Wykopaliska

Nie mam pomysłu na tytuł więc będzie bez tytułu.

***

Motto:

W czas zmartwychwstania Boża moc

     Trafi na opór nagłych zdarzeń.

Nie wszystko stanie się w tę noc

     Według niebieskich wyobrażeń.

(Bolesław Leśmian, W czas Zmartwychwstania)

Brakuje nam mądrości,
Kochamy się w mądrościach.

(Jacek Kaczmarski, Z XVI wiecznym portretem trumiennym rozmowa)

Krzyż ma dwie belki, poprzeczną i podłużną. Ta podłużna belka, belka wertykalna to belka Bożej woli, ciągnącej do nieba, ku górze. Ta druga belka to belka ludzkiej woli, woli, która przeciwstawia się woli Boga. Patrzę na te belki, zahipnotyzowana, wciągnięta, scalona z nimi w jedną, drewnianą całość, w tę szczególną noc, gdy życie miesza się ze śmiercią.

Zebraliśmy się tutaj, w dużej uniwersyteckiej sali, by odprawiać święte misteria, my, Żydzi różnych religii, my, przybysze z różnych światów. Czy Krzyż, stojący na środku, krzyż-symbol, dwie proste belki, dotykalna fizyczność drewna. Nie znam wielkich ani pięknych słów, nie wiem, czy są w ogóle odpowiednie słowa. My, Żydzi, celebrujemy śmierć pra-archaicznego Żyda, zjednoczeni symbolem śmierci i męki. Przewodnik zgromadzenia, kapłan w ptasim ornacie, wysoki i wzniosły, prowadzi nas przez tajemnicę bólu i odkupienia, połamany głos drży.

Głód Wielkiego Piątku to wcale nie głód wynikający z obowiązkowego postu. Post postem, ale ten głód to głód relacji. To pragnienie, by chociaż w tę szczególną noc coś czuć, żeby coś poruszyło się w sercu. Żeby w tę jedną noc odkupienie miało świętą moc, którą rozumie serce. Czy zbawieni zostaniemy po prostu przez wiarę? Przez te przejścia Wielkiego Tygodnia, przez głód wielkiego piątku i przydługą ceremonię wielkiego czwartku?

Ustawiam się w kolejce, w ciszy. Podchodzę i dotykam w końcu drewnianego Krzyża. Ręka natrafia na zimne, głuche drewno, stawiają opór zakrzepłe roślinne soki. Krzyż jest pusty, prosty, dwie belki, pozioma i pionowa, wzniosły, i obojętny. Dokąd, dokąd odszedł stąd Chrystus, ciemnowłosy Bóg-człowiek o chuderlawym ciele wymęczonym postem i torturami? Czy śpi w grocie, zawinięty w całun jak w śpiwór, daleki, niezdolny sam się zbawić, czeka, aż przyjdzie ktoś potężniejszy od Niego, i powie „wstań”? A może gdzieś przy samym jądrze rzeczywistości prowadzi samotną, straszną walkę z siłami, o których istnieniu nie mamy pojęcia, bo są to siły zdolne tworzyć i niszczyć wszechświaty? Dokąd odszedł Chrystus w tę szczególną noc, gdy wszystko się spełniło, i proroctwa, i najgorsze wizje, i to, co nieuchronne. Dokąd poszedł pra-archaiczny Żyd, niezdolny odczuwać bólu, już poza rozpaczą i lękiem, i poza wszystkim tym, co ludzkie i zrozumiałe. I czy powróci, i jak, i kiedy, i po co, i czy podoła, czy wygra. A może Jego walka nie skończy się nigdy, a może wielka sobota wciąż trwa, a samotny, zmęczony Chrystus cały czas próbuje zmartwychwstać, gdzieś w ciemności, za wielki jest grzech, za wielka wina, by jakiekolwiek „wstań” wyrwało go snu?

List do WO, którego nie opublikowało WO

Napisałam, to co ma się marnować. Może nie w takim duchu, jak inni? A może tylko listy wymyślane przez redakcję są godne publikacji? Może wmianka o odmawianiu różańca jest nieakceptowalna w pewnych środowiskach, chyba, że to różaniec buddyjski?

List emigrantki

Nie wyjechałam dlatego, że musiałam. Nie wyjechałam też dlatego, że chciałam. Wyjechałam, ponieważ tak ułożyło mi się życie i niesiona falą, wypalona po pięciu latach studiów, nie znalazłam w sobie siły, by wymyślić jakąś inną przyszłość. I zresztą, ta emigracyjna wydawała się szansą.

Na lotnisku w Monachium, schodząc po trapie do lodowatego Boeinga 777 należącego do united airlines, zrozumiałam, że moje życie już się zmieniło i że zmieni się jeszcze bardziej i że będę testowana na wiele sposobów. Wydawało mi się, że mam dwadzieścia cztery lata i niczym papier toaletowy, rozwinęłam się na pełną długość i nie mogę rozwinąć się ani trochę bardziej. Emigracja miała mi udowodnić, że nie, nie miałam racji.

Oczywiście, że się bałam. Ale nie, nie bałam się, czy sobie poradzę. Bałam się przede wszystkim latania. Amerykański pan biolog, który siedział przy mnie w samolocie i w trakcie najgorszych turbulencji, gdy ja odmawiałam kolejne różańce, spokojnie poprawiał artykuł, spojrzał w końcu na mnie i stwierdził „ale czego ty się boisz? Jesteśmy tu tak samo bezpiecznie jak w hotelu”. Wtedy zdałam sobie sprawę, że brak lęku przed lataniem jest jeszcze jedną cechą, którą muszę wypracować, by zostać zaliczona do „kasty naukowców”.

Od przedszkola uczyłam się angielskiego, chociaż do języków mam zero talentu, i nieraz wykłócałam się i tupałam nogami, że to głupie i niepotrzebne, Rodzice powtarzali z uporem, że przyda mi się to w przyszłości. Chociaż swoje przepłakałam nad chaotycznymi książkami do angielskiego, dziś jestem Rodzicom bardzo wdzięczna.

Moi – bardzo konserwatywni – Rodzice wychowali mnie zresztą dość międzynarodowo. Nie w znaczeniu kosmopolityzmu; w domu nauczono mnie zwykłej kindersztuby i podstawowych zasad etycznych. W dziedzictwie dostałam również prostą życiową zaradność. Szkoła, książki które czytałam, przewijający się przez dom obcokrajowcy, studia i konferencje pomogły mi zdobyć jakieś tam wyobrażenie o różnorodności i niezwykłości świata, i niczemu się nie dziwić. Dzięki temu, gdziekolwiek bym się nie znalazła, dam sobie radę. Dlatego się nie bałam.

Tak w ogóle, to wyjechałam na doktorat. Miałam zostać w USA cztery lata, ale plany trafił szlag i jestem tu szósty rok. W miejscu, gdzie mieszkam, jest jedynie garstka Polaków i poza starą gwardią, ludźmi w wieku moich Rodziców, którzy w USA przeżyli dużą część dorosłego życia, nie trzymam się z nimi (ani większość z nich ze mną).

Jeszcze na erasmusie we Włoszech nauczyłam się, że ludzie są albo podobni do nas, albo nie, i nie zależy to od języka i kraju pochodzenia. Nie szukam w ludziach różnorodności, inności, ale szukam podobieństw pomimo różnic, czegoś, co jest doświadczeniem uniwersalnym, ogólnoludzkim, i przez co przychodzi bliskość. Co prawda wielu studentów międzynarodowych integruje się we własnym gronie, ale do nich też nie było mi nigdy szczególnie blisko. I chociaż moi najlepsi znajomi to Japonka i Hindus, najbliżej mi do Amerykanów. Może dlatego, że nie starałam się specjalnie „być jak oni”, ale też nie starałam się podkreślać pochodzenia na każdym kroju (jak robią Hindusi i Arabowie), i że w teście Gallupa wyszło mi, że jedną z moich ważniejszych predyspozycji jest „przystosowawczość”?

Z językiem wiążą się emocje a także sposób ich wyrażania. Przymus mówienia po angielsku otworzył jakąś klapkę w mojej głowie i to, o czym nie byłam w stanie opowiadać po polsku, z łatwością przychodziło po angielsku. Tak jakby jakaś tam część mnie nigdy nie pasowała do Polski; a może tylko mi się wydaje, bo studia spędziłam mieszkając cały czas w rodzinnym domu i niezależnie, gdzie bym się nie wyprowadziła, konsekwencje byłyby podobne?

Wyjazd nie nauczył mnie samodzielności, bo samodzielna byłam już jako nastolatka. Wyjazd nauczył mnie brania odpowiedzialności za własny los, i to bez specjalnego wsparcia z zewnątrz. Wyjazd nauczył mnie, że dom jest to miejsce, gdzie nie da się dolecieć żadnym samolotem i że dom trzeba po prostu budować tam, gdzie się aktualnie jest, ze skrawków, które się aktualnie posiada. Wyjazd otworzył mi oczy na to, do czego jestem zdolna, i to nie w sensie naukowym. To na emigracji zrobiłam prawo jazdy (w Polsce nie przeszłabym badań lekarskich). To na emigracji schudłam i zaczęłam biegać. To na emigracji zrobiłam trochę rzeczy szalonych i trochę takich, których po prostu nie odważyłabym się zrobić w Polsce.

Czasem tęsknię do krajobrazów. Na studiach dojeżdżałam pociągiem podmiejskim i te widoki z okna: osierocone, jesienne pola ze snującą się mgłą często mnie dręczą. Tęsknię do zapachów w Beskidzie Sądeckim i do tej europejskiej solidności, gdzie dom buduje się tak, by służył pokoleniom, a nie tak, jak Amerykanie – z najtańszych materiałów o trwałości dykty.

Tęsknię za rodziną i za znajomymi. Z przyjaciół zostali mi najwierniejsi z wiernych, ci, którym naprawdę zależało i może to i dobrze.

Chyba nigdy nie myślę o sobie jako o „emigrantce”. Emigracja ma w sobie coś ostatecznego. Przecież ludzie, którzy emigrowali w czasie komunizmu uciekali i nie mogli już wrócić. Myślę o sobie, jako o kimś, kto na pewien czas osiadł w USA. Czasem doskwiera mi to, że polskie państwo dało mi zupełnie przyzwoitą darmową edukację, NFZ płacił przez dobre parę lat za moje (wyjątkowo drogie) leczenie, a ja po prostu wzięłam i wyjechałam. Głupio mi, że nie mogę póki co odpracować tego długu.

Czy wrócę? Nie wiem, i nie wiem – dokąd. Martwię się bardzo o Babcie i o Rodzicó, bo z roku na rok stają się starsi.

Słodka kraina dzieciństwa (?)

Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie wywiad z niejaką Dominiką Słowik. Książki nie czytałam – może kiedyś przeczytam jak dostanie mi się w ręce tym czy innym sposobem.

Autorka w wywiadzie (skądinąd ciekawym i niegłupim) mówi o tęsknocie do ”idyllicznej krainy lat dziecinnych”, o mitologizacji, o nostalgii i sentymentalizmie. Wywiad – a jakże, w końcu to GazWyb – nie jest wolny od dyskusji o „pokoleniu”, ulubionym terminie ludzi, którzy nie potrafią pojąć świata takim, jakim on jest i drąży ich przymus klasyfikowania i opisywania, choć Dominika Słowik raczej się przed tym broni.

Przewijająca się w wywiadzie „kraina dzieciństwa” jakoś tak mnie uderzyła. Podobna tęsknota pojawia się na przykład w „Lilce” Kalicińskiej, gdy tytułowa Lilka umiera i siostra opowiada jej o „słodkiej krainie lat dziecinnych”. Czasem myślę, że niektórzy nie przeżyli w życiu niczego ważnego, niczego bardziej doniosłego niż własne dzieciństwo, i zastanawiam się właściwie, czemu. Czy dorosłe życie to naprawdę taki ciąg rozczarowań i walk, i ani miłość, ani przygody, ani przyjaciele, ani odpowiedzialność i wolność nie są tak naprawdę „fajniejsze”? Nie wiem, co zrobiłam nie tak, ale, kurde, gdybym mogła do tych moich lat dziecinnych wrócić, przeżyłabym je inaczej, mądrzej, ale nade wszystko, wcale nie chcę do nich wracać.

Ostrzegam, będę pisała o sobie, czego staram się od jakiegoś czasu unikać, ale tutaj nie potrafię inaczej. Będą wspomnienia, tyle że – co jest moim celem – bez sentymentalizmu.

Moje dzieciństwo mieści się w szeroko pojętej kategorii dzieciństw normalnych. Wychowałam się w pełnej, wierzącej rodzinie i jestem tak zwanym środkowym dzieckiem. Rodzice spędzali z nami czas, czytali nam książki i dużo rozmawiali.

Posiadam takie wspomnienie, dość wyblakłe. Mam sześć, może pięć lat i siedzę przy stole w przedszkolu (katolickim, nowoczesnym jak na tamte czasy – z religią i angielskim). Dostaliśmy takie książeczki z darów z obrazkami do kolorowania. Pod każdym obrazkiem znajdował się krótki tekst i na tych książeczkach ćwiczyliśmy czytanie. To, co mnie w tej mojej książeczce irytowało to to, że dzieci na obrazkach miały otwarte buzie i ciągle się śmiały. Wiedziałam przecież, że dzieci mają swoje problemy i zdecydowanie nie śmieją się cały czas, i chociaż problemy te w porównaniu do problemów rodziców mogą wydawać się błahe, dziecko tego nie wie i w jego świadomości i postrzeganiu świata te problemy są PRAWDZIWE.

Z dzieciństwa pamiętam samotność i to, że nienawidziłam bycia dzieckiem. Moi Rodzice nie bali się puszczać nas samopas (w domu nie było za wielu zakazów ani nakazów w stylu „musisz wrócić przed ósmą”) i nieraz usiłowałam się zapisać na jakieś zajęcia albo do biblioteki, i nikt nie traktował mnie poważnie (chyba, że w banku, gdy płaciłam rachunki – widok stosiku stuzłotowych banknotów przemawiał paniom kasjerkom do rozumu), i kazano przyjść z rodzicami. Oczywiście przybytki te były czynne w porach, w których moi Rodzice prowadzili zajęcia albo mieli lepsze rzeczy do roboty i w efekcie nie mogłam się zapisać.

Z dzieciństwa pamiętam konflikt między odpowiedzialnością (byłam traktowana w domu jak miniaturowy dorosły) i tym, jak świat postrzegał dzieci – jako istoty będące własnością rodziców. Chciałam decydować sama o sobie, i nie rozumiałam, dlaczego reszta świata ma na ten temat inne zdanie.

Wychowałam się w centrum Poznania, w kamienicy. W dresiarskiej dzielnicy bezrobotnych od dwóch pokoleń czasem ścierały się lokalne mafie i nocą płonęły samochody a w tajemnicznym hotelu „Trzy Światy” można było wynająć pokój na godziny. Czas przemian wymieszał brzydotę i kicz, nieremontowane (lub remontowane okropnie) przedwojenne kamienice, z których odpadał tynk z kolorowymi szyldami projektowanymi chyba w Corelu 2.0 i w jego specyficznej estetyce jak z pierwszej serii clip-artów.

Przez pięć lat podstawówki (od czwartej do ósmej klasy) chodziłam do prywatnej żeńskiej szkoły. Szkoła znajdowała się daleko od domu i jeździłam tam tramwajem (sama, i tak, zaczepiali mnie pedofile). Po szkole wszystkie jechałyśmy do domów i odrabiałyśmy lekcje przez resztę dnia. Raczej nie odwiedzałyśmy się po szkole – za daleko i nikt nie miał na to czasu ani sił. Myślę, że jeśli istnieje w moim „pokoleniu” jakieś „doświadczenie pokoleniowe”, jest to właśnie pierwsze w wolnej Polce zetknięcie z prywatnym szkolnictwem. Moi Rodzice, tak jak i rodzice przyjaciółki mojej Racheli, nigdy nie pojęli, że prywatna szkoła, do której chodzą córki przedsiębiorców, polityków, lekarzy, prawników i naukowców stanowi zjawisko mocno odmienne od komunistycznej osiedlowej podstawówki, gdzie mieszały się dzieci robotnicze i inteligenckie. W prywatnej szkole nauki i obowiązków nigdy nie brakowało, i co więcej, panowała tam ogromna konkurencja. Niezależnie od tego, czy ktoś był utalentowany czy nie, zadania nie odrabiały się przecież same. Mój Tata przychodził do pokoju mojego i siostry i złościł się, że już dwudziesta druga, a my jeszcze nie umyte i nie w łóżkach. To nie tak, że lubiłyśmy siedzieć po nocach, zwyczajnie zadań i nauki było tak dużo, że inaczej się nie dało.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe niewyspanie (w harcerstwie instruktorzy powtarzali nawet „wyśpisz to się w trumnie”, jakby brak snu był wyrazem jakiegos osobliwie pojetego heroizmu). Pobudka o szóstej trzydzieści, potem szkoła, powrót o szesnastej – siedemnastej obiad, godzina odpoczynku i lekcje, lekcje, lekcje, do dwudziestej trzeciej a czasem i do północy. Następnie ten sam kierat od nowa, i tak przez cały tydzień. Wysypiałam się chyba tylko w weekendy. Moja siostra, absolwentka tej samej szkoły zauważyła, że wszystkie dziewczynki w jej klasie są niskie. Ciekawe, czy to efekt niedosypiania w dzieciństwie? W mojej klasie wyższa ode mnie (czyli ponad 170 cm) wyrosła tylko jedna osoba.

Z dzieciństwa pamiętam, że często porównywano mnie do innych dzieci, i bardzo to przeżywałam. Byłam szczerze pobożna, i brałam nauki księży (choć nie wszystkich, i nie zawsze) bardzo serio. Wychowana na starych, poczciwych książkach w rodzaju „Serca” Amicisa mocno się winiłam, kiedy reflektowałam się, że mogłam zrobić dobry uczynek, a nie zrobiłam.

Z dzieciństwa pamiętam opowieści mojej Babci o pewnej dalekiej krewnej (zdaje się wnuczce którejś z Babci sióstr), która jest „taka grzeczna” (w domyśle – my jesteśmy za to wyjątkowo niegrzeczni). Dziś wiem, że tak zwana grzeczność (tak, tak, w latach dziewięćdziesiątych zwracano powszechnie uwagę na wychowanie i dzieci się wychowywało, a nie hodowało ku uciesze jak koty) nic nie znaczy; co więcej, z grzecznych dzieci często nie wyrastają dojrzali, odpowiedzialni dorośli z pomysłem na życie.

Z dzieciństwa pamiętam ciągłe upominanie o to, jaka jestem niechlujna i niestaranna, że mam brzydkie zeszyty, bazgrolę, wiecznie czegoś zapominam, regularnie gubię sieciówkę, legitymację i klucze. Przez całą szkołę podstawową po dniu pisania notatek ręce miałam po łokcie brudne od atramentu. Ciągle coś na siebie wylewałam (do dziś to robię – dlatego mam dużo ubrań, bo po prostu szybko je brudzę… i zostałam rodzinną specjalistką od wywabiania plam :)). Dziś podejrzewam, że miałam jakąś formę AD(H)D, ale że uczyłam się dobrze, nikt się nie zorientował. W dorosłym życiu nauczyłam się akceptować ten brak koncentracji i dowiedziałam się że tak, są na to leki. Nad pewnymi aspektami pracowałam (nad pismem np., organizacją czasu), ale myślę, że świat, w którym ciągle słyszę, że mam patrzeć na rozmówcę, albo przestać rysować na lekcji, albo że mam się – do cholery! – skupić, był światem idyllicznym. Wątpię, żeby inne odczucia posiadała moja przyjaciółka Rachela, jedna z niewielu znanych mi osób z prawdziwą dysortografią (zdiagnozowaną z opóźnieniem).

W prywatnej szkole czułam się „nie dość dziewczynką”, bo obowiązywał tam jeden jedyny słuszny archetyp dziewczynki. Dziewczynka powinna umieć śpiewać, grać na jakimś instrumencie (fałszowałam wręcz koncertowo), pomagać w domu, być schludna i inne podobne. Choć jako dziecko pisałam wiersze (opublikowane w gazetce parafialnej, a jakże), to interesowała mnie matematyka, i później, także komputery… Całkowity brak talentu muzycznego też stanowił spore źródło kompleksów. Nie mam też poczucia rytmu i mimo stosownych zajęć, nigdy nie nauczyłam się tańczyć. Dzieciństwo wspominam jako okres wiecznej nieadekwatności, bycia „zawodem”.

Z dzieciństwa pamiętam ból, dużo bólu. Przez całe wczesne dzieciństwo bolały mnie kolana i nogi. Bolały strasznie, rozrywającym, mocnym bólem, na który nic nie pomagało (podejrzewam, że bolały, bo rosły, badano mnie, ale niczego specjalnego nie znaleziono). Dopóki nie wycięto mi migdałków (pod koniec liceum), często chorowałam na anginę i zapalenie gardła, i tutaj też ból był taki, jakbym miała w gardle sporego kaktusa. Choroba stanowiła dobry pretekstem, by zostać w domu i w końcu się wyspać, ale spanie na przemian z oglądaniem agrobiznesu (mieliśmy dwa kanały), przy wysokiej gorączce, bólu gardła i zapchanym nosie nie było atrakcyjną perspektywą (zostawałam w domu sama). Długie lata miałam zajady. Mama smarowała je spirytusem, piłam drożdże, próbowałam jakichś maści – i nic. Bolało paskudztwo potwornie, pękało i piekło. W czasach bez smartfonów, i ze względu na to, że nie mieliśmy w domu termometru, często wychodziłam z domu za ciepło ubrana i potem pociłam się (w podkoszulce, koszulce, swetrze i kurtce, obciążona wielkim, ciężkim plecakiem) wracając po południu ze szkoły. Nadwrażliwa skóra swędziała i bolała. Z idyllicznej krainy pamiętam więc mało przyjemne wrażenia dotykowo-czuciowe 🙂 Nadwrażliwość skóry jest zresztą w pewnym wieku zupełnie normalna.

Jak wspominałam, traktowano mnie w domu jak małego dorosłego. Kiedyś usłyszałam, że „no na wsi czternastoletnie dziewczyny to już gotują całe obiady”. Nie wiem, czemu wzięłam sobie ten komentarz do serca, i chociaż bez problemu gotowałam jako trzynastolatka (sama – Rodziców często nie było w domu), to miałam kompleksy, że nie potrafię ugotować zupy (nauczyłam się nieco później, miałam AŻ piętnaście lat 🙂 ). Nie rozumiałam (co rozumiem dzisiaj), że nie dało się jednocześnie być wzorowym dzieckiem, które pomaga w domu, codziennie odkurza, sprząta swój pokój, gotuje, chodzi po zakupy (lata dziewięćdziesiąte to czas małych spożywczaków), wyprowadza psa i jeszcze ma same szóstki w szkole… bo póki co, cyborga nie stworzono i dzieci muszą spać. Później dowiedziałam się, że moje koleżanki z klasy nie potrafiły sobie zrobić kanapki (którą to umiejętność posiadłam chyba w przedszkolu) a mamy chodziły za nimi i sprzątały, o gotowaniu nie wspominając. Myślę, że jako dziecko, w efekcie porównywania i specyficznej wrażliwości, oceniałam się bardzo surowo… Dodam, że na erasmusie nauczyłam moją dwudziestoczteroletnią polską współlokatorkę obsługiwać pralkę, bo w jej domu zawsze prała mama.

Coś mi się wydaje, że dzieciństwo to czas kształtowania, prób i błędów, i nie wszystkie te procesy kształtujące charakter należą do przyjemnych. Część jest przygodą, część jest zabawą a część to poniżenie i wstyd. Dzieciństwo to czas pierwszych doświadczeń, także pierwszego cierpienia, bólu i straty. Ponieważ są to doświadczenia pierwsze w swoim rodzaju, nie istnieje dla nich jeszcze skala porównawcza, więc zostają zapamiętane jako przeżycia bardzo mocne. Oczywiście później, kiedy patrzy się na nie z perspektywy dorosłości łatwo je trywializować czy mityzować, łatwo zapomnieć ich intensywność i negatywność, ale wtedy, w dzieciństwie rozpacz i ból stanowiły ważną część krainy zdecydowanie nie cudownej.

Z rzekomo idyllicznych lat dziewięćdziesiątych pamiętam ich estetykę (a raczej jej brak). Nawet jako to niechlujne dziecko, donaszające ciuchy po innych i średnio zainteresowane własnym wyglądem czy modą, wiedziałam, że świat w którym się poruszam jest BRZYDKI. Jedną z niewielu spraw, które wspominam z jako taką nostalgią są początki kapitalizmu. Jednakże, kapitalizm przyniósł dziwaczne reperkusje. Po latach szarości i zacofania nagle pojawiły się kolorowe produkty, podpaski Always, herbata Lipton, cukierki nimm 2, świerszczyki i niełamiące się plastikowe kredni Comte i inne podobne artefakty, i w sklepach panowała estetyka pod tytułem: im bardziej kolorowo, tym lepiej. W takim stylu ubierano dzieci, w takim stylu mieliśmy tornistry, piórniki, zeszyty, buty, kurtki. W tych kolorowych do obłędu rzeczach siedzieliśmy w pomalowanych olejną, sraczkowatą bądź brudnożółtą farbą klasach, w szarych szkołach z betonu. Kontrast walił po oczach. Zorientowałam się chyba podczas mody na długopisy żelowe (dostałam cały komplet w neonowych kolorach), że kolory, może i owszem fajne, ale nie da się nimi nic ładnego narysować… bo kompletnie do siebie nie pasują! Pamiętam erę wymiany komunistycznych wersalek z oparciami z płyty paździerzowej na nowe wersalki, w podobnym stylu, tyle, że kapitalistyczne, i podobnie, wymianę meblościanek, zasłon i dywanów na równie brzydkie, tyle, że kolorowe. Czasem myślę, że w tamtym świecie naprawdę trudno było dostać coś ładnego: drewniane, zdrowsze meble bez foraldehydu, płócienne zasłony albo tradycyjny kredens. Mam wrażenie, że idylle są przynajmniej ładne. Sorry, ale lata dziewięćdziesiąte naprawdę nie były.

Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że niektórym ludziom rodzice zafundowali fajne dzieciństwo, izolując od problemów, walcząc za dzieci z systemem i wyręczając w każdym obowiązku. Dorosłość okazała się zawodem, bo nagle wyszło na jaw, że nie można się całe życie bawić i nie zawsze mama z tatą wezmą za konsekwencje tej zabawy odpowiedzialność. Mnie od niczego nie izolowano, nie zakazywano, nie chroniono, ale też wychowywano – i wymagano. Nigdy później, nawet na doktoracie, nawet ucząc się do egzaminów z kosmosu, które musiałam na nim zdać, nie pracowałam tak ciężko jak w prywatnej szkole.

Dorosłe życie przyniosło ulgę, wolność poszukiwań, czas na sen. Jeśli kiedyś uczyłam się jednocześnie dobrze się bawiąc, był to pierwszy rok studiów. Co więcej, już jako dorosła, samoświadoma osoba, która opuściła rodzinny dom zrozumiałam, że czasem trzeba poprosić o pomoc i czasem istotnie ta pomoc… pomaga. Że na niektóre przypadłości są leki, i nie, nie zawsze da się „wziąć w garść”, i nie ma w tym nic wstydliwego, bo po co się męczyć. Że (ale to dluższa historia) nie jestem pępkiem świata, nie jest nim moja „samorealizacja”, „samorozwój”, moje „pasje” ani moja „kariera”, tylko, że jestem częścią większej całości, i im mniej myślę o sobie, tym ciekawszy staje się świat wokół.

Jednym słowem: „cudowna kraina lat dziecinnych” nie istnieje. Denerwują mnie opowieści o niej, i nie są to opowieści osób w wieku Danuty Szaflarskiej, ale opowieści moich rówieśników czy autorów nawet młodszych. Może w tej modzie na wspominanie kryje się zawód światem, a może jest to konsekwencja przeróżnych „mód” obowiązujących ostatnio w wychowywaniu dzieci?

Post o odchudzaniu

Co jakiś czas zaglądam w statystyki bloga. Najpopularniejszym moim postem jest oczywiście ten dotyczący mojej historii odchudzania (co mnie akurat nie dziwi). WordPress pokazuje też „frazy wyszukiwarek”, dzięki którym czytelnicy znaleźli się na moim blogu. Poza frazami, które uznaję za najzupełniej normalne, bo sama swego czasu dręczyłam nimi google („schudłam 30 kg”, „blogi ludzi, którzy schudli”, „mam 30 kg nadwagi” i inne w tym duchu), niemal za każdym razem trafiam na takie zapytania, że włosy stają mi dęba.

Kilka przykładów (pisownia oryginalna):

– „czy ktos schudl jedzac tylko platki owsiane i jak szybko

– „czy moge schudnac na wodzie i ciemnym chlebir ale pozniej.nie /zgrobnac”
-”glodna na diecie od dietetyka”
– „jak pic maslanke aby schudnac”, „
schudlam dzieki maślance
– „jadlam same salatki i schudlam”
– „czy mozna schudnac jedzac do 16”

– ”jak zrobić aby na wadze wychodziła mniejsza waga niż 58 kg”
– “co zrobic guy zjadlam ciasto na dukanie”
– “czy schudne na chlebie wasa”
– “dieta 800 kcal blog”
– “schudłam 30 kg w 2 miesiące”
-”ile schudne jedzàc na kolacje serek wiejskiś”

Ustosunkuję się więc do każdego z tych stwierdzeń, skoro najwyraźniej moich czytelników tak bardzo one interesują.

czy ktos schudl jedzac tylko platki owsiane i jak szybko
Owsianka jest ogólnie bardzo zdrowa, ma dobry wpływ na cerę i trawienie. Problem w tym, że gotowana owsianka (taka zwykła, najtańsza, bo o różnych „fitellach” dosładzanych syropem glukozowo-fruktozowy nawet nie wspomnę) ma indeks glikemiczny porównywalny z czekoladą. Oznacza to, że po zjedzeniu owsianki poziom cukru we krwi podnosi się ekspresowo. Owsianka stanowi więc świetny posiłek „wysokoenergetyczny”, np. przed porannym bieganiem albo jako szybkie śniadanie. Niestety, po takim posiłku cukier opadnie równie szybko jak się podniósł, i czeka nas… głód.

Gdzieś czytałam o diecie jednodniowej, w której cały dzień jadło się płatki owsiane (z mlekiem i bez), i myślę, że dla tak zwanego „oczyszczenia organizmu” jest to zapewne skuteczna metoda. Jednak wątpię, by sprawdziła się jako strategia długoterminowa. Od siebie – nie polecam.

czy moge schudnac na wodzie i ciemnym chlebir ale pozniej.nie /zgrobnac”

Schudnąć możesz. Taka dieta nazywała się dawniej postem i raz na jakiś czas nikomu nie szkodzi. Ciemny chleb (prawdziwy, nie barwiony melasą) zawiera całkiem sporo soli mineralnych, błonnika a nawet pewną ilość białka. Razowy chleb dostarczy też witamin z grupy B. Niestety istnieją witaminy rozpuszczalne tylko w tłuszczach (A, D, E i K), i prawdopodobnie (nawet jeśli do tego czasu nie nabawisz się kurzej ślepoty, jaszczurczej skóry albo problemów neurologicznych) zaczniesz rzucać się na masło i oliwę. Poza tym, niedobór witaminy C (źródło: kiszona kapusta, cytrusy, większość warzyw) grozi szkorbutem. Niestety, tak już jest – potrzebujemy tłuszczu i warzyw w diecie. Jeśli zdecydujesz się na dietę chlebowo-wodną, ogranicz ją do mniej więcej miesiąca i łykaj jakąś silniejszą multiwitaminę (wiem, wiem – niezdrowo, ale cóż…) – na wszelki wypadek.
Metoda na „niezgrubnięcie” jest taka sama jak przy każdej innej diecie – wychodzenie z diety. Przez jakiś po tym, kiedy zakończysz dietę, dodawaj kolejne składniki: np. w pierwszym tygodniu dodajesz codziennie łyżeczkę masła, w drugim łyżeczkę masła i 200 kcal warzyw, itp. itd., aż nie dojdziesz do „normalnego” zapotrzebowania kalorycznego. To potrwa, i to dobrych parę tygodni. Jeśli natychmiast po diecie wrócisz do ciast, czekolady i przejadania się, efekt jojo murowany.

glodna na diecie od dietetyka”

A myślałaś, że nie będziesz głodna? Coś mi się wydaje, że różne portale o odchudzaniu, „babskie pisma”, i reklamy diet wyrządziły wiele szkody, bo wmówiły kobietom, że nie ma dla nich nic lepszego od diety, a dieta to piękne kolorowe warzywa i uprawianie sportu w ładnych nowych ubraniach… Rzeczywistość okazuje się nie być aż taka różowa.

Dieta nie polega oczywiście na głodowaniu, i mam nadzieję, że jest to prawda powszechnie znana. Ale mało kto mówi o tym, że dieta nie polega też na tym, że cały czas mamy pełny żołądek. Albo inaczej: żołądek, bywa, owszem, pełny, ale znajdują się tam dania mało kaloryczne, typu gotowana cukinia, chude mięso, marchewka czy pomidory. Trudno się dziwić, że człowiek szybko robi się głodny. Jeśli jesz poniżej własnego minimum energetycznego (około 1200, może 1300 kalorii u większości kobiet, nieco więcej w latach nastoletnich), to siłą rzeczy organizm upomni się o swoje. Głód na diecie zależy też od przyzwyczajeń sprzed diety, i niekoniecznie pojawi się od razu (bywa, że dopiero po miesiącu), ale – niestety – jest zjawiskiem kompletnie normalnym, zwłaszcza, jeśli podjęłaś się diety długoterminowo.

– „jak pic maslanke aby schudnac”, „schudlam dzieki maślance”

Zależy o jakiej maślance mowa. Maślanki bywają wzbogacane mlekiem w proszku oraz cukrem i dodatkami. Od maślanki o smaku straciatella na pewno nie schudniesz 😀

Maślanka ogólnie (ta bez mleka – fuj) jest całkiem zdrowa. Zawiera dużą ilość soli mineralnych i nie powinna zawierać laktozy. Gasi głód i pragnienie, pomaga w trawieniu, i ma jakieś 100 kcal/szklankę (czyli raczej mało). Jak chcesz (i możesz), to pij, albo włącz do diety, i niech ci wyjdzie na zdrowie, jakkolwiek nie opierałabym diety tylko i wyłącznie na maślance.

„jadlam same salatki i schudlam”

Obawiam się, że gdybyś nic nie jadła, też byś schudła. Sałatki (mam na myśli te bez majonezu) stanowią dobre źródło witamin i błonnika (i w zależności od składu, czasem także weglowodanów złożonych). Polane oliwą z oliwek, stają niezłą metodę na dostarczenie organizmowi zdrowych tłuszczów. Niestety, do życia potrzebujemy też białka… i w naszym cudownym polskim klimacie, gdzie przez trzy czwarte roku jest zimno, także ciepłych posiłków. Dieta sałatkowa, jak każda mono-dieta, czyli dieta oparta na jednym typue jedzenia, nie nadaje się do stosowania na dłużej. Ponadto, po zakończeniu diety istnieje ryzyko efektu jojo, bo organizm, przyzwyczajony do wyjątkowo lekkostrawnych potraw i niedojadania, szybko zacznie wariować, kiedy wrócimy do „normalnego” jedzenia.

czy mozna schudnac jedzac do 16”

To akurat jest bardzo dobre pytanie. Złote zasady dietetyki: jedz pięć razy dziennie, i ostatni posiłek jedz mniej więcej 2 godziny przed snem, okazują się wcale nie być aż takie niepodważalne. Istnieje spora grupa osób, zwłaszcza za Wielką Wodą, która wierzy, że jedzenie często i mało jest dla człowieka raczej nienaturalne i że układ trawienny też powinien sobie czasem odpocząć. W związku z tym, osoby te propagują jedzenie jedynie przez 8h na dobę i post przez resztę czasu tj. 16h (nazywa się to „postem interwałowym”) – dla kobiet może być 10h jedzenia/14h postu. Czyli jeśli jesz śniadanie o 7, to ostatni posiłek jesz nie później niż o 17 (dla kobiet) lub 15 (dla mężczyzn). Jeśli ćwiczysz, ćwicz przed pierwszym posiłkiem. Metoda jest jedną z niewielu (jeśli ćwiczysz!), gdzie palisz tkankę tłuszczową a nie mięśnie. Ze swoich własnych doświadczeń wiem, że chudłam jeśli odpuszczałam jedzenie wieczorem (po 17). Myślę, że sprawa jest bardziej skomplikowana – jedni chudną, inni nie – ale warta wypróbowania.

jak zrobić aby na wadze wychodziła mniejsza waga niż 58 kg”

Nie wiem. Ja takich liczb jeszcze nie widziałam, a noszę rozmiar 36/38 przy wzroście 170 cm.

co zrobic guy zjadlam ciasto na dukanie”

Najlepiej od razu zakończ Dukana i zjedz drugi, trzeci, czwarty, piąty i szósty kawałek. A tak serio: nie załamuj się. Wróć do diety od następnego posiłku. Jeden kawałek ciasta nie powinien mieć wielkiego wpływu na rezultaty długoterminowe.

czy schudne na chlebie wasa”

Tak. Moja koleżanka Filotea schudła swego czasu przez studniówką (właśnie na chlebie Wasa) i na samej studniówce wyglądała obłędnie. Tylko że są tańsze metody, i chleb Wasa nie jest wcale taki zdrowy jak się wydaje. I potem łatwo przytyć, gdy zamieni się go na normalny chleb.

dieta 800 kcal blog”

Pomyliłeś/aś adres. Chociaż są ludzie, którzy jedzą 800 kcal i nie chudną, więc nie przekreślałabym tej metody, i nie wyzywała od nierozsądnych.

schudłam 30 kg w 2 miesiące”

O ile nie był to efekt stresu, zmian hormonalnych (np. dojrzewania, zmian po ciąży, choroby tarczycy) albo bardzo intensywnego wysiłku fizycznego, nie mogło stać się to w „normalny sposób”. Albo stosowałaś jakąś wyjątkowo restrykcyjną dietę, albo podejrzane tabletki, albo też jesteś poważnie chora (masz tasiemca?, takie zmiany może powodować nowotwór i inne wyniszczające choroby).

Nie wiem, czy wpisujesz takie hasło w wyszukiwarkę w nadziei, że ktoś tak szybko schudł i tobie też się uda. Ale jeśli tak, idź kobieto po rozum do głowy i działaj racjonalnie: normalne tempo to 1 kg na tydzień, co daje 30 tygodni, a biorąc pod uwagę to, że czasem waga spada a czasem nie, raczej 35. Czyli ponad pół roku. I nie próbuj tego przyspieszać, bo schudniesz 30 kg … i przytyjesz 45 kg w szybkim czasie.

ile schudne jedzàc na kolacje serek wiejskiś”

To zależy, co i ile jesz na inne posiłki i jaką wcześniej jadłaś kolację. Moja Mama odchudzała się jako nastolatka (w latach 60!) jedząc na kolację biały ser z miodem (cóż, w tamtych czasach nie istniały serki wiejskie ani plastikowe opakowania, a ser sprzedawano zawiniety w kawałek nawoskowanego, wilgotnego papieru… ale dość dygresji), ograniczając ziemniaki na obiad i rezygnując ze słodyczy. Nie miała za wiele do zrzucenia, ot, parę kilo – metoda okazała się skuteczna. Jeśli serek połączysz z innymi, niekoniecznie wielkimi ograniczeniami, to schudniesz… w zależności od reszty diety i aktywności, pewnie od 0.5 kg na tydzień wzwyż.

Ja-izm

Ja-izm

Do napisania tego tekstu skłoniła mnie moja przyjaciółka Agnesi, która wysłała mi ten oto link TUTAJ Agnesi, mama rocznego szkraba, miała do tego tekstu dość osobisty stosunek. Sama nie mam dzieci, więc może będę trochę teoretyzować, ale ten tekst mnie serio wkurzył.

Jakie są konsekwencje bycia matką, wiedziało dobrze pokolenie mojej Mamy i Babci. Dziecko, małe, wiecznie głodne, zziębnięte, chore albo zasiusiane wymaga przez pierwsze parę lat opieki i uwagi. Temat macierzyństwa jest na blogach bardzo popularny, wałkowany na wszelkie możliwe sposoby i z różnych perspektyw. To, co mnie w tekście zirytowało to stawianie sprawy w kontekście „JA i moje PASJE” konta „dziecko, które nie wynagradza trudów macierzyństwa”. Kiedy słyszę o pasjach, przypomina mi się natychmiast taka okładka „Faktu” z dzieciobójczynią znaną powszechnie jako „mama Madzi”, która stwierdza niefrasobliwie, że teraz, po śmierci córki, ma wrezcie czas by realizować swoje pasje. Przepraszam, ale nie mogę, po prostu nie mogę powstrzymać się od tego komentarza.

Droga autorko tekstu, pragnę zauważyć, że świat nie obraca się wokół ciebie. Jeśli weszłaś w związek małżeński licząc na coś, co nazywasz autonomią, licząc na to, że będziesz wiecznie w centrum zainteresowania, a twoje potrzeby będą najważniejsze, no to … podpowiem ci, i nie trzeba do tego jakiejś wielkiej psychoanalizy, że jak dotąd, robisz to źle. Małżeństwo polega na stawianiu małżonka, jego potrzeb, dobra i szczęścia przed własnymi (powinno to dotyczyć OBU stron). Jeśli w związku nie nauczyłaś się wyrzekać egocentryzmu, zaciskać zębów i czasem robić z uśmiechem czegoś ekstra po prostu dla dobra drugiej osoby … to trochę to dziwne. Czyżbyś była jedną z tych polskich matek, które wybierają sobie nieobecnego męża, i chociaż bardzo je to frustruje, tak naprawdę nie spodziewają się od tego męża pomocy w domu i przy dziecku?

Uderzyło mnie jeszcze coś innego. Cały tekst jest hymnem na cześć „jaizmu”. Mówi się, że żyjemy w czasach skrajnego indywidualizmu, ale właściwie określiłabym to raczej jako „ja-izm”, prąd myślowy (?), gdzie ja i moje życie, potrzeby, zachcianki, samorealizacja i spełnienie stoją ponad wszystkim innym: ponad starym, dobrym powołaniem, moralnością, i innymi ludźmi (chyba, że ci inni ludzie to rodzina). Powiedzmy szczerze, czym są te mityczne „pasje” z artykułu? Niewiele znam ludzi z prawdziwą pasją. Poznałam za to całe szeregi zainteresowane spełnianiem pięciominutowych zachcianek i kreowanych przez agencje reklamowe „potrzeb”. Większość tych pasji też obraca się wyłącznie wokół „ja”. Na przykład podróże mogą być autentyczną pasją, ale dość często sprowadzaka się do sposobu na zabicie nudy i podbicie statusu towarzyskiego na fejsbuku. Znam ludzi, którzy autentycznie kochają sport. Ale jakimś dziwnym trafem to wcale nie ci zamieszczają na fejsbuku statusy z endomondo i milion zdjęć w najmodniejszych ciuchach do biegania.

Tekst można streścić w krótkim „jak to? Świat jest taki niesprawiedliwy! Nie mam autonomii, jestem zmęczoną matką, a przecież NALEŻY mi się lepsze życie”. Po prostu jaizm w pełnej krasie. Do tego w jaizmie, w przeciwieństwie do zwykłego hedonizmu, nie ma jakiejś takiej niewielkiej, ale wstydliwej dawki cynizmu. Jaizm moralnie usprawiedliwia egocentryzm nazywając go samorealizacją. Jaizm uznaje, że jak coś nie działa (związek, małżeństwo), to po co naprawiać, po co zmieniać, albo szukać winy w sobie, skoro można poszukać ekscytacji gdzie indziej. Jaizm stawia też przed matką zadanie nie do wykonania: od pierwszych tygodni życia dziecka ma być supermamą, bo przecież jak to możliwe, że ONA miałaby NIE PODOŁAĆ? Jaizm sprawia, że matki są tak skupione na dzieciach, że walczą o nie (i za nie) na każdym kroku: począwszy od konfliktów w piaskownicy a skończywszy na nauczycielach z liceum i narzeczonych. Dziecko nie wychowuje się w większej strukturze (otoczone rodzeństwem, bliższą lub dalszą rodziną, kolegami z podwórka i szkoły, pouczane przez wychowawców i sąsiadki), ale w izolacji, starannie opatulone kloszem matczynej, źle pojętej „miłości”. Trudno się dziwić, że taka matka jest wiecznie zmęczona: scedowanie choć części odpowiedzialności na ojca, na dziadków, na szkołę, na rodzeństwo, na trenera z klubu sportowego i wychowawczynię pewnie by ją nieco odciążyło… ale mogło by się wtedy, o zgrozo, okazać, że dziecko popełni jakiś błąd, nie poradzi sobie z czymś, przekona się, że nie jest pępkiem świata, albo dostanie uwagę za zachowanie, i – cóż za tragedia! – będzie musiało z tym żyć, bo matka nie poleci do szkoły robić awanturę.

Wracając do pasji, pasje są czymś wartym realizowania za cenę macierzyństwa, jeśli są to pasje typu misyjnego. Jeśli chcesz zmienić świat, jeśli masz w życiu do zrealizowania jakąś misję, jeśli twój wyuczony zawód predestynuje cię do bycia osobą nie do zastąpienia… ale jeśli „pasje” sprawadzają się do hedonistycznych zachcianek (podróże, imprezy, ploteczki, zakupy), to czy naprawdę przyjęcie na świat małego człowieka i nauczenie go jak odróżniać dobro od zła nie jest więcej warte?

W moim środowisku istnieje wiele legend o kobietach-naukowcach, które rodziły dzieci niemal w laboratoriach albo pisały prace z dzieckiem przy piersi; ale znam też opowieści w których kobieta najpierw „odchowywała” dzieci a dopiero potem, już zdrowo po czterdziestce, pisała najlepsze prace w życiu. Macierzyństwo stanowi raczej misję i powołanie, część życia, nie zachciankę i nie chodzi w nim o jakieś mityczne „wynagradzanie trudów”. No sorry, ale dziecko, które czuje się winne, bo matka przesiedziała nad jego łóżeczkiem miesiące, bo było chore, bo miało kolki, bo ząbkowało, bo płakało, nie wyrośnie chyba na szczęśliwego dorosłego. Traktowanie dzieci na równi z „samorealizacją” też wydaje mi się raczej niesprawiedliwe. O ile kobieta chce zdobyć certyfikat A, B i C, nauczyć się języka D, E i F, zwiedzić kraj G i H albo skończyć studia podyplomowe z I i J, to są to cele bardzo określone i konkretne. Dzieci natomiast stanowią zjawisko mocno nieprzewidywalne, i nigdy nie wiadomo, na co się trafi. A nie zawsze trafiają się geniusze i miss polonie. Czasem trzeba tę nieprzewidywalność życia zaakceptować z dobrodziejstwem inwentarza.

Innym artykułem (dla odmiany, ten to ja wysłałam do Agnesi), który mnie poruszył był ten TUTAJ I nawet nie sam temat (in vitro) uznałam za uderzający, ale ton artykułu. Pani, z którą dziennikarka prowadzi wywiad traktuje dzieci, jakby były niemal „prawem człowieka”, jakimś towarem, który każdy może kupić i jeszcze wybrać w najlepszym sorcie (normalnie, jak w zakupach na Amazonie). W jej wypowiedziach „medycyna reprodukcyjna” brzmi niemal jak „medycyna produkcyjna”, w której firma gromadzi materiały dobrej jakości (spermę od zdrowych, ładnych i wykształconych dawców) i wytwarza z nich towar, na który jest popyt. Ten artykuł też pełen jest ducha jaizmu. Jeśli kobieta zachce mieć dziecko, to przecież powinna je mieć, tak jak nową sukienkę i buty, bo przecież jej się NALEŻY, i nieważne, że często to dziecko wyrośnie w dziwacznym układzie rodzinnym, nieważne, że w pewnie usłyszy, że przecież jego poczęcie kosztowało rodziców/matkę 300 tys złotych, więc czemu jest TAKIE?, nieważne, że często nie pozna swojego prawdziwego ojca, nieważne, że będzie osobą bez korzeni, ewenementem prosto z laboratorium… O ile desperacja par jest zrozumiała, to moralność „wszystko jest dobre, co ma dobry DLA MNIE skutek” już niekoniecznie. Bo takim samym procesem myślowym można uzasadnić zabijanie ludzi kalekich (obciążają służbę zdrowia i psychikę członków rodziny), zabójstwo „bezwartościowych” jednostek (jak w „Zbrodni i karze”), wszelkie typy zdrady małżeńskiej i zdrady stanu (bo przecież „i tak było nie ok, więc nikomu nie dzieje się krzywda”). I taka jest kwintesencja ja-izmu, religii współczesnego społeczeństwa.

Małgorzata Kalicińska „Dom nad rozlewiskiem”

Przyznaję się, co jest i zaletą, i wadą, że czytam losowo. Czasem wielką literaturę, czasem Wędrowycza, czasem romansidła. Nie jestem, i chyba nie byłam nigdy snobką. Uważam, że niewiele istnieje naprawdę złych książek; dla odmiany, dużo jest nieuważnych i bezkrytycznych czytelników. Nieuważna, i owszem, jestem, za to krytycyzmu nigdy mi nie brakowało.

Nie wiem, dlaczego „Dom nad rozlewiskiem” wydał mi się atrakcyjny. Może skusił mnie rozmiar audiobooka – powyżej gigabajta? Leciałam do Europy po poważnych problemach ze wzrokiem i potrzebowałam czegoś, co zajmie mnie na jakieś czternaście godzin (oglądanie filmów, czytanie i praca na laptopie nie wchodziły w grę).

Książka okazała się miejscami cudownie… głupia. W pewnych aspektach – nieco niespójna. A jeszcze w innych – kopiująca i kopiująca wątki dobrze utrwalone w naszej tradycji literackiej, i także te powtarzane do znudzenia w „literaturze kobiecej”. Motyw przewodni tego „dzieła” to wyobrażenie warszawiaka o życiu na prowincji. Jak się na przykład okazuje, na polskiej prowincji ludzie jeżdżą dżipami. Dobrze przeczytaliście. Dżipami, nie UAZami. Jeśli pracujesz, i nie jesteś pijakiem, stać cię na terenówkę (a nie na uno… hm). I tak, jest to prowincja sprzed dziesięciu, piętnastu lat, z czasów bezrobocia i biedy. W ogóle na tej książkowej wsi poza pijakami nikt nie ma problemów finasowych.

Główna bohaterka ma na imię Małgorzata i z warszawianki przyzwyczajonej do wygód staje się, trochę jakby przez przypadek, wieśniaczką. Na początku książki bohaterka pracuje jeszcze w agencji reklamowej wymyślając tam reklamy bzdurnych produktów i kreując na nie sztuczne zapotrzebowanie. Ale cały czas dręczy Małgorzatę jakieś takie poczucie, że to, co robi jest nieuczciwe i nietrwałe, i jakoś kłóci się z naukami druhny Anny z harcerstwa i surowego, zasadniczego ojca. Ale zanim nasza bohaterka dojdzie do tych karkołomnych intelektualnie wniosków, zdąży przepracować w agencji parę lat i zanim skończy się pierwszy rozdział, zdradzi męża dwa razy, chyba z rozpaczy i pogubienia. Ciekawe są opisy życia elit tego kraju, ludzi po studiach, z dobrą pracą i pensją. Agencja, jak się okazuje, to ciągłe popijawy i zwykły prymityw, gdzie królują żałosne rozmowy i niskie pobudki. Mnie tam zastanawiało, gdy to czytałam, czemu Małgorzata nie zrezygnuje z pracy? Czemu pcha się w jakieś dziwne związki, z których wiadomo, że nic nie będzie? Czemu nie słucha autorytetów w które wierzy – mądrej Marii Szyszkowskiej (zostawiam bez komentarza) – dlaczego nie podąża za głosem serca i sumienia? A potem cudowna przemiana następuje zupełnie nagle.

Inną sprawą, która mnie w książce zadziwiła jest jak łatwo Małgorzata odnajduje kontakt ze swoją mamą. Mama ta – pani Basia – była w wychowaniu córki praktycznie nieobecna, bo mówiąc brzydko, uciekła od jej ojca z gachem i ojciec chciał córkę od całej sytuacji odizolować. Przy spotkaniu po latach nie ma ani wielkich emocji, ani pretensji, ani nawet bólu – coś mi tu zdrowo zgrzytało; takich spraw nie wybacza się ot, tak.

W książce pełno jest rozwodników i zdrad. Bohaterowie idealizują pokolenie dziadków, i małżeństwa, które trzymały się po pięćdziesiąt lat, nie widząc, że dziadków często nie łączyła rzadna tam wspólnota dusz, a raczej wspólna walka o przetrwanie… i cierpliwość i tolerancja na słabości drugiej osoby. Te małżeństwa nie były wcale lepiej dobrane, bo w końcu ludzie łączyli się w pary przede wszystkim z osobami z najbliższego otoczenia, więc mieli mniejszy wybór. Raczej, raz związani sakramentem i przysięgą przed społecznością, małżonkowie nie mieli innego wyjścia, jak sprawić, żeby małżeństwo jakoś tam działało (i wielu się to udawało). Dobrzy bohaterowie książki rozwodzą się kulturalnie, za porozumieniem stron, bez awantur i prania brudów z sypialni na sali sądowej. Za to ci źli bohaterowie wywlekają, co tylko mogą. Ogólnie, to uwielbiam facetów-bezbronnych misiów po przejściach. Użalających się nad swoim losem i ex-żonami harpiami, co to nic, tylko ich dręczyły i dręczyły, aż misiu nie wytrzymał, i jebs, małżeństwo się rozpadło. Tacy panowie, jak zauważyłam, zasiedlają głównie polskie książki, bo w tych tłumaczonych z innych języków występuje ich jakby mniej. Spotkałam paru podobnych panów w „realu” i ich użalanie się nad losem pod butem wrednej żony-sekutnicy raczej mnie irytowało niż wzruszało. Ciekawe, czy to zasługa tego, że Polska to kraj funkcjonalnego matriarchatu (nie w sferze publicznej, ale w sferze rodziny) i tak postępuje wychowany przez mamusię misio?

Motyw przewodni, poza powrotem na wieś, stanowi uwielbiane przez kobiecą literaturę „poszukiwanie szczęścia”. Nieważne, że szczęście jednej osoby zakłada deptanie szczęścia drugiej, nieważne, że krzywdzi się postronnych (dzieci, rodziców) rykoszetem, nieważne, że to szczęście nie istnieje – szukać trzeba, a jakże. A już w ogóle najlepiej przez wypróbowywanie kolejnych mężczyzn, bo może któryś będzie Panem Idealnym? Podejście, sorry, ale jak u licealistki. A jak coś nie działa, to po co naprawiać? Po co szukać winy w sobie? Można przecież od razu wymienić na nowszy model – i już. No nie ukrywam, że nie znoszę takich historii. Co innego serio skrzywdzona przez los bohaterka (ulubiony archetyp w książkach z podobnej kategorii), a co innego poszukiwaczka przygód i rezygnacja ze zgodnego, choć nieco pozbawionego ognia małżeństwa. Ciekawe jest to, że bohaterka widzi przecież dlaczego jej małżeństwo było, jakie było, ale nie próbuje niczego naprawiać. Szukanie właściwego kochanka okazuje się bowiem przyjemniejsze.

Naprawdę interesujące są relacje między bohaterami. Małgorzata zaprasza swojego ex-męża wraz z kochanką na Święta; ex-mąż mieszka cały czas w jej warszawskim domu, a na to wszystko patrzy córka, też tam mieszkająca, co prawda dorosła, ale przykład idzie z góry. Z powieści wyłania się nowoczesna, patchworkowa rodzina: babcia z „chłopakiem” (bo od męża odeszła, gach ją zostawił, więc związała się z panem numer trzy, nie bardzo wiem, jak go nazwać – babciny kawaler?), Małgorzata z dwoma kochankami, takim, który chce ją i takim, którego chce ona, obaj łypią na siebie podczas „rodzinnej” Wigilii, ex-mąż Małgorzaty z kochanką, córka Małgorzaty w otwartym narzeczeństwie (?) z chłopakiem, który wyjechał na studia za granicę i ma tam na boku swoją uroczą Pocahontas… Ja wiele zrozumiem, ale ten układ rodzinny trochę mnie przerósł.

Co więcej, choć Małgorzata wygłasza umoralniającą gadkę do swojej córki i jej przyjaciółki Pauli, odradzając im zdrady i żonatych mężczyzn, a także mówiąc, że kobieta, która to robi jest „kurwą”, najwyraźniej zdrada i głupi, przypadkowy seks (oczywiście na pierwszej randce… bo pan objął ją ramieniem albo był choć trochę czuły… albo ładnie pachniał) najwyraźniej są okej. Małgorzata w ogóle nie żałuje tego, co robiła, tego, jak łatwo to się stało. Wcale się nie dziwię, że nie jest w stanie zbudować sensownego związku, jeśli myli seks z miłością, a seks jest dla niej czymś raczej zwyczajnym, co można robić z każdym.

Jak zauważył jeden z czytelników, książka jest wyjątkowo feministyczna. Wszystkie postaci kobiece (Małgorzata, jej chutliwa mamusia, Marianna i Bronia, Ada-kochanka ex-męża, Mania, Paula, Wrona, Kaśka, kobiety wczasowiczki, Monika) są pozytywne. Jedyną złą kobietą jest Karolina – matka księdza, no, ale nie można przepuścić okazji by przyłożyć Kościołowi. Inne, epizodycznie wspominane złe kobiety to „młode dziumdzie”, które dzięki młodemu i ładnemu ciału mogą, o zgrozo, sprzątnąć napalonej czterdziestce niezły męski kąsek sprzed nosa. Dla odmiany postaci męskie dzielą się na panów poczciwych i porządnych (Wiktor, ex-mąż), ale za to kiepskich w łóżku, co z miejsca ich dyskwalifikuje, panów czułych i miłych, ale z jakimś felerem lub za młodych (Grzesiek, Janusz), alkoholików i damskich bokserów (wiele postaci epizodycznych, sąsiadów), gejów (Janne), ślicznych i wzorowych, ale niedostępnych, oraz panów, których można zaakceptować (Tomasz, Andrzej), bo poddają się kobietom z Rozlewiska, i nie widzą nic osobliwego w dziwacznych układach rodzinnych. Takie zjawisko jak mężczyzna normalny, średni, ani brzydki, ani piękny, nie kierujący się członkiem, wierny i gotów stworzyć normalny związek z normalną kobietą nie występuje. A może czarownice z rozlewiska takich przeaczają, albo… odpychają? W ogóle chyba najlepiej podsumowuje stosunek pani Kalicińskiej do mężczyzn opis tego, zamieszczony w jednym z ostatnich rozdziałów książki, jak to Małgorzata wraz z córką (!) udają się na występ Chippendalesów, i tam świetnie się bawią, podziwiając męskie ciała i zgrabne tyłeczki w stringach. I tym jest dla nich mężczyzna – seksualną zabawką, przedmiotem użytkowym, powinien zapewniać dobrą zabawę, winien wysłuchiwać kobiecych trosk i rozwiązywać kobiece problemy a swoich problemów nie mieć. Pojawia się też taka scena, gdy Małgorzata udaje się do Janusza, a ten, zamiast rzucić się na nią i zacząć pieścić albo cholera wie co, zaczyna opowiadać o problemach w pracy. Jak reaguje Małgorzata? Jest zła! Bo jak on śmie opowiadać o takich sprawach! Przecież to ONA ma problemy z budową pensjonatu, niech się schowają jego głupie troski!

Nader ciekawym motywem jest w książce alkohol, bo leje się on strumieniami, serio. Wychowałam się w rodzinie, która od alkoholu specjalnie nie stroniła, ale żeby polewać wódki niemal do każdego posiłku? Orzechówka, jarzębak, heineken – to codziennie. Małgorzata się martwi lub nie może spać – bułgarski koniak na poprawę humoru. Zwierzanie się mamusi – środki rozluźniająco-rozweselające wlewają się w nie obie. Co interesujące, wszyscy w tej książce jeżdżą samochodami i mieszkają raczej daleko od siebie … Ponadto, jak się okazuje, poważny problem z alkoholem ma Janusz, a nie mieszkańcy domu nad rozlewiskiem. Bo zapija. Bo pije na umór, do nieprzytomności, za to rzadko, bo może raz w miesiącu. Natomiast codzienny koniak lub nalewka na smutki to już normalność, nic złego.

Żeby nie było, wychwyciłam w książce kilka bardzo pozytywnych przesłań. Jednym jest troska, jaką zajmuje się rodzina niepełnosprawną intelektualnie i niemłodą już ciotką Kaśką. Inny to letnik, ojciec rodziny, pobożny (ale, jak zauważają czarownice znad rozlewiska, „normalny”), który wkłada dużo energii w „bycie” z synem (zresztą bardzo dobrze wychowanym) oraz jego karmiąca piersią ciepła żona – to oni stają się inspiracją dla lekkoducha Wiktora by się ustatkować i by pomyśleć o rodzinie. Dobra też wydała mi się „psychoterapia” jaką uprawia Małgorzata pewnej wczasowiczce i przekonuje ją, żeby przestała żyć tylko dla siebie.

Zdrowo wpieniło mnie zakończenie, bo Małgorzata, ta „mądra” kobieta po przejściach, która zmieniła swoje życie, podejmuje decyzję, której można by oczekiwać chyba tylko od zakochanej dwudziestolatki, ewentualnie od dziewczyny w ciąży. No ale… jej sprawa. Myślę, że nie, w ten sposób nie znajdzie upragnionego „szczęścia”.

Lista wniosków i ciekawostek, które wychwyciłam w książce (kolejność losowa):

– „Mało kto mógł sobie za komuny pozwolić na luksus nie należenia do Partii” . Tylko czemu ta sztuka udała się moim Rodzicom i dziadkom, a także rodzicom i dziadkom moich znajomych? Czyżby całe życie spędzili w jakiejś innej Polsce?

– Jeśli życie seksualne w małżeństwie jest nieudane, należy najpierw parę razy zdradzić, a potem porzucić męża. Bo po co komu jakieś dyrdymały typu terapia, szukanie pomocy, seksuolog, rozmowa? Po rozstaniu Małgorzata ze zdziwieniem zauważa, że jej się z ex-mężem przecież świetnie rozmawia…
– Można zaprzyjaźnić się z kochanką ex-męża.

– Można się z kimś przespać, stwierdzić, że to nie to, a potem dalej się przyjaźnić, bo czemu nie?
– Pani Karolina, samotna matka, wychowała synka z przeznaczeniem do stanu kapłańskiego, bo przecież nie mogłaby pozwolić, by jej dziecko zawłaszczyła sobie jakaś baba. Tymczasem, by dostać się do seminarium trzeba (lub trzeba było) zaprezentować świadectwo ślubu kościelnego rodziców. Kościół nie jest aż taki głupi i się przez takimi Karolinami zabezpiecza.

– Najmądrzejsze, co może zrobić w życiu kobieta to zostać buddyjską mniszką. Buddyzm to w ogóle najwyższy stopień oświecenia. Ciekawe czy Małgorzata wie, że ograniczenia seksualne KK to nic w porównaniu z tym, co praktykują ludzie traktujący buddyzm poważnie.

– Lepiej związać się z pełnym wdzięku alkoholikiem niż z kimś stabilnym i niepijącym, o ile tylko alkoholik jest dobry w łóżku.

– Własnej córce można opowiadać o standardach moralnych, samej będąc latawicą. Ale hipokryci i podwójne standardy to przecież inni, nie Małgorzata.

– Rozwód to dobre rozwiązanie, o ile jest „kulturalny”. W ogóle „kultura” to najwyższa wartość, szkoda, że tak dziwnie rozumiana.

– Wyjazdy firmowe służą temu, by każdy mógł się przespać z każdym (i napić z każdym).

– Najważniejsze w życiu to dobre jedzenie (wiejski smalec, wiejska śmietana, parówki, tłusty drób…), dobry seks i dobry alkohol (domowe nalewki, piwo Heineken). Oraz robienie przetworów. Wtedy kobieta jest szczęśliwa. Jakoś związek między dietą a chorobami serca zostaje w tym chaosie nieustannej zakrapianej biesiady przeoczony.

– I na deser: jednoręki bohater może „zatrzeć ręce” (licentia poetica?)

Michał Witkowski “Lubiewo” i Michał Witkowski „Drwal”

Kiedy skończyłam „Lubiewo”, stało się dla mnie oczywiste dlaczego książka ta otworzyła Witkowskiemu drogę do salonów a samo dziełko zostało uznane za „kultowe” (jak ja nie lubię tego słowa, ale, no cóż).

Zaletą „Lubiewa” jest to, że nie jest przegadane, ba, powiedziałabym, że jest wycyzelowane, oszczędne, pozbawione zbędnych słów, wątków i postaci. Powieść otwiera (przynajmniej komuś takiemu jak ja, wychowanemu w tak zwanym dobrym domu – gejów to ja widywałam chyba tylko pracując jako statystka w operze) nowy świat: świat pederastów z czasów przediternetowych, świat męskiego pożądania, świat ciot, pikiety, lujów, seksu w parkach i „drutowania”. Ten świat istnieje niejako obok głównonurtowego, a przynajmniej istniał kilkanaście lat temu. Gdy byłam dzieckiem, we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, każdy wiedział, gdzie znajduje się w Poznaniu gejowski park i nieraz wracając po nocach pociągiem od babci mijaliśmy samochody z panami czekającymi na innych panów (w sumie wcale mnie nie dziwi, że w uporządkowanym Poznaniu nawet pikieta, to jest homoseksualny podryw, była świetnie zorganizowana). Witkowski odkrywa ten świat, wchodzi do mieszkań podstarzałych homoseksualistów, zagląda im do łazienek i garnków, opisuje go z całym jego bogactwem, z jego subkulturami, z jego zwyczajami, z jego brzydotą, biedą, teatralnością.
Książka składa się z porwanych historii różnych znanych polskich homoseksualistów. Są to głównie smutne historie starzejących się panów, którzy klepią biedę i nie mają rodzin, które by się nimi zajęły, w tym jednego, który zaraził się HIVem i po latach uprawiania przygodnego seksu śmierć wydaje mu się konceptem nierealnym. Niektóre historie są śmieszne, inne na swój sposób liryczne, jeszcze inne wypełnione tą specyficzną męsko-damską seksualnością, jeszcze inne mają w sobie jakąś zoologiczną dokładność opisu. Witkowski niczego nie idealizuje. Opisuje wizyty u lekarza, i odwieczne, krępujące pytanie „a zachowania ryzykowne były?”, relacjonuje pierwsze homoseksualne doświadczenia w obskurnym miejskim szalecie i odwiedza biedne mieszkanie Patrycji i Lukrecji. Luje, zapraszani do domu, najpierw biją i przypalają pedała… by potem go, na deser, zgwałcić.
Rewelacjom Witkowskiego daleko do broszur zachęcających do poparcia dla małżeństw homoseksualnych. Przesłanie książki to raczej: „hej, zobaczcie, jest taki świat, rządzi się takimi a takimi prawami, ten świat odchodzi w przeszłość ze względu na kapitalizm i popularność internetu, ale innego świata nie będzie”. Gdzieś w książce jeden gej mówi do drugiego, że „teraz to są kluby dla gejów i wszystko ma wymiar zabawy. Jakże to tak, bez grzechu, bez winy?” Żeby było ciekawiej stare cioty z książki Witkowskiego chodzą często do kościoła, niczym stare dewotki. Z jednej strony przebija się z „Lubiewa” tęsknota za zachodnią swobodą obyczajów („ach ci zachodni geje, ich penisy tłuste i syte”) a z drugiej, za czasami inwigilacji, zakazów, podrywu w ciemnych parkach, i krycia się z homoseksualizmem, jakby ten zakazany owoc miał większą wartość i był, paradoksalnie, normalniejszy.

Jeden recenzent z Gazety Wyborczej nazwał Lubiewo „przeraźliwie wulgarnym”. Niestety, nie ma w języku polskim słów, którymi można by opisać pederastię. Może dlatego, że sprawa przez lata odbywała się w ukryciu, zarówno to, o czym mówią stare cioty, jak i to jakiego używają języka wydaje się brzydkie, jakby używali do tego przekleństw. Sama nie nazwałabym „Lubiewa” wulgarnym. Może dlatego, że wyszło w 2007 roku, jezcze przed erą popularności Miley Cyrus gwałcącej na scenie nadmuchiwanego fiuta i nagiej Rihanny. Wulgarne jest przede wszystkim pożądanie rozbudzane sztucznie, natomiast „Lubiewo” opowiada historie o pożądaniu, którego panowie ze skłonnością do innych panów nie są w stanie utrzymać w ryzach, nawet za cenę własnego bezpieczeństwa, a bywa, że i życia. Może wydawać się to komiczno-tragiczne, dla niektórych nawet odpychające, ale na pewno nie wulgarne.

Ogólnie, „Lubiewo” jest po prostu dobrą książką.

***

Za to zawiodłam się na „Drwalu”. Akcja wlecze się niczym czas w Międzyzdrojach poza sezonem. Irytowały mnie (jak zwykle) szczegóły: w 1994 roku pani Doktorowa czeka na … smsa bawiąc się swoją komórką wielkości cegły, i kupuje do tej super komórki różne ciekawe etui. Podpowiadam autorowi, że smsy to wynalazek późniejszy. Za czasów analogowych cudów techniki Centertela do wysyłania smsów służyły pagery. I wybór etui też nie porażał. W jednym miejscu z soboty robi się pobiedziałek, za to bez przerwania ciągłości akcji. Lujowi szyją rany na pogotowiu po ponad sześciu godzinach od ich zadania, czego normalnie się nie robi. W opisie przybycia Krana promem nie zgadza się czas (Kran przybywa o piątej rano a potem robi się od razu wieczór, nie pamiętam dokładnie, ale coś tam zdrowo zgrzytało).

Książka ma świetne kawałki, takie jak opis związku pieniężno-miłosnego pani Doktorowej z Kranem, scena z wizytą u skąpej Stułbi, czy wszystko, co dotyczy luja Mariusza oraz postać miescowego watażki pana Kazimierza. Ale ma też książka kawałki nader kiepskie, i miejscami razi maniera językowa (w co drugim zdaniu czasownik na końcu, serio?), końcówka wyszła tandetna (rozwiązanie akcji w starym zamku, sala zdradzanych mężów, tandeta do sześcianu, naprawdę?), i na dokładkę rozwój wypadków nie zachęca do czytania.

Luj Mariusz, chociaż opisany fajnie i przemieniony w archetyp młodego, zdrowego chłopaka z polskiej prowincji, wielbiciela bluz nike’a, fajek, czipsów i piwa, wydaje się klonem Saszy z „Barbary Radziwłłówny”, jakkolwiek w „Drwalu” jest o wiele szaczegółowiej sportretowany.

Akcja rozgrywa się w zimowych Międzyzdrojach. Bohater, pisarz uciekający od warszawskiego chaosu, przyjeżdza do domku drwala, by tam odreagować i zacząć pisać kryminał. Ale ze spokojnego pobytu niespecjalnie coś wychodzi, bo ani drwal nie okazuje się takim do końca drwalem ani zimowe Międzyzdroje oazą spokoju, a mały domek w głuszy widział niejedną tajemnicę. Witkowski miał całkiem niezły pomysł na wątek kryminalny, ale wykonanie trochę kuleje. Moim zdaniem o wiele, wiele lepiej popisał się w „Zbrodniarzu i dziewczynie”. „Drwal” jest niezłym czytadłem, ale … niczym poza tym.