą wybuch pod koniec książki jest po prostu bardzo tandetny. W większości książek występuje też jakaś bohaterka, której kariera została złamana przez losowe, głupie wydarzenie czy wydarzenia. Trzeba jednak przyznać, że Murakami ciekawie tworzy bohaterów, stara się być blisko, opisać ich codzienność, jakkolwiek trzeba przyznać, że nie jest na ogół mistrzem w odtwarzaniu ich stanów wewnętrznych (ze współczesnych pisarzy dobrze radzi sobie z tym Franzen).

Bohaterowie wydają się w pewnym sensie niepełni. Czasami, czytając te książki miałam wrażenie, jakbym oglądała serial. Wykreowany świat wydaje się bardzo podobny do rzeczywistego, a jednak dość uproszczony i coś jest z nim nie tak. Bohaterom brakuje wymiaru duchowego (jedno jedyne odniesienie do religii w tych czterech książkach to szalona dziewczyna Wanabego prosząca go, by zapalił trociszkę i pomodlił się za jej zmarłego ojca). Swoją drogą, nauczyłam się przy okazji nowego słowa po polsku 🙂 Nawet nie chodzi o nieobecność wiary czy religii, ale o postawienie podstawowych egzystencjalnych pytań: kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, skąd pochodzimy. Bohaterów Murakamiego, nawet w obliczu śmierci, jakoś te kwestie specjalnie nie zajmują i trudno się z tym pogodzić, choć może to kultura ludzi wschodu. Jednak przyjaźnię się z Azjatami i prawidłowość jest na ogół taka, że im dalej na wschód, tym bardziej uduchowieni ludzi.

Jeden mój kolega-pisarz zaliczył Murakamiego do „pisarzy mocno erotyzujących”. To też nie tak (no chyba, że ktoś wychował się wyłącznie na „literaturze chrześcijańskiej”). Seks jest częścią życia bohaterów, ani lepszą, ani gorszą, i nie ma w ani jednej z tych książek zbędnych w większości kontekstów, rozbudzających wyobraźnię opisów, seks jest po prostu seksem (bo czym ma niby być?), ale nie jest pornografią. Jest czymś, co łączy i dzieli ludzi. Czymś, co po prostu JEST. Częścią świata.

A jednak te książki wciągają. Przemiany bohaterów, ich samotność, pragnienia, relacje z innymi – to stanowi o wartości książek. Większość recenzentów napisała na przykład, że Sputnik Sweetheart to studium samotności bohaterów. Moim zdaniem to nie studium samotności, a studium relacji, skomplikowanych, dziwacznych, poplątanych. Do tego wyszło Murakamiemu drobiazgowe, dobrze napisane studium (chociaż recenzenci uznali oczywiście książkę za nudną, najsłabszą w twórczości Murakamiego… moim zdaniem to jedyna, którą można nazwać „głęboką”). Ciekawa jest codzienność mieszkańców Japonii, ich wyprawy do sklepów spożywczych i zwyczaje kulinarne. Ciekawa jest pozorna zwykłość bohaterów, i ich zagubienie połączone z całkiem dobrym radzeniem sobie  z życiem. 1Q84 przypominało mi bardzo „Dolinę Sumienia” Diaczenków. Tam też mieliśmy kobietę i mężczyznę, połączonych wspólną tajemnicą i rozdzielonych okolicznościami, zamkniętych w przestrzeni miasta.

To, co mnie denerwowało to zupełnie zbędne wątki gmatwające fabułę, trudno zgadnąć, po co. W 1Q84 Tengo jedzie do „Miasta Kotów” by zająć się ojcem w stanie wegetatywnym. Little people formują powietrzną poczwarkę na łóżku ojca Tengo, ale nigdy nie dowiemy się, dlaczego, po co. Takich kawałków znajdziemy dużo więcej. Niepotrzebne sceny, postaci i szczegóły.

Ale mimo wymienionych zalet, podtrzymuję swoje zdanie, że Murakami jest w połowie dobry, w połowie tandetny. Taki Krajobraz z Owcą zaczyna się świetnie, by doprowadzić nas do naprawdę tandetnego zakończenia. Rozmowa z wysłannikiem tajemniczego biznesmena napisana została tak stereotypowo, że aż chce się krzyczeć. W każdej z książek znajduje się oryginalny pomysł, często zupełnie nieźle rozwinięty, podobnie jak stworzony świat, który wydaje się sympatyczny i zrozumiały i … duża ilość „klocków” ze świata filmów akcji  poukładanych tak, by mniej więcej wszystko „trzymało się kupy”. Te znane klocki-archetypy przeplecione są z niebanalnymi obserwacjami świata.

Sama nie wiem, jak ten wpis zakończyć. Wyobraźcie sobie połączenie Kafki albo Camusa z Ludlumem. To jest właśnie Murakami.

Sobie do pamiętnika 6: kryzys wartości.

Kiedyś, dawno temu wierzyłam w różne rzeczy. W sumie polityką interesowałam się od dziecka, czytałam za dorosłe, zupełnie nieodpowiednie gazety, w tym Naszość, nie żebym z tego za wiele rozumiała, ale świat „dorosłych” gazet był przecież taki wciągający. Razem z dziećmi sąsiadów rysowałam wampiry-Kwasule (parodia Kwaśniewskiego), naturalnie w marynarkach w sierpy i młoty, jakoś tak w trzeciej klasie podstawówki. Wychowana w Bogo-ojczyźnianym, a raczej gazeto-polskim środowisku, chętnie chodziłam deklamować wiersze przed kombatantami i poruszała mnie każda patriotyczna pieśń i patriotyczna akademia. Wierzcie mi, albo i nie, ale miałam własny tomik wierszy Bełzy – nie wiem, kto mi to dał, ale pomysł chyba nie był zbyt dobry – i z własnej nieprzymuszonej woli uczyłam się tych wierszy na pamięć. Jako nastolatki, razem z H., robiąc na złość siostrze Angeli zamieniałyśmy ćwiczenia z religii w feerię politycznych komentarzy, zwłaszcza, że program religii w ósmej klasie zawierał głównie naukę społeczną KK. Wątpię, żebyśmy – a przynajmniej żebym ja – coś z tej polityki rozumiała, ale pisałam, a jakże, zagmatwane i dziwne odpowiedzi w ćwiczeniach. Tak, podbudowywało to moje czternastoletnie ego.

Co prawda jestem trochę tradi-hipsterem (nie ma jak sarkazm), bo na mszę łacińską chodziłam od ósmego roku życia, czyli pewnie od 1992 czy 1993 roku, jakkolwiek łaciny nauczyłam się dopiero w liceum i dopiero wtedy zrozumiałam głębię i piękno łacińskiej liturgii. W lodowatej, nieogrzewanej kaplicy przeżywałam co niedzielę rodzaj religijnego przebudzenia, zaczęłam w tym dostrzegać sens i pełnię. Jeśliby mnie ktoś wtedy spytał, czy moja wiara oparta jest na emocjach, oburzona powiedziałabym, że przecież, że nie. Nie wątpię, patrząc na to dzisiaj, że były w tym wszystkim przeżycia duchowe, ale emocje też były. Może nie doświadczałam lednickiej ekstazy czy transu ala Taize czy jakichś wspólnotowych doznań związanych z emocjami tłumu, i pewnie coś, co mnie poruszało było głębsze i bardziej subtelne, ale gdy teraz o tym myślę, wiem, że to wszystko oparte było na dość słabym konstrukcie.

W wieku lat osiemnastu trafiłam do KoLibra. Miałam tam swoją szczególną pozycję – byłam jedyną dziewczyną, najmłodszą wśród bystrych, oczytanych chłopaków. W KoLibrze zaczęłam czytać i myśleć, słuchać i pisać, i wyszłam z bogoojczyźnianej – dziś powiedzielibyśmy, propisowskiej – orientacji politycznej i przeżyłam, jak wiele innych osób z mojego pokolenia „ukąszenie libertariańskie”. W sumie bycie libertarianką w czasie studiów było całkiem cool. Jeśli nie miałam ochoty dyskutować o polityce, a po dwóch latach w KoLibrze i dwóch latach dyskusji i kłótni po prostu się wypaliłam, mówiłam, spytana, czy jestem za PiSem czy za PO, że jestem libertarianką. Generalnie dobrze żyłam z ludźmi, nie chciałam być uważana za jakąś zasadniczą a libertarianizm naprawdę można naciągnąć do każdej opinii. Jakoś przebrnęłam przez studia, wierząc w „różne rzeczy”.

W katolickiej szkole, dawano nam do czytania Miłujcie Się w czasie rekolekcji (pamiętam chyba tylko i wyłącznie „Świadectwa”) i wmawiano dość skutecznie prostą (do wypowiedzenia) prawdę „czekaj do ślubu”. Problem w tym, że życie do którego nas przygotowywano nie istniało. Kto by przewidział jak bardzo zmieni się świat? I zupełnie nie wiem, czemu ignorowano w tej szkole fakt, że dziewczynki, nawet te kilkunastoletnie, przeżywają coś takiego, jak pożądanie, i nie, nie musi to wcale być myślenie o mężu.

Jako osiemnastolatka uważałam, że już jestem dorosła, w pełni rozwinięta, i że nie pozostało nic do okrycia. A nawet jeśli zostało, niczym papier toaletowy, rozwinęłam się na pełną długość, i nie mogę się już dalej rozwijać. Fakt faktem, byłam przemądrzałym, przeuczonym dzieckiem, i potem przeuczoną nastolatką. W pewnym stopniu, nie miałam innego wyjścia.

Myślałam, wyjeżdżając po raz pierwszy z domu, a potem wyjeżdżając po raz drugi, tym razem na serio, że wszystko, co jest we mnie takie już pozostanie. Że konstrukt, który dostałam w domu, który uformowała we mnie katolicka szkoła i dobre liceum jest tak silny, że nie da się go zmienić. Że jest jak szkielet z tytanu. Że nie da się go zgiąć.

Ale ten szkielet był jak zbroja. Nie, nie jak zbroja z piosenki Kaczmarskiego. Może bardziej niż zbroja, nazwałabym to łuską. Po pewnym czasie zbroja stała się za ciasna i zaczęła wyglądać po prostu śmiesznie.

Może w sumie źle to odbieram, zawsze byłam trochę schizoidalna, trochę psychotyczna i trochę autystyczna, i żyłam we własnym świecie, ale wyjazd z domu i trafienie do ekstremalnie zróżnicowanego, dość liberalnego środowiska skutecznie zmieniło moje poglądy. W sumie, do tego roku nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo.

Pierwsze było chyba ubezpieczenie. W usa jest ono prywatne, i jest to wymarzony, kapitalistyczny system, i generalnie, ten system po prostu nie działa (o czym przekonałam się na własnej skórze… i niejednokrotnie przekonał się też mój portfel). Generalnie, potem nastąpiła lawina.

Starałam się, naprawdę starałam, nie mieć wcale poglądów. Nie myśleć. Żyć dobrze z ludźmi. Wierzyć w Świętego Spokoja. Ale są takie sytuacje, kiedy trzeba wybierać. Kiedy trzeba wiedzieć, co jest dobre, co złe. I kiedy jest się przypartym do muru.

Długo trwałam w takim stanie. Na Frondzie i Rebelce (katolickich forach) zobaczyłam jakby swoje poglądy, wygłaszane z innych ust… i poglądy te wydały mi się fundamentalne, głupie i lekko egzaltowane. Niedojrzałe. Lubiłam się droczyć, i nadal lubię i dorobiłam się statusu skandalistki, osoby bez wstydu, waliłam wprost pytania, których zadać nie chciał nikt, nierzadko też udawałam głupią. Ale nie, nie miałam żadnego celu w mojej grze. Wkładanie kija w mrowisko może być przecież celem samym w sobie. Myślę, że było we mnie dużo złości, i nadal jest, złości, która płynie z kontrastu i niespójności pomiędzy tym, w co nauczono mnie wierzyć, a tym, jaki świat jest naprawdę (albo jakim go interpretuję) . Stałam trochę w rozkroku, niepewna własnych poglądów, niepewna seksualności, niepewna, kim jestem i dokąd iść, niepewna, co jest dobre a co złe.

Problem w tym, że jeśli ma się partnera do rozmowy, jeśli buduje się poważniejsze związki z ludźmi, nie tylko w sensie związków romantycznych, trzeba rozmawiać. I nie wszystkie rozmowy są łatwe. I trzeba jakoś uzasadniać własne poglądy. Podejrzewam, że przez pierwsze trzy lata doktoratu albo i dłużej nie miałam właściwych partnerów do rozmowy, albo zwyczajnie nie chciałam ich mieć. Pierwszym znakiem powrotu do czasu rozmów był chyba L. Pamiętam, jak kiedyś całą noc przerzucaliśmy się jakimiś naukowymi dowodami (nie, żebym wierzyła w naukę… w końcu sama ją uprawiam) na różne katolickie mądrości i nie-mądrości (L. jest ateistą) i zdałam sobie sprawę, że uzasadniam opinie, w które nie wierzę za grosz, bo nie zgadzają się ze zdrowym rozsądkiem. Jakoś „różne rzeczy” znalazły się w szufladce z napisem „do weryfikacji”.

I w efekcie rozmów z L. i z C. sama już nie wiem, w co wierzę. Wiem, wiem co powiedzą katolicy: że przebywam w nieodpowiednim towarzystwie. Ale to nie tak. Dużo widziałam. Swoje wiem. Nie jestem klonem rodziców. Mam perspektywę, i ta perspektywa czasem boli i czasem sprawia problem.

Jestem na tym dziwnym etapie rozwoju kiedy stary konstrukt leży i płacze, ale nowego nie ma. I powiem wam szczerze: jest to stan wkurzający. Nie wiem, co jest moimi poglądami a co nie. Pora decydować. Pora wybierać, a kurde, myślałam, że jak wybiorę raz, że jak raz wybiorę, że jak ktoś wybierze dla mnie, w wieku osiemnastu lat, to wszystko już takie zostanie. Że kapitał, który mam z domu wystarczy mi na zawsze.

Pora pisać, pisać, pisać.

Co ze mnie wyjdzie?

Delikatnie rzecz ujmując, cholera wie.

Trzymajcie kciuki.

Polskie blogi: banalność i samoouwielbienie

Przez ostatnie miesiące, stęskniona do języka, kultury i ludzi, usiłowałam znaleźć w sieci coś, co nadawałoby się do czytania/oglądania.

Chodziłam sobie od bloga do bloga, oglądając radośnie i nie wybrzydzając właściwie wszystko, co można znaleźć w polskim internecie (może poza typową pornografią… ale różne rzeczy się zdarzały  😛 ). Zwiedzałam więc ciuchowe prezentacje dziewcząt o „tajemniczych” (w ich mniemaniu) spojrzeniach, i chyba święcie przekonane, że ich „niewymuszona” poza przyniesie im sławę i bogactwo, zwiedzałam blogi szyciowe, blogi o bieganiu, blogi o sporcie, dietach, modzie, chorych dzieciach (tutaj trzeba przyznać, zdarzają się i dobrze napisane, i poruszające), gotowaniu, życiu, sztuce i kulturze, poznałam blogi artystyczne, gdzie w „kawałkach prozy” nie chodzi chyba o nic innego poza narcyzmem autora, wchodziłam na blogi sławne i zapomniane.

Powiem tak: to, co dominuje w polskiej (i chyba nie tylko w polskiej) blogosferze to banalność i samouwielbienie.

  1. Dobrym przykładem miejsca, gdzie oba te współczynniki (banalność oraz samouwielbienie) osiągnęły apogeum jest blog premierówny Kasi Tusk ( http://www.makelifeeasier.pl/ ) … co ciekawe, komentarze w tym jakże oryginalnym miejscu dowodzą, że ludzie traktują autorkę SERIO. Nie komentuję tego ze względu na to, że czuję się zazdrosna. Sama jestem względnie ładna, szczupła, studiuję za granicą i stać mnie na kawę ze Sturbucksa (tylko po co mam ją kupować i wspierać przy okazji izraelską armię?). Zaskakuje mnie raczej to, że ludzie w zetknięciu z banałem, zamiast zakrzyknąć: „hej, toż to są same odkrycia stulecia, piszesz pierdolety, stać cię na więcej, dziewczyno” zachwycają się ślicznymi spojrzeniami Kasi, jej długimi nogami, szczupłym tyłkiem i „przemyśleniami”.
  2. Blogi „modowe” jak sama nazwa wskazuje z modą nie mają niewiele wspólnego. Moda to projektanci, fotografowie, modelki, pokazy i wydarzenia typu Fashion Week. Ale nie, po co pisać o jakichś projektantach czy pokazach, skoro można zaprezentować nowe rurki z Zary… na sobie? To, co mnie zaskoczyło to to, że wszystkie w zasadzie zdjęcia na tych blogach są takie same. Większość zdjęć jest zupełnie poprawna technicznie i kompozycyjnie, i można się domyślić, że fotograf miał dość przyzwoity sprzęt. Problem w tym, że zawsze „sesja” to autorka idąca albo stojąca, z rzutem na całą sylwetkę a potem kilka detali, tu buciki, tu kolczyki, tu guziczek… Nuda ogólnie. Poza tym, większość kobiet nie zauważa, że fotogeniczność w stylu znanych modelek to chyba cecha, która nie jest dana każdemu. O ile wygięta w pałąk, oparta o ścianę Anja Rubik czy Monika Jagaciak wyglądają tajemniczo, intrygująco i wdzięcznie, nie dotyczy to każdej autorki bloga w spódnicy z lumpa założonej do ślicznego must-hev sweterka z H&M.
  3. Miejscem, gdzie mamy stosunek samouwielbienia do banału 80:20 to http://vaniitas.blogspot.com/ Było to jedno z bardziej szokujących odryć, zwłaszcza, że autor ma na fb jakieś 14 tysięcy fanów. Poziom narcyzmu autora po prostu przebił wszystko, co widziałam dotąd. A widziałam naprawdę wiele.
  4. Na swój sposób lubiłam bloga tattwy. Tattwa sama siebie określa jako przemądrzałą. I faktem jest, że zdarzają jej się posty zupełnie interesujące i jak mało który bloger, tattwa dobrze radzi sobie z językiem polskim. Problem w tym, że niektóre posty to „odkrycia stulecia”, z którymi – niczym z książką Lisa „Co z tą Polską?” – na ogół trudno się nie zgodzić… ale żadnej głębi też tam nie ma. Komentarze pod postami i na fb to za to pianie z zachwytu, ach odkrywasz przede mną Wielkie Prawdy o Życiu, do których nigdy przenigy nie doszedłbym samodzielnie… No cóż… Jacy blogerzy, tacy komentatorzy. Tutaj samouwielbienie do banału osiągnęło stosunek 10:90.
  5. Zjawiskiem, którego za bardzo nie rozumiem są blogi lifestyle’owe. Mniej więcej w tym stopniu, w którym nie rozumiem postów na fb w stylu „siedzę na kibelku i robię kupę… pozdrawiam z łazienki”. Nie chodzi o to, że trzeba chronić prywatność, bo prywatności w internecie raczej nie ma. Chodzi o to, że chyba ludzie, którzy piszą takie blogi nie mają niczego do podzielenia się światem poza banalnymi „przemyśleniami”, zdjęciami z popularnych kawiarni i  przepisami na jedzenie oraz prezentacją ciuchów („stylizacji”, wow, kocham to słowo).  Nie masz o czym pisać, to nie pisz. Serio. Albo chociaż żyj „lajfstajlem” nieco ciekawszym niż 90% dobrze sytuowanej młodzieży.
  6. Blogi podróżnicze. Nie oszukujmy się, nie każdy jest Wojciechem Cejrowskim z jego wyrazistą osobowością i poglądami. Nie każdy jest Beatą Pawlikowską. Niektórzy są Anną Kowalską albo Janem Nowakiem… I czy każda Anna oraz Jan muszą wrzucać zdjęcia wszystich obfotografowanych popularnych zabytków, kiedy o wiele lepsze zdjęcia znajdziemy bez problemu w internecie? Serio, kogo w dobie internetu i łatwego dostępu do informacji fascynują jeszcze podróże – dodajmy, krótkie i powierzchowne, do popularnych miejsc, albo dla odmiany, po hipstersku, do miejsc niepopularnych, za to opisanych w banalny sposób – odbyte przez innych ludzi? Jeden z niewielu interesujących blogów znajduje się tutaj: http://dzienniki-zza-tarczy.bloog.pl/?ticaid=6104ea No, ale żeby tak pisać trzeba w nieszczęsnych Chinach spędzić trochę czasu… i nauczyć się chińskiego.

Nie twierdzę, że mój blog wolny jest od banału. Mam jednak nadzieję, że nie ma na nim chociaż przesadnego samouwielbienia. W ogóle piszę tego posta, bo moja siostra, w wyniku dyskusji z pewnym starszym psychoterapeutą (współpracownikiem) usłyszała, że „młodzież jest strasznie skoncentrowana na sobie”. Pan psychoterapeuta znany jest z walenia prawdy prosto w oczy – pacjenci go nie znoszą – i przemyśleń o życiu. Myślę, że blogowe środowisko – a większość blogerów jest chyba w wieku 15-40 – stanowi dowód jego złośliwej tezy.

Ogólnie, mam trochę przemyśleń, dlaczego, ale… wolałabym uniknąć banału 🙂

PS.

Chcesz pisać, pisz o czymś. Nie, nie o sobie. O czymś. Dobrym przykładem niezłego bloga „o czymś” jest ten: http://kobietybiegaja.blogspot.com/

Pisała w ciemności {She wrote in darkness}

Jest taki wiersz Zagajewskiego, „Pisała w ciemności”, poświęcony Ryszardowi Krynickiemu. Wiesz pochodzi z tomu Ziemia Ognista (1994) i jak na Adama Zagajewskiego, jest dość nietypowy. Nie ma gry słów, niewiele w nim zachwytu i zdumienia związanego ze złożonością i niepoznawalnością świata. Wiersz zaczyna się tak:

Pisała w ciemności.
Rozpacz dyktowała jej słowa
ciężkie jak warkocz komety.

I jest w opisie Nelly Sachs, piszącej przy zgaszonym świetle, i rozpacz, i nadzieja, i ból, i egzaltacja. Ale zostawmy to na chwilę, bo w sumie nienawidzę analizy wierszy. Wspominam jednak o tym kawałku poezji i powspominam jeszcze trochę, ze szczegółami, bo przypomniało mi się o Nelly Sachs i o Zagajewskim  przez przypadek. Zresztą, nie pierwszy raz wiersze i piosenki przypominają mi się przez przypadek, a potem zaczynają rządzić moim życiem. Niekiedy czuję się jak Eugenia Ginzburg, którą w łagrze ratowały wiersze – zapamiętane, przypomniane, czytane, pisane. Zresztą, tak, jak i ona – pamięć mam naprawdę dobrą (staromodna cecha, nieprawdaż?).

Pozwólmy jednak płynąć wierszowi.

Ciemność pisała
ująwszy tę niemłodą kobietę
jak wieczne pióro.

I to jest moja ulubiona zwrotka. Nie dlatego, że nadaje się na cytat czy opis, ale dlatego, że zawiera najistotniejszą moim zdaniem część przesłania, prostą, podstawową prawdę o pisaniu. Nie, to nie poeta pisze, to nie pisarz pisze, czasem tym książko- i wierszotwórczym czynnikiem jest właśnie ciemność, czasem to pióro pomiata pisarzem, czasem po prostu trzeba pisać – i w ciemności (w niesprzyjających okolicznościach), i ciemnością (radząc sobie jakoś z własnym bólem).

Wiersz się kończy tak:

Gdy zasypiała
budziły się kosy
i nie było przerwy
w smutku i w śpiewie.

No i to też jest zakończenie proste niczym u Paolo Coehlo, chociaż może odrobinę mądrzejsze, a zresztą, może tylko dla mnie jest ono przejrzyste jak majtki Dody. Mamy więc w tej ostatniej zwrotce świt, który przynosi ulgę, nie, smutek i ból nie maleje ani tym bardziej nie znika, ale smutek i ból zamienia się w piękno, w złożoność świata, w siłę.

Czemu tak przeżywam ten wiersz? Być może mam do niego po prostu osobisty stosunek.

Być może zdecydowałam się jednak komunikować ze światem.

Oczekujcie update’ów, moi wierni czytelnicy.

 

16 kwietnia

Tutaj nikt nie mówi o tym inaczej: April 16th. Niektórzy pamiętają bardzo dobrze: widziałam jedną moją koleżankę trzęsącą się z niepokoju, kiedy po zabójstwie policjanta na uniwersyteckim parkingu przez nieznanego sprawcę siedzieliśmy zamknięci na klucz od środka i czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Procedury bezpieczeństwa znamy wszyscy, i we wszystkich salach można się zamknąć od środka.  To przecież byli studenci, tacy jak my, profesorowie, Hindusi, pełny przekrój społeczności; to mogliśmy być my – ale nie byliśmy. Jakkolwiek termin „masakra w Virginia Tech” zarezerwowany jest dla internetu. Niczym określenia Murzyna zaczynające się na „n” – zakazane słowo, słowo, którego nie wolno używać, niepoprawne słowo, złe słowo, złe zaklęcie, coś, w co nikt nie chce wierzyć  i z  czym nikt się nie pogodził.

Ale to się stało, i na pomniku ktoś wciąż zostawia świeże kwiaty.

Nie wiem dlaczego, ale zapamiętałam 16 kwietnia 2007. Pamiętam jak jechałam tramwajem przez miasto tonące we wczesnowiosennym słońcu, bo dzień był bardzo jasny, trasą pestki, bo zajęcia miałam na 8 rano na morasku. Pamiętam wykład profesora Łuczaka, o zaawansowanych zagadnieniach matematyki dyskretnej, i to, że ten poranny wykład był rodzajem gimnastyki dla mózgu i że bolał mnie po nim umysł – czułam się, jakbym zwiedzała obszary o których nie miałam dotąd pojęcia. Pamiętam, że potem był wykład profesora Skrzypczaka. Siedziałam koło K, w pierwszej czy drugiej ławce, po lewej stronie sali, po stronie bliżej okna i pisałam wiersz – w sumie, nie wiem o czym był ten wykład. Jako, że  datuję na ogół to, co piszę, mam z tego dnia dwa wiersze, oba napisane rano. Czy wtedy na Virginia Tech było już „po”? Nie wiem.

W sumie przypominam sobie, ze tego dnia zajrzałam do wiadomości i wyczytałam o 16 kwietnia. I było to oczywiście bardzo smutne – ale pomyślałam, co mnie obchodzą wydarzenia na jakimś dalekim uniwersytecie gdzieś w usa? Może już wtedy przeczułam, gdzie rzuci mnie los… bo to zapamiętałam.

O tym skojarzeniu pomyślałam kiedyś rano idąc na zajęcia, wbita w tłum studentów i wykładowców. Była mniej więcej 7.30. Nie wiem czemu tej jesieni poranki listopadowe są bardzo, bardzo jasne – zimne i jasne, świetliste. Pod pachą miałam segregator z notatkami, jakieś quizy do oddania, tonę papierów. Wyglądam młodo, prawie dziecinnie, ale my, instruktorzy, zawsze rozpoznajemy się w tłumie: żołnierze  tej samej armii. Poranny uśmiech pięknej Dr L dodaje mi zawsze sił.

„Jest ósma rano i armia nauczycielek
wyrusza na wyprawę,

uzbrojona w dzienniki,

jak wojsko Hernana Corteza,
które spaliło za sobą statki,
idą nauczycielki, drobne stopy
i pomalowane paznokcie, a
po ich przejściu pozostaje –
wiadomo – jałowa ziemia.”

pisałam wtedy, 16 kwietnia, 2007 (to jest fragment). Czy przeczułam, wiedziałam, kim chcę się stać? Dzisiaj wykładam rachunek różniczkowy i wiem, że uczenie jest moim powołaniem. Ale czy po moim przejściu zostaje jałowa ziemia? Dla studentów staram się być raczej starszą siostrą, taką harcerską instruktorką i nie prowadzę zajęć jakoś strasznie autorytarnie. Grunt, to wkładać w to serce i być blisko ludzi, no i nie bać się porażki – zdrowe parę razy zacięłam się przy tablicy i to też było okej. Studenci, owszem, narzekają czasem na mój akcent – ale zawsze dodają, że jestem dla nich miła. Co ciekawe, odkryłam to powołanie do uczenia stosunkowo późno, i co więcej, długo uczyłam się, że zajęcia są dla studentów, a nie dla mnie. W Polsce wykładowcy i ćwiczeniowcy, których podziwiałam najbardziej – przede wszystkim ze względu na mocną, charyzmatyczną osobowość – zajęcia prowadzili przede wszystkim dla siebie, żeby zaprezentować własną wspaniałość. Dziś myślę, że i ja byłam dziecinna i nieodporna, że dawałam się na to nabrać, ale i oni byli dość niedojrzali i nie rozumieli istoty rzeczy.

Tamtego dnia napisałam też jeszcze jeden wiersz. Czyżbym, wtedy, 2 lata przed wyjazdem przeczuwała, co się stanie? Przed samym wyjazdem panicznie bałam się samolotu, i leżałam czasem w ogrodzie, koło mnie w słońcu dojrzewały winogrona, winogrona, których wiedziałam, że nie zdążę zebrać i potem nikt nie przytnie w porę winorośli,  i patrzyłam na niebo, na przesuwające się po niebie kształty, na białe linie…

„Tak naprawdę nadal czekam, a worek z poezją
pewnie zgubił się w czasie przeprowadzki, a może
to tylko nieduży woreczek, schowany gdzieś
między dwujęzycznym Jesieninem a przemądrzałą
encyklopedią. Wróżyłam dziś z ziemi, kamieni
i nieba, z lekkich białych linii, jakie pozostawiają
odrzutowce, a odpowiedź, znam odpowiedź.”

(fragment)