Michał Witkowski, „Fynf und cwancyś”, recenzja

Przykra sprawa. W powielanym w internecie tekście reklamowym

Michał Witkowski powraca do swoich ulubionych postaci z legendarnego „Lubiewa”. Michaśka i Dianka wyjeżdżają z Polski, by szukać szczęścia w Wiedniu, który zdaje się być spełnieniem marzenia o zachodnioeuropejskim raju. Wstępem do niego jest jednak męski szalet, w którym zarobić najłatwiej.

zawiera się cała treść książki. Z tym, że książka ma ponad dwieście stron a powyższy tekst – jeden akapit. Ech, paradoksy rynku literackiego. Owszem, lubię Witkowskiego, ale ta książka mnie mocno zmęczyła.

Książkę można też streścić tak. Bohaterami są dwaj nieletni chłopcy do wynajęcia. Obaj pochodzą z bloku wschodniego. Jeden wychował się w Koninie, drugi na Bratysławskim blokowisku. Jednego natura obdarzyła wyjątkowo hojnie, drugi jest ślicznym nastolatkiem z ładnym tyłkiem. Chłopcy jadą szukać szczęścia do Wiednia, gdzie się spotykają. Chłopiec z Konina radzi sobie lepiej, nie ze względu na „rozmiary”, ale ze względu na pracowitość, dbałość o wygląd i szacunek do klienta. Chłopiec ze Słowacji głównie objada się deserami lodowymi i bierze długie kąpiele w domach klientów, by potem martwić się, skąd weźmie czyste majtki, niezbędny artefakt w zawodzie, który uprawia. Chłopcy zwiedzają też inne europejskie miasta, na przykład Monachium. Nikt nie zapada na choroby weneryczne, nawet przy siedmiu klientach na noc. Pada parę refleksji o środowisku homoseksualistów … na przykład pewien klient domaga się usług w samochodzie, gdzie z tyłu jest dziecięcy fotelik, a z przodu damskie kosmetyki. Chłopców zachwyca Zachód, w tym to, że prosty kolejarz może mieć własne, ładne mieszkanie i może go być stać na takie luksusy jak ładne ubrania, czekolada czy nowoczesne AGD. Koniec książki. Serio.
Książka jest miejscami dość obleśna. Fantazje starych, znudzonych gejów dotyczą sikania, skarpetek i wełny. Pojawia się także pan, który lubi, gdy ubiera się go w niemowlęce ubranka uszyte na rozmiar dorosłego faceta. Ale że klient nasz pan, chłopcy robią to, czego się od nich oczekuje.

Witkowski traktuje kurewstwo z humorem, ale też je trywializuje. Gdyby książka była bardziej realistyczna, chłopca z Polski wychowałaby … oaza. Nie dlatego, że byłby pobożny, ale dlatego, że w jego rodzinnym Koninie nie istniało w tamtych czasach zbyt wiele alternatyw. Zderzenie mocno konserwatywnego oazowego wychowania (długie spódnice, ręce na kołdrze!) ze światem, gdzie prostytucja jest legalna i normalna mogłoby stanowić kanwę całkiem niezłej głębszej opowieści o konflikcie wartości.
Internetowi krytyce powtarzają jak katarynki „och, nie jest łatwo męskiej dziwce”. Normalnie, odkrycie godne wielkiego pisarza i wnikliwego recenzenta. Och, człowiek ma wiele problemów w takim Wiedniu, znalezienie mieszkania na przykład, gdzie tu zrobić pranie, przespać się. Normalnie niemożliwe, karierę zaczyna się nie w eleganckim klubie, tylko od seksu oralnego z jakimś niedomytym typkiem w dworcowej toalecie i od mieszkania kątem u Januszy alkoholików.
Jedynym chyba aspektem książki, który mi się szczerze podobał jest opis rzeczywistości jaki serwuje Witkowski. Mieszkania z drogimi ekspresami do kawy. Chłopcy z Polski zarabiający na prostytuowaniu się niezłe pieniądze i opowiadający potem o swoich Grażynach i Andżelikach, które zostawili w Polsce i do których wrócą, jak się tylko dorobią. Gej-bogacz i ekscentryk Mario Luigi. Wiedeń nocą, Polacy okradający mieszkania. Rosyjska i czeska mafia. Ajent w knajpie, podstarzała „ciota”. Małe czyste szwajcarskie miasteczka. Zachwyt przybysza ze zgrzebnego byłego bloku komunistycznego obfitością, organizacją i czystością zachodniego świata. Brudne początki kariery, niedomyci, obrzydliwi klienci w brudnych gaciach. Witkowski tego świata nie ocenia, tylko opisuje, z obfitością, z pasją, z zachwytem.

Niestety, poziom „Lubiewa” to to nie jest. Raczej gejowskie porno dla wielbicieli dosłowności, miejscami mocno obleśne. Język też nie powala – a Witkowski do języka ma niezłe ucho i talent. I można by skrócić gdzieś o połowę i nie zmieniłoby to ilości treści. Moim zdaniem trzy na dziesięć.

Reklamy

Małgorzata Kalicińska „Powroty nad rozlewiskiem”

Istnieją książki złe, książki źle napisane i książki szkodliwe. Książkę pani Kalicińskiej zalicza się zdecydowanie do tej trzeciej kategorii. Napisana lekko, chociaż pozbawiona normalnego u pani Kalicińskiej humoru, powieść ta po prostu wkurza.
Wszystko w tej książce jest „prawie”. Bohaterowie są prawie przyzwoici, prawie mają życie duchowe i na ogół postępują prawie moralnie. Niestety, prawie czyni różnicę, i ta różnica bywa istotna, i to nie tylko „statystycznie istotna”.

Bohaterka książki, Barbara, wychodzi za mąż niejako z przypadku, za człowieka, którego szanuje, ale go nie kocha (stosunek męża do żony jest zupełnie analogiczny). Małżonkom rodzi się córka, i wtedy znudzona żona ucieka z gachem. Po dwóch latach życia na kocią łapę gach podejmuje bohaterską decyzję i stwierdza, że jednak tęskni do żony i dzieci… Nasza bohaterka wraca więc do mamusi. Mamusia jednak dość szybko umiera i nagle Barbara musi dorosnąć: zająć się gospodarstwem i niepełnosprawną intelektualnie siostrą.

Wiele spraw w tej książce stanowi dla mnie zagadkę. Po pierwsze, dlaczego matka tak niefrasobliwie ucieka sobie z gachem i nie interesuje się kompletnie losami swojego dziecka? Gdy mąż sądownie pozbawia ją opieki, ta, w imię źle pojętej „kulturalności” w ogóle nie dopomina się praw do swojej córki. Co więcej, nie zainteresuje się dziewczynką aż do czasu pogrzebu ex-męża. Po drugie, dlaczego niby wychodziła za mąż wiedząc, że nie tylko nie kocha narzeczonego, ale i kompletnie do niego nie pasuje: pochodzi ze wsi, jest związana ze wsią i nie chce być warszawską „damulką”, a ewidentnie tego oczekuje mąż? Po trzecie, chutliwość i kochliwość głównej bohaterki, która myśli przede wszystkim o sobie a nigdy o innych, albo co gorsza, o konsekwencjach, wydaje się być postawą pochwalaną przez autorkę. Po czwarte, siostra bohaterki, opóźniona w rozwoju , jakkolwiek niepozbawiona pociągu seksualnego Kasia, zostaje wysterylizowana przy okazji aborcji. W książce pojawia się taka scena, gdy Barbara patrzy inną „nienormalną” dziewczynę z dwójką czy trójką dzieci i zastanawia się, jaką ta dziewczyna jest matką… jaką matką byłaby jej siostra. Nosz kurna, podejrzewam, że może i niezbyt mądrą czy zaradną, ale pewnie i tak lepszą od Barbary, która dziecko zostawia opiekunkom i nianiom a potem, za przeproszeniem (proszę mi wybaczyć język niegodny damy, ale to mnie naprawdę uderzyło), idzie w pizdu z kochankiem…

Książka jest mocno sfeminizowana. Normalnych mężczyzn w ogóle niej nie ma, są za to „niebieskie ptaki” (Dawid, pierwszy narzeczony, i Szymon) – przystojni i interesujący, ale niedojrzali, patafiany, debile i alkoholicy (Arnold i mąż jednak z córek Karolaka), nudziarze o wysokich wymaganiach (ex-mąż), geje (brat bohaterki) oraz kategoria pożądana czyli pantoflarze robiący dokładnie to, co sobie Barbara wymyśli (Tomasz).

Książka jest też smutna. Pod zewnętrzną warstwą poukładania, (prawie) rozsądnych wyborów, „kulturalnego” życia zieje pustka. To życie-wydmuszka, bez głębszych celów, bez próby zrozumienia świata, oddzielenia dobra od zła, przyzwoitości od bestialstwa. Wiem, wiem, patrzę przez filtr „wielkiej literatury” na typowe czytadło, ale kurde, dobre czytadło zostawia czytelnika z jakimś przesłaniem albo poczuciem, że w życiu wygrywa przyzwoitość, ciężka praca albo dobre serce. Tutaj wygrywa chyba głównie chuć.

Pani Kalicińska obdarza swoją bohaterkę tęsknotą za duchowością. Ale tęsknota ta realizuje się na osobliwe sposoby. Barbara modli się do swoich rodziców (duchów przodków?) prosząc ich o wstawiennictwo… głównie wtedy, gdy sprawy idą nie po jej myśli, to jest gdy jej egoizm jakoś jednak nie wygrywa. Bohaterka wymyśla sobie też własne obrzędy, „czarowanie” kobiet z rodu, które wydają jej się takie innowacyjne i głębokie, ale kompletnie nie rozumie ani nawet nie usiłuje zrozumieć tych „normalnych”. Przy okazji pogrzebów prowadzi rozważania na temat tego, jak bardzo nie lubi bezosobowych księży, nie mówiących w ogóle o zmarłym, no ale jak ksiądz może mówić coś bardziej osobistego o zmarłym, skoro zmarły był w kościele gościem raczej rzadkim? Barbara nie widzi istoty rytuału przejścia, przeprowadzenia na drugą stronę… nie rozumie wagi małżeństwa, a religię traktuje jak supermarket, i jeszcze na dokładkę ma wymagania co do ilości i jakości.

Są w książce trzy wątki, które mi się podobały. Jeden to pojednanie z umierającym ex-mężem, drugi to wzięcie odpowiedzialności za siostrę. Trzeci to opisy relacji matki z córką (Barbary z jej matką), jakieś takiej wzajemnej czułości i troski. Jest w tym ciepło i serdeczność, i można przez te opisy dostrzec szczegóły i znaczenie wydarzeń i gestów we własnych relacjach i własnym dzieciństwie. Ale reszta? Reszta to raczej strata czasu. Serio.

Dominika Słowik “Atlas. Doppelganger”.

Jak wspominałam wielokrotnie, nie potrafię pisać wstępów. Ponieważ nie chcę zaczynać od streszczania książki, ani od banałów, ani też przeklejać z innych recenzji, zacznę od opinii: moim zdaniem powieść Słowik jest mocno przereklamowana.

Książka składa się z mieszanki wspomnień z „lat dziewięćdziesiątych”, opowieści dziadka-gawędziarza, absurdalnych, niekiedy śmiesznych, i zazwyczaj nieco bezsensownych, oraz z osobnej, jakby wciśniętej na siłę, historii niejakiego Sadowskiego. W sposobie prowadzenia narracji autorka przypominała mi bardzo Kapuścińskiego, który podobnie, pisał dobrym językiem historie o intrygujących początkach, ale pozbawione zakończenia, urwane w najistotniejszym punkcie.

Wielu recenzentów (i wydawca) porównuje prozę Słowik do Brunona Schulza. Może brak mi wrażliwości, może lata przez komputerem zamieniły mnie w literacką troglodytkę, ale do Schulza Dominice Słowik daleko, i nie dlatego, że jest złą pisarką, ale dlatego, że brakuje jej tej specyficznej, nieco poetyckiej wrażliwości na słowa, a także wychowania na klasycznych tekstach (myślę, że często czytelnicy nie zwracają uwagi na to, jak wiele jest w opowiadaniach Schulza języka Starego Testamentu w przekładzie Jakuba Wujka).

„Atlas…” to zdecydowanie NIE realizm magiczny. Jeśli miałabym jakoś nazwać styl Dominiki Słowik, nazwałabym go „realizmem chujowym” lub „realizmem pojebanym”. W książce raził mnie bowiem język, i dziwi mnie, że przepuścił to redaktor (o ile jakiś redaktor w ogóle tę książkę przeczytał). Zawsze uważałam, że przekleństwa mają swoje miejsce w języku. Są historie, których nie da się opowiedzieć bez niecenzuralnych słów, istnieją emocje, na które nie ma innych nazw, są światy, które istnieją tylko w otoczeniu „kurw” i „chujów”. Są tez autorzy, którzy znają tylko język pełen przekleństw i gdyby opowiedzieli swoją historię w jakikolwiek inny sposób, wyszłoby to sztucznie. Ale Dominika Słowik nie używa przekleństw by pokazać autentyczne emocje bohaterów, ani też nie tworzy świata i bohaterów na tyle prymitywnych, by „kurwy” i „chuje” budowały klimat. Autorka pisze ładnym, spójnym, literackim językiem i tylko co jakiś czas rzuca „pojebało” (np. opowiadając o dziadku, że „i tak miał rozjebane serce”) albo podobne słowo, które do reszty opowieści pasuje niczym kwiatek do kożucha, i które razi. Rozmawiając o tym przez telefon z moją Mamą stwierdziłam, że niby można zrobić kupę na środku salonu, tylko po co? I właśnie tak funkcjonują przekleństwa w „Atlasie”: są zupełnie niepotrzebne, rażą i smrodzą niczym nieszczęsna kupa na środku salonu.

Książka to pewnego rodzaju zapiski z dzieciństwa, obrazki z procesu dojrzewania. To, czego brakowało mi zarówno w bohaterce, jak w i w jej najlepszej przyjaciółce Annie, to ta na poły nieuświadomiona, nienazwana dziecięca wrażliwość i tęsknota za pięknem i dobrem. Bohaterki żyją w brzydkim świecie, wychowują się bowiem na osiedlu przy kopalni. Świat ten akceptują i chyba nawet lubią, a jedyną odskocznią od widoku kominów, szkoły i nudnego życia parafii są opowieści dziadka. Swoją drogą, gdyby mnie ośmioletniej ktoś opowiedział historię jak ta, gdzie marynarze łowią ryby używając za przynętę żywego kota z żyłką przewleczoną blisko kręgosłupa, to po pierwsze, powiedziałabym o tym rodzicom, po drugie, nie spotkałabym się z takim dziadkiem nigdy więcej, a po trzecie – nie mogłabym przez jakiś czas spać. Bohaterek nie razi też chamstwo z jakim dziadek traktuje żonę i to, co mówi za jej plecami. I w Annie i w bohaterce tkwi jakiś dziwny prymitywizm, którego nie są w stanie przeskoczyć na tyle, by nazwać tkwiącą w nich tęsknotę i przyznać się do emocji (jedynie w ostatniej scenie zapach pól i widok dymu zdaje się przyzywać Annę). Z kościoła i pierwszej Komunii obie dziewczynki nie rozumieją chyba zupełnie nic. I zresztą, taki jest duch książki, wrażenie, jakie zostaje po przeczytaniu: autorka opisuje świat, którego nie rozumie, i o ile w samym nierozumieniu nie ma niczego złego, to w ogóle nie stara się go zrozumieć, nie wczuwa się w emocje bohaterów, w ich historie, w ból i w dramat wkraczania w kapitalizmo-feudalizm, który staje się udziałem pokolenia rodziców. Do tego, co zauważyło wielu recenzentów, jest w tym pseudo-opisie dużo cynizmu. Jak pokazuje historia Sadowskiego, który z listów i osobistych rzeczy znalezionych na opuszczonym osiedlu usiłuje skonstruować jakąś sieć powiązań między byłymi mieszkańcami, mapę minionej rzeczywistości, i z tej mapy (jak i z map dziadka) nic kompletnie nie wynika, więc Sadowski… poddaje się i wyjeżdża. I myślę, że to jest główne przesłanie książki: z map nie wyczytasz nic, może poza wrażeniem, tęsknotą, nie próbuj zrozumieć, bo i tak nie zrozumiesz, a zresztą, po co – weź i wyjedź.

Książkę reklamowano jako „o zobaczcie! Ktoś napisał (w końcu!) o latach dziewięćdziesiątych! Spodziewajcie się objawienia!”. Tymczasem, dobre powieści rozgrywające się w jakichś „czasach” mają to do siebie, że zawierają przesłanie uniwersalne, dla którego czasy są tylko tłem, zbiorem rekwizytów. W książce Słowik rekwizyty stanowią tak integralną część, że obawiam się, że czytelnik, który urodził się w tym roku, i który książkę przeczyta za dwadzieścia lat, w ogóle jej nie zrozumie. O czasie przemian pisała też Joanna Bator i moim zdaniem, pisała dużo lepiej („Chmurdalia”), starając się uchwycić ducha przemian, ale i stworzyć opowieść o ludzkim losie, o miłości, o posiadaniu dzieci, opuszczaniu gniazda, akceptacji wyborów i inności. Jeśli odrzucić te fałszywe reklamy wydawcy i różnych „Gazet”, i wysokie oczekiwania, to zostanie niegłupia, choć dość specyficzna książka, i rozumiem dlaczego może się podobać. Mnie się podobała dość średnio, jakkolwiek moja opinia może być dość skrzywiona, bo zupełnie inaczej pamiętam moje dzieciństwo i lata dziewięćdziesiąte. Pamiętam, z nich – poza brzydotą i biedą, poza rytuałami typu Pierwszy Listopada, rodzinnymi nasiadówkami, chodzeniem do magla i świątecznym sprzątaniem – moją tęsknotę za pięknem, prawdą i sprawiedliwością, sztukę, wokół której dorastałam, dziedzictwo, którego uczyłam się od rodziców i dziadków, w szkole, w harcerstwie i czytając niezliczone książki. Bohaterki „Atlasu” wydają się oderwane: od historii, od przeszłości, od narodowych traum (sorry, takie są w każdej polskiej rodzinie, i bez nich się nie da), i to czyni książkę dość sztuczną. Opowieści dziwnej treści, jakimi karmi dziadek bohaterkę i Annę mógłby snuć chyba każdy dziadek w każdym kraju świata – nie ma w nich ani opowieści partyzanckich, ani opowieści o tym „jak to przed wojną wszystko było porządne”, ani niczego w tym stylu, tak, jakby świat zaczął się gdzieś za Komuny, gdy powstawały fabryki, kopalnie i bloki, i nie istniało żadne PRZEDTEM.

Ale żeby nie było że tylko narzekam, zróbmy podsumowanie, wypisując pozytywne i negatywne aspekty książki.

Na plus:

+ język i styl (wyjąwszy przekleństwa)

+ obserwacje rzeczywistości (na przykład: styl ubierania chłopców w latach dziewięćdziesiątych w ogromne puchowe kurtki…, dzieci idące w rocznicę pierwszej Komunii do kościoła w przymałych ubrankach z poprzedniego roku i wiele podobnych)

+ zakończenie

+ motyw map, które Anna usiłuje kopiować, i jak widzi bohaterka, czasem nakłada dwie na siebie – ciekawy i nietypowy wymiar symboliczny

+ rozdwojenie postaci dziadka

Na minus:

– przekleństwa i bulwarowe słowa pojawiające się bez powodu

– jednocześnie osadzenie książki w latach dziewięćdziesiątych i kompletne oderwanie od historii i szerszego kontekstu (życia politycznego, przemian społecznych)

– cynizm

– urwane opowieści dziadka

– reklama na wyrost

Aleksandra Zielińska, “Przypadek Alicji”

Nie mam pojęcia, czy książkę można „odczytać na wiele sposobów”. Książka na pewno porusza parę dość konfliktogennych tematów, więc czytelnik widzi w niej to, co chce widzieć. Na przykład Kinga Dunin z „Krytyki Politycznej” zobaczyła moralitet o braku dostępu do aborcji i niedostatecznej edukacji seksualnej. No, ale tak, jak Tomasz Terlikowski wszędzie dostrzega cywilizację śmierci, panie Kinga, Kazimiera i Magdalena literaturę, sztukę i politykę odczytują przez klucz uciśnienia kobiet. Ja natomiast w mojej recenzji postaram się zobaczyć w książce po prostu… opowieść.

Fabuła nie jest jakaś specjalnie oryginalna: bohaterka, studentka farmacji zachodzi w ciążę, i to nie z chłopakiem, z którym się związała, a z nieznajomym, i to w okolicznościach tak romantycznych, jak stan upojenia alkoholowego i toaleta klubu. Po wydarzeniach długiej i brzemiennej w skutki nocy Alicja budzi się na trawniku, i nic już nie wydaje się takie samo.

Moim zdaniem książka nie opowiada wcale o „ograniczonym dostępie do aborcji w Polsce”. Alicja bez problemu znajduje lekarza gotowego uratować ją od problemu, i na dodatek, lekarz jakoś nie wspomina o zapłacie. Farmakologiczna abocja się jednak nie udaje, i Alicja decyduje się nie próbować drugi raz.

Portret Alicji, jej emocji, jej rozdarcia i bólu wyszedł autorce bardzo wiarygodnie. Autorka skupia się na emocjonalnej stronie kobiety, na tym, co przechodzi dziewczyna, która nagle zachodzi w ciążę i świat wali się od podstaw. Na dodatek, dziecko jest niechciane, nie wiadomo czyje, i twardo trzyma się życia wysysając je z matki.

Od czasu zajścia w ciążę w życiu Alicji zdarzają się same osobliwe przypadki. Pojawiają się szczury albinosy, dziwne króliki i koty. Wyraźne są nawiązania do „Alicji w krainie czarów” (doktor-aborcjonista jako Klucznik, serwujący herbatkę na stole przykrytym koronkowym obrusem), ale ta dziecinna opowieść dość szybko zaczyna przypominać raczej horror niż bajkę.

Do tego, jakoś trudno ustrzec się przed skojarzeniami z „Ubikiem” Dicka, chociaż w tym przypadku nawiązanie jest o wiele bardziej subtelne. W pewnym fragmencie ksiązki Alicja obcina włosy. Ani współlokatorka ani chłopak nie dostrzegają zmiany, twierdząc, że przecież zawsze goliła się maszynką na chłopaka. Włosy jak włosy, ale Alicję zaczyna dręczyć pytanie, czy świat zawsze TAKI był, czy też dopiero STAŁ się TAKI po tamtej zimowej nocy?

Kinga Dunin w swojej recenzji pomija to, jak bardzo matriarchalna jest rodzina Alicji. Matka rządzi w wiejskim domu twardą ręką, a milczący ojciec zostaje oddelegowany do mało interesujących zajęć: chodzenia do pracy, karmienia kotów szczurami z pułapek i zarzynania kur na rosół. Kontrolująca matka pragnie – jak w wielu polskich rodzinach – by wszystko WYGLĄDAŁO porządnie, co Alicję doprowadza do jeszcze większego rozstroju.

Ktoś napisał, że „Przypadek Alicji” to książka o dojrzewaniu. Ale Alicja w książce nie dojrzewa. Uważam, że to raczej książka o kontroli i jej utracie. W momencie zajścia w ciążę Alicja nie ma wpływu na nic: ani na skuteczność zabiegu doktora Skrobigara, który sam nazywa gabinet „rzeźnią”, ani na zdrowie (w szpitalu „życzliwa” pielęgniarka opowie Alicji o tym, jak usuwała swoje nienarodzone dzieci, ze szczegółami i bez żadnej wrażliwości), ani na postępowanie matki i chłopaka. Alicja jeszcze na początku książki próbuje kontrolować świat przez autoagresję: rozdrapuje płatek ucha do krwi, bije się w brzuch, pali i pije, ale świat nie zamierza oddać jej kontroli nad życiem. Na końcu okazuje się, że światem i tak rządzi szalony narkotykowy diler i jego armia wytresowanych szczurów.
W książce pojawiają się (w dużych ilościach) koty i szczury; niektóre mówią ludzkim głosem. Alicja nienawidzi i jednych, i drugich. Niewykluczone, że miał to być obraz wewnętrznego konfliktu: antagonizm między łowcą a ofiarą, między kontrolą a byciem kontrolowanym, i między wyrażaniem silnych emocji targających bohaterką, a ich trzymaniem na wodzy, jak oczekiwano od niej w domu. Alicja zupełnie nie radzi sobie z tym rozdarciem. Z połączenia kota i szczuta rodzi się krwiożerczy królik, który zawiedzie w końcu Alicję do jej własnej, prychotropowej „krainy czarów”.
Książka zręcznie miesza fantastykę z szaleństwem, rzeczywistość z nierzeczywistością, to, co znane i zrozumiałe (ulice Krakowa, dresiarską dzielnicę), z tym co nadnaturalne, przechodząc z jednego do drugiego zupełnie niezauważalnie, stopniując makabryczność, brzydotę i okrucieństwo świata.

Mnie tam się książka podobała… ale nie jest to ani książka o aborcji, ani o dojrzewaniu. Autorce dobrze wyszedł swojski polski Dick, i na dodatek z wiarygodną, kobiecą bohaterką, skrzyżowanie „Wyznań łgarza” i „Ubika”. Udał się też Zielińskiej portret polskiej rodziny, z samowładną matką, nieobecnym ojcem i dziećmi dostającymi w spadku problemy psychologiczne, niezdolnymi wyrażać emocji inaczej niż przez krzywdzenie innych.

Wykopaliska

Nie mam pomysłu na tytuł więc będzie bez tytułu.

***

Motto:

W czas zmartwychwstania Boża moc

     Trafi na opór nagłych zdarzeń.

Nie wszystko stanie się w tę noc

     Według niebieskich wyobrażeń.

(Bolesław Leśmian, W czas Zmartwychwstania)

Brakuje nam mądrości,
Kochamy się w mądrościach.

(Jacek Kaczmarski, Z XVI wiecznym portretem trumiennym rozmowa)

Krzyż ma dwie belki, poprzeczną i podłużną. Ta podłużna belka, belka wertykalna to belka Bożej woli, ciągnącej do nieba, ku górze. Ta druga belka to belka ludzkiej woli, woli, która przeciwstawia się woli Boga. Patrzę na te belki, zahipnotyzowana, wciągnięta, scalona z nimi w jedną, drewnianą całość, w tę szczególną noc, gdy życie miesza się ze śmiercią.

Zebraliśmy się tutaj, w dużej uniwersyteckiej sali, by odprawiać święte misteria, my, Żydzi różnych religii, my, przybysze z różnych światów. Czy Krzyż, stojący na środku, krzyż-symbol, dwie proste belki, dotykalna fizyczność drewna. Nie znam wielkich ani pięknych słów, nie wiem, czy są w ogóle odpowiednie słowa. My, Żydzi, celebrujemy śmierć pra-archaicznego Żyda, zjednoczeni symbolem śmierci i męki. Przewodnik zgromadzenia, kapłan w ptasim ornacie, wysoki i wzniosły, prowadzi nas przez tajemnicę bólu i odkupienia, połamany głos drży.

Głód Wielkiego Piątku to wcale nie głód wynikający z obowiązkowego postu. Post postem, ale ten głód to głód relacji. To pragnienie, by chociaż w tę szczególną noc coś czuć, żeby coś poruszyło się w sercu. Żeby w tę jedną noc odkupienie miało świętą moc, którą rozumie serce. Czy zbawieni zostaniemy po prostu przez wiarę? Przez te przejścia Wielkiego Tygodnia, przez głód wielkiego piątku i przydługą ceremonię wielkiego czwartku?

Ustawiam się w kolejce, w ciszy. Podchodzę i dotykam w końcu drewnianego Krzyża. Ręka natrafia na zimne, głuche drewno, stawiają opór zakrzepłe roślinne soki. Krzyż jest pusty, prosty, dwie belki, pozioma i pionowa, wzniosły, i obojętny. Dokąd, dokąd odszedł stąd Chrystus, ciemnowłosy Bóg-człowiek o chuderlawym ciele wymęczonym postem i torturami? Czy śpi w grocie, zawinięty w całun jak w śpiwór, daleki, niezdolny sam się zbawić, czeka, aż przyjdzie ktoś potężniejszy od Niego, i powie „wstań”? A może gdzieś przy samym jądrze rzeczywistości prowadzi samotną, straszną walkę z siłami, o których istnieniu nie mamy pojęcia, bo są to siły zdolne tworzyć i niszczyć wszechświaty? Dokąd odszedł Chrystus w tę szczególną noc, gdy wszystko się spełniło, i proroctwa, i najgorsze wizje, i to, co nieuchronne. Dokąd poszedł pra-archaiczny Żyd, niezdolny odczuwać bólu, już poza rozpaczą i lękiem, i poza wszystkim tym, co ludzkie i zrozumiałe. I czy powróci, i jak, i kiedy, i po co, i czy podoła, czy wygra. A może Jego walka nie skończy się nigdy, a może wielka sobota wciąż trwa, a samotny, zmęczony Chrystus cały czas próbuje zmartwychwstać, gdzieś w ciemności, za wielki jest grzech, za wielka wina, by jakiekolwiek „wstań” wyrwało go snu?

Słodka kraina dzieciństwa (?)

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wywiad z niejaką Dominiką Słowik. Książki nie czytałam – może kiedyś przeczytam jak dostanie mi się w ręce tym czy innym sposobem.

Autorka w wywiadzie (skądinąd ciekawym i niegłupim) mówi o tęsknocie do ”idyllicznej krainy lat dziecinnych”, o mitologizacji, o nostalgii i sentymentalizmie. Wywiad – a jakże, w końcu to GazWyb – nie jest wolny od dyskusji o „pokoleniu”, ulubionym terminie ludzi, którzy nie potrafią pojąć świata takim, jakim on jest i drąży ich przymus klasyfikowania i opisywania, choć Dominika Słowik raczej się przed tym broni.

Przewijająca się w wywiadzie „kraina dzieciństwa” jakoś tak mnie uderzyła. Podobna tęsknota pojawia się na przykład w „Lilce” Kalicińskiej, gdy tytułowa Lilka umiera i siostra opowiada jej o „słodkiej krainie lat dziecinnych”. Czasem myślę, że niektórzy nie przeżyli w życiu niczego ważnego, niczego bardziej doniosłego niż własne dzieciństwo, i zastanawiam się właściwie, czemu. Czy dorosłe życie to naprawdę taki ciąg rozczarowań i walk, i ani miłość, ani przygody, ani przyjaciele, ani odpowiedzialność i wolność nie są tak naprawdę „fajniejsze”? Nie wiem, co zrobiłam nie tak, ale, kurde, gdybym mogła do tych moich lat dziecinnych wrócić, przeżyłabym je inaczej, mądrzej, ale nade wszystko, wcale nie chcę do nich wracać.

Ostrzegam, będę pisała o sobie, czego staram się od jakiegoś czasu unikać, ale tutaj nie potrafię inaczej. Będą wspomnienia, tyle że – co jest moim celem – bez sentymentalizmu.

Moje dzieciństwo mieści się w szeroko pojętej kategorii dzieciństw normalnych. Wychowałam się w pełnej, wierzącej rodzinie i jestem tak zwanym środkowym dzieckiem. Rodzice spędzali z nami czas, czytali nam książki i dużo rozmawiali.

Posiadam takie wspomnienie, dość wyblakłe. Mam sześć, może pięć lat i siedzę przy stole w przedszkolu (katolickim, nowoczesnym jak na tamte czasy – z religią i angielskim). Dostaliśmy takie książeczki z darów z obrazkami do kolorowania. Pod każdym obrazkiem znajdował się krótki tekst i na tych książeczkach ćwiczyliśmy czytanie. To, co mnie w tej mojej książeczce irytowało to to, że dzieci na obrazkach miały otwarte buzie i ciągle się śmiały. Wiedziałam przecież, że dzieci mają swoje problemy i zdecydowanie nie śmieją się cały czas, i chociaż problemy te w porównaniu do problemów rodziców mogą wydawać się błahe, dziecko tego nie wie i w jego świadomości i postrzeganiu świata te problemy są PRAWDZIWE.

Z dzieciństwa pamiętam samotność i to, że nienawidziłam bycia dzieckiem. Moi Rodzice nie bali się puszczać nas samopas (w domu nie było za wielu zakazów ani nakazów w stylu „musisz wrócić przed ósmą”) i nieraz usiłowałam się zapisać na jakieś zajęcia albo do biblioteki, i nikt nie traktował mnie poważnie (chyba, że w banku, gdy płaciłam rachunki – widok stosiku stuzłotowych banknotów przemawiał paniom kasjerkom do rozumu), i kazano przyjść z rodzicami. Oczywiście przybytki te były czynne w porach, w których moi Rodzice prowadzili zajęcia albo mieli lepsze rzeczy do roboty i w efekcie nie mogłam się zapisać.

Z dzieciństwa pamiętam konflikt między odpowiedzialnością (byłam traktowana w domu jak miniaturowy dorosły) i tym, jak świat postrzegał dzieci – jako istoty będące własnością rodziców. Chciałam decydować sama o sobie, i nie rozumiałam, dlaczego reszta świata ma na ten temat inne zdanie.

Wychowałam się w centrum Poznania, w kamienicy. W dresiarskiej dzielnicy bezrobotnych od dwóch pokoleń czasem ścierały się lokalne mafie i nocą płonęły samochody a w tajemnicznym hotelu „Trzy Światy” można było wynająć pokój na godziny. Czas przemian wymieszał brzydotę i kicz, nieremontowane (lub remontowane okropnie) przedwojenne kamienice, z których odpadał tynk z kolorowymi szyldami projektowanymi chyba w Corelu 2.0 i w jego specyficznej estetyce jak z pierwszej serii clip-artów.

Przez pięć lat podstawówki (od czwartej do ósmej klasy) chodziłam do prywatnej żeńskiej szkoły. Szkoła znajdowała się daleko od domu i jeździłam tam tramwajem (sama, i tak, zaczepiali mnie pedofile). Po szkole wszystkie jechałyśmy do domów i odrabiałyśmy lekcje przez resztę dnia. Raczej nie odwiedzałyśmy się po szkole – za daleko i nikt nie miał na to czasu ani sił. Myślę, że jeśli istnieje w moim „pokoleniu” jakieś „doświadczenie pokoleniowe”, jest to właśnie pierwsze w wolnej Polce zetknięcie z prywatnym szkolnictwem. Moi Rodzice, tak jak i rodzice przyjaciółki mojej Racheli, nigdy nie pojęli, że prywatna szkoła, do której chodzą córki przedsiębiorców, polityków, lekarzy, prawników i naukowców stanowi zjawisko mocno odmienne od komunistycznej osiedlowej podstawówki, gdzie mieszały się dzieci robotnicze i inteligenckie. W prywatnej szkole nauki i obowiązków nigdy nie brakowało, i co więcej, panowała tam ogromna konkurencja. Niezależnie od tego, czy ktoś był utalentowany czy nie, zadania nie odrabiały się przecież same. Mój Tata przychodził do pokoju mojego i siostry i złościł się, że już dwudziesta druga, a my jeszcze nie umyte i nie w łóżkach. To nie tak, że lubiłyśmy siedzieć po nocach, zwyczajnie zadań i nauki było tak dużo, że inaczej się nie dało.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe niewyspanie (w harcerstwie instruktorzy powtarzali nawet „wyśpisz to się w trumnie”, jakby brak snu był wyrazem jakiegos osobliwie pojetego heroizmu). Pobudka o szóstej trzydzieści, potem szkoła, powrót o szesnastej – siedemnastej obiad, godzina odpoczynku i lekcje, lekcje, lekcje, do dwudziestej trzeciej a czasem i do północy. Następnie ten sam kierat od nowa, i tak przez cały tydzień. Wysypiałam się chyba tylko w weekendy. Moja siostra, absolwentka tej samej szkoły zauważyła, że wszystkie dziewczynki w jej klasie są niskie. Ciekawe, czy to efekt niedosypiania w dzieciństwie? W mojej klasie wyższa ode mnie (czyli ponad 170 cm) wyrosła tylko jedna osoba.

Z dzieciństwa pamiętam, że często porównywano mnie do innych dzieci, i bardzo to przeżywałam. Byłam szczerze pobożna, i brałam nauki księży (choć nie wszystkich, i nie zawsze) bardzo serio. Wychowana na starych, poczciwych książkach w rodzaju „Serca” Amicisa mocno się winiłam, kiedy reflektowałam się, że mogłam zrobić dobry uczynek, a nie zrobiłam.

Z dzieciństwa pamiętam opowieści mojej Babci o pewnej dalekiej krewnej (zdaje się wnuczce którejś z Babci sióstr), która jest „taka grzeczna” (w domyśle – my jesteśmy za to wyjątkowo niegrzeczni). Dziś wiem, że tak zwana grzeczność (tak, tak, w latach dziewięćdziesiątych zwracano powszechnie uwagę na wychowanie i dzieci się wychowywało, a nie hodowało ku uciesze jak koty) nic nie znaczy; co więcej, z grzecznych dzieci często nie wyrastają dojrzali, odpowiedzialni dorośli z pomysłem na życie.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe upominanie o to, jaka jestem niechlujna i niestaranna, że mam brzydkie zeszyty, bazgrolę, wiecznie czegoś zapominam, regularnie gubię sieciówkę, legitymację i klucze. Przez całą szkołę podstawową po dniu pisania notatek ręce miałam po łokcie brudne od atramentu. Ciągle coś na siebie wylewałam (do dziś to robię – dlatego mam dużo ubrań, bo po prostu szybko je brudzę… i zostałam rodzinną specjalistką od wywabiania plam :)). Dziś podejrzewam, że miałam jakąś formę AD(H)D, ale że uczyłam się dobrze, nikt się nie zorientował. W dorosłym życiu nauczyłam się akceptować ten brak koncentracji i dowiedziałam się że tak, są na to leki. Nad pewnymi aspektami pracowałam (nad pismem np., organizacją czasu), ale myślę, że świat, w którym ciągle słyszę, że mam patrzeć na rozmówcę, albo przestać rysować na lekcji, albo że mam się – do cholery! – skupić, był światem idyllicznym. Wątpię, żeby inne odczucia posiadała moja przyjaciółka Rachela, jedna z niewielu znanych mi osób z prawdziwą dysortografią (zdiagnozowaną z opóźnieniem).

W prywatnej szkole czułam się „nie dość dziewczynką”, bo obowiązywał tam jeden jedyny słuszny archetyp dziewczynki. Dziewczynka powinna umieć śpiewać, grać na jakimś instrumencie (fałszowałam wręcz koncertowo), pomagać w domu, być schludna i inne podobne. Choć jako dziecko pisałam wiersze (opublikowane w gazetce parafialnej, a jakże), to interesowała mnie matematyka, i później, także komputery… Całkowity brak talentu muzycznego też stanowił spore źródło kompleksów. Nie mam też poczucia rytmu i mimo stosownych zajęć, nigdy nie nauczyłam się tańczyć. Dzieciństwo wspominam jako okres wiecznej nieadekwatności, bycia „zawodem”.

Z dzieciństwa pamiętam ból, dużo bólu. Przez całe wczesne dzieciństwo bolały mnie kolana i nogi. Bolały strasznie, rozrywającym, mocnym bólem, na który nic nie pomagało (podejrzewam, że bolały, bo rosły, badano mnie, ale niczego specjalnego nie znaleziono). Dopóki nie wycięto mi migdałków (pod koniec liceum), często chorowałam na anginę i zapalenie gardła, i tutaj też ból był taki, jakbym miała w gardle sporego kaktusa. Choroba stanowiła dobry pretekstem, by zostać w domu i w końcu się wyspać, ale spanie na przemian z oglądaniem agrobiznesu (mieliśmy dwa kanały), przy wysokiej gorączce, bólu gardła i zapchanym nosie nie było atrakcyjną perspektywą (zostawałam w domu sama). Długie lata miałam zajady. Mama smarowała je spirytusem, piłam drożdże, próbowałam jakichś maści – i nic. Bolało paskudztwo potwornie, pękało i piekło. W czasach bez smartfonów, i ze względu na to, że nie mieliśmy w domu termometru, często wychodziłam z domu za ciepło ubrana i potem pociłam się (w podkoszulce, koszulce, swetrze i kurtce, obciążona wielkim, ciężkim plecakiem) wracając po południu ze szkoły. Nadwrażliwa skóra swędziała i bolała. Z idyllicznej krainy pamiętam więc mało przyjemne wrażenia dotykowo-czuciowe 🙂 Nadwrażliwość skóry jest zresztą w pewnym wieku zupełnie normalna.

Jak wspominałam, traktowano mnie w domu jak małego dorosłego. Kiedyś usłyszałam, że „no na wsi czternastoletnie dziewczyny to już gotują całe obiady”. Nie wiem, czemu wzięłam sobie ten komentarz do serca, i chociaż bez problemu gotowałam jako trzynastolatka (sama – Rodziców często nie było w domu), to miałam kompleksy, że nie potrafię ugotować zupy (nauczyłam się nieco później, miałam AŻ piętnaście lat 🙂 ). Nie rozumiałam (co rozumiem dzisiaj), że nie dało się jednocześnie być wzorowym dzieckiem, które pomaga w domu, codziennie odkurza, sprząta swój pokój, gotuje, chodzi po zakupy (lata dziewięćdziesiąte to czas małych spożywczaków), wyprowadza psa i jeszcze ma same szóstki w szkole… bo póki co, cyborga nie stworzono i dzieci muszą spać. Później dowiedziałam się, że moje koleżanki z klasy nie potrafiły sobie zrobić kanapki (którą to umiejętność posiadłam chyba w przedszkolu) a mamy chodziły za nimi i sprzątały, o gotowaniu nie wspominając. Myślę, że jako dziecko, w efekcie porównywania i specyficznej wrażliwości, oceniałam się bardzo surowo… Dodam, że na erasmusie nauczyłam moją dwudziestoczteroletnią polską współlokatorkę obsługiwać pralkę, bo w jej domu zawsze prała mama.

Coś mi się wydaje, że dzieciństwo to czas kształtowania, prób i błędów, i nie wszystkie te procesy kształtujące charakter należą do przyjemnych. Część jest przygodą, część jest zabawą a część to poniżenie i wstyd. Dzieciństwo to czas pierwszych doświadczeń, także pierwszego cierpienia, bólu i straty. Ponieważ są to doświadczenia pierwsze w swoim rodzaju, nie istnieje dla nich jeszcze skala porównawcza, więc zostają zapamiętane jako przeżycia bardzo mocne. Oczywiście później, kiedy patrzy się na nie z perspektywy dorosłości łatwo je trywializować czy mityzować, łatwo zapomnieć ich intensywność i negatywność, ale wtedy, w dzieciństwie rozpacz i ból stanowiły ważną część krainy zdecydowanie nie cudownej.

Z rzekomo idyllicznych lat dziewięćdziesiątych pamiętam ich estetykę (a raczej jej brak). Nawet jako to niechlujne dziecko, donaszające ciuchy po innych i średnio zainteresowane własnym wyglądem czy modą, wiedziałam, że świat w którym się poruszam jest BRZYDKI. Jedną z niewielu spraw, które wspominam z jako taką nostalgią są początki kapitalizmu. Jednakże, kapitalizm przyniósł dziwaczne reperkusje. Po latach szarości i zacofania nagle pojawiły się kolorowe produkty, podpaski Always, herbata Lipton, cukierki nimm 2, świerszczyki i niełamiące się plastikowe kredni Comte i inne podobne artefakty, i w sklepach panowała estetyka pod tytułem: im bardziej kolorowo, tym lepiej. W takim stylu ubierano dzieci, w takim stylu mieliśmy tornistry, piórniki, zeszyty, buty, kurtki. W tych kolorowych do obłędu rzeczach siedzieliśmy w pomalowanych olejną, sraczkowatą bądź brudnożółtą farbą klasach, w szarych szkołach z betonu. Kontrast walił po oczach. Zorientowałam się chyba podczas mody na długopisy żelowe (dostałam cały komplet w neonowych kolorach), że kolory, może i owszem fajne, ale nie da się nimi nic ładnego narysować… bo kompletnie do siebie nie pasują! Pamiętam erę wymiany komunistycznych wersalek z oparciami z płyty paździerzowej na nowe wersalki, w podobnym stylu, tyle, że kapitalistyczne, i podobnie, wymianę meblościanek, zasłon i dywanów na równie brzydkie, tyle, że kolorowe. Czasem myślę, że w tamtym świecie naprawdę trudno było dostać coś ładnego: drewniane, zdrowsze meble bez foraldehydu, płócienne zasłony albo tradycyjny kredens. Mam wrażenie, że idylle są przynajmniej ładne. Sorry, ale lata dziewięćdziesiąte naprawdę nie były.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że niektórym ludziom rodzice zafundowali fajne dzieciństwo, izolując od problemów, walcząc za dzieci z systemem i wyręczając w każdym obowiązku. Dorosłość okazała się zawodem, bo nagle wyszło na jaw, że nie można się całe życie bawić i nie zawsze mama z tatą wezmą za konsekwencje tej zabawy odpowiedzialność. Mnie od niczego nie izolowano, nie zakazywano, nie chroniono, ale też wychowywano – i wymagano. Nigdy później, nawet na doktoracie, nawet ucząc się do egzaminów z kosmosu, które musiałam na nim zdać, nie pracowałam tak ciężko jak w prywatnej szkole.

Dorosłe życie przyniosło ulgę, wolność poszukiwań, czas na sen. Jeśli kiedyś uczyłam się jednocześnie dobrze się bawiąc, był to pierwszy rok studiów. Co więcej, już jako dorosła, samoświadoma osoba, która opuściła rodzinny dom zrozumiałam, że czasem trzeba poprosić o pomoc i czasem istotnie ta pomoc… pomaga. Że na niektóre przypadłości są leki, i nie, nie zawsze da się „wziąć w garść”, i nie ma w tym nic wstydliwego, bo po co się męczyć. Że (ale to dluższa historia) nie jestem pępkiem świata, nie jest nim moja „samorealizacja”, „samorozwój”, moje „pasje” ani moja „kariera”, tylko, że jestem częścią większej całości, i im mniej myślę o sobie, tym ciekawszy staje się świat wokół.

Jednym słowem: „cudowna kraina lat dziecinnych” nie istnieje. Denerwują mnie opowieści o niej, i nie są to opowieści osób w wieku Danuty Szaflarskiej, ale opowieści moich rówieśników czy autorów nawet młodszych. Może w tej modzie na wspominanie kryje się zawód światem, a może jest to konsekwencja przeróżnych „mód” obowiązujących ostatnio w wychowywaniu dzieci?